Pan im powie: niech się zbawiają!

Poranne msze w warszawskiej Bazylice Świętego Krzyża mają klimat. Teraz już nie jestem pewien, czy to wydarzyło się naprawdę, czy może tylko w mojej głowie, przez którą w sennych majakach przesunął się katalog postaci z katolickiej wersji "Alicji po drugiej stronie lustra".

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Bazylika Świętego Krzyża to jedyny kościół w Śródmieściu, w którym pierwsza Eucharystia jest już o szóstej rano, wszyscy Ci którzy zaczynają pracę wcześnie, przychodzą więc właśnie tu. Dołączają do nich ci, którzy nie mogą spać z innych powodów – ludzie starsi, chorzy, na niektórych z nich patrzę z prawdziwym rozczuleniem.

Kościół powinien być domem dla tych, którzy nie mają gdzie poczuć się jak w domu.

Nie przeszkadza mi w nim obecność żebraków, osób psychicznie chorych, tych co szepczą modlitwy tak, że słyszy to pół kościoła. W Świętym Krzyżu na rannych mszach spotykam czasem ludzi, na twarzach których widać, że noc bywa dla nich koszmarem. Niektórzy z nich w pełnej gotowości do wymarszu są pewnie już o czwartej, co chwila sprawdzając, czy to może już, czy znów będzie można życie oprzeć o jakiś konkret, o spotkanie z Kimś, kto może choć trochę zmniejszy lęk.

W ostatnią sobotę wyszedłem z porannej mszy z poczuciem, że specyfika przekroczyła jednak granicę surrealizmu. Nawet teraz nie jestem pewien, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę, czy aby na pewno się obudziłem, czy może to wydarzyło się tylko w mojej głowie, przez którą w sennych majakach przesunął się katalog postaci z katolickiej wersji "Alicji po drugiej stronie lustra".

Pan im powie: niech się zbawiają!

Zaczęło się gdzieś w czasie obrzędów wstępnych, pewnie chwilę przed kolektą. W senny rytm kapłańskich recytacji (bo księża na tej mszy też nie zawsze zdążą się obudzić zanim dojdą do ołtarza) wbił się nagle stukot butów mężczyzny przemierzającego nawę krokiem Wilhelma Zdobywcy. Wyłonił się z okolic zakrystii, szedł przez kościół w stronę wyjścia, dźwigając dwa gigantycznych rozmiarów portrety. Na jednym widniał uśmiechnięty święty Jan Paweł II, na drugim – równie promienny… Lech Kaczyński (na tle imponujących rozmiarów orła). Zanim przemierzył całą długość Kościoła i zniknął w kruchcie dostrzegłem, że był wyprężony i dumny, miał twarz apostoła, który rusza w ważną misję. Na przekór całemu światu – promieniał.

Pobudzony niecodziennym widokiem zwróciłem uwagę, że w bocznej nawie, tuż przy ołtarzu od początku Eucharystii trwa spektakl. Starszy mężczyzna z olbrzymim (na oko półtorametrowym), drewnianym różańcem w rozłożonych rękach, to wznosi go w modlitewnym geście, to opuszcza, pada na kolana i wstaje, dopowiadając szeptem swoje modlitwy i wznosząc oczy ku niebu. Podczas śpiewu "Hosanna na wysokości", mężczyzna zaczął wykonywać (wciąż trzymając w górze różaniec), coś w rodzaju Poloneza, kłaniając się, wyciągając ręce przed siebie w powitalnym geście, dokładając elementy choreografii. Patrzyłem jak urzeczony. Czułem, że on naprawdę widzi to, co teraz dzieje się w niebie: Cherubinów i Serafinów oddających hołd zasiadającemu na tronie Barankowi. Zatopiony w kontemplacji tego widoku próbuje naśladować ich gesty. Zaprawdę, prawosławni wiedzieli co robią, czcząc jako "Bożych Ludzi" tych, których świat odrzuca stygmatyzując jako "szaleńców".

Nie mogłem oderwać od niego wzroku aż do modlitwy po komunii, gdy uszy zaczął mi ranić przeraźliwy pisk: sprzężenie! Dobiegał z tyłu, z okolic kruchty, ale cóż można z tym zrobić – nie będę przecież latał i rozłączał Księżom Misjonarzom głośników. Zatkałem uszy i zatopiony w modlitwie trwałem aż do chwili, gdy pisk stanął tuż obok mnie, ba – zaczął trącać mnie w ramię. Odetkałem uszy i ledwo byłem w stanie zrozumieć to co próbuje mi powiedzieć przebijający się przez jazgot, na oko dziewięćdziesięcioletni staruszek. Ten dźwięk też zresztą emitował on, a dokładniej – jego zepsuty aparat słuchowy (ale sympatyczny pan nie słyszał tego pisku, skoro aparat nie działał), a ja usłyszałem tylko, że jestem bogobojny, że bardzo mu się podobam i żebym koniecznie wziął tę karteczkę, na której jest napisany adres strony w internecie, na którą powinni wchodzić ludzie, żeby się zbawiać i żebym ja to dawał tym ludziom, bo ich znam.

"Niech się zbawiają, pan im powie: niech się zbawiają!".

Podziękowałem serdecznie, starszy pan nie zrobił na mnie wrażenia jakiegoś oszalałego dewota, to był raczej typ niecierpliwego fachowca, człowieka, który załatwia sprawy i biegnie dalej. Upewniwszy się więc, że wziąłem karteczkę i zrozumiałem przekaz, pobiegł piszczeć gdzie indziej. Zerknąłem na przesłanie, było tam o tym, żeby zawartość podanej strony skopiować na dyskietkę, bo nie wiadomo ile ona będzie w tym internecie wisieć. Pod podany adres wciąż jeszcze nie wszedłem. Wciąż nie wiem, czy jestem gotów na oferowane tam zbawienie.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

J23 & JP2: sposób na udane życie

Gdy patrzę na obu świętych papieży mam wrażenie, że całe ich życie było jedną wielką jazdą bez trzymanki.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Absolutnie zgadzam się z Kasperem Mariuszem Kaproniem, pracującym w Boliwii franciszkaninem, który w ferworze tradycyjnych okołopapieskich dyskusji napisał na swoim Facebooku:

“Przyznam się, że i mnie samego ogarnia czasem wściekłość, gdy wspominam 2005 r. i myślę o tym wszystkim co w nas po tym wyjatkowym czasie zostało. I nie myślę tylko o "narodowych rekolekcjach" związanych z papieskim odchodzeniem, ale także o kapitule mojej prowincji, która rodziła tak wielkie nadzieje, a skończyło się tak jak zawsze. Jestem wściekły.

Jednocześnie jednak wspomnienie tamtych dni odcisnęło trwałe znamię w moim sercu: wtedy byliśmy autentycznie lepsi. Nie udawaliśmy: byliśmy lepsi. Nawet jeśli to trwało tak krótko. Wiem, emocje są nietrwałe. Ale to właśnie one dodają smaku naszej codzienności i bez nich życie byłoby jedynie mechanicznym wykonywaniem obowiązków. Czy nie mówi się, że warto żyć dla jednej chwili? Perpektywa latynoamerykańska uczy mnie także wartości świętowania, przeżywania fiesty.

J23 & JP2: sposób na udane życie

Przecież liturgia to święto. To moment kiedy wchodzimy w inną rzeczywistość i dotykamy nieba. To moment przemienienia na górze Tabor, choć później trzeba zejść i zmierzyć się z codziennością. Dlatego też, tak bardzo bronię "papieskich kremówek" i "czarnych papieskich butów", gdyż one dały (dają) człowiekowi o wiele więcej niż pełne biblioteki zapisanych stron, do których często nikt nie zagląda.

Nie będę w tych dniach w Rzymie, choć bardzo chciałbym tam być. Chciałbym znowu poczuć tę wyjątkową atmosferę, doświadczyć mocy w byciu razem, spojrzeć drugiemu człowiekowi w oczy i zobaczyć tam radość i nadzieję (w drodze do pracy, w autobusie, w pośpiechu jakże często nasze spojrzenia się rozmijają, jakże często widzimy w nich jedynie zmęczenie, rezygnację, czasami nawet złość). Spotkać się z bliskimi, pójść po uroczystości na kawę, zjeść lody… Być tam i być przez kilka godzin lepszym człowiekiem. Dla tych kilku godzin warto żyć”.

Mnie też tam nie będzie. Co mogę zrobić tutaj? A może – zrobić Rzym w Warszawie? Spróbować spotkać się dziś z kimś, tak jak pisze Mariusz. Po wspólnej mszy wypić herbatę i zjeść lody na cześć JP2 i j23. Ale zrobić też jednak cokolwiek, by tych kilka godzin trwało. Nie wiem, to być może kolejne moje skrzywienie, ale strasznie nie lubię usprawiedliwać niekonsekwencji emocjami.

Przecież skoro zdarza się (a dziś się zdarza) w moim życiu coś ważnego, nie chciałbym żeby nie zostawiło śladu. Postawiłem więc sobie cel – przez tydzień po kanonizacji powtarzać sobie codziennie w głowie trzy rzeczy. I błagam – nie namawiajcie mnie od razu: "hej, ale dlaczego przez tydzień – lepiej przez całe życie", z takich zamierzeń nigdy nic nie wychodzi, a jak mi wyjdzie przez tydzień, powalczę o następny, chrześcijaństwo "robi się" krok po kroku, nie susami.

Rzecz pierwsza

Katechizm mówi, że wiara to odpowiedź człowieka na miłość Boga. Teologiczny trik? Nie bardzo. Skoro Bóg pierwszy się we mnie zakochał, to znaczy że zakochał się zupełnie za darmo (bo ja Mu jeszcze nic nie dałem, a On już – jak mówi Pieśń nad Pieśniami – był chory z miłości).

J23 & JP2: sposób na udane życie

Gdy patrzę na obu świętych papieży mam wrażenie, że całe ich życie było jedną wielką jazdą bez trzymanki w wykonaniu ludzi, którzy to załapali. Patrząc na twarze J23 i JP2 widzę kogoś, kto nie tylko kocha, ale przede wszystkim jest kochany i to po nim widać. Po mnie nie widać. Jest nad czym podumać.

Rzecz druga

Z każdym kolejnym tekstem o J23 i JP2 uświadamiam sobie, że ci ludzie, którzy zaszli najdalej w istocie pozwalali się nieść. Wszystkie te "kwiatki" Jana XXIII mówiące o jego ulubionej wieczornej modlitwie: "Panie Boże, świat jest Twój, a ja idę spać", o tym jak po zwołaniu Soboru cierpiał na bezsenność, która ustąpiła gdy powiedział sobie: "Giovanni, kto prowadzi Kościół, Duch Święty, czy ty? Duch Święty, więc ty śpij spokojnie".

Zawołania: Jana Pawła II "Nie lękajcie się", "Totus Tuus" (Cały Twój), "promowanie" kultu Bożego Miłosierdzia, którego mottem jest "Jezu, ufam Tobie", to przecież powtarzanie tej samej najprostszej prawdy wyrażonej w Psalmie 37: ty masz zrobić jedno – zaufać Bogu, a On NAPRAWDĘ, KONKRETNIE, FIZYCZNIE (a nie metaforycznie) zrobi całą resztę.

Rzecz trzecia

I J23 i JP2 po prostu lubili ludzi. I wołali o to, by inni też ich lubili. Albo chociaż ich dostrzegali. Nie było chyba ostatnio papieży (poza Leonem XIII), którzy tak dobitnie i wyraźnie upominali się o godne życie dla ludzi, których świat wyrzucił na śmietnik. Jasne, Jan Paweł II miał kłopot z radykalnymi odłamami teologii wyzwolenia (to długi temat, dlaczego), nie miał jednak nigdy wątpliwości, że należy zrobić wszystko by nie tylko nakarmić głodnych, ale zmienić system, który produkuje głód. Jak przypomina dziś w "Gazecie Wyborczej Ignacy Dudkiewicz z "Kontaktu":

W 1985 roku w Casablance – Jan Paweł II apelował: ''Nikt nie powinien posługiwać się swoim bliźnim, nikt nie powinien wykorzystywać równego sobie, nikt nie powinien gardzić swoim bratem. Pod takimi warunkami będzie się mógł narodzić świat bardziej ludzki, sprawiedliwszy i bardziej braterski, gdzie każdy będzie mógł znaleźć swoje miejsce, w godności i wolności. Ten świat XXI wieku jest w waszych rękach, będzie taki, jakim wy go uczynicie''.

J23 & JP2: sposób na udane życie

Rzecz więc nie tylko w uczynkach miłosierdzia, nie tylko w hojnej jałmużnie. Chodzi również o zmianę logiki, przewartościowanie postaw, wywrócenie stolika, przy którym możni tego świata decydują o losach milionów ludzi słabych, bo młodych, słabych, bo biednych, słabych, bo bezrobotnych, niedołężnych, chorych. Milionów skazanych na takie życie jedynie przez grymas losu (bo uśmiechem tego nie sposób nazwać). Oni sami – przede wszystkim rękami młodych – mają mieć swój udział w przeobrażaniu świata.

Takie przemówienia jak to z Casablanki, ale też encykliki społeczne – ''Laborem exercens'' czy ''Solicitudo rei socialis'' – warto przypominać tym, którzy spośród obfitości refleksji papieża nad kształtem społeczeństwa chcieliby dostrzegać jedynie rocznicowe ''Centesimus annus'' – w historii katolickiej nauki społecznej stanowiące przecież raczej ewenement niż jej opus magnum".

Trzy proste rady od dwóch świętych papieży. Daj się kochać. Daj Mu działać. Polub ludzi. Jak się dziś okazuje – pewny sposób na udane życie.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >