Nasze projekty
fot. pablographix/freepik.com/Archiwum prywatne

Czy istnieje recepta, jak powinien zagłosować katolik?

O nadchodzących wyborach i o wyborach katolików - prof. Sławomir Sowiński w rozmowie z red. Marcinem Makowskim.

Reklama

Marcin Makowski: Przed nami wybory, znamy już programy wszystkich partii. Czy na którykolwiek z nich katolik może zagłosować z czystym sumieniem?

Dr hab. Sławomir Sowiński, Instytut Nauk o Polityce i Administracji UKSW: To ważne pytanie, ale nie mam na nie jednoznacznej odpowiedzi. Zacznę od tego, że dobrze się stało, że nie mamy dzisiaj w Polsce partii katolickich z nazwy.

Ale były takie próby w latach 90., choćby Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe.

Próby nieudane. Na szczęście dla Kościoła, bo te światy nie powinny się tak ściśle przenikać. W kampanii A.D. 2023 katolicy przed wyborami nie zostali jednak pozostawieni samym sobie, bo mamy przynajmniej trzy głosy hierarchii, które do wyborów jakoś się odnosiły. Majowe stanowisko Rady Stałej KEP, w którym mowa była o tym, że Kościół nie stoi po stronie prawicy, lewicy ani centrum, tylko po stronie Ewangelii. Później w lipcu, był głos Rady Konferencji Episkopatu Polski ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek na temat negatywnych skutków instrumentalizowania kwestii uchodźców w kampanii, dystansujący się od robienia wokół tego tematu referendum. Ostatnio dostaliśmy również „Vademecum wyborcze katolika“ Rady ds. Społecznych KEP. Tam zwrócono uwagę na znaczenie kwestii praw podstawowych – życia od poczęcia do naturalnej śmierci czy praw rodziny.

Reklama

Jeśli weźmiemy te trzy stanowiska razem, co z nich wynika?

Wynika z nich tyle, że trudno na mapie politycznej Polski znaleźć partię, która mieściłaby się idealnie w zaleceniach tych trzech dokumentów. Dlatego każdy z głosujących katolików musi podjąć ostateczną decyzję na własną odpowiedzialność, być może chodząc na pewne kompromisy. 

ZOBACZ: Jakimi zasadami powinien kierować się katolik w czasie wyborów? Episkopat przygotował dokument

Reklama

“Kościół powinien funkcjonować w sferze publicznej”

Wróćmy jeszcze do początków demokracji. Dlaczego w Polsce po 1989 r. nie odrodziła się pełniąca istotną rolę społeczną chadecja? Bo to chyba najbliższy nauce społecznej Kościoła model uprawiania polityki.

Myślę, że wpływ na ten fakt miało dziedzictwo postkomunizmu. Politycy postsolidarnościowej prawicy siłą rzeczy odnosili się do niego po roku 1989, negując ideologię PRL-u, i idąc w aksjologiczny konserwatyzm, ale z czasem przejmując jednak obietnicę państwa opiekuńczego. Czasami łączono jedno z drugim. I z takiego połączenia powstał chyba dzisiejszy PiS. Nikt nie podążał natomiast konsekwentnie i skutecznie drogą chadecji z Zachodu Europy, bo po prostu nie mieliśmy takiego społecznego punktu odniesienia. Gdy widzimy, jak się ma dzisiaj chadecja w Niemczech, czy niedawno we Włoszech, to być może nie jest to – zresztą – aż tak wielka strata.

 Kościół, choć teoretycznie może zabierać głos w bieżącej polityce, to powinien jednak funkcjonować w sferze publicznej – rozciągającej się między życiem prywatnym a sprawami stricte partyjnymi.

Reklama

Jaka jest dzisiaj rola polityczna Kościoła? Przez ostatnie dekady znacznie się zmniejszyła, wiara nie jest już tak ważnym punktem odniesienia. Ale co z dawnej spuścizny pozostało?

Odpowiem przewrotnie – Kościół pełni dzisiaj zbyt małą rolę. Jest moim zdaniem słuchany bardzo pobieżnie, również po stronie rządzącej. Rozpatrując tę kwestię szerzej, trzeba jednak odróżnić sferę polityczną i publiczną. Kościół, choć teoretycznie może zabierać głos w bieżącej polityce, to powinien jednak funkcjonować w sferze publicznej – rozciągającej się między życiem prywatnym a sprawami stricte partyjnymi. Tam są uniwersytety, przestrzeń sztuki, kultury, sport i miejsce Kościoła, który ma prawo brać udział w ważnych debatach społecznych i moralnych, nie angażując się bezpośrednio po stronie żadnej partii. Gdy popatrzymy na konkordat i konstytucję, te dokumenty precyzyjnie określają miejsce Kościoła w państwie. Nie prywatne, nie polityczne, ale właśnie publiczne. 

Jak Kościół mógłby tego statusu bronić? Bo nawet on jest często podważany.

Relacje państwo-Kościół będą moim zdaniem zdrowe i niekwestionowane, jeżeli będzie w nie wpisana współpraca, ale także naturalne napięcie. Nie pełna symbioza, ale świadomość różnic celów i metod działania. Kwestia uchodźców dobrze to obrazuje – państwo musi bronić granic, Kościół musi nieść miłosierdzie bliźnim. Różnice są również w definiowaniu patriotyzmu. Obóz rządowy przedstawia go wyraziście i narodowo, Kościół bardziej uniwersalnie, np. nie konfliktując się z Niemcami. Uważam, że gdyby Kościół wypowiadał się częściej i bardziej autonomicznie względem państwa, być może jego głos dzisiaj byłby bardziej respektowany i lepiej słyszalny.  

PRZECZYTAJ: Krzysztof Ziemiec: „Jako wierzący rodzice trafiliśmy na najtrudniejszy moment do przekazywania wiary”

“Dobrze, że Kościół nie jest punktem centralnym tej walki”

Wróćmy jeszcze do wspomnianego vademecum przedwyborczego KEP. Przez niektórych komentatorów oraz polityków obozu lewicowo-liberalnego stanowisko to zostało odebrane jako „mieszanie się w politykę“. Czy słusznie?

Nie wydaje mi się. Kościół ma pełne prawo, a nawet obowiązek akcentować swoje nauczanie w sprawach aksjologii, czy antropologii. Po to jest i to nie powinno nikogo dziwić. Dobry przykład tego moralnego zaangażowania to lata 90., kiedy osiągnięto równowagę między logiką państwa świeckiego a możliwie wówczas szeroką obroną życia w postaci tzw. „kompromisu aborcyjnego“ ze stycznia 1993. Lepiej lub gorzej, budząc różne wątpliwości, przepisy te jednak przez trzy dekady funkcjonowały, budując nieznaną chyba w PRL, wrażliwość na ochronę życia. 

Krytyka Kościoła, jest miarą roli, jaką pełni on w życiu społecznym. Gdy zatem Lewica uderza w Kościół, nawet twardo, radykalnie – to znaczy, że się z nim liczy.

Czy patrząc na przebieg tej kampanii, katolicy i sprawy wiary są jeszcze istotnym punktem odniesienia? Większość wyborców zdążyła już chyba zapomnieć, że jedną z osi sporu miała być debata na temat dziedzictwa Jana Pawła II.

Dotknął Pan w tym pytaniu istotnej kwestii, bo także krytyka Kościoła, jest miarą roli, jaką pełni on w życiu społecznym. Gdy zatem Lewica uderza w Kościół, nawet twardo, radykalnie – to znaczy, że się z nim liczy. W tym roku sprawy wiary były w kampanii wyborczej jednak mniej obecne, zwłaszcza w porównaniu z kampaniami 2019 r., w których było echo „Kleru“ i filmu braci Sekielskich. Wtedy niektórzy sądzili, że ujawniane problemy Kościoła będą tym, co przeważy szalę wyborczą, ale tak się nie stało. I jeśli obecna kampania została zamieniona w igrzyska oraz plebiscyt „za“ albo „przeciw“ PiS-owi, to dobrze, że Kościół nie jest punktem centralnym tej walki. 

Czy skoro kampania jest tak brutalna, to jeszcze wpisuje się w normy etyczne chrześcijaństwa? Czy wyobraża pan sobie jako politolog kampanię, która mogłaby taka być?

Często zadaję sobie to pytanie – czy spór i konflikt może przybrać ramy akceptowane przez Kościół. Zajmowałem się tym zagadnieniem jako etyk i badacz społecznego nauczania Kościoła i odnalazłem przykłady, które potwierdzają, że rywalizacja może być czymś dobrym. Czasami również konflikt jest uzasadniony, gdy w imię wartości trzeba umieć o wartości te głośno walczyć. Choć zatem wyobrażam sobie kampanię głównie merytoryczną, to w dzisiejszej praktyce byłaby ona bardzo trudna do przeprowadzenia. Istnieje bowiem coraz większa przepaść między konfliktem racji i siłą argumentów, a argumentem propagandowej siły i racją rozbudzonych emocji. Dzisiaj konkurentów często chce się po prostu zakrzyczeć lub zagłuszyć, a nie siłą oferty przekonać do siebie ich zwolenników. Na finale kampanii część partii politycznych zamiast do stołu politycznych ofert, z uporem prowadzi nas do dość ponurego politycznego escape roomu, z którego nie bardzo widać drogę wyjścia.

ZOBACZ TEŻ: Ks. Iżycki, dyrektor Caritas: “Państwo jest zobowiązane do obrony granic. My, do niesienia pomocy”

“Najważniejsza jest wiarygodność wobec religijnej misji Kościoła i wiernych”

Jak interpretuje Pan przenikanie do języka polityki kaznodziejstwa? Widzimy to zwłaszcza w stylu wypowiedzi Szymona Hołowni, z kolei Donald Tusk zupełnie wprost ogłasza, że „katolik nie może zagłosować na PiS“. Jarosław Kaczyński posługuje się językiem manicheizmu, dzieląc politykę na dobrą i złą. O czym to świadczy? 

Być może paradoksalnie o tym, że jako katolicy jesteśmy ciągle istotną wyborczo częścią społeczeństwa. Grupą, o której głosy trzeba aktywnie zabiegać. Chcę też powiedzieć, że instrumentalizowanie języka czy argumentu religijnego w kampanii wyborczej, wydaje się łatwym sposobem budzenia emocji. Co więcej, w społeczeństwie sekularyzującym się, można to robić na klerykalnej lub antyklerykalnej strunie. W dłuższej jednak perspektywie, zacieranie różnicy między frazą polityczną a religijną i moralną, prowadzi w ślepą uliczkę. Banalizuje moralność i religię, odbiera powagę polityce i co najgorsze – wyklucza kompromis tam, gdzie jest on możliwy. Sakralizuje sprawy, które nie są święte, jak choćby relacje z Unią Europejską. A poprzez to, zamyka drogę do skutecznej politycznej gry.

Jako katolicy mamy ciągle powód i przestrzeń by cieszyć się polityczną wolnością, robiąc z niej użytek, także w wyborach parlamentarnych. Nie warto z tego przywileju, na który długo przed rokiem 1989 czekaliśmy, zbyt łatwo rezygnować.

Skoro tak wiele jest kompromisów i ślepych uliczek w polityce, czy katolik może zbojkotować wybory albo oddać głos nieważny? 

Swoje dorosłe polityczne życie rozpocząłem od bojkotu referendum 1987 r., za tzw. „późnego Jaruzelskiego“. Nie mam żadnych wątpliwości, że postąpiłem słusznie. W wolnej jednak Polsce za każdym razem chodziłem do wyborów, nawet, gdy trzeba było przy tym mocno zaciskać zęby. Wydaje mi się, że także i dziś, również jako katolicy mamy ciągle powód i przestrzeń by cieszyć się polityczną wolnością, robiąc z niej użytek, także w wyborach parlamentarnych. Nie warto z tego przywileju, na który długo przed rokiem 1989 czekaliśmy, zbyt łatwo rezygnować. Niemniej, jeżeli ktoś w swym sumieniu nie może odnaleźć się pod żadnym kampanijnym sztandarem, byłbym daleki od oceniania jego decyzji wyborczych w kategorii zła moralnego. 

ZOBACZ: Prymas Polak: „Kościół to nie miejsce na agitację polityczną”

W jakich kategoriach oceniać w takim razie wchodzenie polityków do przestrzeni sakralnej – mówię o wiecowaniu w kościołach, albo o uczestnictwie w wydarzeniach religijnych, jak choćby na ostatniej pielgrzymce Rodziny Radia Maryja. Czy to przekroczenie granic rozdziału państwo-Kościół?

To jest na pewno pokusa, wobec której politycy nie są wolni, a duchowni nie zawsze wystarczająco czujni. W tej kampanii na szczęście jest znacznie mniej podobnych przypadków, chociaż ten z Jasnej Góry z początku lipca był ewidentnym przekroczeniem cienkiej czerwonej linii, co publicznie krytykowałem. Dzisiaj dużo zależy zwłaszcza od roztropności i niezłomności proboszczów, którzy są gospodarzami konkretnej parafii. Rozumiem, że oni funkcjonują w pewnej rzeczywistości społecznej, muszą mieć np. relacje z lokalnymi władzami, zabiegają też czasem o wsparcie na remonty itd. Ale ostatecznie najważniejsza jest przecież wiarygodność wobec religijnej misji Kościoła i wiernych, którzy różnie głosują. Nie tylko na podstawie znakomitych doświadczeń z mojej parafii powtórzę jednak, że jest – w mojej ocenie – coraz większa tego w Kościele świadomość. 

Historia relacji państwo-Kościół, czy historia w ogóle, nie jest zdeterminowana i jednokierunkowa.

Czy patrząc na tempo laicyzacji w Polsce i postępujące zmiany demograficzne, obecna kampania jest ostatnią, w której sprawy kościelno-religijne będą jeszcze względnie ważne? 

Tego oczywiście nie wiem, ale jestem głęboko przekonany, że historia relacji państwo-Kościół, czy historia w ogóle, nie jest zdeterminowana i jednokierunkowa. Gdy przypomnimy sobie różne etapy zmian społecznych po 89., bywało różnie. W latach 1990-1993 spieraliśmy się ostro o konkordat, religię w szkołach, aborcję. Sądzono wówczas, że sekularyzacja przyspieszy, a po dojściu do władzy SLD (1993-1997) zaufanie do Kościoła wzrosło. Z kolei w roku 2011 mieliśmy tryumfalny pochód Janusza Palikota, który wkroczył do Sejmu z 40-osobową reprezentacją pod radykalnie antyklerykalnym sztandarem. Wielu ogłaszało wtedy „koniec polskiego katolicyzmu“. Katolicyzm nadal istnieje, ich natomiast nie ma w polityce. Później nastąpiło prawicowe ożywienie, Marsze Niepodległości, zwycięstwo PiS. Nic nie jest zatem z góry przesądzone. Historia jest otwartą księgą i znajduje się w Pana Boga i naszych rękach. 

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę