video-jav.net

O Panu Bogu, któremu warto dziękować w ciemno

Uwielbienie w ciemno to krok desperata. Świetnie pisze się te słowa, gorzej z realizacją.

Marcin Jakimowicz
Marcin
Jakimowicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Fragment pochodzi z książki “Pan Bóg? Uwielbiam!” Marcina Jakimowicza


Drugiego maja 2014 roku ruszyliśmy do Włoch. Od pół roku nie myślałem o niczym innym. Chciałem zwiać jak najdalej od problemów, kłopotów. Mapy Toskanii znałem na pamięć. Były w łazience, w kuchni, w telefonie. Nigdy nie czekałem tak intensywnie na wyjazd jak tym razem. Oficjalnie wpuszczałem w tę przestrzeń Boga, ale czułem podskórnie: to mój pomysł, mój nowy bożek.

 

Samochód (po przeglądzie) przemknął przez Czechy, Austrię. Tuż za granicą, w Tarvisio, auto stanęło. Na autostradzie. Z tyłu trójka spoconych dzieci, z których najmłodsze wykazywało po raz pierwszy w życiu objawy choroby lokomocyjnej, a dwoje starszych od kilku godzin kłóciło się zapamiętale. Klasyczna katolicka rodzina patologiczna.

 

Samochód stanął jak kołek. Przyjaciel mechanik przez telefon sugerował, co mamy sprawdzić. Sprawdzaliśmy. Bezskutecznie. Po dwóch godzinach podjechała laweta. Włoch podniósł maskę i rzucił: „Problemo!”. „Problemo?” – zapytaliśmy spłoszeni. „Si, problemo” – trzasnął klapą samochodu.

 

Jadąc na lawecie (my z najmłodszym troszkę nielegalnie na górze, dwoje dzieci w szoferce), zaczęliśmy… błogosławić Boga. To nie był nasz pomysł. Nie było nam do śmiechu. Byliśmy świeżo po lekturze książki Moc uwielbienia i wbrew kotłowaninie emocji i pytań rozsadzających głowę („No i po wakacjach…”, „Ile będziemy tkwić w tej dziurze?”, „Skąd wytrzaśniemy kasę na mechanika?”), zaczęliśmy szeptać: „Panie, błogosławimy Cię w tej sytuacji, bo jeśli się wydarzyła, to znaczy, że do niej dopuściłeś. Widzisz nasze położenie”. Było anielsko, choć niezbyt sielsko. Ta modlitwa stopniowo ucinała strach, użalanie się nad sobą, rozdrapywanie ran, szlochanie: „I co? Znowu my? Króliki doświadczalne?”. Rano zadzwonił pan „Problemo” i zwrócił nam sprawny samochód. Znając Włochów, którzy na wszystko mają czas – był to prawdziwy cud.

 

Na co dzień nie błogosławimy. Słyszę to na ulicy, w tramwaju, supermarkecie. Zastanawiam się, czy podręczniki do nauki języka polskiego nie powinny zaczynać się od rysunku z podpisem: „To pan Kowalski. Jest właśnie niezadowolony z tego, że pada deszcz. Wczoraj przeszkadzało mu słońce. Pan Kowalski nie lubi chamstwa, jazzu i Legii Warszawa”. No dobra. Ponarzekam troszkę na to, że narzekamy.

 

„How are you?” – Anglik czy Amerykanin, słysząc grzecznościowy zwrot, bez namysłu wyszczerzy ząbki i odpowie: „I’m fine, thank you”. Nieźle, dzięki! Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi czy bliscy nam geograficznie Czesi uważają, że należy emanować uśmiechem i nie uzewnętrzniać własnych problemów. Wyobraźmy sobie podobną scenkę rodzajową gdzieś w okolicach Otwocka. Na obsypanym śniegiem (czemu, do cholery, tego nikt nie odśnieży?) przystanku PKS (dlaczego nie postawili pod wiatą nowej ławki?): „Cześć, jak leci?”. „Ech. Stara bieda”. Klasyka gatunku.

 

Kwintesencją polskiego narzekania jest obrazek z Wojny domowej. Trwa przegląd młodych kapel. Słychać rytmiczne szarpanie strun i uderzenia perkusji. Zaczyna się rock’n’rollowa jazda w peerelowskim wydaniu. Za chwilę rozhisteryzowana bigbitowa publiczność usłyszy bliski sercom tekst: „Tak mi źle, tak mi źle, tak mi szarooo. Tak mi źle, je jeeee!”. I nie jest to jedynie refren podchwytywany przez nastolatków. By się o tym przekonać, wystarczy wsiąść do nabitego po brzegi autobusu.

 

Narzekanie jest naszym sportem narodowym. Jesteśmy bardzo nieszczęśliwi, gdy nie ma na co pomarudzić. Na problem zwróciłem uwagę po powrocie z Meksyku. Mieszkańcy stolicy tego rozpalonego słońcem kraju tłoczą się w gigantycznych korkach (po 48-kilometrowej ulicy mknie 5 milionów samochodów), w nabitym do granic wytrzymałości metrze, z dnia na dzień łapią dorywcze prace, pozbawieni są ubezpieczeń socjalnych, nie mają często emerytur, żyją na zabrudzonych ulicach w chmurze smogu i… nie narzekają.

 

– Uczymy się cieszyć każdym dniem. Może dlatego, że tak często zagląda nam w oczy śmierć? – wyjaśniał mi ten fenomen pracujący w branży turystycznej Juan Manuel. Pamiętam naszą przewodniczkę Barbarę Ostaszewską-Sanchez, mieszkającą w Meksyku od trzydziestu lat. „I jak wam się podoba?” – zapytała, pokazując nam zapierające dech w piersiach krajobrazy (opuncje, agawy, piramidy, wulkany plus pierzaste obłoki). „Fajne – odpowiadaliśmy. – Ale… za gorąco…”. „No tak – wybuchła śmiechem – typowi Polacy! Zawsze znajdziemy dziurę w całym. Ocean fajny, ale za zimny, Adriatyk nawet niezły, ale zbyt słony. I w dodatku pełen jeżowców i innego paskudztwa. Nie to, co nasz Bałtyk. Tyle że tam pewnie znów leje”.

 

Skąd się to w nas bierze? Może jako naród z natury bardzo religijny dosłownie potraktowaliśmy słowa ewangelisty Mateusza: „Będą narzekać wszystkie narody ziemi” (Mt 24, 30)? Najwyższy czas, byśmy przejęli się innym biblijnym wersetem, cytowanym już wyżej, z Listu do Tesaloniczan: „W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was”.

 

„W każdym położeniu dziękujcie” to, przyznajmy bez bicia, pewne novum i niemały kłopot dla Jana Kowalskiego. Nie wyssał tych mechanizmów z mlekiem matki, więc będzie musiał stoczyć małą walkę wewnętrzną, zapierając się samego siebie.


Fragment pochodzi książki “Pan Bóg? Uwielbiam!”. Tutaj możesz ją zamówić 30% taniej!


Marcin Jakimowicz

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, od ponad dwudziestu lat modli się we wspólnocie Kościoła.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Jakimowicz
Marcin
Jakimowicz
zobacz artykuly tego autora >

Błogosławienie Boga to absurd. Z punktu widzenia świata

To prawdziwie kopernikański przewrót w życiu duchowym. Zamiast kręcić się wokół siebie i zapisywać skrzętnie książkę skarg i zażaleń, zaczynamy błogosławić i zauważamy, że... wszystko się kręci wokół Niego.

Marcin Jakimowicz
Marcin
Jakimowicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Fragment pochodzi z książki “Pan Bóg? Uwielbiam!” Marcina Jakimowicza


Naucz się języka królestwa. „W Jego pałacu wszystko woła «Chwała!»” (Ps 29, 9).

 

Pamiętam, jak kiedyś w czasie modlitwy przyszła intuicja: „Błogosław wszystkich, których dzisiaj spotkasz”. Zacząłem nieśmiało sprawdzać, jak to działa.

 

Sytuacja była taka: podchodzę do znajomej ekipy, która właśnie reaguje szyderstwem na czyjeś opowieści o naszym wspólnym znajomym. I już otwieram usta, by dorzucić puentę mistrza ciętej riposty, ale przypomniawszy sobie o porannych natchnieniach modlitewnych, pod nosem dukam: „Panie, błogosławię Cię w osobie, którą teraz obgadują”. Efekt? Już mi się nie chce, zwyczajnie nie chce wchodzić w te werbalne przepychanki. Po co pakować się w jakąś duchową schizofrenię, w żonglowanie na przemian uwielbieniem i ironią?

 

Błogosławienie Boga w każdych, nawet najtrudniejszych sytuacjach to absurd. Z punktu widzenia świata. Pierwszą linią frontu powinny być prośby i błagania, cała ta nasza katolicka książka skarg i zażaleń. Bóg przełamuje ten schemat. Prosi: „Błogosławcie, uwielbiajcie”. Nawet w czasie lokalnych duchowych trzęsień ziemi. Zwłaszcza wtedy.

 

Błogosławienie Boga w każdej sytuacji wynika wprost z zachęty: „W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was” (1 Tes 5, 18).

 

Błogosławieństwo jest czynnością boską, nie z tego świata. Wykracza poza prawa logiki, jest irracjonalne, pozornie nie przystające do rzeczywistości „tego łez padołu”. Pogrążony w stagnacji świat zachęca: reaguj na zło rykoszetem, pamiętaj o zasadzie: wet za wet. Przeklinaj, złorzecz, pomarudź sobie, ponarzekaj (u Kowalskiego mechanizm ten działa na zasadzie odruchu bezwarunkowego). Bóg podpowiada: Dziękuj! Błogosław. Przełam myślenie. Nawróć się.

 

Człowiek, który się modli modlitwą uwielbienia, stopniowo przemienia się w Chwałę Bożą – opowiadał dominikanin-arystokrata ojciec Joachim Badeni.

 

Pokusa, by nie uwielbiać, jest zawsze: dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Kto jak kto, ale niewinny, niesłusznie oskarżony Jezus miałby wszelkie powody do przeklinania swego losu. Co robił? Łamał chleb i szeptał: „Błogosławię!”.

 

Ewangeliści, pisząc o tym, używają niezwykle obrazowego sformułowania: „Jezus spojrzał w niebo”. „Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby, dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom” (Mt 14, 19).

 

Spójrz w niebo. To naprawdę znakomita perspektywa do oceny twej sytuacji. Zwłaszcza wówczas, gdy twoje położenie wydaje się beznadziejne.

 

– Błogosławienie jest skuteczną odtrutką na przekleństwo – nie ma wątpliwości ksiądz Józef Gut, opiekun dynamicznej wspólnoty Metanoia z Jaworzna-Szczakowej. – Żyjemy w „przeklinanym” świecie. Wokół nas płynie wielki kulturalny ściek. Bóg odpowiada, dając nam oręż: uwielbienie. Wkłada w nasze usta modlitwę: „Nie jesteś przeklęty, jesteś błogosławiony, kochany, jesteś dzieckiem Boga, nie ciemności”. W codziennej duszpasterskiej praktyce widzę, że w uwielbieniu pomaga konkretne odcięcie się od zła. Proszę penitentów: „Powiedz głośno: w imię Jezusa Chrystusa wyrzekam się ducha obmawiania, nienawiści, nieczystości, agresji itd.”. Mam mocne doświadczenie, że to naprawdę działa i pozwala otworzyć się na uwielbienie. „Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom…”. To nie jest moja walka. To walka Jezusa. Najgłębszym fundamentem naszego uwielbienia jest to, że Jezus wziął na siebie wszystkie grzechy i zmartwychwstał. Co to znaczy w przełożeniu z polskiego na nasze? To, że jesteśmy zwycięzcami. Pół roku temu odkryłem coś, co wciąż mnie zadziwia: to, co mnie miało zabić, zabiło już Jezusa. Jak mógłbym Go nie uwielbiać?

 

– Miałem siedem lat. Mój tata z kolegą poszli do kiosku w Poroninie – wspomina dalej ksiądz Gut. – By do niego dojść, trzeba było przejść przez tory kolejowe. Pobiegłem, zagapiłem się. Wbiegłem na nasyp kolejowy, czułem pod nogami kamienie i nagle coś mnie zatrzymało. Nie wiem co. Nie mogłem się ruszyć. Chcę zrobić krok do przodu i nie potrafię. Trwało to pewnie sekundy, ale ja czułem, jakby zatrzymał się czas. I w tym momencie przed moim nosem przejechała rozpędzona drezyna. Siedzący na niej robotnicy mieli przerażone twarze, krzyczeli. Myśleli, że zobaczą na torach mokrą plamę. Zaczęli hamować, ale zatrzymali się dopiero dwadzieścia metrów dalej. Uświadomiłem sobie po latach, że to miało mnie zabić. Nie zabiło. Zrozumiałem, że nie mam się czego bać.


Fragment pochodzi książki “Pan Bóg? Uwielbiam!”. Tutaj możesz ją zamówić 30% taniej!


Marcin Jakimowicz

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, od ponad dwudziestu lat modli się we wspólnocie Kościoła.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Jakimowicz
Marcin
Jakimowicz
zobacz artykuly tego autora >