video-jav.net

Dzisiaj w Betlejem. A co potem?

Dzisiaj w Betlejem, Dzisiaj w Betlejem wesoła nowina, że Panna czysta, że Panna czysta porodziła Syna! Tak Śpiewamy w kolędzie. Ale co było potem? Po nocy pełnej cudów, rozśpiewanych aniołów i oszołomionych pasterzy?

Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Święta Rodzina przeprowadziła się oczywiście po jakimś czasie, gdy już nie było wokół nich takich tłumów, z niewygodnej stajni do domu, gdzie wynajęli izbę.

Ósmego dnia od narodzin mały Jezusek został obrzezany i (zgodnie ze zwyczajem) ofiarowany w świątyni Jerozolimskiej.

W sumie mogliby potem wracać do Nazaretu, ale pobyt w Betlejem jakoś dziwnie wydłużył się do około dwóch lat. Dopiero po upływie tego czasu przybyli bowiem Mędrcy ze Wschodu sprowadzeni przez dziwną gwiazdę. Ponieważ jednak okazało się, że Herod „spisek knuje”, nastąpiła przymusowa emigracja Świętej Rodziny do Egiptu (aby uniknąć śmierci w rzezi niewiniątek). O wydarzeniach tych pisze tylko Ewangelista Mateusz. Gdybyśmy poprzestali na Ewangelii według Łukasza, nie mielibyśmy pojęcia o pobycie małego Jezusa w Egipcie. Jednak o dalszych losach Jezusa – o tym, jak ta wędrówka wyglądała i co właściwie Jezus robił w kraju piramid – żadnych informacji w kanonicznych pismach Nowego Testamentu nie posiadamy. Musimy się zdać na tradycję ustną, starożytne źródła koptyjskie o dyskusyjnej wartości faktograficznej oraz apokryfy, które są oczywiście owocem fantazji, ale może zachowały się w nich jakieś okruchy prawdy (albo przynajmniej okruszki).

Dzisiaj w Betlejem. A co potem?

do Egiptu było strasznie daleko, bo wędrowcy musieli pokonać aż dwa tysiące kilometrów.

Rekonstrukcja etapów wędrówki

Pewnie większość Czytelników kojarzy piosenkę z musicalu „Metro”, której refren brzmi:

„Uciekali uciekali uciekali Na osiołku przez pustyni żar Jak najdalej, jak najdalej, jak najdalej. Ukryć Dziecię, największy ich skarb”.

Faktycznie, do Egiptu było strasznie daleko, bo wędrowcy musieli pokonać aż dwa tysiące kilometrów. Żydom, których Mojżesz wyprowadził z Egiptu tą sama droga (tylko że w drugą stronę), zajęła 40 lat, ale oczywiście było tak dlatego, że miało najpierw wymrzeć pokolenie pamiętające niewolę. Natomiast wędrówka Świętej Rodziny z dwuletnim dzieckiem mogła potrwać nawet trzy lata. Trasa ucieczki nie jest nam oczywiście znana, ale starożytni chrześcijanie chętnie zakładali klasztory i świątynie w miejscach, które rzekomo odwiedziła Święta Rodzina. Domniemane ślady pobytu Jezusa są rozpowszechnione po całym Egipcie. W dużej mierze chodziło o prestiż, więc wiele miejscowości rozpowszechniało legendy, które mogły ożywić turystykę i podnieść rangę zabitej dechami mieściny.

Etapy podróży Jezusa i jego rodziny do Egiptu na podstawie takich właśnie lokalnych legend, opisane zostały najwcześniej w tekstach biskupów egipskich: „Wizji Teofila z Aleksandrii” (IV/V w.) oraz „Kazaniu św. Zachariasza z Sakhy” (VIII w.). Według tych tekstów wędrowcy nie wybrali drogi via maris (najkrótszej, ale usianej posterunkami policji Heroda), ale szlak karawan, biegnący przez Synaj do miejscowości Farma. Po postoju w Peluzjum, udali się do Tell Basta, czyli miasta kociogłowej bogini Bastet, gdzie mieszkańcy nie dość, że odmówili udzielenia gościny, to jeszcze okradli dzieciątko z bucików (cóż za upadek obyczajów!). Wówczas Maryja rozpłakała się, a Jezus sprawił, że w miejscu gdzie spadły jej łzy, wytrysnęło źródło. Do istniejącej tam obecnie studni pielgrzymują koptyjscy chrześcijanie, wierząc, że woda zrodzona z łez Matki Bożej, ma moc cudotwórczą.

Dzisiaj w Betlejem. A co potem?

Jezus z mamą i Józefem przybyli do Heliopolis, miasta boga słońca Re. Legendy obwieszczają, że kiedy to nastąpiło, pogańskie posągi w świątyni upadły, rozbijając się na kawałki.

Mieszkańcy Belbeis pokazują drzewo, w cieniu którego odpoczywała Maryja, a w mieście Samanoud w Delcie Nilu atrakcją jest granitowe naczynie, w którym według legendy Maryja wyrabiała ciasto. W miejscowości o nazwie Sakha Jezus miał odcisnąć na kamieniu swoją stopę, a w Mostorad sprawił wytryśniecie kolejnego źródełka w grocie, aby Maryja mogła go w końcu umyć i wyprać mu ubranka (obecna nazwa Al-Mahamma oznacza po arabsku „kąpiel”).

Dalsza podróż wieść miała przez tereny pustynne do Wadi El-Natrun. W końcu Jezus z mamą i Józefem przybyli do Heliopolis, miasta boga słońca Re. Legendy obwieszczają, że kiedy to nastąpiło, pogańskie posągi w świątyni upadły, rozbijając się na kawałki. Święta Rodzina zamieszkała potem na dłużej w Kairze (gdzie pokazuje się pielgrzymom różne „zabytki” związane z ich pobytem). Jednak w pewnym momencie, za pieniądze uzyskane po sprzedaniu złota, kadzidła i mirry (pamiątki pamiątkami, ale z czegoś trzeba żyć), Józef i Maryja wynajęli łódź i popłynęli Nilem do miasta Samalut. Niektórzy twierdzą, że ukrywali się przed szpiegami Heroda. W At-Tiru znajdował się kościół postawiony na pamiątkę tego, że w tym miejscu łódź o mało nie wpadła na występ skalny.

Maryja, Józef i Jezus najpierw mieszkali w jaskini na Górze Palmowej, przez kolejne pół roku na Górze Qussqam, aż w końcu osiedlili się w okolicy Deir El-Maharraq, w pobliżu dzisiejszego miasta Assiut, odległego o 350 km od Kairu.

Oczywiście są to tylko legendy, wytworzone przez ludową pobożność, skłonną do fantazjowania i nie należy ich traktować jako rzeczywistej rekonstrukcji pobytu Jezusa w Egipcie. Ale pielgrzymom pokazuje się te miejsca, bo tego oczekują.

Palmy, lamparty, smoki i inne cuda

W łacińskim apokryfie z VI wieku, określanym jako Ewangelia Pseudo-Mateusza, możemy przeczytać zadziwiające, fantastyczne i obfitujące w cudowne wydarzenia epizody z podróży Świętej Rodziny do Egiptu.

Nagle z groty wyszło wiele smoków, na których widok dzieci zaczęły krzyczeć ze strachu. Wtedy Pan, który nie skończył jeszcze dwu lat, zsunąwszy się z kolan matki, stanął przed smokami, one zaś oddały Mu hołd i odeszły. I wtedy spełniło się to, co zostało powiedziane przez proroka psalmistę: Chwalcie Pana z ziemi, smoki i wszystkie głębiny morskie (PsMt 18, 1).

Podobnie lwy i lamparty z czcią padały przed Jezusem i towarzyszyły Mu na pustyni. Dokądkolwiek Maryja i Józef udali się, poprzedzały ich wskazując drogę. Swoją uległość okazywały pochyleniem głowy, a gotowość usługiwania zaznaczały merdaniem ogonem. Kiedy Maryja pierwszego dnia zobaczyła wokół siebie lwy, lamparty i różne gatunki dzikich zwierząt, bardzo się zlękła. Dziecię Jezus zaś z uśmiechem spoglądając na nią powiedziało: Nie bój się, matko, podążają bowiem one z nami nie dla zguby, lecz dla posługi twojej. Słowa te usunęły bojaźń z ich serc. Lwy zaś kroczyły razem z nimi wraz z wołami, osłami i bydlętami jucznymi, które niosły potrzebne im rzeczy, i nikogo nie atakowały, choć razem przebywały (PsMt 19, 1-2).

W innym miejscu Pseudo-Mateusz opowiada o drzewie palmowym, któremu Jezus nakazał pochylić gałęzie tak, aby Maryja mogła bez przeszkód zrywać owoce:

Kiedy Maryja spoczęła pod drzewem przyglądając się liściom palmy, dostrzegła wiele owoców i powiedziała do Józefa: Chciałabym, jeśli to możliwe, pokosztować owoców tej palmy. A Józef rzekł do niej: Dziwi mnie, że tak mówisz. Widzisz przecież, jak wysoka jest ta palma, a pragniesz jeść jej owoce (…) Wtedy dzieciątko Jezus spoczywając na łonie swej matki, dziewicy, zawołało do palmy: Pochyl się, drzewo, posil swoimi owocami moją matkę”. I na te słowa natychmiast palma nachyliła swój wierzchołek aż do stóp Maryi, i zebrano z niej owoce, którymi wszyscy się posilili” (Mt 20, 1-2).

Dzisiaj w Betlejem. A co potem?

egipskiej ziemi rzeczy bardziej niezwykłych od tych, które uczynił jako dorosły, w ciągu trzech lat swego publicznego życia, ale napotkał też przypadkiem dwóch łotrów, ukrzyżowanych razem z Nim na Golgocie.

A zatem według apokryfów mały Jezus już w wieku ok. dwóch lat nie tylko dokonywał na egipskiej ziemi rzeczy bardziej niezwykłych od tych, które uczynił jako dorosły, w ciągu trzech lat swego publicznego życia, ale napotkał też przypadkiem dwóch łotrów, ukrzyżowanych razem z Nim na Golgocie.

Trochę Poezji

Świat apokryfów jest bogaty i barwny. W porównaniu do tego rodzaju dzieł, narracja opowiadań Ewangelii kanonicznych wydaje się pełna umiaru i prostoty. Ale w tych apokryficznych opowieściach, które wprowadzają baśniowy klimat, jest jednak coś urzekającego, podobnie jak w kolędach śpiewanych przy wigilijnej wieczerzy (także przecież naiwnych i mających niewiele wspólnego z historyczną prawdą). Rainer Maria Rilke, niezwykły poeta, który niezmiennie mnie zachwyca, jest autorem pięknego wiersza opartego na apokryfach, pod tytułem „Ucieczka do Egiptu”. Chciałbym ten wiersz przytoczyć w całości, bo należy on do ulubionych przeze mnie utworów:

Oni, którzy bez tchu uciekali Z miejsc, gdzie była rzeź niewiniątek, Ach jakże nagle urośli w tej dali Nad wędrówki niepewny początek.

Ledwie w trwożnym za siebie spojrzeniu Wzrok ich rozwiał się w niknącej dali, A już egipskie bożki drżały w zagrożeniu w nitach, plotąc piąte przez dziesiąte.

Czy możliwe, że od pierwszej chwili lęk i strach otaczały ich wkoło? W obcej ziemi więc czuli niepokój Tylko dziecko spoglądało wesoło.

I patrz co się wtedy wydarzyło: Drzewo się koroną pochyliło ku nim, niby służący w ukłonie. Drzewo to było tym drzewem co wcześniej Okrywało wieńcami po zgonie Faraonów potężnych skronie, Pochyliło się i czuło w koronie nowe kwiaty…

A oni siedzieli jak we śnie.

Jak Jezus wspominał pobyt w Egipcie?

Anne Rice, pisarka znana na całym świecie głównie z cyklu bestsellerowych powieści o wampirach, po swoim nieoczekiwanym nawróceniu, postanowiła skończyć z mrocznymi historiami o krwiopijcach i dla odmiany napisała trylogię o Jezusie. Pierwszy tom, zatytułowany „Chrystus Pan. Wyjście z Egiptu”, dotyczy Jego dzieciństwa. Ze strony fanów wampirzego cyklu posypały się na autorkę gromy za to, że zaangażowała swój literacki talent do takiej tematyki, porzucając ukochanego przez nich wampira Lestata, ja jednak śmiem twierdzić, że dzięki jej decyzji powstała jedna z najciekawszych oraz najbardziej rzetelnych faktograficznie literackich wizji życia Jezusa, w której narratorem jest zresztą On sam, opowiadający jak wyglądał świat widziany oczami siedmioletniego chłopca, który wraz z rodziną powracał w rodzinne strony, znane tylko z opowieści.

Dzisiaj w Betlejem. A co potem?

Nie spotkałem się jeszcze nigdy z tak nieszablonowym ujęciem dzieciństwa Jezusa. Anne Rice z jednej strony inspirowała się przekazami apokryficznymi (m.in. epizodem o wskrzeszeniu chłopca zabitego niechcący przez Jezusa oraz o ptaszkach ulepionych z gliny, które ożywił), a z drugiej strony spróbowała też pokazać realia epoki i wyjaśnić, co mogło znaczyć dla małego Jezusa mieszkanie w kraju faraonów i jaki mogło to mieć wpływ na ukształtowanie się jego mentalności. W Egipcie już od wielu lat istniała bardzo duża żydowska diaspora. Niektórzy twierdzą, że Żydzi stanowili nawet jedną trzecią mieszkańców Aleksandrii, która licząc około miliona ludzi, była jednym z największych miast cesarstwa rzymskiego. Paradoksalnie w Aleksandrii mieszkało więcej Żydów niż w Jerozolimie, choć wielu z nich nie znało już języka hebrajskiego. Nie wiemy, czy Jezus mieszkał w tym słynnym mieście na północy Egiptu, ale jeśli tak, to znalazł się w jednym z kulturowych centrów ówczesnego świata. W diasporze aleksandryjskiej Żydzi mówili po grecku i czytali Torę po grecku, bo dokonano tam przekładu Biblii Hebrajskiej, nazwanego Septuagintą. To właśnie w Septuagincie pojawiło się po raz pierwszy słowo Chrystus (Christos) na określenie Mesjasza i to Septuaginta stała się później Biblią pierwszych chrześcijan.

Żydowskie dzieci były uczone Tory już od 5 roku życia, niewykluczone więc, że pierwszy kontakt małego Jezusa ze świętymi księgami odbył się za pośrednictwem Septuaginty.

Co więcej, Anne Rice spekuluje, że mały Jezus mógł zetknąć się nawet ze słynnym żydowskim uczonym Filonem Aleksandryjskim, który pisał wiele o przedwiecznym Logosie (Słowie Bożym). Według powieści nauczyciel Jezusa zaprowadził go do Filona, aby przedstawić swego najlepszego ucznia, a Filon urzeczony bystrością dziecka, zaczął zlecać Józefowi różne prace, takie jak wykonanie drzwi, ławek, czy pulpitów na zwoje do biblioteki.

Co ciekawe, według Anne Rice do Egiptu przybył nie tylko Józef z Maryją i Jezusem, ale cały rodzinny klan, składający się z bliskich krewnych (tzn. wuja Kleofasa, wuja Alfeusza i ich rodzin).

Jest to bardzo odległe od naszych wyobrażeń, ale pomysł ten został przedstawiony w wiarygodny i przekonujący sposób. Oprócz rewelacyjnie oddanego ducha czasów, autorce udało się również znakomicie wejść w psychikę dziecka, stopniowo uświadamiającego sobie, kim jest i odkrywającego tajemnice związane ze swym narodzeniem i emigracją do Egiptu.

Nie wiemy, jak było naprawdę, ale polecam tę książkę, bo choć jako biblista zazwyczaj dość krytycznie patrzę na powieści biblijne i wychwytuję w nich z perwersyjną przyjemnością liczne błędy, przy lekturze powieści Anne Rice co chwila łapałem samego siebie na konstatacji, że tak naprawdę mogło być.

Roman Zając

Roman Zając

Biblista i demonolog, absolwent Instytutu Nauk Biblijnych KUL, autor książki „Szatan w Starym Testamencie”, publikuje głównie w pismach „Któż jak Bóg”, „Egzorcysta”, „List”, „Biblia krok po kroku”

Zobacz inne artykuły tego autora >
Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Bóg się rodzi. Jest moc!

Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan niebiosów obnażony!

ks. Wojciech Węgrzyniak
ks. Wojciech
Węgrzyniak
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jak może narodzić się Bóg, skoro nie ma początku? Jak może narodzić się z tej, którą sam stworzył? Już pierwsze słowa najpiękniejszej z polskich kolęd wprowadzają nas w tajemnice paradoksu, nagromadzonego w stopniu wręcz niewyobrażalnym. Żadna inna kolęda nie mówi tak mocno o paradoksie Boga. Tak. Bóg jest paradoksem. Jeśli Bóg się rodzi, to znaczy, że chce być bardziej widzialny, bardziej namacalny, być bardziej stworzeniem niż Stwórcą.

Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć – mówił Izajasz (55,6). Psalmista tęsknił: Szukam, o Panie, Twojego oblicza (27,8). Już wiemy, gdzie szukać. Już wiemy, w jakim kierunku tęsknić. On jest między nami. Narodził się, to znaczy, że jest w określonym miejscu, czasie i postaci.

Ale to narodzenie Jego jest inne niż objawienia, o których rozpisywała się Biblia Starego Testamentu. Kiedy „dotykał gór, one dymiły” (Ps 104,32), gdy „zasiadał na cherubach, ziemia się trzęsła” (Ps 99,1). Teraz Wszechmocny przychodzi tak kruchy, jakby cała Boska moc truchlała ludzką słabością. Dlaczego? Bo do takiego Boga nie będzie bał się podejść żaden człowiek. Nawet wół, osioł i owca nie boją się być blisko nowonarodzonej Dzieciny.

Jakby jeszcze było mało odarcia z boskiej wszechmocy, Bóg rodzi się obnażony z boskiego panowania, „Pan niebiosów obnażony”. I choć wielu będzie po latach przeczuwać, że Jezus naucza „jak ten, co ma władzę” (Mk 1,22), i choć Piłat napisze „Król żydowski” (J 19,19), to ani żłób ani krzyż nie będą się wydawać tronem Króla Królów i Pana Panów.

Trzeba być bardzo mądrym, jak magowie ze wschodu, żeby w odartym z władzy Dzieciątku zobaczyć władzę absolutną. Bóg rodząc się, zostawia ją w niebie, bo nie po to dał człowiekowi panowanie na ziemi, żeby przyjść mu je zabrać swoim narodzeniem.

 

Bóg się rodzi. Jest moc!

Ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice Nieskończony

Żeby ogień był ogniem, to nie może krzepnąć. Żeby blask był światłem, to nie może ciemnieć. Żeby nieskończoność była sobą, musi pożegnać się z granicami. Bóg, którego drugim imieniem jest logika, zdecydował się złamać pojmowalność. Bóg stał się nie tylko paradoksem. Bóg okazał się oksymoronem. I do końca nieskończonego świata będziemy pamiętać, że jakiekolwiek próby ujęcia Boga w logikę ludzkiego zrozumienia, skazane są na granice błędu nie tylko statystycznego.

Ale jeśli nawet ogień może krzepnąć i blask się zaciemnić, to znaczy, że niemożliwe jest możliwym. Nieskończony Bóg przyjął granice, żeby człowiek uwierzył w swoje nieograniczenie. Od narodzin w Betlejem nie ma nic niemożliwego nie tylko dla Boga. Dla Niego wszystko było możliwe od zawsze.

Od Bożego Narodzenia nie ma nic niemożliwego także dla człowieka. Ograniczonemu zostaje otwarta nieskończoność, chodzącemu w ciemności zabłysło światło, a zesztywniałemu od grzechów, zostanie dany ogień Ducha, który nawet z obumarłych kości jest zdolny wskrzesić naród bardzo mocny (por. Ez 37).

 

Bóg porzucił szczęście swoje, wszedł między lud ukochany

Czy Bóg był szczęśliwy zanim stał się człowiekiem? Na czym polegało jego własne szczęście? Co miał w niebie czego nie miał między ludźmi? Służyły mu niebieskie anioły? Był na wolnym od stworzenia świata? Nie musiał martwić się o jedzenie i picie?

Największym szczęściem Boga jest on sam. Nie dlatego, że jest egoistą, ale dlatego, że jest Trójcą. Szczęściem Boga jest relacja. Doskonała. Wieczna. Stwórcza. Dobra.

Stać się człowiekiem to także nie być szczęśliwym na boską miarę, tak jak szklanka nie będzie nigdy pełna miarą oceanu.

Jeśli jednak Bóg wchodzi między lud ukochany, to znaczy, że nie zamienia swego szczęścia na rozpacz, ale na szczęście inne, na szczęście miłości, która jest jeszcze bardziej dla innych. Kto wie, czy porzucenie boskiego szczęścia nie jest otwarciem się na szczęście jeszcze większe, szczęście bosko-ludzkie. Przecież Bóg jest paradoksem. Zatem Bóg nie jest tak szczęśliwy jak szczęśliwy jest Bóg-człowiek.

A że szczęście jest tylko w miłości, stąd Bóg wchodzi w lud ukochany. A że miłość jest bliskością, stąd nie obserwuje ludzi z boku, lecz idzie między nimi.I pasterzy zawoła, żeby byli bliżej. I mędrców sprowadzi z zagranicy. I kobiecie pozwoli włosami ocierać swoje nogi. Bo kochać to znaczy być blisko.

 

Bóg się rodzi. Jest moc!

 

A Słowo Ciałem się stało i mieszkało między nami.

Zawsze Boskie słowo stawało się ciałem. Tak powstały ziemia i niebo, słońce i księżyc, i gwiazdy świecące. Tak zjawiły się ptaki i ryby. Tak wypełzły płazy i zakwitły drzewa. Tak powstał człowiek, wiara Abrahama i naród wybrany.

Wszystko powstało na boskie słowo. Tym razem jednak tajemnica Stwórcy i stworzenia osiągnęła zenit. To Boski Logos, jedyne Słowo, Przedwieczne, stało się Ciałem, człowiekiem, jedynym i nieśmiertelnym. Bóg nie tyle stworzył nowe stworzenie, co sam stał się stworzeniem.

A skoro Słowo mieszkało między nami, to znaczy, że przyszło do naszego domu. Mojego i twojego domu. Nie śpiewamy, że mieszkało między nimi. Nie śpiewamy o mieszkaniu w Palestynie. Śpiewamy o Bogu, który mieszka między nami. Oni, dwa tysiące lat temu, i my pokolenie XXI wieku, jesteśmy jedną wielką rodziną, domem, wspólnotą. Jesteśmy tymi, o których się śpiewa „między nami”. Żeby jednak Bóg mieszkał między nami, musimy być razem. Jeśli będziemy podzieleni, kogo wybierze Bóg, żeby z nim zamieszkać?

 

Bóg się rodzi. Jest moc!

W nędznej szopie urodzony, żłób Mu za kolebkę dano!

Bóg przyszedł do takiego domu, jaki był. A dom ten nie był nawet domem. Był nędzną szopą. Bóg nie pogardził takim kątem. Nie wyśmiał. Nie poczekał dwóch tysięcy lat, aż ludzie będą mieszkać w bajecznych wieżowcach i jednorodzinnych pałacykach. Nie zwlekał z narodzeniem, aż ludzkość nauczy się montować w domach klimatyzację, a w grotach centralne.

Jeśli Jezus narodził się w szopie starożytnej Palestyny, to po to, by żaden człowiek na ziemi nie bał się, że jego dom jest zbyt skromny dla Boga. Nikt nie powinien się lękać, że jego serce jest zbyt nędzne, żeby mogło w nim narodzić się Zbawienie.

Żłób też nie był luksusem, bo to były czasy, kiedy władzę nie kojarzono ze żłobem. A jeśli żłób miał być kolebką, to i kołysać było ciężko. Nie wstydziła się jednak Panna Maryja tej klasy wózka dziecięcego. Cieśla Józef nie popadł w konflikt ze swą męską ambicją. Jak małym skarbem musiałoby być dziecko, żeby myśleć, że jego wartość zależy od gatunku kołyski.

 

Ubodzy, was to spotkało witać Go przed bogaczami!

Pierwsi witali Boga pasterze. Nie władze Betlejem. Nie lokalni biznesmeni. Dziś, nawet najbardziej otwarty na najmniejszych papież, przyjeżdżając do jakiegoś kraju, przywita się najpierw z władzami. Bóg ciągle wyprzedza człowieka w dostrzeganiu ubogich. Na kartach Starego Testamentu zapewnia raz po raz, że wstawia się za biednymi, sierotami i wdowami.

Maryja wychwalać będzie Pana, który ubogich wywyższa. Jezus powie: Błogosławieni ubodzy w duchu (Mt 5,3). Preferencja na rzecz ostatnich odsłania ojcowską twarz Boga. Ojciec zawsze będzie zajmował się bardziej tym dzieckiem, które słabe. Pierwszeństwo ubogich ukazuje Boga jako lekarza. Lekarz zawsze najpierw przyjmie chorych.

To jednak nie znaczy, że Bóg bogaczy odrzuca, albo gardzi tymi, którym dał więcej talentów. Przecież i mędrcy przyjdą go przywitać. Pójdzie w gościnę do bogacza Zacheusza. Powoła celnika Mateusza. Z bogatym młodzieńcem prawie się dogada. I nawet Herod i Piłat będą Go mogli zobaczyć.

Bóg nie może odrzucać tych, którym błogosławi. Bóg pokazuje tylko jednakową wartość wszystkich swoich dzieci. Wywraca schematy podziałów, które namiętnie tworzymy. Przypomina o braterskiej i siostrzanej więzi między ziemianami.

 

Bóg się rodzi. Jest moc!

 

Podnieś rękę, Boże dziecię, Błogosław ojczyznę miłą!

Kiedy Bóg podnosi rękę, jest moc. Prawica Pańska wzniesiona wysoko, prawica Pańska moc okazuje (Ps 118,16).

Tak było wtedy, kiedy Izraelici uciekali przed wojskiem egipskim i wtedy, kiedy zdobywali obiecaną Ziemię (Ps 44,4), a nawet wtedy, kiedy Bóg stwarzał niebo i ziemię (Iz 48,13). Kiedy Bóg podnosi rękę, jest moc. Stąd my słabi, kruszyny własnych decyzji i działań, przewracający się na drogach własnej nielogiczności, prosimy na koniec o moc.

Prosimy o moc słabe dziecko, a to znaczy, że daliśmy się porwać boskiemu paradoksowi. Przechodząc kolejne zwrotki kolędy weszliśmy w trzaskającą schematy logikę Boga. Medytacja tajemnicy zrodziła w nas wiarę. Patrzymy na ludzkie Dziecię a mówimy Boże. Od tego, co słabe, spodziewamy się mocy. To znaczy, że już jesteśmy błogosławieni.

Nie chcemy jednak tego błogosławieństwa zostawić tylko dla siebie. Przecież Boże Narodzenie to wyjście z nieba na ziemię. Z boskiego szczęścia do ukochanego ludu. Dlatego prosimy za naszą Ojczyznę. Wychodzimy w modlitwie z kręgu naszych domów, rodzin i przyjaciół. Ogarniamy kraj cały, tak jak Bóg ogarnął światłem całą ludzkość. Uczymy się od Dzieciny z Betlejem, że prawdziwe narodziny oznaczają otwarcie na innych. Dlatego wołamy: „Błogosław ojczyznę miłą”.

A skoro serce powie o ojczyźnie, że miła, to zastanowi się tysiąc razy, zanim zacznie na nią narzekać. W tę betlejemską noc wszelkie patriotyczne narzekanie może znaleźć swój kąt tylko w pałacu Heroda. Z Groty Narodzenia płynie tylko błogosławieństwo.

ks. Wojciech Węgrzyniak

ks. Wojciech Węgrzyniak

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Wojciech Węgrzyniak
ks. Wojciech
Węgrzyniak
zobacz artykuly tego autora >