video-jav.net

Chata. Gdzie tragedia zderza się z wiecznością

Książka Williama P. Younga pt. "Chata", to piękna, emocjonalna opowieść o samotności, wierze i zranionej miłości. Zawiera specyficzny, wydaje się, że bardzo nowatorski obraz Boga urzekający wielu czytelników i... zdradzający słaby warsztat teologiczny autora

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Książka

Sprawia wrażenie, jakby nadrzędnym celem autora wobec napisania pięknej, prawdziwej historii o kochającym Bogu była zabawa schematem w imię zmiany myślenia o Trójcy Świętej, rewolucja całej teologicznej optyki.

W wielu elementach trudno nie być zaskoczonym – podobnie jak główny bohater powieści – bowiem Bóg, który mu się objawia wychodzi poza utarte ramy myślenia o Nim. Trójca Święta opisana jako rodzina o bliżej nieokreślonym pokrewieństwie składająca się z Taty – dużej murzynki, Jezusa – niespecjalnie urodziwego cieśli w jeansach i Ducha Świętego – eterycznej Azjatki o indyjsko brzmiącym imieniu Sarayu (co ma oznaczać wiatr) jest celnie wbitym klinem w klasycznie chrześcijańskie widzenie Boga. Z jednej strony pokazuje to, jak łatwo jest przywiązać się do schematów, wyobrażeń, co jest wartością samą w sobie, lecz taka innowacja niesie za sobą liczne konsekwencje.

Poza sformułowaniami celnymi, z reguły odnoszącymi się do relacji Bóg – stworzenie, w książce można napotkać ogrom nieścisłości, które – nawet przyjąwszy dobre intencje autora – zdradzają albo jego słaby warsztat teologiczny albo przyświecającą mu własną wizję Boga w wielu elementach sprzeczną z nauką Kościoła.

Pierwszym problemem jest tutaj kategoria płci. Objawienie się Boga Ojca jako kobiety (zwanej Tatą) jest w książce zabiegiem Boga, który próbuje wyjść z ram ustalonego sposobu myślenia bohatera i ominąć jego wyniesiony z dzieciństwa uraz wobec ojca. Pierwsza Osoba Trójcy Świętej jest oczywiście ponad kategorią płci, lecz poprzez relację z Wcielonym Synem według ewangelicznego opisu została nam Ona przedstawiona jako Ojciec i jako taka jest czczona. Jedyna modlitwa, jakiej naucza Jezus swoich uczniów zaczyna się od słów Ojcze nasz. Przełamanie tego schematu poprzez zmianę płci w objawianiu się Boga to podkreślenie Wszechmocy, ale też niebezpieczny wyłom w postrzeganiu Boga.

Większy problem stanowią nieścisłości, które wynikają ze słów wypowiadanych w powieści przez samego Boga. Jednym z przykładów jest deklaracja: Jezus jest w pełni człowiekiem i choć również jest w pełni Bogiem, nigdy nie odwoływał się do swojej boskiej natury, żeby dokonać cudu. A jednak tego dokonuje zawsze Bóg i, jeżeli zechce, może przy tym posłużyć się ludzkimi rękami. Przy czym zawsze pozostaje to działaniem boskim, a nie ludzkim. Kolejny błąd pojawia się w definiowaniu Ducha Świętego przez Jezusa: Jest moją Duszą. Duch Święty jest jedną z Osób w Trójcy Świętej, nie jest częścią, płaszczyzną żadnej z nich. Nie jest stworzeniem, jak dusza, ale Wieczną Istotą.

Dalej podobne stwierdzenia sprawiają wrażenie wymierzonych przeciwko Kościołowi. Np. Jezus mówiący: Ja nie tworzę instytucji. (…) Nigdy tego nie robiłem i nie będę robił. To zajęcie dla tych, którzy chcą odgrywać Boga. A więc owszem, nie przepadam za religią, podobnie jak za polityką czy ekonomią. Bóg jawi się tu jako Ten, który gardzi kultem zorganizowanego Kościoła. I dalej: Ci, którzy mnie kochają, wywodzą się ze wszystkich systemów, jakie istnieją. Byli buddystami, mormonami, baptystami albo muzułmanami, demokratami i republikanami. Niektórzy z nich nie głosują, nie chodzą na niedzielne msze (…). Bóg zdaje się tutaj usprawiedliwiać przede wszystkim indyferentyzm religijny, jeden z grzechów i po raz drugi uderza w publiczny kult Rzymskiego Kościoła.

Nie chcę, żebyś się kajał, Mack. Zależy mi tylko na tym, żebyśmy się do siebie zbliżyli – te pełne miłości słowa skierowane ku grzesznikowi, choć ujmujące, przeczą nauce Kościoła i przekazowi biblijnemu. Podobny wydźwięk ma wyrażenie: Biblia nie uczy, żebyś przestrzegał zasad. (…) Ona przedstawia obraz Jezusa. Przede wszystkim należy wspomniany obraz Jezusa zobaczyć w świetle prawa, zasad, których On przestrzega, aby dostrzec fałsz w powyższym sformułowaniu. Dopełniają go dalsze słowa: W Jezusie już nie podlegasz żadnemu prawu. Wszystko jest dozwolone. (…) Ono [prawo] daje wam moc sądzenia innych i poczucie wyższości nad nimi. Tymczasem to Bóg dał ludziom Prawo, aby go przestrzegali.

Kiedy my troje przybraliśmy postać Syna Bożego, staliśmy się w pełni ludźmi” to z kolei sformułowanie, które w moich oczach absolutnie przekreśla ortodoksyjność „Chaty”. Tylko Druga Osoba Trójcy Świętej wcieliła się w człowieka. I choć Jezus trwał w doskonałej jedności z Ojcem pozostał jedyną Osobą Boską w ludzkim ciele.

Aby dopełnić opisu, przytoczę jeszcze jeden z wielu obrazów, które mogą i powinny wzbudzać zastrzeżenia – główny bohater mówiący: To jest prawdziwy Bóg, mój sługa. Symptomatyczne określenie, biorąc pod uwagę całość książki. Bóg w swojej relacji do głównego bohatera jest ukazany jako bliski, dostępny, przyjazny, zupełnie inny od wyobrażeń głównego bohatera mającego w pamięci starotestamentalnego Boga, który w jego opinii trudnił się tylko karaniem ludzi za ich niewierność. Jednak ta przyjaźń, pełna pragnienia służby, dobra osoby kochanej nie może przeradzać się w twierdzenie o Bogu podległym, służącym człowiekowi. Jezus przez śmierć swoją odkupił człowieka, ale nigdy nie przestał być Bogiem.

Niniejszy tekst został napisany jeszcze przed odkryciem faktu, o którym pragnę wspomnieć w tym akapicie, co było moim założeniem od samego początku. Zgodnie z myślą, która raz po raz pojawiała się w mojej głowie podczas lektury Chaty – autor nie jest członkiem Kościoła. Tłumaczy to pewną specyficzną, subiektywną, w mojej opinii antykościelną (w sensie instytucjonalnym) optykę w opisie Boga, którą przedstawia autor.

Chata Younga jest książką, którą prawdopodobnie można polecić cierpiącym lub zmagającym się z brakiem zrozumienia dla Bożych wyroków jako głos w sprawie odnajdywania Boga w codziennych trudnych doświadczeniach. Zdecydowanie nie jest to jednak podręcznik dogmatyczny ani nawet jego fabularyzowane przedstawienie. Niestety nowatorstwo w formie – choć ujmujące także w materii literackiego warsztatu – przekraczając naukowy język mówienia o Bogu zdaje się przezwyciężać również granice ortodoksji.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Katolicy i muzułmanie

Pytanie, które przychodzi na myśl każdemu człowiekowi musi brzmieć: "czy naprawdę tak musi być?" Odpowiedź jest równie spontaniczna: "nie". Czy katolicy i muzułmanie mogą żyć obok siebie?

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jeden z najbardziej drastycznych obrazów, jakie kiedykolwiek widziałem, przedstawiał efekt nigeryjskiej masakry sprzed lat. 500 katolików spalonych żywcem przez muzułmanów, ciała poukładane jedno obok drugiego. Powykręcane i zwęglone do tego stopnia, że w interpretacji zdjęcia musiał pomagać podpis. Francuskie wydarzenia poprzedniego tygodnia wymuszają na nas spojrzenie równie dramatyczne.

Pytanie, które przychodzi na myśl każdemu człowiekowi, niezależnie od koloru skóry, wyznania, pochodzenia lub płci, musi brzmieć: czy naprawdę tak musi być? Odpowiedź jest równie spontaniczna: nie. Ale z reguły nad tą odpowiedzią przechodzimy obojętnie. Jej radosny, utopijny idealizm wydaje nam się niemożliwy do skonfrontowania z rzeczywistością, więc wzruszamy ramionami i ze smutną modlitwą ruszamy dalej.

Tymczasem to samo stanowcze i intuicyjne nie! znajduje swoje radykalne odzwierciedlenie w prawdziwym życiu.

Podam tylko dwa obrazy. W internecie jest ich więcej.

Indonezja, państwo zamieszkałe przez ok. 180 mln muzułmanów. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, choć nawet najbardziej bystry Europejczyk bez pomocy kalendarza mógłby tego nie dostrzec. Nie ma tam charakterystycznej zimowej atmosfery. Biały puch zmrożonej wody i iglastą choinkę zastępują słoneczne promienie i wybujała roślinność. Ale różnicy nie sprawia jedynie klimat. Różnicę tworzą ludzie. Świątynie katolickie są bowiem obstawiane w obawie przez zamachami terrorystycznymi.

Pomoc katolikom oferują młodzi muzułmanie z organizacji Banzer. Jeden z młodzieńców obstawia kościół w Krian. Własnoręcznie wynosi ze świątyni podejrzany pakunek. Wychodzi poza budynek. Nagły błysk i huk wyznacza koniec jego życia. Bomba wybuchła w jego rękach. Uratował pełen kościół katolików.

Kilka lat później do Europy dochodzą informacje o eskalacji konfliktu w Egipcie. Z jakiegoś powodu agresywna mniejszość islamska przejmuje kontrolę nad wydarzeniami w kraju faraonów, a dla katolików klimat afrykański robi się zdecydowanie zbyt gorący. W Europie również panika. Konsulaty i ambasady przystępują do masowych spowiedzi dyplomatycznych, nawet biura podróży przekonują, że jest bezpiecznie. Ale nie jest.

Katolicy i muzułmanie

I w tych tak bardzo niesprzyjających okolicznościach istnieją mikroskopijne inkubatory wielkoduszności, gdzie islam z chrześcijaństwem stają w obronie swoich wspólnych praw. Praw człowieka.

Dzięki działalności edukacyjnej katolickich misjonarzy, dzieci obu wiar od początku swojego życia uczą się wzajemnego poszanowania dla odmienności kultur. Gdy nadchodzi czas próby, wieloletnia współpraca (choć niektórzy piszą: przyjaźń) zdaje egzamin. Oto komitety chrześcijańsko-muzułmańskie wzajemnie bronią swoich świątyń podczas wykonywania świętych czynności. I pokazują czerwony znak STOP nawet za cenę utraty swoich radykalniejszych najbliższych. Nie tędy droga – wydają się mówić, a ich zdjęcia obiegają agencje prasowe całego świata.

Jako małe postscriptum warto przypomnieć sytuację z naszego podwórka. Gdy w zeszłym roku w Centrum Sztuki Współczesnej pod artystycznym pretekstem profanowano krzyż (Adoracja Chrystusa Jacka Markiewicza), w obronie wiary stanęli nie tylko konserwatywni dziennikarze i katoliccy hierarchowie, ale też innowiercy. Liga Muzułmańska w RP napisała pełne zrozumienia oświadczenie. (…) wyrażamy swoje odczucia zgrozy oraz niesmaku, jednocześnie w pełni solidaryzując się ze znieważanymi w ten sposób chrześcijanami – głosi dokument.

Ciężko powiedzieć, czy wskazane wyżej zachowania wynikają z rozsądku, czy ze świadomości, której czasami brak nam, Europejczykom: w realiach wojny totalnej, jaką nienawiść toczy z rozsądkiem albo tzw. świeckość z religią, katolicy i muzułmanie jadą na tym samym wózku. Niezależnie od rozstrzygnięcia tej wątpliwości, warto dostrzec, że dopóki nakreślone wyżej obrazy nam towarzyszą, można wierzyć, że stan pacjenta jest zły, ale stabilny. I rokuje na pokój.

Ja wierzę.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >