Nasze projekty

Na Boga, to Polacy! Andrzej „Morro” Romocki

„Nie strzelać! Starówka! Radosław! Batalion Zośka! Na Boga, tu Polacy! Niech żyje Polska!”.

Reklama

Spośród mogił z charakterystycznymi brzozowymi krzyżami w kwaterze Batalionu Zośka jedna wyróżnia się ilością kwiatów, zniczy i harcerskich znaczków.

Na Boga, to Polacy! Andrzej „Morro” Romocki

Andrzej Romocki, harcmistrz, kapitan, ps. Morro – głosi tabliczka. Ci którzy interesują się historią Szarych Szeregów z pewnością sięgnęli po książkę Zośka i Parasol – drugą część gawędy Aleksandra Kamińskiego, autora Kamieni na Szaniec. Morro jest jej czołowym bohaterem. I choć pamięć o nim nie jest tak powszechna jak o Zośce, Rudym i Alku, to ci, którzy próbują wcisnąć zapaloną lampkę przy grobie Morro wiedzą, że był postacią wyjątkową. Nieprzeciętność patriotycznej postawy, głęboka wiara zespolona z ponadprzeciętnymi zdolnościami przywódczymi i ukształtowały rodzaj mitu kapitana Morro. Do tego nienaganna aparycja. Do dzisiaj na internetowych forach wielbicielki historii próbują dociec, czy Andrzej miał sympatię. Była nią podobno Lidia Daniszewska, sanitariuszka i łączniczka Morro. Zginęła w tym samym dniu, co Romocki.

Reklama
Reklama

 

Morro wychował się w rodzinie o długiej patriotycznej tradycji – obydwaj dziadkowie brali udział w powstaniu styczniowym. Ojciec – inżynier i major Wojska Polskiego w stanie spoczynku ponad wszystko dał się poznać jako autor listów do syna, które do dzisiaj mogą stanowić wzór kształtowania charakteru. Z drugiej strony unaoczniają piorunującą różnicę w wychowaniu i relacjach ojca z dzieckiem – pomiędzy tym co wtedy, a tym co teraz. Ludzie ulepieni z innej gliny – to nie tylko populistyczny frazes budujący legendę „złotego pokolenia”. Warto zajrzeć, by się przekonać. W obszernej korespondencji wielokrotnie pisał o rozwijaniu talentów i samodoskonaleniu się w duchu obranych ideałów. Przewodnikiem miała być osobista modlitwa.

 

Reklama
Reklama

To będzie Twoje życie, to znaczy tyle będzie ono warte wobec Boga i Ciebie samego, jakim zasadom będziesz wierny” – pisze ojciec w 1935.

Koledzy określali Morro jako poważnego i skupionego. Stawiał sobie i innym wysoką poprzeczkę. „Niewielu było do niej wstanie podskoczyć. Albo byliśmy za słabi, albo za mali” – wspomina Bogdan Julisz Deczkowski ps. Laudański – „Dochodziło z tego powodu do nieporozumień pomiędzy nim, a podwładnymi. Zarzucono mu rygorystyczny system karny, obrywało się nawet zasłużonym zośkowcom”. „No i brak poczucia humoru…” – dodaje Sławomir Sieradzki ps. Świst – „Dostał rysunek amorka (tak go nazywali, od podpisu A. Morro) z wielkim nożem i podpisem selekcja kompani”. Odpowiedzią na dowcip kolegów był rozkaz w którym Andrzej… zabronił używania nazw plutonów: SAD, Alek i nazwy kompani Rudy. „Dziś nasza kompania nie ma prawa powoływać się na Rudego i jego Sad, na Alka. Nie ma prawa, bo nie zna, nie rozumie lub nie chce zrozumieć idei naszych Patronów” – uzasadniał Morro. Po rozkazie zaczęto zwracać mu odznaki SAD-u – czarne drzewko na pomarańczowym trójkącie. Wstrząśnięty postawą podwładnych Andrzej sam siebie postawił do raportu karnego i… zesłał się na urlop.
Najsłynniejszą akcją dowodzoną przez Morro było Przebicie do Śródmieścia, upamiętnione przez grupę Lao Che na płycie Powstanie Warszawskie. Próby pokonania niemieckiego pierścienia wokół oblężonego Starego Miasta zarówno drogą naziemną jak i kanałami podejmowano kilkukrotnie i kończyły się niepowodzeniami. Jedynym przypadkiem udanego przedostania się był brawurowy przemarsz garstki żołnierzy kompanii Rudy. Udało im się wyjść z „piekła” niemal bez strat – pod osłoną nocy, przez Ogród Saski, podszywając się pod niemiecki oddział: ubrani w zdobyte na Stawkach panterki, niemiecki hełmy i bez biało-czerwonych opasek. Zobaczywszy polskie stanowiska, Andrzej miał zawołać najpotężniejszym głosem na jaki pozwalał mu przestrzelony nos: „Nie strzelać! Starówka! Radosław! Batalion Zośka! Na Boga, tu Polacy! Niech żyje Polska!”.

 

Reklama

 

Lao Che – Przebicie do Śródmieścia

https://www.youtube.com/watch?v=S0gPrkK-vJA

Morro poległ żołnierską śmiercią, o świcie 15 września 1944 – miesiąc po śmierci młodszego brata – Janka ps. Bonawentura, naczelnego poety Zośki, który zginął przywalony walącą się ścianą w szpitalu na Miodowej. Do dziś trwają dyskusje, kto strzelał. Najprawdopodobniej był to tragiczny wypadek: Morro trafił jeden z berlingowców przybyły znad drugiego brzegu Wisły. W niemieckim umundurowaniu omyłkowo wzięty za wroga został położony jednym strzałem.

 

Wybitny oficer, legendarny płk Radosław (Jan Mazurkiewicz) powiedział o Nim, że w ciągu swojej wieloletniej kariery wojskowego nie widział tak doskonałego pod każdym względem dowódcy. Dzisiaj imię Andrzeja Morro Romockiego nosi kilkanaście Drużyn Harcerskich.

 

Historie o nieprzeciętności patriotycznej postawy, głębokiej wierze i przywódczych zdolnością tworzą coś na miarę legendy. Jak powiedział Stanisław. Sieradzki ps. Świst: „znać Andrzeja to był zaszczyt”.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę