video-jav.net

Pobłogosławieni

To nie my jesteśmy błogosławieństwem Bożym dla naszych synów, ale oni są błogosławieństwem dla nas! - mówią Dorota i Krzysztof z Wrocławia, rodzice adopcyjni, którzy najpierw przyjęli do siebie małego Jasia, a potem również małego Tymka.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dorota i Krzysztof Wojnarowie zawsze chcieli przyjąć adoptowane dziecko, ale na początku zakładali nieco inną kolejność: najpierw będą rodzicami naturalnymi, potem – adopcyjnymi. Jednak jak sami zauważają życie potoczyło się nieco inaczej.

Po kilku latach małżeństwa i spokojnych starań o potomstwo udało się wreszcie zajść w upragnioną ciążę. – Było wielkie świętowanie, radość, celebracja „cudu”, jak wtedy myśleliśmy. Niestety dość szybko to dziecko straciłam. Tylko modlitwa i bliskość Pana Boga uchroniły nas od destrukcyjnych pytań „dlaczego?” – wspomina Dorota.

Oboje pracowali wówczas w warszawskich korporacjach, z czego najwięcej czasu poza domem spędzał Krzysztof. Bardzo szybko po tym wydarzeniu poczuli jednak, że przez taki tryb funkcjonowania tracą coś bardzo ważnego, że nie chcą takiego życia uciekającego im na cudzych sprawach, nieistotnych z ich perspektywy.

Po pracy w korporacji Krzysztof grał czasem koncerty z jedną z kapel chrześcijańskich pochodzących z Wrocławia. Z nimi i z ich wspólnotą wyjeżdżali już wspólnie z Dorotą na letnie obozy. Po jednym z nich zdecydowali się na przeprowadzkę do Wrocławia . Warszawskie mieszkanie wynajęli, porzucili tutejsze korporacje, znaleźli nowe prace na Dolnym Śląsku, a pod Wrocławiem zaczęli budować dom. Od razu większy, choć przecież byli we dwoje. – Kierowała chyba nami tylko wiara – uważa dziś Dorota.

Oboje zapuścili też korzenie we wrocławskiej wspólnocie ewangelicznej Wrocław dla Jezusa. A tam pełno było młodych małżeństw, co chwilę zachodzących w kolejne ciąże.
– Nie miałam żalu do Pana Boga, błogosławiłam moim koleżankom spodziewającym się dzieci, w głębi jednak czułam się jakby pomijana przez Niego, zapomniana. Nie rozumiałam, czemu moje – przecież dobre – pragnienie zostania mamą nie znajduje spełnienia – wspomina Dorota.

Jednocześnie właśnie wtedy poznała we wspólnocie Magdę, mamę adoptowanych córek. Rozmowy z nią przypomniały im, że zawsze planowali adoptować dziecko. Zaczęli się modlić i pytać Boga, czy to ten moment.

– Pewnego dnia Magda postawiła nas przed faktem dokonanym: powiedziała, że skoro jesteśmy zainteresowani, to umówiła nas na rozmowę z panią z „jej” ośrodka adopcyjnego. Tak zaczęła się ta przygoda: rozmowy i spotkania, potem kurs i kwalifikacja na rodziców adopcyjnych – opowiada Dorota.

Kurs skończyli w maju 2014 r. i nastawili się na dłuższy okres oczekiwania na pierwsze telefony z informacją o czekającym na nich dziecku. Słyszeli przecież od znajomych o kolejkach. Wielkie było więc ich zdziwienie, gdy ów telefon zadzwonił już po niespełna 3 miesiącach – pod koniec lipca! Opowiedziano im o 6-miesięcznym chłopcu przebywającym wtedy w rodzinnym domu dziecka. Zapragnęli go poznać.
– To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale ta miłość przyszła bardzo szybko – wspomina Dorota. – Wiedzieliśmy, że to jest nasz ukochany syn, dar od Boga. Spędziliśmy razem półtorej godziny i już wtedy podjęliśmy decyzję: składamy do sądu dokumenty o jego przysposobienie.

Z dnia na dzień życie stanęło na głowie, np. odwołali długo planowane wakacje, ale wszystko to robili z ekscytacją i poczuciem spełnienia.

Na pojawienie się Jasia w ich domu nie musieli czekać długo. Mieli więc niewiele czasu na przygotowanie domu i skompletowanie wszystkich akcesoriów niezbędnych do pielęgnacji niemowlęcia. Tu jednak o wszystko zatroszczyli się ich przyjaciele ze wspólnoty: okazało się, że już od pewnego czasu organizowali niezbędną wyprawkę, aby pomóc Dorocie i Krzysiowi. Dzięki nim w ciągu ledwie dwóch godzin mieli wszystko: od ubranek, przez pościel, łóżeczko, wózek po fotelik samochodowy.
Jasio okazał się chłopcem bezproblemowym, o żywym temperamencie i duszy lidera. „Człowiek-wiatr” – mówi o nim Dorota.

Po 2 latach od jego adopcji zgłosili w ośrodku chęć przyjęcia kolejnego dziecka. Tak po 9 miesiącach trafił do nich kilkumiesięczny Tymuś, którego Jaś przyjął zupełnie normalnie, bez zazdrości, z dumą, że ma młodsze rodzeństwo. Jedynie trochę rozczarowany, że nie jest to siostra. Nie było też problemu z wyjaśnieniem mu pochodzenia rodzeństwa: od zawsze mówili mu o dzieciach z brzuszka lub z serduszka oraz o tym, że jest wyjątkowy, ponieważ długo go z tatą szukali, a teraz znaleźli dla niego też podobnie wyjątkowego brata.

Z perspektywy kilku lat rodzicielstwa adopcyjnego Dorota przede wszystkim widzi, jak bardzo są przez Pana Boga obdarowani właśnie ich dziećmi. – Nie tylko dlatego, że są zdrowi, bezproblemowi, bo nie mieli za sobą szczególnych traum i w odpowiednim czasie mieli szczęście trafiać do właściwych miejsc i ludzi, co nieczęsto zdarza się dzieciom przeznaczonym do adopcji. Czujemy się przede wszystkim nimi pobłogosławieni! Czujemy, że bardziej niż my jesteśmy darem dla nich, oni są nim dla nas! – mówi Dorota.

Nie lubi też, gdy znajomi i nieznajomi dowiadując się o adopcyjnym pochodzeniu ich dzieci podkreślają, jacy są „bohaterscy i odważni”. – Wcale nie jesteśmy! Jesteśmy normalnymi rodzicami, mamy chwile trudniejsze i chwile piękne, i chcemy być traktowani zwyczajnie. Wiemy też, że kluczem dla dobrostanu naszej rodziny będzie właśnie normalność.

Zapadło jej za to w pamięć to, co o ich historii powiedziała im kiedyś pastorowa z ich wspólnoty: wasze czekanie i modlitwa za tych chłopców, jeszcze nim się o nich dowiedzieliście, była waszą duchową ciążą i dała im duchową opiekę jeszcze zanim się narodzili.

– Teraz modlimy się o to, byśmy ich mądrze wychowali, poprowadzili przez ich temperamenty nie tłumiąc tego, co wyjątkowe. Żebyśmy pomogli im posklejać się w dobrych i szczęśliwych ludzi – podsumowuje Dorota.

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Opcja z serduszka

Choć do naszej rodziny dołączyły od razu dwie dziewczynki, z których jedna była noworodkiem, druga miała 1,5 roku i autyzm, nie odczuwałam zupełnie trudu, jakim to było dla nas. Po prostu wszystko wreszcie wskoczyło na swoje miejsce - mówi Agnieszka Stasiak, mama dwóch dziewczynek „z serduszka”, nie z brzuszka.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Do Agnieszki i Krzysztofa telefon z ośrodka adopcyjnego „że są dzieci” zadzwonił po ok. 1,5 roku po skończeniu kursu na rodziców adopcyjnych. Był sierpień 2010 r. Na rozmowie dowiedzieli się, że mogą zaadoptować dwie dziewczynki, z których jedna dopiero się urodziła, druga ma półtora roczku. Młodszą mogli zobaczyć od razu, starszą – dopiero po tygodniu, bo ciągle czekała na wyniki badań. Agnieszka wspomina moment, gdy oczekiwali na lekarza, który miał przynieść im młodszą do specjalnego pokoiku w szpitalu.

 

– Natychmiast pojawiły się wielkie emocje: szczęście, euforia, płacz, musiało minąć kilka minut, zanim doszłam do względnej równowagi. A potem pojawiła się ona i informacja: tu jest butelka, zostajecie sami, nakarmcie ją. Zostaliśmy tylko my i to dziecko wpatrujące się w moje oczy – wspomina mama dziewczynek.

Możliwość zabrania obu córek do domu pojawiła się bardzo szybko, o co zatroszczył się ośrodek adopcyjny. I tu Stasiakowie wspominają ogromne tempo, w jakim zaczęli kompletować niezbędną wyprawkę dla dwójki dzieci. – Normalnie rodzice mają na to 9 miesięcy, do tego najczęściej znają płeć dziecka. My w ciągu jednego dnia musieliśmy zgromadzić wszystko: ubranka, wanienkę, wózek, przewijak, kosmetyki. To było istne szaleństwo! – mówi Agnieszka.

Ale najlepsze jej zdaniem zaczęło się dopiero po przyjściu obu dziewczynek do domu, mieli bowiem niewystępującą u naturalnych rodziców możliwość uczenia się na bieżąco całej obsługi dzieci przy dwójce – w różnym wieku – jednocześnie. To było wielkie wyzwanie logistyczne, ponieważ starsza córeczka miała zdiagnozowany autyzm i trzeba było od razu wozić ją na terapię. Do tego Stasiakowie nie mieli szczególnej wiedzy na temat tego zaburzenia: na czym ono polega, jak postępować z autystycznym dzieckiem, jak reagować, co jeść, jak oceniać poszczególne sytuacje.

– Z perspektywy czasu widzę, jakie to było wielkie wyzwanie dla nas, jaka trudność, ale pamiętam, że wcale tak tego wtedy nie postrzegałam! Nie odczuwałam tego trudu! Wszystko mi wynagradzało wielkie poczucie spełnienia, wskoczenia wszystkiego w życiu na swoje właściwe miejsce. I przede wszystkim ogromne szczęście – wspomina Agnieszka.

 

Co ciekawe od liceum już marzyła o tym, żeby w przyszłości zaadoptować dziecko. O własne, biologiczne starali się z mężem przez 5 lat. Nie naciskała go jednak na adopcję od razu. Pamięta, że gdy mu o tym wspomniała nie zareagował od razu entuzjastycznie, ale też nie powiedział nie. – Musiał to przemodlić – wyjaśnia. Dlatego gdy po przemodleniu i przemyśleniu wszystkich za i przeciw oznajmił, żeby jechać i zgłosić się do ośrodka adopcyjnego, żona Agnieszka była zaskoczona. A jeszcze bardziej zdumiało ją gdy usłyszała z ust męża deklarację, że zgadza się nawet na adopcję trójki dzieci naraz!

Czy byli gotowi na dzieci chore? Tak, choć wyobrażała to sobie w ten sposób, że o chore dziecko zadbają, zapewnią mu terapię i ono wyzdrowieje. Tymczasem ich córka ma autyzm, którego tak po prostu „wyleczyć” się nie da. Nie myślą jednak o tym jako powodzie do „żałowania” decyzji adopcyjnej. – To w ogóle nie te kategorie! To jest moje dziecko, nie ważne czy z brzuszka, czy z serduszka! A dziecko kocha się i przyjmuje takim, jakie jest! Tak samo w naturalnym, jak i w adoptowanym rodzicielstwie nie wiadomo, czy dziecko urodzi się zdrowe czy chore. Nie odrzuca się tego chorego, wręcz przeciwnie! – podkreśla Agnieszka.

 

Niezwykłym momentem w ich historii jest również moment odnalezienia rodzonej siostry ich córek. – Wiedzieliśmy, że mają starszą siostrę, również adoptowaną. Zgłosiliśmy się więc do naszego ośrodka adopcyjnego z prośbą o pomoc w skontaktowaniu się z jej adopcyjną rodziną mieszkającą w innej części Polski. Spotkaliśmy się i… bardzo polubiliśmy! Dziś obchodzimy wspólnie wszystkie urodziny, imieniny, jeździmy razem na wakacje. A gdy okazało się, że pani, która urodziła nasze córki urodziła kolejne dziecko i także przeznacza je do adopcji – tamta rodzina przyjęła je do siebie, a my jesteśmy rodzicami chrzestnymi!

Jak zawiłości tej historii przedstawiają swoim dzieciom? – Zwyczajnie – mówi Agnieszka. – Powiedziałyśmy im od razu, że dzieci się biorą z dwóch „opcji”: z brzuszka lub z serduszka. U nas jest opcja z serduszka, ponieważ mamie nie mógł wyrosnąć brzuszek. Przyjmują to jako coś oczywistego, naturalnie. Nie wyobrażam sobie, żeby ten temat mógł być w naszych rozmowach tabu – mówi Agnieszka Stasiak.

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >