video-jav.net

Post to nie autokorekta

W Wielkim Poście robimy różne postanowienia, super, ale w tym czasie nie chodzi o to, żeby stać się lepszym

Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >
Paweł Kozacki OP
Paweł
Kozacki OP
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

z ojcem Pawłem Kozackim, dominikaninem, o Środzie Popielcowej, postanowieniach poprawy i o tym, jak powinno się pościć rozmawia Judyta Syrek

Dlaczego Wielki Post zaczyna się od środy?

Wynika to z historii przygotowań do święta Paschy. Pierwsi chrześcijanie, którzy zaczynali świętować zmartwychwstanie, koncentrowali się najpierw na każdej niedzieli, jako na dniu, który jest pamiątką zmartwychwstania Chrystusa. Ale już w II wieku po Chrystusie, ludzie uznali, że jedna niedziela w roku powinna być wyróżniona i chcieli się do niej lepiej przygotować.

Najpierw niedziela wielkanocna była poprzedzana czterdziestogodzinnym postem. Chrześcijanie przez dwa dni pokutowali, by trzeciego świętować zmartwychwstanie. W kolejnym wieku,  stwierdzono, że dwa dni to za mało i pojawiła się tradycja obchodzenia Triduum Paschalnego. Potem rozszerzono ją na Wielki Tydzień, a od IV stulecia praktykowano już czterdziestodniową pokutę.

A liczba czterdzieści jest nawiązaniem do dni, które Pan Jezus spędził na pustyni. Może ona wskazywać również na czterdzieści lat, przez które Izraelici wychodzili z niewoli egipskiej i szli do Ziemi Obiecanej. Wreszcie, czterdzieści dni, nawiązuje do historii Eliasza, który mocą pokarmu danego mu przez Boga szedł przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy do Bożej góry Horeb. Te trzy wydarzenia, o których pisze Biblia, wskazują symbolicznie czas przeżywania przez nas dzisiaj okresu Wielkiego Postu.

Dla chrześcijan III i  IV wieku po Chrystusie, było oczywiste, że niedzielę należy wyłączyć z okresu 40-dniowego przygotowania, bo to nie jest dzień smutku lecz radości ze zmartwychwstania Pana. Powstały więc dwie tradycje:

Na wschodzie zaczęto praktykować tradycję ośmiotygodniowego postu, z którego wyłączono   soboty oraz niedziele.

Natomiast na zachodzie przyjął się zwyczaj sześciotygodniowego przeżywania postu. Tu również wykluczono niedzielę, co dało sumę 36 dni Wielkiego Postu. Chrześcijanie stwierdzili jednak, że trzeba dodać brakujące dni i by tego dokonać wydłużyli okres przygotowania do zmartwychwstania do środy przed I niedzielą Wielkiego Postu.

Post to nie autokorekta

Dlaczego popielcowa?

Popiół był zawsze znakiem pokuty, symbolem uniżenia czy uznania własnej klęski. Tak było nie tylko w żydowskiej kulturze Starego Testamentu, ale też w krajach arabskich czy w Grecji. Kiedy ktoś posypywał siebie popiołem albo przyjmował worek z popiołem jako posłanie, uniżał się i w ten sposób przepraszał za zło, którego dokonał. Ten zwyczaj był też formą żałoby po czyjejś śmierci. Był zwyczaj, że kiedy  państwo przegrało wojnę, to na znak smutku, ludzie używali popiołu. My dzisiaj sięgając po tę symbolikę obecną dawniej w kulturze śródziemnomorskiej, nawiązujemy do faktu, że jako ludzie grzeszni musimy uznać swoją klęskę i przegraną. Sięgamy po popiół, który jest znakiem tego, że o własnych siłach nie jesteśmy w stanie wydźwignąć się ze zła. Słowa: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”, mogą być rozumiane z jednej strony w duchu uniżenia, ale też uznania swojej skończoności. Ten postny popiół mówi dokładnie tyle: „Pamiętaj, że nie jesteś nieśmiertelny. Jeżeli wydaje Ci się, że jest inaczej, to przypomnij sobie, że wyszedłeś z prochu. Twoim końcem jest śmierć – rozkład ciała, które obróci się w proch”. 

To był symbol zrozumiały dla kultury starożytnej. Czy dzisiaj tego uniżenia nie można zaznaczyć inaczej?

Na razie nie widzę takiej potrzeby ponieważ jest to powszechny zwyczaj, zrozumiały nawet dla osób, które nie należą do bardzo gorliwych chrześcijan. Środa Popielcowa jest wyraźnym znakiem i ma wyraźny kontekst. Poza tym nie słyszałem nigdy rozsądnej propozycji, by zastąpić posypywanie głowy popiołem innym, równie nośnym symbolem.

Czy młodym ludziom chce się dzisiaj przeżywać okres Wielkiego Postu i chodzić na te wszystkie nabożeństwa?

Jeżeli ktoś z młodych ludzi odnalazł drogę wiary, jeżeli zobaczył, że relacja z Chrystusem jest rzeczą ważną, to rozumie również Wielki Post, widzi w nim szansę wielkiej odnowy. Udział w  drogach krzyżowych, rekolekcjach i innych nabożeństwach w istocie swojej ma nas odwrócić od grzechu, a zwrócić w stronę Tego, który jest dawcą Miłości i który nas odkupił.

Post to nie autokorekta

Myślę, że młodzi mają w sobie dość duży radykalizm i umiejętność mobilizacji. Kiedy ktoś im o czymś przypomina i pokazuje, że pewne znaki mogą pomóc w zjednoczeniu z Chrystusem, to młodzi ludzie to podejmują.

Ale też nie trzeba być naiwnym i twierdzić, że wszyscy młodzi przeżywają Wielki Post. Rytualizm zdarza się dziś wśród młodych rzadziej niż w starszych pokoleniach. Oni nie chodzą do Kościoła, bo wypada. Myślę, że jeżeli młodzi nie widzą sensu uczestniczenia w drodze krzyżowej, to nie idą na nią. Nie chcą udawać i uczestniczyć w czymś, czego sensu nie pojmują. Wtedy pytają: Po co mi to? Mówię o sytuacji w miastach, bo nie znam rzeczywistości w mniejszych miejscowościach.

Wiele osób praktykuje Wielki Post jako czas naprawy: postanawień i odmawiania sobie czegoś przy tej okazji. Ludzie obiecują sobie na przykład systematyczną naukę, większą dyscyplinę czy niejedzenie czegoś słodkiego. I to są dobre rzeczy, tylko do tego, by stać się lepszym, niepotrzebny jest Wielki Post. Istota Wielkiego Postu jest zbliżenie do Chrystusa. Jeżeli zapomnimy o tym, to zostanie takie zwykłe ludzkie autopoprawianie.

Doświadczenie wielu ludzi mówi, że w postanowieniach łatwo można się zniechęcić: przychodzi pierwszy upadek – ktoś zje tego przysłowiowego cukiereczka, którego sobie odmówił – i kończy się autokorekta. A Post to powinien być mój wysiłek, w którym wołam do Boga, że potrzebuję Jego pomocy. Jeżeli się Pana Jezusa z tego postnego wysiłku usunie, to kończy się najczęściej tylko na kilkudniowym postanowieniu w Środę Popielcową.  

Postanowienia są czymś złym?

Nie mówię, że wysiłek poprawiania samego siebie jest zły. Jeżeli ktoś ma silną wolę, niech pracuje, ale do tego nie potrzebny jest Wielki Post. Spłaszczanie Wielkiego Postu do samodoskonalenia się czy satysfakcjonującego poczucia, że panuję nad swoim życiem i choć jestem prochem, to z tego prochu potrafię ulepić całkiem niezłą strukturę, jest oszukiwaniem siebie. To nie jest chrześcijańskie lecz trochę egocentryczne.

Jeżeli Wielki Post nie jest autokorektą, to czym?

Wielki Post to otwarcie się na działanie łaski Chrystusa. To zrobienie miejsca Zbawicielowi. Uznanie, że jesteśmy grzeszni nie ma być samobiczowaniem ani czasem pogrążania się w czarnej rozpaczy. Wielki Post to czas, w którym mam zrobić miejsce dla Kogoś innego i wypowiedzieć słowa: „Panie, wiem, że nie jestem w stanie przeżyć tego sam, ale Ty możesz wejść z mocą i łaską w moje życie. Ty wchodząc w rzeczywistość upadku, dotknąłeś prochu ziemi przez Twój upadek na drodze krzyżowej”.

Gdy uświadamiam sobie, że Chrystus pierwszy nosił na swojej twarzy proch ziemi, bo tą twarzą wyrżnął w ulicę Jerozolimy, to przez praktyki wielkopostne łączymy się w wierze z Chrystusem.

On przez swoją drogę krzyżową i przez śmierć przechodzi do nowego życia. Ja wiem, że o własnych siłach tego przejścia nie dokonam, ale On może mnie tam przeprowadzić. Wielki Post  przygotowuje do Paschy, czyli do udziału w misterium przejścia od śmierci do życia. To okres wołania: „Panie chcę mieć udział w Twoim życiu. Wierzę, że Twoja łaska, Twoja moc, może wlać we mnie nowe życie”.

Post to nie autokorekta

Recepta na dobre przeżycie Wielkiego Postu?

Najlepsza recepta jest zawarta w tradycji Kościoła wyrastającej z Pisma świętego. W  Środę Popielcową czytany jest fragment Ewangelii świętego Mateusza, który pokazuje trzy  czynniki: modlitwę, jałmużnę i post. Jeżeli Wielki post ograniczymy tylko do odmawiania sobie czegoś, to przemieniamy ten czas w gimnastykę silnej woli. Natomiast, jeżeli połączymy go z dwoma pozostałymi elementami: czyli po pierwsze z dbaniem o modlitwę – o łączność  z Chrystusem – oraz o jałmużnę – wrażliwość na bliźniego – to dochodzimy do istoty: Post nie jest dla postu. Jeżeli modlitwa jest dla mnie punktem wyjścia, jeżeli dzięki tej modlitwie uczę się prawdziwego patrzenia na Boga i na siebie, to będę dostrzegał, Kto tu jest najważniejszy. Nie ja ze swoim wyrzeczeniem, ale Chrystus, który dokonuje dzieła odkupienia.

Odmawianie sobie czegoś w czasie postu, na przykład jedzenia, powinno mnie kierować na drugiego człowieka. Post i jałmużna, to dwa elementy, które się dopełniają. Razem przeżywane powodują, że trudno zamknąć się w takiej autokreacji.

Jałmużnę warto rozumieć szeroko, nie tylko jako wrzucenie pieniążka do puszki – chociaż i to ma swoje znaczenie. Chrześcijanie pierwszych wieków jeżeli pościli i czegoś nie jedli, to zaoszczędzone pieniądze ofiarowywali biednym. I taki wymiar postu warto sobie przypomnieć – to czego sobie odmawiam powinno być darem dla drugiego człowieka.

Jałmużna to jest również niematerialna troska o bliźniego, który jest obok mnie i potrzebuje mojej obecności i pomocy.

O ile modlitwa daje wymiar wertykalny, kieruje mnie ku Bogu, pomaga nawiązać relację ze Źródłem mocy, miłości i nowego życia, to płaszczyzna horyzontalna relacji z innymi ludźmi weryfikuje wartość mojego życia i wiary. W relacji do Pana Boga potrafimy sobie różne rzeczy wmówić. Znacznie trudniej jest to uczynić w relacji do drugiego człowieka. Jak to wypomniał Pan  Jezus, są ludzie, którzy lubią dawać jałmużnę, żeby ich inni chwalili. Ale jeżeli ja tak czynię, to Ci inni mi to szybko powiedzą, zweryfikują mnie. Moment dawania jałmużny, spieszenia z pomocą nie może być pozbawiony pewnej skromności i miłości. Nie chodzi o to, żebym się dobrze poczuł, bo jestem świetny chrześcijanin. Jałmużna ma być pokorną próbą pomocy mojemu bratu czy siostrze, który jest grzesznikiem, i od którego ja się mogę wiele uczyć oraz wiele otrzymać.

Myśląc o recepcie na Wielki Post, wskazałbym na umiejętność harmonijnego łączenia tych trzech elementów: jałmużny, modlitwy i postu. Trzeba przy tym bardzo pamiętać o ostrzeżeniu Pana  Jezusa i z pobożnych uczynków nie robić teatrzyku.

Niestety, najsensowniejsze rzeczy potrafimy przeżywać jako chęć pokazania siebie, zaprezentowania jaki jestem świetny. Kręcenie się wokół siebie, grozi każdemu, ale świadomość tego zagrożenia, pozwala przekraczać siebie i unikać niebezpieczeństwa.

Judyta Syrek

Judyta Syrek

Manager ds PR i z-ca redaktora naczelnego portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadzi program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB "Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Kozacki OP

Paweł Kozacki OP

Dominikanin, publicysta, blogger, były przeor Konwentu Świętej Trójcy w Krakowie oraz wieloletni redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Od 1 lutego 2014 r. Prowincjał Polskiej Prowincji Dominikanów.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >
Paweł Kozacki OP
Paweł
Kozacki OP
zobacz artykuly tego autora >

Bene detto in polacco

Benedykt XVI to osoba niezwykle ciepła i serdeczna. Największe jednak wrażenie robi jego skromność.

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z Papieżem miałam możność rozmawiać zaledwie dwa razy, ale od początku zdobył me serce swoją prostotą i zupełnie nieprzystającą do „pancernego kardynała” nieśmiałością. Pamiętam, jak odwiedził siedzibę Radia Watykańskiego z okazji 75-lecia papieskiej rozgłośni. Miała to być kurtuazyjna wizyta w „jego radiu”, bo to w końcu Radio Papieża. Odwiedził wtedy wszystkie redakcje i spotkał się z wszystkimi pracownikami. Mnie po tym spotkaniu zapadły w sercu dwa momenty. Jeszcze dzisiaj mam przed oczami jak naturalnie usiadł przed mikrofonem i włączył się w trwającą właśnie audycję na żywo.

Wiadomo, że Papież wiedział o co będzie pytany, jednak nie przyniósł ze sobą żadnych kartek, by ważyć każde idące w eter słowo, jakby nie było Papieża, odpowiadał spontanicznie, z dyskretnym uśmiechem na twarzy i tym ciepłem, które powoli rozbroiło nerwy zestresowanych takim gościem dziennikarzy.

Bene detto in polacco

Sekcja polska Radia Watykańskiego była ostatnią z redakcji do których miał zajść. Wiele nagłowiliśmy się co TAKIEMU gościowi możemy dać w prezencie. Koledzy wymyślili obrazy, płyty z muzyką. Redakcja etiopsko-erytrejska podarowała Papieżowi piękną, białą, ręcznie haftowaną stułę. Redakcja indyjska przywitała go na sposób właściwy swej kulturze. Ozdobiony został girlandą kwiatów z drzewa sandałowego. A my, daliśmy mu płytę o symbolicznym tytule „Bene detto in polacco”, to gra słów, którą można przetłumaczyć zarówno „Benedykt po polsku", oraz jako „dobrze po polsku powiedziane".

Wówczas nie minął jeszcze rok od wyboru Papieża na Stolicę Piotrową, a od samego początku starał się kierować po polsku kilka słów do rodaków Jana Pawła II. I tak jest po dziś dzień. Nie musiał tego robić. Nie musiał narażać się na złośliwe komentarze jakie słychać było gdy kaleczył polską mowę mówiąc chociażby: „Z serka wam błogosławię” (zamiast „z serca”). Myślę, że jest to piękny gest w naszą stronę, który osobiście bardzo cenię. Chciałabym żeby jego następca też się na niego zdobył.

Pamiętam wzruszenie Benedykta XVI gdy ówczesny szef sekcji polskiej ks. Józef Polak SJ dziękował mu za wysiłek wkładany w pozdrowienia regularnie wypowiadane po polsku. Na te słowa Papież natychmiast się odwrócił w stronę swego ówczesnego sekretarza abp Mieczysława Mokrzyckiego i z uśmiechem odpowiedział: „Staram się to robić. Mam dobrego nauczyciela!”. Nie przesadzę jak powiem, że swym prezentem podbiliśmy serce Papieża.

I właśnie w tym momencie wydarzyła się dla mnie zawodowo najważniejsza chwila tego pontyfikatu. Wyciągnęłam trzymany w ukryciu mikrofon i zapytałam, czy przed mającą się odbyć za dwa miesiące podróżą do Polski zgodzi się odpowiedzieć na kilka pytań. Entuzjastyczne „Si!!!” Papieża zbiło z tropu nawet gwardzistę, który próbował zapobiec temu nieprzewidzianemu przez protokół wywiadowi chcąc mi wytrącić mikrofon z ręki.

Bardziej niż słowa zapamiętałam emocje. Papież mówił spokojnym głosem patrząc mi prostu w oczy. Dopiero potem zobaczyłam na nagraniu jak mi się trzęsła ręka z mikrofonem…

Benedykt XVI powiedział wówczas m.in., że „Jan Paweł II w trudnych czasach ukazał moc wiary, która była przykładem dla całej Europy i dla nas wszystkich”. Widać było, że autentycznie się cieszy, że odwiedzi Ojczyznę swego poprzednika.

Bene detto in polacco

Drugie spotkanie pamiętam właśnie w kluczu płynącej z serca Benedykta XVI radości.

Był 2 maja 2011 r. Na placu św. Piotra dopiero co zakończyła się Msza dziękczynna za beatyfikację Jana Pawła II. Wraz z grupą dziennikarzy czekałam tuż obok papieskiej biblioteki na pojawienie się Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, który miał spotkać się z Papieżem. Wszystko  opóźniało się, ponieważ Eucharystia trwała dłużej niż planowano. W końcu polska delegacja dotarła. Zostaliśmy wpuszczeni dosłownie na kilka minut, by zobaczyć początek spotkania. Potem rozmowa trwała już za zamkniętymi drzwiami. Wróciliśmy do biblioteki na moment wymiany prezentów. Kiedy Papież pożegnał delegację, pozwolono nam do niego podejść. Ustawiłam się jako ostatnia, by nikt mnie już nie poganiał. Co w takiej chwili powiedzieć? Zastanawiałam się…  Podziękowałam, że przyśpieszył proces beatyfikacyjny i dokonał beatyfikacji Jana Pawła II. Wówczas Benedykt XVI spojrzał na mnie i wyraźnie wzruszony wyznał: „Ja się też ogromnie cieszę, że mogłem Go ogłosić błogosławionym!”.

Prostota, szczerość, ciepło – w tych kategoriach patrzę na Benedykta XVI. Teraz dodam do nich jeszcze ogromną odwagę i wewnętrzną wolność wypływającą z wiary.

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >