video-jav.net

Pan im powie: niech się zbawiają!

Poranne msze w warszawskiej Bazylice Świętego Krzyża mają klimat. Teraz już nie jestem pewien, czy to wydarzyło się naprawdę, czy może tylko w mojej głowie, przez którą w sennych majakach przesunął się katalog postaci z katolickiej wersji "Alicji po drugiej stronie lustra".

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Bazylika Świętego Krzyża to jedyny kościół w Śródmieściu, w którym pierwsza Eucharystia jest już o szóstej rano, wszyscy Ci którzy zaczynają pracę wcześnie, przychodzą więc właśnie tu. Dołączają do nich ci, którzy nie mogą spać z innych powodów – ludzie starsi, chorzy, na niektórych z nich patrzę z prawdziwym rozczuleniem.

Kościół powinien być domem dla tych, którzy nie mają gdzie poczuć się jak w domu.

Nie przeszkadza mi w nim obecność żebraków, osób psychicznie chorych, tych co szepczą modlitwy tak, że słyszy to pół kościoła. W Świętym Krzyżu na rannych mszach spotykam czasem ludzi, na twarzach których widać, że noc bywa dla nich koszmarem. Niektórzy z nich w pełnej gotowości do wymarszu są pewnie już o czwartej, co chwila sprawdzając, czy to może już, czy znów będzie można życie oprzeć o jakiś konkret, o spotkanie z Kimś, kto może choć trochę zmniejszy lęk.

W ostatnią sobotę wyszedłem z porannej mszy z poczuciem, że specyfika przekroczyła jednak granicę surrealizmu. Nawet teraz nie jestem pewien, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę, czy aby na pewno się obudziłem, czy może to wydarzyło się tylko w mojej głowie, przez którą w sennych majakach przesunął się katalog postaci z katolickiej wersji "Alicji po drugiej stronie lustra".

Pan im powie: niech się zbawiają!

Zaczęło się gdzieś w czasie obrzędów wstępnych, pewnie chwilę przed kolektą. W senny rytm kapłańskich recytacji (bo księża na tej mszy też nie zawsze zdążą się obudzić zanim dojdą do ołtarza) wbił się nagle stukot butów mężczyzny przemierzającego nawę krokiem Wilhelma Zdobywcy. Wyłonił się z okolic zakrystii, szedł przez kościół w stronę wyjścia, dźwigając dwa gigantycznych rozmiarów portrety. Na jednym widniał uśmiechnięty święty Jan Paweł II, na drugim – równie promienny… Lech Kaczyński (na tle imponujących rozmiarów orła). Zanim przemierzył całą długość Kościoła i zniknął w kruchcie dostrzegłem, że był wyprężony i dumny, miał twarz apostoła, który rusza w ważną misję. Na przekór całemu światu – promieniał.

Pobudzony niecodziennym widokiem zwróciłem uwagę, że w bocznej nawie, tuż przy ołtarzu od początku Eucharystii trwa spektakl. Starszy mężczyzna z olbrzymim (na oko półtorametrowym), drewnianym różańcem w rozłożonych rękach, to wznosi go w modlitewnym geście, to opuszcza, pada na kolana i wstaje, dopowiadając szeptem swoje modlitwy i wznosząc oczy ku niebu. Podczas śpiewu "Hosanna na wysokości", mężczyzna zaczął wykonywać (wciąż trzymając w górze różaniec), coś w rodzaju Poloneza, kłaniając się, wyciągając ręce przed siebie w powitalnym geście, dokładając elementy choreografii. Patrzyłem jak urzeczony. Czułem, że on naprawdę widzi to, co teraz dzieje się w niebie: Cherubinów i Serafinów oddających hołd zasiadającemu na tronie Barankowi. Zatopiony w kontemplacji tego widoku próbuje naśladować ich gesty. Zaprawdę, prawosławni wiedzieli co robią, czcząc jako "Bożych Ludzi" tych, których świat odrzuca stygmatyzując jako "szaleńców".

Nie mogłem oderwać od niego wzroku aż do modlitwy po komunii, gdy uszy zaczął mi ranić przeraźliwy pisk: sprzężenie! Dobiegał z tyłu, z okolic kruchty, ale cóż można z tym zrobić – nie będę przecież latał i rozłączał Księżom Misjonarzom głośników. Zatkałem uszy i zatopiony w modlitwie trwałem aż do chwili, gdy pisk stanął tuż obok mnie, ba – zaczął trącać mnie w ramię. Odetkałem uszy i ledwo byłem w stanie zrozumieć to co próbuje mi powiedzieć przebijający się przez jazgot, na oko dziewięćdziesięcioletni staruszek. Ten dźwięk też zresztą emitował on, a dokładniej – jego zepsuty aparat słuchowy (ale sympatyczny pan nie słyszał tego pisku, skoro aparat nie działał), a ja usłyszałem tylko, że jestem bogobojny, że bardzo mu się podobam i żebym koniecznie wziął tę karteczkę, na której jest napisany adres strony w internecie, na którą powinni wchodzić ludzie, żeby się zbawiać i żebym ja to dawał tym ludziom, bo ich znam.

"Niech się zbawiają, pan im powie: niech się zbawiają!".

Podziękowałem serdecznie, starszy pan nie zrobił na mnie wrażenia jakiegoś oszalałego dewota, to był raczej typ niecierpliwego fachowca, człowieka, który załatwia sprawy i biegnie dalej. Upewniwszy się więc, że wziąłem karteczkę i zrozumiałem przekaz, pobiegł piszczeć gdzie indziej. Zerknąłem na przesłanie, było tam o tym, żeby zawartość podanej strony skopiować na dyskietkę, bo nie wiadomo ile ona będzie w tym internecie wisieć. Pod podany adres wciąż jeszcze nie wszedłem. Wciąż nie wiem, czy jestem gotów na oferowane tam zbawienie.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Zróbmy Papieżowi prezent!

W najbliższą niedzielę nie podglądajmy Jana Pawła II przez kamerę przemysłową, nie kąpmy się w swoich emocjach, wyciągnijmy rękę po Chleb, po który on też w tej chwili sięga.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dziesięć lat temu szczyciłem się jedną z największych w Polsce kolekcji absurdalnych dewocjonaliów, wśród których poczesne miejsce zajmowały przywiezione z pewnego nadmorskiego kurortu gipsowe odlewy popiersia Jana Pawła II, jeden z wbudowanym termometrem, drugi z wieńczącą sylwetkę płetwą (żeby klient pamiętał, gdzie kupił, z gór mogł sobie przecież przywieźć papieża z ciupagą). Przerabianie Jana Pawła II (i większości znanych, wielkich ludzi) na konfekcję nigdy mnie specjalnie nie oburzało, raczej bawiło oraz dostarczało wiedzy o tym, jakie potrzeby siedzą w ludzkich głowach (kultura masowa, również jej religijna odnoga, to rzadko uczta dla poczucia estetyki, ale za to genialny teren badawczy dla socjologa amatora).

Jestem w stanie znieść puzzle z papieżem, breloki, portfele, długopisy, dzbanki i talerze, wiem, że wysycenie papieżem otaczającej nas rzeczywistości apogeum miało już dawno, a jeśli ktoś wciąż ma potrzebę kupić sobie brelok zamiast encykliki – kim ja jestem, żeby go potępiać? Nie składamy się wszak wyłącznie z mózgu; pamięci o najbliższych nie pielęgnujemy przecież wyłącznie czytając ich maturalne (czy doktorskie) prace, to bardzo ludzkie – chcieć mieć zawsze przy sobie czyjeś zdjęcie.

Zróbmy Papieżowi prezent!

Ale w całym tym okołokanonizacyjnym wzmożeniu, natknąłem się też na jedną formę upamiętnienia Wielkiego Rodaka, o której gdy usłyszałem najpierw nie mogłem uwierzyć, później się załamałem, a na końcu trafił mnie po prostu szlag.

W kilku parafiach w Paschę i w dni sąsiednie usłyszałem w ogłoszeniach, że w dniu kanonizacji odwołuje się msze odprawiane w godzinach 10 – 13, tak by umożliwić wiernym spokojne oglądanie transmisji mszy z Rzymu.

Nie jestem księdzem ani teologiem, ale jako prosty świecki wyobrażam sobie jedną okoliczność, która mogłaby uzasadnić odwołanie zaplanowanej Eucharystii: jest nią koniec świata.

Dla Jana Pawła II Eucharystia była osią życia – jego źródłem i szczytem. Miejscem, w którym człowiek stając w realnej Bożej obecności staje się w pełni człowiekiem.

Eucharystia to okno, które pozwala nam dostrzec, jak naprawdę wygląda życie. Że oprócz nas, łażących tu, po ziemi, jest przecież też połączony z nami ściśle (a nie osobno latający w przestworzach) Kościół świętych w niebie. Oni widzą Boga. A jeśli na mszy i my przed owym Bogiem stajemy, to znaczy że widzimy się i z nimi, że to jest realne spotkanie.

Krótko i dobitnie: miejscem, w którym każdy z nas może realnie i skutecznie spotkać się ze świętym jest ołtarz, nie kineskop. Lata gadania i tłumaczenia ludziom, po pierwsze że Jan Paweł II chciał, żeby ludzie patrzyli na Jezusa, nie na niego, po drugie że żadna transmisja nie zastąpi uczestnictwa w żywym zgromadzeniu (tak jak całowanie fotografii nie zastąpi randki z ukochanym/ukochaną), wszystko jednym ogłoszeniem parafialnym można puścić w gwizdek.

Księża mogą sobie teraz powtarzać, że przecież zastrzegli, że kto oglądał transmisję i tak musi iść w niedzielę do kościoła. Za późno, mleko już się rozlało, ludzie dostali jasny message: Pana Jezusa można odwołać, gdy leci coś ważnego w telewizji (nawet gdy jest to kanonizacja Wielkiego Polaka).

Zróbmy Papieżowi prezent!

Proboszczowie, których znam, tłumaczą, że chcieli zrobić swoim wiernym przysługę, ułatwić im życie. Komuś się tu chyba pomyliło, gdzie jest świat realny, a gdzie wirtualny. Mając do wyboru zaproszenie na realną, jak chleb i wino, ucztę Baranka oraz obejrzenie jej transmisji na LCD – kapłan Chrystusa wybiera LCD i to samo zaleca swoim wiernym. Nie będę może już brnął w bardziej rozbudowane komentowanie tego faktu, bo on dostatecznie głośno mówi (ba – wyje) sam za siebie, a mi za chwilę mogłoby nie starczyć emocjonalnej skali.

Zastanówmy się więc, co można zrobić. W sytuacji gdy nasi duszpasterze niesieni falą emocjonalnych uniesień będą toczyć krokodyle łzy przed swoimi plazmami, zadbajmy o swoje dusze sami i przynajmniej my nie zmarnujmy tej cudownej okazji jaką będziemy mieli, by zrobić sobie katechezę, ba – by się po kokardę zanurzyć, w tajemnicy świętych obcowania. A żeby tylko to! Spójrzmy: Niedziela. Okres Wielkanocny. Święto Miłosierdzia. Papież Argentyńczyk i papież Niemiec kanonizujący papieża Włocha i papieża Polaka. Dzień obłędnej radości z tego, że Pan żyje, że Ewangelia Miłości to nie bezdusznie skuteczny duchowy plan Balcerowicza, że jesteśmy częścią tak fascynującego i tak różnorodnego organizmu (bo kto taki narodowościowy miszmasz a na dodatek dwóch żywych papieży obok siebie, byłby sobie w stanie jeszcze pół wieku temu wyobrazić)!

Takich cudów nie przeżywa się za swoimi drzwiami, w swoim fotelu, w takich chwilach naturalnym odruchem jest szukać braci, trzymać się z nimi za ręce przed Panem.

Nie oglądajmy więc transmisji z Watykanu (ja planowałem tak właśnie zrobić, ale przedwczoraj okazało się, że muszę jednak pójść w tym czasie do TVN24, praca – choć za darmo, to chyba jednak raczej "posługiwanie" :) ). Nagrajmy ją sobie na dekoderze, znajdźmy później w internecie. Może jest gdzieś w Polsce jakiś kościół, gdzie księża nie oczadziali i będzie można wraz z nimi zrobić papieżowi największy prezent, jaki każdy naprawdę wierzący człowiek może sobie wyobrazić: za jego przyczyną, dokładnie w chwili jego kanonizacji, podziękować mu za jego dobre życie przed żywym Panem, idąc na mszę. W godzinie gdy Kościół na ziemi uroczyście ogłosi, że ma nadprzyrodzoną pewność, że jeden z naszych braci wygrał życie, że może być inspiracją i orędownikiem dla wszystkich, świętujmy z nim przy tym samym stole, przy którym on właśnie zasiada. Nie podglądajmy go przez kamerę przemysłową, nie kąpmy się w swoich emocjach, wyciągnijmy rękę po Chleb, po który on też w tej chwili sięga.

Na własne życzenie rezygnujemy właśnie z ostatniej szansy, żeby trafić do niegdyś masowo (a dziś tylko sentymentalnie) katolickiego społeczeństwa z MEGAkomunikatem: ludzie, Jan Paweł II ma Wam coś bardzo ważnego do powiedzenia! To orędzie brzmi: "CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ" (a nie: "ja zostaję kanonizowany"). "Otwórzcie drzwi Chrystusowi!" (a nie "zamknijcie na pół dnia kościoły, bo będę w telewizji"). A przed nami największe wyzwanie: uznając to, nie ograniczyć się do skwitowania tego rytualnym samobiczowaniem i nudnymi jak flaki z olejem wymówkami typu: "bo wszyscy Polacy (nie tylko ja) są tacy powierzchowni", bo "kochali papieża, ale go nie słuchali (nie tylko ja, więc mam czyste sumienie)". To wszystko już wiemy.

Teraz mamy jeszcze parę dni, by każdy zastanowił się, co może zrobić, by w tę niedzielę w jego życiu stało się coś więcej niż przyjęcie dawki promieniowania z monitora plus emocjonalny skok ciśnienia i uronienie kilku łez w chusteczkę (objawy wspólne dla oglądania kanonizacji, "Lessie wróć", "Na dobre i na złe" oraz biegów Justyny Kowalczyk).

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >