Nasze projekty
Fot. Wikipedia/Zdjęcie z książki "O więcej niż życie. Biografia w zarysie", archiwum prywatne Wandy Półtawskiej

„Nie ma raka. Zniknął”. Wanda Półtawska o cudzie i modlitwie ojca Pio

"Pani doktor nie powiedziała mi diagnozy wprost. Widziałam, że nie miała odwagi. Rak." Wanda Półtawska w wieku 41 lat usłyszała diagnozę o nowotworze, który po czasie... zniknął. Później dowiedziała się o listach biskupa Karola Wojtyły do Ojca Pio z prośbą o modlitwę o jej zdrowie. Czy to właśnie tej modlitwie zawdzięczała niewyjaśnione zniknięcie guza? A może to zwykły przypadek? To nie dawało jej spokoju - postanowiła osobiście poznać Ojca Pio. Jak wyglądało ich spotkanie?

Reklama

Ojciec Pio jest moim prywatnym świętym. Co to znaczy? Żeby zrozumieć, co to znaczy, trzeba być człowiekiem wierzącym – wierzyć w „świętych obcowanie”. Taki akt wiary daje własny kontakt z niebem, z jakimś szczególnym, wybranym świętym. Mówienie o tym komuś, kto nie wierzy, to jest jak mówienie ślepemu o kolorach. Dla mnie jest to kontakt ze znaną mi osobą. Po prostu on mnie zna, a ja coś o nim wiem. Ojciec Pio wszedł w historię mojego życia i jest w nim. Życie jest procesem, a to, co wpływa głęboko na sens życia, zostaje na zawsze i trwa w nim po prostu w każdej chwili.

„Nie będzie żadnej operacji”

Pani doktor nie powiedziała mi diagnozy wprost. Widziałam, że nie miała odwagi. Powiedziała opisowo: na wysokości 13 cm twardy, okrężny naciek z owrzodzeniem – źródło bólu!
Cóż mogę powiedzieć? Moje przypuszczenia okazały się trafne. Jestem zaskoczona nie tyle diagnozą, ile własnym spokojem. Powiedziała mi jeszcze, że mimo wszystko to może być naciek zapalny, a niekoniecznie nowotworowy. Ale ja wiem, że naciek nie jest zapalny. Nie mam temperatury i bóle nie są ciągłe.
Rak.
Jestem spokojna, a może to ból badania osłabił moje reakcje?

(…)

Reklama

Dzień był straszny: gromada obcych, bezwzględnych osób, ostatnie przygotowania do zabiegu – znowu traktowanie, jakbym nie była człowiekiem – i potem ten szok.
Badanie ostateczne, ostatnia rektoskopia wykazała zupełnie co innego. Najpierw zdumiało mnie, że mnie nie boli. Z początku myślałam, że dali mi coś przeciwbólowego, ale wziernik wykazał gładkie pole. Owrzodzenie, które wczoraj było, zniknęło, nie ma go, została lekko zaróżowiona po świeżym zagojeniu śluzówka. Nie mam raka. Nie będzie żadnej operacji, zwężenie ustąpiło, bóle znikły, nie boli mnie nic.

„Na to nie można powiedzieć nie”

W czasie choroby bp Karol Wojtyła napisał list do Ojca Pio z prośbą o modlitwę:

Wielebny Ojcze,
proszę o modlitwę w intencji czterdziestoletniej matki czterech córek z Krakowa w Polsce (podczas ostatniej wojny przebywała pięć lat w obozie koncentracyjnym w Niemczech), obecnie ciężko chorej na raka i będącej w niebezpieczeństwie utraty życia: aby Bóg przez Wstawiennictwo Najświętszej Dziewicy okazał swoje miłosierdzie jej samej i jej rodzinie.

Reklama

Po latach, gdy Krakowski Biskup był już na Stolicy Piotrowej, dowiedziałam się od człowieka, który pierwszy listy doręczał, że Ojciec Pio powiedział tylko: „Na to nie można powiedzieć nie”.

Nie wiedziałam nic o listach abp. Karola Wojtyły – leżałam wtedy w szpitalu, gotowa na ciężką operację, po której miałam szansę przeżyć rok lub półtora do przerzutów. Nie modliłam się o cud, ale chciałam operacji, bo chciałam żyć jak najdłużej, ponieważ miałam małe dzieci. Mój przyjaciel, Profesor N., po zbadaniu mnie powiedział: „No, jest może 5% możliwości, że to nie rak; to się okaże po zabiegu”. Ale zabiegu nie było, bo w ostatniej chwili okazało się, że naciek zniknął, więc myślałam, że to te 5%.

Dopiero w domu dowiedziałam się o tych listach do Ojca Pio, ale prawdę mówiąc, nie byłam pewna. Nie pytałam o nic i wolałam to zamknąć. Dziś myślę, że Pan Bóg jest tak delikatny i tak subtelny w działaniu, że nie chce zmuszać człowieka do wdzięczności i do wiary w rzeczy trudne do uwierzenia.

Reklama

ZOBACZ: Modlitwa św. Ojca Pio o uzdrowienie

„Nagle zdecydowałam, że ja muszę pojechać i zobaczyć tego Ojca Pio”

Zamknęłam ten rozdział, ale było we mnie to pytanie: „Jak to naprawdę było?”. Drążyło mnie. Któż jest ten Padre Pio? W tym czasie w Polsce nie było wiele wiadomo: jakiś tam włoski mnich, gdzieś daleko. Ale gdy w 1967 r. niespodziewanie dla mnie znalazłam się w Italii – wracając z Ameryki po udanej operacji z innego powodu – miałam okazję zwiedzać Rzym i piękną Italię. Nagle zdecydowałam, że ja muszę pojechać i zobaczyć tego Ojca Pio.

Pojechałam do San Giovanni Rotondo w maju 1967 r. pociągiem. Zajechałam wieczorem i już pod kościołem zobaczyłam tłumy ludzi. Jak tu się dostać do środka, żeby go widzieć? Chodziłam po placu i myślałam, jak to zrobić. Wyszedł jakiś braciszek, więc podeszłam do niego i mówię, że ja jestem z tak daleka, z Polski, i że po raz pierwszy od 10 lat dostałam paszport, i że pewnie nigdy więcej nie będę miała okazji być.
– Co zrobić, żeby zobaczyć z bliska Ojca Pio?
Popatrzył na mnie i zapytał:
– Z Polski?
– Tak, z Krakowa!
Zastanowił się, a potem powiedział:
– Niech pani przyjdzie o piątej rano do tej furtki.

Przyszłam o piątej rano. Pod bramą kościoła tłum, ale braciszek był i wprowadził mnie od tyłu, wprost do prezbiterium. Byłam blisko ołtarza. Ojciec Pio odprawiał Mszę św. siedząc, gdyż chodził z trudem. Na rękach miał rękawiczki, które zdjął podczas podniesienia. Na bandażach, które miał, widać było rdzawe plamy – byłam tak blisko, że mogłam to widzieć. Ale nawet nie to mną wstrząsnęło, ile to, jak ten stary mnich odprawiał Mszę św. Właściwie pierwszy raz w życiu widziałam, że jest to ofiara krwi! Zawsze o Mszy św. mówi się: „bezkrwawa ofiara”, ale tu była męka: na czole miał pot, cierpiał – ten człowiek cierpiał. Z racji zawodu jestem dość obeznana z objawami bólu. Ojciec Pio był blady, a na czole miał krople potu. Drżące ręce i to skupione spojrzenie skierowane nie do ludzi, ale do Hostii trzymanej w ręku.

Takiego skupienia i takiej koncentracji w spojrzeniu nie widziałam u nikogo, choć nieraz miałam okazję obserwować kapłanów sprawujących Najświętszą Ofiarę. To było inaczej – ten człowiek cierpiał fizycznie! Trwało to długo, choć nie dłużyło się… Ludzie milczeli, a kościół pełen ludzi jakby zastygł, zarażony tym skupieniem tego dziwnego człowieka.

ojciec Pio Msza święta
Fot. Manfredonia/Wikipedia

„Tego spojrzenia nie da się opisać”

A po Mszy św. Ojciec Pio przechodził koło mnie do zakrystii. Zatrzymał się przez chwilę, wodził oczami po obecnych, a potem skierował się wprost do mnie. Podszedł, uśmiechnął się, pogłaskał mnie po głowie i powiedział: – Allora, va bene? (A więc w porządku?) – i popatrzył mi w oczy.

To spojrzenie mam w sobie – i tego spojrzenia nie da się opisać. A ja nagle
wiedziałam, że On mnie rozpoznał i że to właśnie on przyczynił się do tych pięciu procent tam, wtedy – na oddziale onkologii! Spojrzenie i uśmiech jakby trochę figlarny…

Czułam i czuję do dziś dotyk tej dłoni na mojej głowie. Zrozumiałam i rozumiem do dziś to spojrzenie przenikające do głębi serca – i noszę je w sobie. Myślę, że każdy człowiek, na którego spojrzał ten człowiek, nie może tego spojrzenia zapomnieć – zresztą dziś rozmawiam z ludźmi, którzy się czują jego dziećmi: wszyscy znają to spojrzenie, choć mało kto umie je opisać.

Ja nie potrafię – nie znajduję adekwatnych słów – bo to wydaje się takie proste: no, spojrzał. Ale ja wiedziałam przez to spojrzenie, że on mnie zna. Patrzył jak… jak na swoje – jakby to wyrazić, trudno powiedzieć – swoje dziecko… Ale ja odebrałam poczucie przynależności – więzi niezwykłej. W jakimś sensie poczułam, że on jest mój – kto mój? W jakimś znaczeniu odebrałam świadomość więzi – takiej, której opisać się nie da.

Czasem mówię, trochę żartując: „Mój prywatny Święty” – ale to właściwie nie jest żart, to „Mój” odebrałam właśnie wtedy. Wtedy Padre Pio wszedł w moje życie w sposób przeze mnie uświadomiony. Serdeczny dotyk jego ręki, czuły gest: pogłaskanie po głowie to niby nic takiego, a ileż ma treści!

CZYTAJ: „Oczami duszy spróbuj go zobaczyć, dziękuj mu i módl się”. Ojciec Pio radzi jak oddać się w opiekę Anioła Stróża

„On posyła mnie, a ja jego”

Na jesieni 1967 r. byłam w miasteczku K., wezwana do sądu jako biegły. Wygłosiłam swoją opinię, skończyłam pracę w sądzie i do pociągu zostało mi parę godzin. Poszłam do parku. Był piękny, słoneczny dzień, a ja miałam książkę, więc zaczęłam czytać. Po chwili jakaś kobieta nieśmiało podeszła do mnie, pytając:
– Przepraszam, czy pani jest doktor Półtawska?
– Tak – powiedziałam.
– Ach, bardzo panią proszę, moja siostra jest chora i ona tak bardzo pragnie panią doktor zobaczyć i poradzić się.

Zapytałam, gdzie to jest. Niedaleko. Poszłam, gdyż nic nie stało na przeszkodzie – miałam czas. Weszłam do ciemnej izby – a może nie była tak ciemna, ale ja wchodziłam ze słońca. Kobieta powiedziała do siostry, która leżała w łóżku:
– Kochana, przyprowadziłam ci panią doktor.
– Tak wiem – mówi tamta – Ojciec Pio powiedział mi, że pani przyjdzie.
– Ojciec Pio?
No właśnie, nie wiem, jak jej to powiedział, ale prawdą jest, że przyszłam. Kobietę skierowałam do krakowskiej kliniki, gdyż wymagała natychmiast operacji na neurochirurgii. Niby nic, a jednak myślałam: „No, mój prywatny Święty mnie «posyła»”. On mnie, a ja jego.

Wanda Półtawska Ojciec Pio
Wanda Półtawska w San Giovanni Rotondo w refektarzu przy miejscu o Pio 2010/Edycja Świętego Pawła FOT. ks. Tomasz Lubaś

„Tym razem chcę cudu”

Miałam wypadek samochodowy. Jechałam do małej miejscowości, gdzie miałam wygłosić referat w kościele, a po drodze jest taka góra przed miasteczkiem. Jedziemy tam, śnieg sypie, mróz ściska, ślisko na szosie i nagle z przeciwka jedzie ciężarówka, na dole, przed nami, pług. Widzę, że kierowca usiłuje hamować, ale nie ma żadnego hamowania – i nagle zderzenie. Siedziałam koło kierowcy i siła uderzenia wyrzuciła mnie do przodu. Wybiłam głową szybę i całe czoło mam w odłamkach szkła. Zawieźli mnie do najbliższego szpitala. Chirurg powyjmował mi szkło, ale był młody i niedoświadczony i nie zauważył nic więcej. Zresztą ja się śmiałam, że nic mi się nie stało.

Pojechałam do tej wsi, wygłosiłam kazanie. Ksiądz powiedział, że miałam wypadek, ale – Bogu dzięki – nic groźnego. I odjechałam do Krakowa. Dopiero w nocy ujawniło się, co się naprawdę stało: do rana narósł mi olbrzymi, biały obrzęk oczu i twarzy. Wezwany chirurg nie miał wątpliwości: pęknięta opona i obrzęk z płynu mózgowo-rdzeniowego. Unieruchomić i operować!

Dzwonię do znajomego neurochirurga i pytam, co myśli. Operować? Nie trzeba, ale parę tygodni należy płasko leżeć. Może samo się zamknie. Parę tygodni płasko leżeć? A ja miałam program napięty różnymi zajęciami, a oprócz tych zajęć mam jechać do Rzymu – i chcę tam jechać. Nie mogę leżeć tygodniami. Leżę tylko trzy dni – tyle mogę – ale obrzęk nie schodzi. Nie bardzo mogę czytać, bo powieki też mam obrzęknięte. Leżę sama, więc udaje mi się na razie to ukryć. Ale wieczorem mówię do Ojca Pio: „Nie, tym razem chcę cudu, bo muszę jechać”.

Biorę obrazek, który przywiozłam sobie z San Giovanni Rotondo – taki z kawałeczkiem relikwii i z modlitwą o beatyfikację Ojca Pio – i przykładam ten obrazek do opuchniętej twarzy.

Zasypiam. Zasnęłam bardzo szybko.
Rano obudziłam się bez śladu obrzęku!
Pojechałam do Rzymu i zrealizowałam cały program.
Sama byłam zaskoczona, bo chociaż tak powiedziałam, że „teraz naprawdę potrzebuję cudu”, to przecież nie byłam pewna, czy to jest możliwe. Nie wszystkie moje prośby Ojciec Pio spełnia. Są takie, których nie wysłuchuje, a wtedy myślę: „No cóż, on jest tylko pośrednikiem. Widocznie plan Boga jest inny”. A jakże często różne sprawy, które mu zawierzam, spełnia. Teraz już nie mogę ukryć moich kontaktów z Ojcem Pio.

ZOBACZ: Rewelacyjne anegdoty o św. Ojcu Pio. Uśmiech gwarantowany!

To on ułatwia mi wszystkie podróże

Wiem, że Ojciec Pio się mną opiekuje i załatwia mi wszystko z takich rzeczy zwykłych, powiedziałabym nawet materialnych. Nikt by nie uwierzył, gdybym powiedziała, że wiem, że ten święty człowiek po śmierci mi pomaga. Ułatwia mi wszystkie podróże, ale na moje „bóle serca” i prośbę o uzdrowienie nie reaguje, jakby to był „nie ten teren”.

Praktycznie w podróżach załatwia mi wszystko. Przecież ja jeżdżę zupełnie w cudowny sposób. To nie są żadne przygody, to jest wyraźne działanie życzliwej ręki, która ułatwia mi i organizuje wszystko po kolei, czasem aż drobiazgowo. W ogóle jak ja żyję, to moje życie niepodobne do nikogo, pasmo cudowności, „nadzwyczajności zwyczajnych”. Nikomu tego nie opowiadam, bo jak to opowiedzieć? Ot, chociażby to teraz – wyjść po godzinach błądzenia po lesie, bez zegarka, bez umawiania się i wyjść z lasu na szosę w tym jedynym momencie, gdy zjawia się samochód jadący właśnie do Krakowa! Przypadek? No, tak, tak – przypadek, ale ja wiem, skąd się biorą takie właśnie przypadki!

Wanda Półtawska ojciec Pio
Fot. Archiwum Wandy Półtawskiej/Edycja Świętego Pawła

„Nie uwierzyłabym sama, gdybym nie widziała na własne oczy”

Pojechaliśmy na wycieczkę. Nasz przyjaciel ma tylko parę dni wolnych, a tu deszcz leje. Myślę, że to niesprawiedliwe, bo ten człowiek tak bardzo pracuje i potrzebny mu odpoczynek. Jak tu chodzić po lesie w taki deszcz?
Co będzie?
I mówię tym razem głośno:
– No to ja muszę poprosić Ojca Pio. Niech coś zrobi.
Zaczynamy w plenerze Mszę św. i nagle… nie uwierzyłabym sama, gdybym nie widziała na własne oczy. Bo to nie to, że chmury przeszły albo że zawiał wiatr i chmury się rozstąpiły, ale było tak, jakby kto nożem przejechał przez te zbite chmury i rozsunął na boki! I nagle, słoneczne niebo nad nami! Po obu stronach ciężkie chmury, a nad nami słońce – przez cały czas wycieczki!

Nagle… deszcz ustaje

Ostatnie Boże Ciało ks. kard. Karola Wojtyły w Polsce. Deszcz leje od trzech dni. Jak to będzie z procesją? W przeddzień, w środę wieczorem, martwimy się, bo wciąż leje, ale ja mówię: „Ano zatrudnię mojego Świętego”. Zobaczymy.

Czwartek ipsa die (tegoż dnia) – leje od rana. Pada, gdy ludzie ustawiają się na Wawelu. Msza św. ma być na zewnątrz, a tu pada. Wychodzi Msza św., deszcz ustaje – przez całą procesję nie pada ani jedna kropla!

Ksiądz Kardynał niesie monstrancję – skupiony. Mówi kazanie – tłum ludzi uczestniczy. Przez całą procesję nie spadła ani jedna kropla deszczu, ale zaledwie celebrans wszedł do katedry, lunęło! Zmokli wszyscy – ale po procesji, nie podczas.
Cud? Oczywiście, zjawisko naturalne – ale ja wiem, że to nie tak. Że mój prywatny Święty podtrzymał niebo i zasłonił Hostię niesioną na ulice.

„Gdyby przy tym był obecny Ojciec Pio, to ta dyskusja by mu się nie podobała”

Miałam okazję stwierdzić, że istotnie zdarza się to, o czym tak wiele osób opowiada, iż Ojciec Pio przychodzi i daje znak swojej obecności. Byłam gościem w domu pewnego kapłana, który od lat był zaprzyjaźniony z Ojcem Pio i miał po nim różne pamiątki, właściwie relikwie, np. rękawiczki, którymi zasłaniał dłonie, różańce i inne drobne przedmioty. Pokazał nam je, po czym ułożył na środku stołu, dokoła którego siedziało kilka osób.

W pewnej chwili rozmowa zamieniła się w krytykę Kościoła i hierarchii. Wówczas zauważyłam, że gdyby przy tym był obecny Ojciec Pio, to ta dyskusja by mu się nie podobała – i w momencie, w którym to powiedziałam, z tych nagromadzonych przedmiotów buchnął tak skoncentrowany zapach kwiatów, jakby ktoś rozbił flakon perfum. Wszyscy umilkli natychmiast, a ja powiedziałam tylko – „no właśnie”.

Fragmenty książki „O więcej niż życie. Biografia w zarysie” Wandy Półtawskiej

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę