Kolejna rocznica września, kolejna bitwa o historię

Mija kolejna rocznica wybuchu II wojny światowej, a tak wiele kłamstw historycznych nadal ma się świetnie. Niestety łatwiej pokonać czołgi, niż propagandę. Tym bardziej o pamięć trzeba umieć walczyć. Jak robić to mądrze?

Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Kolejna rocznica września 1939 roku wita nas ciągle tym samym zestawem problemów i wyzwań. Kłamstw i konieczności ich prostowania, jak gdyby 77 lat po wojnie cały czas spływały do nas nowe, rewolucyjne fakty, które każą przemyśleć historię na nowo. Czy Polacy są współsprawcami Holokaustu? Czy kolaborowali z Hitlerem? Dlaczego po wojnie zamiast żyć w spokoju, walczyli z Armią Czerwoną? Stale pojawiają się te same pytania, i zadziwiająco nietrafione odpowiedzi na nie. To prawda, nawet dzisiaj zdarza się, że pewne epizody II wojny wychodzą z ukrycia na światło dzienne, pomagając lepiej zrozumieć i precyzyjniej poukładać elementy tej tragicznej mozaiki. Jej szeroki obraz jest już jednak znany od dekad, a ze statystykami trudno polemizować. Jednak bez ciągłego ich przypominania przegrywamy walkę o pamięć.

Bez ciągłego przypominania faktów przegrywamy walkę o pamięć

A fakty są następujące: pomimo ogromnej mobilizacji polskiej armii, bez sojuszników, którzy zamiast bomby zrzucali na Niemcy ulotki, a o ZSRR w ogóle zapomnieli, nie mieliśmy szansy z prawie 3,5 milionową siłą ofensywną totalitarnych reżimów. Wystarczyło żeby Francja i Wielka Brytania wypełniły ustalenia traktatów, aby zaatakowana od tyłu Rzesza nie mogła zwyciężyć na dwóch frontach. Tak się jednak nie stało, alternatywne wizje przeszłości można mnożyć, niestety poza rozrywką intelektualną, powodują one raczej niepotrzebne rozgoryczenie. To jest punkt wyjścia, o którym wielu zagranicznych historyków i komentatorów po prostu zapomina, próbując obarczać Polskę odpowiedzialnością za zbrodnie, dokonane na jej okupowanym terytorium.

Zapominają również, że pomimo zdrady sojuszników, Polska walczyła z Aliantami u boku od pierwszego do ostatniego dnia wojny, nie kolaborując z Hitlerem, a za udział w konflikcie zapłaciła najwyższą cenę. Nasz bilans zysków i strat jest najgorszy spośród wszystkich państw biorących udział w II wojnie światowej. Straty w stosunku do populacji ocenia się na 17,1 proc. obywateli II Rzeczpospolitej – w podobnym zestawieniu „przegrana” III Rzesza jest dopiero na czwartym miejscu. Wystarczy powiedzieć, że przez sześć lat okupacji, co roku w naszej ojczyźnie ginęło milion osób. Średnio ponad 2700 dziennie. Pomimo tak ogromnego cierpienia i daniny krwi polskiego żołnierza (pod auspicjami samego brytyjskiego Najwyższego Dowództwa służyło ich ponad 200 tys.), 8 czerwca 1946 r. w paradzie zwycięstwa maszerującej ulicami Londynu, nie było Polaków. Byli m.in. żołnierze Czechosłowacji, Grecji, Holandii, Luksemburga, Brazylii, Belgii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Australii. Ale nie reprezentanci armii, która znalazła się już po drugiej stronie żelaznej kurtyny, a w związku z tym zgodnie z optyką Zachodu, z czasem stawała się wroga wobec państw, za które ginęła.

Pomimo zdrady sojuszników, Polska walczyła od pierwszego do ostatniego dnia wojny, nie kolaborując z Hitlerem, a za udział w konflikcie zapłaciła najwyższą cenę

Tak właśnie powoli propaganda i polityka wchodziły w paradę prawdzie historycznej. Dzisiaj zagadnienie to nadal wydaje się palące, szczególnie w kontekście zrównywania kata z ofiarami, Polaka – z wykonawcą Holokaustu. Czesław Miłosz ubolewał kiedyś nad tym, jak wiele uwagi poświęca się na Zachodnie zbrodniom we francuskim Oradour i czeskich Lidicach, które stały się symbolem niemieckiego okrucieństwa. Jednocześnie milczy się o Warszawie i „setkach Oradour i Lidic”, których świadkiem były ziemie okupowanej Polski. Może właśnie dlatego Miłosz nazwał Generalne Gubernatorstwo „mechaniczną rzeźnią”, gdzie „zbyt duża skala zbrodni paraliżuje wyobraźnię”. Być może również dlatego niektórym tak łatwo przechodzą przez usta słowa o „polskich obozach śmierci”, a Polakach, jako narodzie oprawców.

 

Polen, Parade vor Adolf Hitler

Kadr z filmu “Feldzug in Polen” czyli “Kampania polska”, propagandowej produkcji o hitlerowskiej inwacji na Polskę, nakręcony w 1940 roku

 

Niestety często ci sami ludzie wypierają niewygodną prawdę o tym, że w 1944 r. połowa elitarnych jednostek Waffen-SS nie była pochodzenia niemieckiego. Z biegiem lat coraz luźniej traktowana teoria przynależności do rasy aryjskiej i nagląca potrzeba formowania nowych dywizji, pozwoliła Himmlerowi zwerbować ochotników z większości krajów naszego kontynentu i nie tylko. Hiszpanie, Francuzi, Norwegowie, Duńczycy, Belgowie, Finowie, Łotysze, Estończycy, Ukraińcy, Rosjanie, Chorwaci, Arabowie a nawet Tybetańscy mnisi – wszyscy oni znaleźli się w wielonarodowej armii III Rzeszy.

Co się stało, że nie mówi się dzisiaj o Europie jako o kontynencie zbrodniarzy? Dlaczego współwiną za II wojnę światową obarcza się mitycznych nazistów, a niektórzy politycy europejscy nie boją się nawet powiedzieć, że winny jest upór Polaków, którzy nie chcieli oddać Gdańska? Wydaje się, że przez wiele lat sądziliśmy, że skoro prawda stoi po naszej stronie, obroni się sama. Tak niestety nie działają współczesne media i narracje.

Przez wiele lat sądziliśmy, że skoro prawda stoi po naszej stronie, obroni się sama

Brytyjski historyk Christopher Hale, pytany w pewnym wywiadzie o to, jak rozumieć moralną odpowiedzialność okupowanego narodu za tragedie, która wydarzyła się na jego ziemiach, powiedział mądre słowa. „Ze 100% pewnością można powiedzieć, że Polacy nie uczestniczyli w Holokauście jako sprawcy. Holokaust to zupełnie coś innego niż lokalne pogromy. Idea, że możesz zniszczyć cały naród różni się od idei przemocy skierowanej w kierunku najbliższych sąsiadów”. Sądzę, że to jest właśnie klucz do odkłamania historii, o którą ciągle musimy walczyć.

 

wojna- Destroyed_Warsaw,_capital_of_Poland,_January_1945

Zdjęcie zniszczonej Warszawy, styczeń 1945

 

Być może takie projekty, jak karanie zagranicznych mediów za bezrefleksyjne podawanie frazy „polskie obozy”, nie są nadzwyczaj subtelne, ale jeśli pójdzie za tym w parze rzetelne informowanie o faktach, w końcu Europa dowie się, kto i za co faktycznie odpowiada. Nie należy takiego stanu rzeczy nazywać „polityką historyczną”, ale raczej rzetelnym informowaniem o polskiej percepcji ciągu tragicznych wydarzeń, który rozpoczął się właśnie tutaj, 1 września 1939. O winach i o zasługach trzeba mówić otwarcie, pamiętając jednak, że tych drugich było nieporównywalnie więcej. Dlatego też, jeśli chcemy, aby historia II Wojny postrzegana była na Zachodzie prawdziwie, musimy umieć dobrze rozłożyć akcenty. Jesteśmy to bohaterom września po prostu winni.

 

 

Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz i publicysta tygodnika "Do Rzeczy". Współpracuje z Wirtualną Polską, TVP3 Kraków i Radiem Kraków. Z wykształcenia historyk i filozof. Twórca projektu "II wojna światowa jakiej nie znacie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Służba w dziennikarstwie

Nie ma chyba trudniejszego tematu. Wszyscy wiemy jak powinno być ale też wszyscy wiemy jak jest

Małgorzata Ziętkiewicz
Małgorzata
Ziętkiewicz
zobacz artykuly tego autora >

Dziś jeśli widz, słuchacz, czytelnik chce dostać informację gloryfikującą na przykład działania rządu – doskonale wie jaką stację musi włączyć, jaką gazetę powinien kupić, i na odwrót. Co więcej wszystkim się wydaje, że w informacji o to właśnie chodzi. A gdzie tu jest mowa o rzetelności?

W dziennikarstwie służba powinna być synonimem rzetelności i należytej staranności. Nic więcej, tylko tyle albo aż tyle. Składa się to bowiem na pojęcie prawdy. Jednak, żeby mówić prawdę, trzeba wiedzieć, żeby wiedzieć trzeba się bardzo dobrze przygotować. Do każdej relacji, do każdego wydarzenia, do każdej dziennikarskiej sytuacji. Nie komentować, nie interpretować (to jest najprostsze i słyszymy to prawie wszędzie w wykonaniu moich kolegów  dziennikarzy) ale przygotować się do czegoś.

To co pisze jest tak oczywiste, że aż się wstydzę a jednak…

 

EN_01213932_3207

 

Pamiętamy obrazy sprzed kilkunastu dni – 29 lipca – Papież Franciszek w Auschwitz. Po przejściu przez obozową bramę, Franciszek na dłużej zatrzymał się na Placu Apelowym, tym samym, na którym więźniowie,  rano i wieczorem, w upale i podczas mrozów stali na baczność, w szeregach. Kiedy Niemcom nie zgadzały się “rachunki”, kiedy kogoś z więźniów brakowało – stali tak całą noc.

Papież patrzył na budkę podoficera raportowego – jedyne wygodne (choć to słowo brzmi w tym kontekście tragicznie) miejsce na Placu Apelowym. Hitlerowski strażnik widział stąd wszystkich więźniów. Karał kogo chciał i jak chciał. Obok była szubienica, dziś to rekonstrukcja. Niemcy wieszali na niej niepokornych więźniów. 19 lipca 1943 roku właśnie tu powiesili 12-tu Polaków za to, że pomogli uciec z obozu trzem więźniom. To była największa publiczna egzekucja w Auschwitz. Papież ucałował słup szubienicy, po czym poszedł na niewielki trawnik tuż obok bloku nr 17. Poprosił o krzesło, usiadł na prostym, drewnianym, czarnym krześle i modlił się w ciszy. Parzył na Plac Apelowy.

 

papiez-auschwitz

© CTV / youtube.com

 

Było to kilkanaście minut przed tym, jak wszedł do celi śmierci w bloku  nr 11. Celi, w której umierał ojciec Maksymilian Maria Kolbe – więzień Auschwitz o numerze 16670. Dlaczego papież Franciszek zatrzymał się na Palcu Apelowym? Dlaczego chciał być w tym miejscu tak długo? Dlaczego poprosił ochronę o krzesło przed blokiem nr 17? Czy znajdziecie Państwo dziennikarza, który by o tym opowiedział relacjonując papieską wizytę w Auschwitz? Zgoda. Ja też wtedy nie powiedziałam, bo nie wiedziałam.

Przygotowując się do relacji, konstruując felieton, telewizyjny news z takiego miejsca jak to – należało o Auschwitz wiedzieć wszystko. Nie tyle ile wie każdy. Dziennikarz musi wiedzieć więcej, jeszcze więcej aniżeli przewodnik, czy historyk, bo tylko wtedy jest możliwe natychmiastowe połączenie faktów i zdarzeń.  Tylko wtedy możemy wytłumaczyć widzom, co oznacza na przykład taki niespodziewany postój papieża,  dokładnie w takim miejscu, przed blokiem  nr 17.

 

auschwitz

© Mazur/episkopat.pl

 

Dzisiaj już wiem. Jednak już nie nadrobię tej zaległości w swoim newsie (chyba, że teraz…). Tego dnia – 29 lipca, wróciliśmy z ekipą Wydarzeń (TV  Polsat) do Auschwitz jakieś 6 – 8 godzin po tym jak papież odjechał do Krakowa. Obóz był zamknięty, pusty ale nasze specjalne przepustki na ŚDM jeszcze działały. Musiałam zobaczyć to miejsce przy bloku 17, to miejsce, na którym jeszcze kilka godzin temu stało proste czarne krzesło. – Dlaczego Papież przyszedł właśnie tu? – zapytałam strażnika z Muzeum, który towarzyszył mi w samotnej wyprawie “śladami papieża Franciszka w Auschwitz”. Uśmiechnął się (być może nawet z politowaniem) i wskazał dłonią na obozowy blok nr 17. Nie musiał mówić już nic. Na murze zobaczyłam niewielką mosiężną tablicę – na górze był obozowy numer, który doskonale znałam – 16670 – i dalej napis: W tym miejscu w końcu lipca 1941 roku, podczas apelu bloku 14-go wystąpił z szeregu polski franciszkanin Maksymilian Maria Kolbe, aby ponieść śmierć głodową w zamian za innego więźnia.

Zrozumiałam. To było to miejsce, w którym wszystko się zaczęło. To  z tego miejsca, na którym jeszcze kilka godzin temu stało papieskie krzesło wyszedł przed swój szereg więzień nr 16670 – ojciec Maksymilian (w Auschwitz ludzie przestawali być ludźmi – stawali się numerami). Miał wtedy 47 lat. Powiedział, że chce umrzeć za innego więźnia. Znamy te słowa  z relacji innych: jestem katolickim księdzem, jestem stary, chcę umrzeć za Niego, on ma żonę  i dzieci. Ani wcześniej, ani później podobna historia nie zdarzyła się w żadnym z 1600 niemieckich obozów koncentracyjnych. Do dziś nikt nie potrafi wytłumaczyć dlaczego Niemcy zgodzili się na tę “zamianę” więźniów.

 

sciana-smierci

© Mazur/episkopat.pl

 

Wtedy – 29 lipca – dokładnie 75 lat od owego “Cudu zamiany więźniów” w niemieckim obozie, media całego świata koncentrowały się na innym fragmencie wizyty Papieża Franciszka w Auschwitz. Na celi śmierci w bloku 11. Ja też.

 

Dążenie do zdobycia wszystkich informacji. Wszystkich. I opowiedzenie o nich. Nic więcej. Naprawdę tyle i aż tyle wystarczy. Tak rozumiem służbę w moim zawodzie.

 

 

Małgorzata Ziętkiewicz

Małgorzata Ziętkiewicz

Dziennikarka programów Wydarzenia TV Polsat oraz "Wysokie C" w Polsat News i Polsat News 2

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Małgorzata Ziętkiewicz
Małgorzata
Ziętkiewicz
zobacz artykuly tego autora >