video-jav.net

Na Boga, to Polacy! Andrzej „Morro” Romocki

„Nie strzelać! Starówka! Radosław! Batalion Zośka! Na Boga, tu Polacy! Niech żyje Polska!”.

Karolina
Lizurej
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Spośród mogił z charakterystycznymi brzozowymi krzyżami w kwaterze Batalionu Zośka jedna wyróżnia się ilością kwiatów, zniczy i harcerskich znaczków.

Na Boga, to Polacy! Andrzej „Morro” Romocki

Andrzej Romocki, harcmistrz, kapitan, ps. Morro – głosi tabliczka. Ci którzy interesują się historią Szarych Szeregów z pewnością sięgnęli po książkę Zośka i Parasol – drugą część gawędy Aleksandra Kamińskiego, autora Kamieni na Szaniec. Morro jest jej czołowym bohaterem. I choć pamięć o nim nie jest tak powszechna jak o Zośce, Rudym i Alku, to ci, którzy próbują wcisnąć zapaloną lampkę przy grobie Morro wiedzą, że był postacią wyjątkową. Nieprzeciętność patriotycznej postawy, głęboka wiara zespolona z ponadprzeciętnymi zdolnościami przywódczymi i ukształtowały rodzaj mitu kapitana Morro. Do tego nienaganna aparycja. Do dzisiaj na internetowych forach wielbicielki historii próbują dociec, czy Andrzej miał sympatię. Była nią podobno Lidia Daniszewska, sanitariuszka i łączniczka Morro. Zginęła w tym samym dniu, co Romocki.

Morro wychował się w rodzinie o długiej patriotycznej tradycji – obydwaj dziadkowie brali udział w powstaniu styczniowym. Ojciec – inżynier i major Wojska Polskiego w stanie spoczynku ponad wszystko dał się poznać jako autor listów do syna, które do dzisiaj mogą stanowić wzór kształtowania charakteru. Z drugiej strony unaoczniają piorunującą różnicę w wychowaniu i relacjach ojca z dzieckiem – pomiędzy tym co wtedy, a tym co teraz. Ludzie ulepieni z innej gliny – to nie tylko populistyczny frazes budujący legendę „złotego pokolenia”. Warto zajrzeć, by się przekonać. W obszernej korespondencji wielokrotnie pisał o rozwijaniu talentów i samodoskonaleniu się w duchu obranych ideałów. Przewodnikiem miała być osobista modlitwa.

To będzie Twoje życie, to znaczy tyle będzie ono warte wobec Boga i Ciebie samego, jakim zasadom będziesz wierny” – pisze ojciec w 1935.

Koledzy określali Morro jako poważnego i skupionego. Stawiał sobie i innym wysoką poprzeczkę. „Niewielu było do niej wstanie podskoczyć. Albo byliśmy za słabi, albo za mali” – wspomina Bogdan Julisz Deczkowski ps. Laudański – „Dochodziło z tego powodu do nieporozumień pomiędzy nim, a podwładnymi. Zarzucono mu rygorystyczny system karny, obrywało się nawet zasłużonym zośkowcom”. „No i brak poczucia humoru…” – dodaje Sławomir Sieradzki ps. Świst – „Dostał rysunek amorka (tak go nazywali, od podpisu A. Morro) z wielkim nożem i podpisem selekcja kompani”. Odpowiedzią na dowcip kolegów był rozkaz w którym Andrzej… zabronił używania nazw plutonów: SAD, Alek i nazwy kompani Rudy. „Dziś nasza kompania nie ma prawa powoływać się na Rudego i jego Sad, na Alka. Nie ma prawa, bo nie zna, nie rozumie lub nie chce zrozumieć idei naszych Patronów” – uzasadniał Morro. Po rozkazie zaczęto zwracać mu odznaki SAD-u – czarne drzewko na pomarańczowym trójkącie. Wstrząśnięty postawą podwładnych Andrzej sam siebie postawił do raportu karnego i… zesłał się na urlop. Najsłynniejszą akcją dowodzoną przez Morro było Przebicie do Śródmieścia, upamiętnione przez grupę Lao Che na płycie Powstanie Warszawskie. Próby pokonania niemieckiego pierścienia wokół oblężonego Starego Miasta zarówno drogą naziemną jak i kanałami podejmowano kilkukrotnie i kończyły się niepowodzeniami. Jedynym przypadkiem udanego przedostania się był brawurowy przemarsz garstki żołnierzy kompanii Rudy. Udało im się wyjść z „piekła” niemal bez strat – pod osłoną nocy, przez Ogród Saski, podszywając się pod niemiecki oddział: ubrani w zdobyte na Stawkach panterki, niemiecki hełmy i bez biało-czerwonych opasek. Zobaczywszy polskie stanowiska, Andrzej miał zawołać najpotężniejszym głosem na jaki pozwalał mu przestrzelony nos: „Nie strzelać! Starówka! Radosław! Batalion Zośka! Na Boga, tu Polacy! Niech żyje Polska!”.

Lao Che – Przebicie do Śródmieścia

Morro poległ żołnierską śmiercią, o świcie 15 września 1944 – miesiąc po śmierci młodszego brata – Janka ps. Bonawentura, naczelnego poety Zośki, który zginął przywalony walącą się ścianą w szpitalu na Miodowej. Do dziś trwają dyskusje, kto strzelał. Najprawdopodobniej był to tragiczny wypadek: Morro trafił jeden z berlingowców przybyły znad drugiego brzegu Wisły. W niemieckim umundurowaniu omyłkowo wzięty za wroga został położony jednym strzałem.

Wybitny oficer, legendarny płk Radosław (Jan Mazurkiewicz) powiedział o Nim, że w ciągu swojej wieloletniej kariery wojskowego nie widział tak doskonałego pod każdym względem dowódcy. Dzisiaj imię Andrzeja Morro Romockiego nosi kilkanaście Drużyn Harcerskich.

Historie o nieprzeciętności patriotycznej postawy, głębokiej wierze i przywódczych zdolnością tworzą coś na miarę legendy. Jak powiedział Stanisław. Sieradzki ps. Świst: „znać Andrzeja to był zaszczyt”.

Karolina Lizurej

Zobacz inne artykuły tego autora >
Karolina
Lizurej
zobacz artykuly tego autora >

Kościół fałszuje swoją historię!

Spośród wszystkich zarzutów stawianych Kościołowi, po wyłączeniu spraw bieżących (domniemane wtrącanie się do polityki, jeszcze bardziej domniemana skala przestępstw seksualnych itp.), najistotniejszym pozostaje zarzut o zakłamywaniu własnej historii, a przede wszystkim historii Jezusa

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie jest to nic nowego – dzisiejsze doklejanie Chrystusowi żony i dzieci to po prostu kontynuacja starych prądów, podchwyconych później przez naturalistów czy marksistów. Główną linią obrony twórców tego typu teorii jest rzekome umiłowanie prawdy, odkłamywanie historii. Tymczasem powoływanie się na badania, których rzetelność i metodologia pozostawiają wiele do życzenia i pozorne odkrywanie sensacyjnych faktów, które mają emocjonować czytelników na zasadzie tabloidu, z dążeniem do prawdy nie ma nic wspólnego.

Pierwsza strona

Pamiętam, że najbardziej aktywizująca lekcja religii, w jakiej uczestniczyłem, miała miejsce jeszcze w gimnazjum, gdy w mediach wszczęto dyskusję nt. Ewangelii Judasza i jej rewolucyjnego wpływu na Nowy Testament. Nagle ci sami znajomi, którzy wydzwaniali do mnie w niedzielę z prośbą, aby im streścić kazanie, bo nakłamali w domu, że idą do kościoła, stali się ekspertami od koptyjskiego i ekonomii zbawienia. Gazeta Wyborcza, ta sama, która od lat nieudolnie wypycha religię z życia publicznego, tym razem wydrukowała apokryf i zrobiła z niego specjalny dodatek! Zarzucała Kościołowi brak zainteresowania prawdą i 2000 lat manipulacji faktami, przy czym wcale jej nie przeszkadzało, że o istnieniu takiego koptyjskiego tekstu wnioskujemy od czasów Pseudo-Tertuliana, a pewność mamy mniej więcej od połowy lat 70-tych ubiegłego wieku.

Zresztą żmudne tłumaczenie tekstu na potrzeby Wyborczej to dokładnie taka sama prowizorka, o jakiej redaktorzy z Czerskiej marzą w odniesieniu do Kościoła. Gazeta napisała na kolanie tłumaczenie otrzymanego od National Georaphic tekstu w języku angielskim, uznając go za poprawny. Gdyby tak samo postępowali bibliści… strach myśleć.

Na szczęście tekst apokryfu został przetłumaczony z oryginału dzięki ówczesnemu dziekanowi Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego – ks. prof. Wincentowi Myszorowi. I to tyle w temacie zatajania faktów przez Kościół.

Niedawno podobne emocje wywołało odnalezienie (którego to już?) rewelacyjnego manuskryptu, który miał udowodnić ponad wszelką wątpliwość węzeł małżeński pomiędzy Marią Magdaleną a Jezusem.

Podobne sensacje wywoływane są cyklicznie i za każdym razem wydają się być coraz bardziej karykaturalne. Jednak dawniej wcale nie było mniej kreatywnie.

Kościół fałszuje swoją historię!

W drugiej połowie XIX w. Bruno Bauer (starszy kolega Marksa z koła młodoheglowców) zakrzyknął: Jezus nie istniał! W swojej pracy Odkryte chrześcijaństwo dowodził, że Jezus to aleksandryjsko-rzymski wytwór mitu o bogoczłowieku, powstały w wyniku złączenia żydowskiego mesjanizmu z greckim stoicyzmem. Mniej więcej w tym samym czasie polski badacz Mikołaj Notowicz napisał Życie świętego Issy. Wg tej książki Jezus jako 13-letni chłopiec udał się do Indii, gdzie przez półtora dekady poznawał tajemną naukę Buddy. Gdy powrócił, zaczął głosić poznaną doktrynę i – źle zrozumiany – został zabity jako buntownik.

Wszystkich, których śmieszy taka interpretacja zapewniam, że to nie koniec – ponad sto lat później, w 1990 r. Holger Kersten w książce Jezus żył w Indiach rozwija tę myśl, twierdząc, że Zbawiciel najpierw szkolił się w klasztorze tybetańskim, a następnie u esseńczyków. Połączenie tych wiadomości pozwoliło mu przeżyć śmierć krzyżową. Oczywiście te tezy również opierały się o rewolucyjne starożytne manuskrypty.

Takich prób było więcej i ich historia prędko się nie zatrzyma. Dlatego uspokajam. Rewelacje były są i będą. Jedyna droga to nie dawać im wiary, uśmiechać się i gorliwie modlić za twórców, aby ich dociekania były ukierunkowane na prawdę, a nie na sensację.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >