video-jav.net

Nie “mam męża”, ale “jestem żoną”

Naprawdę nienawidzę jego uporu, wszechwiedzy i arogancji. Denerwuje mnie ta chłopina zdecydowanie zbyt często. Jednak - ciężko wzdychając - dochodzę do wniosku, że ten „zespół cech denerwujących” jest mi do zbawienia koniecznie potrzebny.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Zebraliśmy się tutaj, aby pożegnać moją serdeczną przyjaciółkę. Była moim wsparciem i podporą od zawsze. Kiedy tylko obudziła się we mnie świadomość, właśnie ją obrałam sobie za przewodniczkę. To ona wiodła mnie przez meandry relacji rodzinnych, to ona czyniła wszystko prostym i klarownym. Tak bardzo ją kochałam…. A jednak wiem, że nie ma innego wyjścia. Dlatego żegnaj, moja najwierniejsza towarzyszko! Żegnaj najświętsza! Żegnaj, do tej pory, zawsze pierwsza! Moja Racjo!”.

Gdyby po przysiędze małżeńskiej, nowożeńcy odczytywali taką „Elegię o swojej racji”, nie byłoby na ziemi prawdopodobnie żadnego rozwodu. Bo jeśli istnieje najgroźniejsza harpia niszcząca miłość, jeśli istnieje nieuleczalna gangrena tocząca bezlitośnie związki, to jest nią właśnie ona – przeklęta moja racja.

Bronimy jej jak Stalingradu: choć osaczona, choć zmuszona do kapitulacji – trwa pomimo i wbrew. Gdyby to jeszcze chodziło o sprawy dużej wagi, ale niestety, są to zwykle drobiazgi i głupoty. Bo sam kupił krawat, a miał ze mną, bo ona czyści okna szmatką, a on woli gazetą, bo ona jest pewna, że dzieci naprawdę tym razem nie ruszały tych płyt, a on wręcz przeciwnie. To, co w tej niekończącej się batalii jest najgorsze, to drugie dno. Przecież o krawacie można by jednak pomówić spokojniej, a te płyty podniesione z podłogi powinny zamknąć sprawę, a my jednak walczymy. Czasem wręcz okrutnie. Błahostka rozpala w nas jakieś poukrywane pokłady agresji. Aż sami się dziwimy, skąd w nas tyle złości. Co się za nią kryje? Dlaczego zawsze musimy udowadniać swoją rację? Dlaczego za każdym razem, nawet za cenę manipulacji, cichych dni i kłamstwa musimy wygrywać? Może dlatego, że boimy się co się stanie jeśli odpuścimy? Skąd mamy mieć pewność, że druga strona nas wtedy nie wykorzysta, nie odbierze godności? Już lepiej strzelać do upadłego…

Aż dochodzimy do punktu, w którym już nie mamy sił. Za nami wiele bezsennych nocy, kiedy patrzyliśmy w sufit myśląc jak wielki błąd popełniliśmy wychodząc za siebie, a świadomość nieodwracalności tej decyzji dosłownie odbierała nam oddech. Rozczarowani, rozgoryczeni, poranieni wywieszamy nad naszym małżeństwem czarną flagę. Nie udało się. Nie wyjdziemy z tego żywi. Nim jednak ostatecznie ogłosimy światu, że także i my zapadliśmy na nieuleczalną „niezgodność charakterów”, możemy zrobić jedną, ostatnią rzecz. Możemy podarować sobie nasze wyobrażenia o małżeństwie i przeczytać Bożą instrukcję do tej „gry”. Bo nagle może się okazać, że nasze egoistyczne oczekiwania uczyniły z nas dwójkę podobną do uczniów z Emaus. Tak bardzo jesteśmy rozczarowani sobą, tak uparcie tkwimy w naszej wizji miłości, że powtarzając w kółko „A myśmy się spodziewali” dosłownie przegapiamy cud zmartwychwstania.

 

 

Kiedy miałam 14 lat przeczytałam, przez przypadek, „Noc ciemną” Jana od Krzyża i bardzo zapragnęłam cierpieć dla Chrystusa. O słodka pycho! Nie zapomnę moich wielkodusznych marzeń o śmiertelnej chorobie wśród trędowatych w Kalkucie, lub o całkowitym oddaniu dzieciom w sierocińcu w Nairobi. Ku mojemu „rozczarowaniu” największy krzyż życia, z jakim – do tej pory – przyszło mi się zmierzyć, nie miał nic z tej wielkiej i chwalebnej egzotyki. Nie był gdzieś daleko i z pewnością nie musiałam go szukać wśród trędowatych. Nie… ciężar krzyża poznałam najmocniej w małżeństwie. I nie był nim bynajmniej mój mąż. O nie! Krzyż mojego życia ma 180 cm wzrostu, od dziecka kręcone włosy i sporą wadę wzroku. Krzyż mojego życia to po prostu ja. To z siebie samej musiałam wreszcie zacząć rezygnować. Z moich zachcianek, z mojego widzimisię i – przede wszystkim – z mojej świętej racji. Po kilku latach bezprawnego zawłaszczenia miałam oddać Bogu „mojego męża”, który tak naprawdę nigdy nie był moją własnością. Miałam zacząć dorastać do roli, jaką mi przeznaczono; przestać „mieć męża”, a zacząć „być żoną”. I Bóg mi świadkiem, że wcale na taką zamianę nie miałam ochoty.

Często mówimy i słyszymy o „skoku wiary”. O tym, że pójście za Chrystusem to krok w przepaść. Kilkakrotnie wchodziłam za Jezusem w taką ciemność, gdzie jedyną nadzieją był On i Jego Słowo. Pamiętam, jak bałam się kolejnych cesarskich cięć, jak umierałam ze strachu o bardzo chorą córeczkę, ale żadna z tych sytuacji nie może się równać ze strachem, jaki poczułam w dniu, w którym zaczęło się nasze małżeństwo. Nie, nie był to bynajmniej dzień ślubu. Nasze małżeństwo zaczęło się siedem trudnych lat później. Pewnej nocy dotarło do mnie z całą brutalnością, że nie zmienię mojego męża. Nawet o milimetr. Nie mam na to żadnych szans. Że powtarzana w kółko mantra „Wszystko byłoby dobrze, gdyby on się zmienił” nie ma żadnego sensu. Jedyną osobą, nad którą mam władzę jestem ja. Tylko siebie mogę zmienić. Poranek, kiedy po raz pierwszy zapytałam siebie „Co ja mogę dzisiaj zrobić dla niego?” był krokiem w przepaść, był skokiem bez spadochronu. Bo po raz pierwszy zapytałam nie kalkulując, co, i czy w ogóle, dostanę w zamian.

Zapytałam, bo wreszcie po latach czytania Pisma Świętego, dotarło do mnie, że nie ma innej drogi, innego sposobu na kochanie drugiego człowieka jak służenie mu. Zabawne, jak bardzo nasze serce potrafi słuchać wybiórczo! Ile razy słyszałam, czytałam, medytowałam scenę Zwiastowania, ale dopiero po kilkunastu latach usłyszałam słowo „służebnica”. Wstrząsnęło mną, że właśnie tak przedstawia się światu Maryja. Nie wymienia swojego imienia, nie wspomina o swoim pochodzeniu… Ona całe swoje jestestwo zamyka w służbie. Możesz wiedzieć wszystko o Kenozie, możesz czytać traktaty o bosko-ludzkiej naturze Syna Bożego, a dopiero po latach poczuć na własnych stopach dotyk dłoni Pana Jezusa i nie usłyszeć z Jego ust ani jednego słowa. Chrystus myje nasze nogi w milczeniu, Chrystus umiera za nas w milczeniu. Nie spisuje umowy na wdzięczność, nie zobowiązuje nas do wzajemności. Zatem, skoro „Syn Człowieczy nie przyszedł po to, aby mu służono, lecz, aby służyć”, to ja nie wyszłam za mąż po to, aby mi służono, lecz aby służyć. Bez fanfarów, bez wielkich gestów.

 

 

Co się stanie, kiedy rzucimy się w tę przepaść? Co jest dalej? Dalej jest wieczność pośrodku życia. Dalej jest żar i śmiałość miłości*. Chrześcijaństwo daje nam nie tylko obietnicę wiecznego poranka, chrześcijaństwo to jest doświadczanie Nieba na ziemi! Tam, gdzie kocha się bez asekuracji, tam, gdzie rezygnuje się ze swoich zachcianek, tam, gdzie miłość rodzi rozwój, a rozwój coraz większą miłość, tam małżeństwo smakuje jak buzujące, rozsadzające bukłaki wino. Tam dosłownie przelewa się dobroć. Tam szczęście zjawia się najzwyczajniej w świecie i zostaje już na zawsze. I to nie szczęście, które potrzebuje wakacji na Zanzibarze, ale szczęście, które rodzi się gdzieś pomiędzy „Herbatę Ci zrobiłem” a „Wow! Dzieciaki! Chodźcie zobaczyć, co Tatuś dla was wymyślił!”.

Oczywiście to wszystko nie jest ani łatwe, ani nie wydarza się z dnia na dzień. My wciąż potrafimy szarpać się o swoje i z galanterią, i wdziękiem wymierzać sobie ciosy poniżej pasa. I prawdopodobnie będzie tak do końca. Ale jedno jest pewne; tam, gdzie ziarno pszenicy zaczyna obumierać, tam plon rozsadza spichlerze, a połowy ryb notorycznie rozrywają sieci. Chrześcijańska wizja małżeństwa dosłownie odbiera mowę. Chociaż z każdym rokiem staję się coraz bardziej niezależna, nie mogę wyjść ze zdumienia jak bardzo potrzebuję mojego męża. Nawet nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej: jestem i chcę być od niego zależna. Ale bynajmniej nie dlatego, aby mnie kochał. Bo chociaż codziennie stara się dla mnie pokonywać swój wrodzony pesymizm i nikt nie akceptuje mnie tak, jak on. I chociaż wiem, że gdy popełnię setny raz tę samą głupotę, to on mi ją po prostu wybaczy, a jego oczy będą mi znowu mówić „Wierzę w ciebie. W tę najlepszą wersję ciebie”, to jednak ja go nie potrzebuję przede wszystkim po to, żeby mnie kochał. Ja potrzebuję go, żeby mu służyć. Potrzebuję go, żeby móc go kochać.

Wszystko wskazuje na to, że rację ma nasz wrocławski ks. Maliński „Malina”, kiedy twierdzi, że Bóg jest poznaniakiem i jest po prostu praktyczny. Nie tylko zawołał nas do świętości, ale wyposażył we wszelkie ku temu narzędzia. Naprawdę nienawidzę uporu mojego męża, jego wszechwiedzy i arogancji. Denerwuje mnie ta chłopina zdecydowanie zbyt często. Jednak, ciężko wzdychając, dochodzę do wniosku, że ten „zespół cech denerwujących” jest mi do zbawienia koniecznie potrzebny. Tak jak moja wszechwiedza, mściwość i ocenianie wszystkiego i wszystkich, są niestety potrzebne mojemu mężowi. Miło i przyjemnie jest się zachwycać swoim „awersem”, ale to tak naprawdę o ten nie za ładny „rewers” tu chodzi.

Przypatrzmy się zatem powołaniu naszemu, zdejmijmy wreszcie ten spadochron i skaczmy w przepaść! Niedorzeczne? Ryzykowne? Przerastające nasze siły? Witajcie w chrześcijaństwie!


*”Przebywanie w nurcie Bożej miłości, obranie w niej stałego mieszkania jest warunkiem, aby sprawić, żeby nasza miłość nie utraciła po drodze swego żaru i swej śmiałości”. Papież Franciszek

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Półtora serca

W sobotnie święto Dominika Czupryś z Radzionkowa przyjmie całusy od swoich dzieci - 2,5-letniego Franka i rocznej Alicji. Od innych młodych mam odróżnia ją to, że widziała bijące serce swojego syna...

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

To była historia jakich wiele – zakochanie, zaręczyny, ślub. Po kilku tygodniach Dominika i Łukasz dowiedzieli się, że zostaną rodzicami. Wszystko toczyło się książkowo aż do połowy ciąży. Diagnoza: wada serca. Potem badania, kolejne i kolejne, w końcu decyzja – zastawka aortalna wymaga poszerzenia. I choć jeszcze kilka lat temu byłoby to nieprawdopodobne, zabieg przeprowadzono nie czekając, aż maluszek przyjdzie na świat. – W 26. tygodniu ciąży znalazłam się na stole operacyjnym – zaczyna swoją opowieść Dominika. – Od samego początku nikt nie mówił o moim synu: „płód”, traktowano go jako pełnoprawnego pacjenta. Małego pacjenta, którego zoperowano wewnątrz dużego pacjenta. Przed zabiegiem każde z nas dostało „swoje” znieczulenie. Potem pozostało czekać i modlić się, żeby Franek jak najdłużej pozostał pod moim sercem.

 

Dziesięć tygodni później Dominika obudziła Łukasza w środku nocy. W szalonym tempie pokonali prawie 300 kilometrów dzielących ich od warszawskiego szpitala, gdzie Franek mógł bezpiecznie przyjść na świat. Zdążyli. Był 18 lutego 2016 roku.

Następnego dnia maluch trafił do Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie postawiono ostateczną diagnozę – HLHS, zespół niedorozwoju lewego serca. To jedna z najpoważniejszych wad serca u dzieci. Nieoperowana, prowadzi do śmierci w pierwszym miesiącu życia. Wyczekiwane szczęście runęło jak domek z kart.

– Pierwszą operację na otwartym sercu Franek przeszedł mając tydzień. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że po takich zabiegach nie zamyka się klatki piersiowej. Mostek pozostaje rozcięty, płaty skóry odsunięte na bok. Kiedy wpuszczono mnie do syna, zobaczyłam jego bijące serce… Niestety, powodów do optymizmu nie było, podczas operacji wystąpiła rzadka komplikacja. Kiedy kardiochirurdzy zaprosili nas na rozmowę, widziałam na ich twarzach przerażenie. Oni są zawsze pewni siebie: zoperujemy, naprawimy, wyleczymy. A teraz nie umieli spojrzeć nam w oczy. Wiedziałam, że nie dają mojemu synowi żadnych szans na przeżycie – Dominika do dziś drży, wspominając tamtą straszną rozmowę.

 

 

Tydzień później Franciszek kolejny raz znalazł się na stole operacyjnym. Ważył już tylko 1800 gramów, był bardzo słabiutki. Ze względu na obłożenie sali zabieg musiał odbyć się w nocy. – Wróciliśmy z Łukaszem do pokoju – opowiada Dominika. – Kilkaset metrów dalej lekarze rozpoczęli beznadziejną walkę o życie mojego syna, a ja… poszłam spać. Nagle pojawił się we mnie niewytłumaczalny spokój, pewność, że wszystko będzie dobrze. Przespałam całą noc a rano dowiedziałam się, że Franek przeżył. Przeżył, chociaż ma tylko połowę serduszka…

Moment załamania przyszedł na Dominikę kilka tygodni później. – Jak co dzień przyszłam na OIOM pooperacyjny… a Frania na nim nie było. Przewieziono go na inny oddział. Kiedy tam weszłam, rozpłakałam się – to był OIOM dla dzieci przewlekle chorych i nierokujących. Obok Franka leżały dzieci, które miały rok, dwa, trzy… i cały ten czas spędziły w szpitalu. Przeraziłam się.

Franek miał czekać krócej – pół roku, bo tyle musiał skończyć, aby przejść kolejną operację. W tym czasie Łukaszowi skończył się urlop ojcowski, musiał wrócić na Śląsk. Dominika została w Warszawie sama.

– Pierwszy raz przytuliłam swoje dziecko, kiedy miało dwa miesiące – w głosie Dominiki słychać tłumiony płacz. – Był jeszcze podłączony do respiratora, w zasadzie nie wolno go było ruszać, ale pielęgniarka widząc, że jestem w kompletnej rozsypce, położyła go w moich ramionach. Siedzieliśmy tak kilka godzin, zupełnie zdrętwiałam, ale nie mogłam wypuścić go z rąk…

Kiedy w tchawicy Frania umieszczono rurkę umożliwiającą oddychanie, opieka nad nim stała się łatwiejsza. Dominika mogła go przytulić, przewinąć czy wykąpać. Ale każdego wieczoru musiała zostawić syna samego i wrócić do wynajętego pokoju. Zamiast kołysanek nuconych do ucha przez mamę, do snu kołysał Franka miarowy szum respiratorów i tykanie kardiomonitorów.

 

 

– Mój pierwszy Dzień Matki spędziłam na OIOMie. Łukasz przyjechał do mnie z kwiatami „od Frania”, a ja rozpłakałam się, że chociaż nie jestem mamą, nie mam dziecka przy sobie… – wspomina Dominika.

Szpitalne pół roku było potężną próbą dla młodego przecież małżeństwa Dominiki i Łukasza. Ona w Warszawie, samotnie mierząca się z codziennością OIOMu, on na Śląsku, starając się zapewnić rodzinie utrzymanie. W każdy piątek po pracy Łukasz pędził do syna, ale przy Franku nie mogli być jednocześnie oboje. Mijali się. – Niektórzy twierdzą, że wspólne cierpienie cementuje związek. My musieliśmy walczyć, aby nie zgubić naszej miłości… – mówi Dominika.

W końcu nadszedł dzień kolejnej operacji. Po raz trzeci Dominika oddała syna w ręce lekarzy. Teraz mogła się już tylko modlić. O tym, co działo się później, opowiada w kategoriach cudu. – Lekarze spodziewali się, że rekonwalescencja zajmie Franiowi wiele tygodni, tymczasem już po kilku dniach zaczął oddychać samodzielnie. Miesiąc po operacji został wypisany do domu.

Marzenie Dominiki w końcu się spełniło. Wreszcie była zwyczajną mamą – mogła przytulać syna kiedy tylko tego chciała, zabierać go na spacery. A dla Franka wszystko było nowe – do tej pory widywał tylko ściany szpitalnej sali, teraz z fascynacją wpatrywał się w liście na drzewach czy kolorowe kwiaty. Ale powrót do domu wiązał się też z nowymi wyzwaniami. Choć Franek oddychał samodzielnie, w jego tchawicy tkwiła rurka tracheostomijna, która sprawiała, że nie wydawał z siebie żadnych dźwięków. – Na początku bałam się, co będzie, kiedy zacznie płakać a ja tego nie usłyszę? Ale szybko nauczyliśmy się, że świst powietrza w rurce inaczej brzmi przy zwykłym oddechu, a inaczej przy śmiechu czy płaczu. Poznawaliśmy nasze dziecko i uczyliśmy się żyć jako rodzina.

Obecnie Franio jest radosnym brzdącem. Trudności spowodowane chorobą i miesiącami w szpitalu szybko nadgania pod okiem najlepszej rehabilitantki. – Alicja przyszła na świat, kiedy Franio miał 15 miesięcy. Bardzo chcieliśmy, aby miał rodzeństwo i powitaliśmy ją z ogromną radością – na twarzy młodej mamy wreszcie pojawia się uśmiech. – A starszy brat zaczął ją naśladować we wszystkim, ucząc się dzięki temu nowych rzeczy. Za nic nie chciał raczkować, zaczął, kiedy widział raczkującą Alę. Pierwsze dźwięki zaczął wydawać, kiedy siostra zaczęła gaworzyć. Ala ma rok i jest już logopedą – śmieje się Dominika.

Ale oprócz domowej rehabilitacji, Franek wymaga także regularnych ćwiczeń z fizjoterapeutą i „prawdziwym” logopedą. Czeka też na ostatni etap operacji serca. Dominika patrzy w przyszłość z nadzieją – wierzy, że z tej potyczki o zdrowie jej syn wyjdzie obronną ręką. A serce matki nie może się mylić…


PRZECZYTAJ WIĘCEJ O FRANKU


 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >