video-jav.net

Święty Ojciec Pio (1887-1968)

Włoski zakonnik, stygmatyk. Niezwykle popularny spowiednik, surowy, ale – jak mówiono – czytający w ludzkich duszach.

Polub nas na Facebooku!

Święty Ojciec Pio (1887-1968)

© Fabian Cevallos/Sygma/Corbis

Najwięcej czasu spędzał w konfesjonale, ale założył też przy klasztorze nowoczesny szpital, Dom Ulgi w Cierpieniu. Karol Wojtyła spotkał Ojca Pio w 1947 roku. Spowiadał się u niego i uczestniczył w odprawianej przez kapucyna Mszy świętej, podczas której, jak po latach wspominał, Ojciec Pio „cierpiał fizycznie”. W 1962 roku Karol Wojtyła listownie poprosił Ojca Pio o modlitwę za swoją koleżankę Wandę Półtawską, u której rozpoznano nieuleczalny nowotwór. Przed planowaną operacją stwierdzono, że guz niespodziewanie zniknął. Jan Paweł II powiedział amerykańskiemu pisarzowi, George’owi Weiglowi, że miał pewność, iż był to cud, który sprawiło wstawiennictwo Ojca Pio, jeszcze jeden przykład niezwykłości, będącej inną stroną tego co zwykłe.

Ten pokorny zakonnik ze zgromadzenia kapucynów zadziwił świat swoim życiem oddanym bez reszty modlitwie i słuchaniu braci.

Niezliczone rzesze ludzi przybywały do klasztoru w San Giovanni Rotondo, aby się z nim spotkać, i to pielgrzymowanie nie ustało nawet po jego śmierci. Podczas moich studiów w Rzymie ja sam miałem sposobność poznać go osobiście (…) [1].

Na czym polega sekret (…) wielkiego podziwu i miłości dla tego nowego świętego? On jest przede wszystkim „bratem ludu”, co jest tradycyjną cechą kapucynów. Jest ponadto świętym taumaturgiem, o czym świadczą niezwykłe wydarzenia, liczne w jego życiu. Przede wszystkim jednak Ojciec Pio jest zakonnikiem szczerze miłującym Chrystusa ukrzyżowanego. W tajemnicy krzyża uczestniczył on w ciągu swego życia również w sposób fizyczny [2]. Jego ciało, naznaczone „stygmatami”, było świadectwem głębokiej więzi między śmiercią a zmartwychwstaniem, cechującej tajemnicę paschalną. Dla (…) Ojca Pio uczestnictwo w męce było doświadczeniem szczególnie dojmującym: specjalne dary, jakie zostały mu udzielone, oraz towarzyszące im cierpienia wewnętrzne i mistyczne sprawiały, że przeżywał udręki Chrystusa całym sobą i w każdej chwili (…).

Nie mniej bolesne, a po ludzku może nawet bardziej dotkliwe, były cierpienia, jakie musiał znosić z powodu swoich – można powiedzieć  szczególnych – charyzmatów. W dziejach świętości bywa czasem, że osoba wybrana spotyka się – za specjalnym przyzwoleniem Bożym – z niezrozumieniem. Gdy tak się dzieje, posłuszeństwo staje się dla niej (…) pogłębieniem autentycznej świętości (…).

Święty Ojciec Pio (1887-1968)

Wielu ludzi, którzy spotkali go bezpośrednio lub pośrednio, odzyskało wiarę; „grupy modlitewne”, ukształtowane w jego szkole, powstały w wielkiej liczbie na całym świecie. Tym, którzy zwracali się do niego, wskazywał drogę świętości, powtarzając im: „Zdaje się, że Jezus nie ma innych zmartwień poza tym, żeby uświęcić wasze dusze” (…) [3].

Ten święty kapucyn, do którego zwraca się tak wiele osób ze wszystkich zakątków ziemi, ukazuje nam, w jaki sposób osiągnąć świętość – cel naszego życia chrześcijańskiego. Iluż wiernych pochodzących z różnych warstw społecznych i miejsc, gdy znajdowało się w najtrudniejszych sytuacjach, spieszyło do niego po radę! Wszystkim potrafił dać to, czego najbardziej potrzebowali i czego często szukali jakby po omacku, nawet nie zdając sobie z tego w pełni sprawy. Przekazywał im niosące pociechę i światło słowo Boże, umożliwiając każdemu czerpanie ze źródeł łaski dzięki swej wytrwałej i pełnej oddania posłudze spowiedzi oraz żarliwości w sprawowaniu Eucharystii (…).

Święty Ojciec Pio (1887-1968)

Msza święta była sercem i źródłem całej jego duchowości. (…) Wiernych, którzy tłumnie gromadzili się wokół ołtarza, do głębi poruszała intensywność jego „zanurzenia” w Tajemnicy; czuli, że „Ojciec” osobiście uczestniczył w cierpieniach Odkupiciela.

Święty Pio z Pietrelciny jest dla wszystkich – kapłanów, zakonników, zakonnic i świeckich – wiarygodnym świadkiem Chrystusa i Jego Ewangelii [4].


Fragment książki „Moi święci”, wybór i układ Justyna Kiliańczyk-Zięba.

Bibliografia

1. Homilia podczas Mszy św. beatyfi kacyjnej, Rzym, 2 maja 1999, OR 1999, nr 7, s. 33. 2. Audiencja dla przybyłych na kanonizację, Rzym, 17 czerwca 2002, OR 2002, nr 10–11, s. 22–23. 3. Homilia podczas Mszy św. beatyfi kacyjnej, Rzym, 2 maja 1999, OR 1999, nr 7, s. 33. 4. Audiencja dla przybyłych na kanonizację, Rzym, 17 czerwca 2002, OR 2002, nr 10–11, s. 23.


Więcej o świętych poczytaj w kategorii “Święci”.


Mateusz, człowiek wyklęty

Celnicy nie cieszyli się poważaniem w czasach Pana Jezusa. Nie lubiano ich nie tylko dlatego, że byli kolaborantami (choć czy rzeczywiście tak na nich patrzono to osobna sprawa), ale przede wszystkim dlatego, że zbierali podatki.

Szymon Hiżycki OSB
Szymon
Hiżycki OSB
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Starożytność znała bardzo osobliwą metodę pracy fiskusa. Otóż, administracja cesarska ogłaszała przetarg na ściągnięcie podatku z danej prowincji. Różnego rodzaju „firmy” podatkowe zgłaszały się i drogą eliminacji, jednej z nich przyznawano prawo do ściągnięcia podatku na danym terenie (tej, która wydawała się najrozsądniejsza). Poborcy jednak w swoich rękach mieli do rozstrzygnięcia strategię ściągania podatków i mogli to robić tak, by wyjść przy tym na swoje. Poborcy mogli opracować system, który pozwoliłby oddać do skarbca obiecaną kwotę i zarazem uzbierać odpowiednią sumę dla nich samych. Nic więc dziwnego, że rozwiązanie to nie cieszyło się popularnością, choć z drugiej strony trzeba przyznać, że było nad wyraz skuteczne. Pisma rzymskich historyków pełne są opisów procesów zarządców prowincji, którzy we współpracy z poborcami podatków poszli za daleko, doprowadzając podległe sobie tereny do ruiny.

Mateusz, człowiek wyklęty

W takiej firmie windykacyjnej (z elementami mafijnymi – jak byśmy dziś powiedzieli) pracował święty Mateusz. Nazywano go Lewi, co zdaje się wskazywać, że był lewitą, czyli potomkiem Lewiego i na mocy przepisów Prawa jednym z przydzielonych do pracy w świątyni. A zatem nie lada wyróżnienie! Ale skoro był poborcą, to tym większe upodlenie.

Mateusz był człowiekiem, który utracił to, co wyróżniało go i łączyło z Bogiem; wydawało się, że grabienie ludzi jest dla niego koniecznością i nie ma powrotu do dawnego życia: bezpowrotnie utracił świętość swej duszy.

Mateusz, człowiek wyklęty

Na Lewiego spróbujmy spojrzeć oczami Caravaggia. W rzymskim kościele san Luigi dei Francesi znajduje się obraz pokazujący powołanie Mateusza.

W półmroku sali dwie grupy ludzi: stary człowiek otoczony przez współpracowników, elegancko ubranych mężczyzn;  siedzą wokół stołu, na którym leży stos monet; dwaj starsi skupieni są absolutnie na nich, dwaj młodsi zaciekawieni zwracają się w przeciwnym kierunku, skąd na całą przestrzeń obrazu pada snop światła. Stoją tam dwaj mężczyźni: św. Piotr i wyciągający całą rękę we wskazującym geście Jezus (ten gest porównywany jest często z gestem Boga Ojca stwarzającego Adama w Kaplicy Sykstyńskiej). Zbawiciel wskazuje na siedzącego w środku brodatego mężczyznę – Mateusza. Na pierwszy rzut oka wydaje się być starcem, ale zdradzają go młodzieńcze, pełne zaskoczenia oczy. Zdziwiony niezdarnie naśladuje gest Jezusa wskazując na siebie, przyciskając pięść do serca, jak gdyby pytał: „Czy to na pewno ja?” Nad całą sceną góruje ciemne okno, na którym artysta zaznaczył kształt krzyża – znaku odkupienia.

Ale paradoksalnie najważniejszy na tym obrazie jest stół.

Mateusz, człowiek wyklęty

Mateusz należy do wspólnoty, która gromadzi się przy stole bankierskim, gdzie rozmienia się i liczy pieniądze; jak już wiemy to właśnie zmieniło jego życie. Jezus przychodzi i chce go posadzić przy innym stole: eucharystycznym, gdzie wspólnota nie gromadzi się wokół ukradzionych pieniędzy, ale wokół Ciała i Krwi Pańskiej, nie wokół krzywdy, ale wokół ofiary, która daje życie.

Mateusz, człowiek wyklęty

Ten gest Jezusa (czy zwrócony tylko do Mateusza? Czy przypadkiem do całej siedzącej przy stole piątki poborców?) zdaje się mówić: zostawcie to, chodźcie za Mną, jeszcze jest czas!

Mateusz był człowiekiem wyklętym, nie spodziewano się po nim wiele. Jezus dając mu inny stół, przy którym mógł normalnie żyć, dał mu też drugą szansę. I wdzięczność Mateusza była ogromna: jego Ewangelia jest podobno zredagowana jako nowy Pięcioksiąg a Jezus pokazany jako nowy Mojżesz.

To była radość Ewangelisty z odzyskanego dziedzictwa ojców, które, jak mu się wydawało, utracił bezpowrotnie. A wszystko zaczęło się całkiem zwyczajnie, w komorze celnej, gdy Lewi skupiony był na tym, co oddzielało go od Boga.

Szymon Hiżycki OSB

Szymon Hiżycki OSB

Benedyktyn, najmłodszy opat w powojennej historii Tyńca, doktor teologii, specjalista z zakresu starożytnego monastycyzmu. Miłośnik literatury klasycznej i Ojców Kościoła.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hiżycki OSB
Szymon
Hiżycki OSB
zobacz artykuly tego autora >