STYL ŻYCIA

Wdzięczności trzeba się nauczyć

Skoro wdzięczność to naturalna postawa życiowa chrześcijanina, to co robić, gdy wcale nie przychodzi sama? Potrzebujemy wdzięczności w relacji z Bogiem, żeby czuć się przy Nim bezpiecznie, żeby z nadzieją patrzeć w przyszłość… ale gdzie ją znaleźć?

Ks. Marcin Filar
Ks. Marcin
Filar
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Gdy kolędy już pośpiewaliśmy, a spotkania jeszcze nie chciało się kończyć (każdy kontakt z drugim człowiekiem jest obecnie na wagę złota), Asia rzuciła propozycję: „Niech teraz każdy opowie, co najlepszego spotkało go w tym roku”. Pierwszą odpowiedzią była cisza.

 

Bez wdzięczności nie ma przyszłości

Dużo łatwiej byłoby opowiedzieć, w czym najbardziej koronawirus pokrzyżował nam plany. Czego nie udało się zrobić przez tą epidemię. Znaleźć stos argumentów, dlaczego ten rok był taki beznadziejny. Tak już jest nasza natura, że z łatwością mówimy o tym, co jest złe, jakbyśmy mieli w sobie radar, filtrujący tylko negatywne wiadomości. A może po prostu mówiąc o tym, co dobre, boimy się reakcji słuchaczy? Sytuacje, w których nie potrafimy z wdzięcznością popatrzeć w przeszłość, mogą zwiastować problemy ze świadomym przyjęciem dobra w teraźniejszości i przyszłości. Bardzo łatwo miejsce wdzięczności w sercu zajmuje narzekanie, szemranie, brak nadziei. Św. Paweł pisząc do Filipian o trudnościach związanych z osiągnięciem zbawienia obok wezwania „Czyńcie wszystko bez szemrań i powątpiewań” wyraźnie stawia radość, która towarzyszy mu mimo trudności i wzywa – „także i wy się cieszcie i dzielcie radość ze mną” (por. Flp 2, 12-18), a w liście do Kolosan jako zwieńczenie szeregu cnót zadanych uczniom Chrystusa dopisuje krótkie: „I bądźcie wdzięczni!” (Kol 3, 15b).

 

To, co złe, dużo bardziej rzuca się w oczy. Konieczne jest podejmowanie świadomej walki z kontemplowaniem zła, które przejawia się w notorycznym narzekaniu, wytykaniu błędów innym, wskazywaniu na negatywne strony wszystkiego.

To trzeba wytrenować

Skoro wdzięczność to naturalna postawa życiowa chrześcijanina, to co robić, gdy wcale nie przychodzi sama? Potrzebujemy wdzięczności w relacji z Bogiem, żeby czuć się przy Nim bezpiecznie, żeby z nadzieją patrzeć w przyszłość… ale gdzie ją znaleźć?

Często podczas modlitwy prosimy Boga o wiele rzeczy, ale niekoniecznie zauważamy te, które już dostaliśmy. A gdy opowiadamy innym o swoim dniu, to dużo częściej skupiamy się na jednej przykrości, która nas spotkała, niż wielu innych sprawach, które doszły pomyślnie. Dlaczego? To, co złe, dużo bardziej rzuca się w oczy. Konieczne jest podejmowanie świadomej walki z kontemplowaniem zła, które przejawia się w notorycznym narzekaniu, wytykaniu błędów innym, wskazywaniu na negatywne strony wszystkiego. Nie ma na to lepszego sposobu niż nauczyć się (tak, trzeba się nauczyć) krok po kroku zauważać i mówić o tym, co dobre. Najlepszą szkołą takiej postawy jest modlitwa dziękczynienia. Nazywanie po imieniu dobra, którego doświadczamy od Boga, dobra, którego doświadczamy od innych… i tego, które wychodzi z nas samych (są osoby, które właśnie z tym mają największy problem). Im więcej w naszej modlitwy pojawi się dziękczynienia, tym więcej w codziennych sytuacjach zaczniemy odnajdywać w sobie wdzięczności.

 

On działa we wszystkim

A jak modlitwa wdzięczności ma się do relacji międzyludzkich? Wierzymy w Boga, który zgodnie ze słowami św. Pawła „jest i działa ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich” (Ef 4, 6). Od Niego zatem pochodzi ludzka zdolność czynienia dobra innym. Ona jest naturalną pochodną miłości, którą mamy zapisaną w sercu przez Niego. Dziękując na modlitwie Bogu za dobro, które nas spotkało, naturalnie podziękujemy więc za ludzi, którymi się posłużył. I odwrotnie – dziękując za ludzi, dostrzeżemy w nich Boże działanie.

I jeszcze ostatni, bardzo ważny element – wdzięczność do siebie. Przyznanie się przed samym sobą, że jest we mnie coś wartościowego, coś, co zasługuje na uznanie. Spojrzenie na siebie z miłością – w taki sposób, jak patrzy Bóg. Duch Święty jako Paraklet jest tym, który szuka dobra w człowieku i pragnie go bronić. Stanowisko oskarżyciela należy zawsze do zła, dlatego patrząc na siebie też zobowiązani jesteśmy do rozwijania w sobie postawy wdzięczności.

„Niech teraz każdy opowie, co najlepszego spotkało go w tym roku”. Po chwili nieśmiało pojawiła się pierwsza opowieść. Za nią kolejne. Odkryliśmy nie tylko masę wspólnych wspomnień, ale też każdy z zaskoczeniem stwierdził, jak dobry to był rok. Jak wiele przeżyliśmy radości, którymi możemy się dzielić. Jak wiele mamy powodów do tego, żeby wychwalać Boga za wielkie rzeczy. Dzięki temu dużo łatwiej zacząć nowy rok. Nie wiemy, w jakich warunkach spotkamy się za rok. Wiemy za to na pewno, że będzie o czym opowiadać.

 

Ks. Marcin Filar

Ks. Marcin Filar

Kapłan Archidiecezji Krakowskiej, pochodzi z Rabki-Zdroju,
od lat związany z Ruchem Apostolstwa Młodzieży.
Obecnie duszpasterz w Sanktuarium Matki Bożej Myślenickiej
oraz katecheta w technikum i szkołach zawodowych.
Pomysłodawca i koordynator akcji modlitewnej #panamska10 i #portM10,
pracuje w Duszpasterstwie Młodzieży Archidiecezji Krakowskiej.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Ks. Marcin Filar
Ks. Marcin
Filar
zobacz artykuly tego autora >
STYL ŻYCIA

“A kiedy wesele?” Wdzięczność za… oczekiwanie

Dlaczego warto o tym mówić? Ponieważ podobne historie i dylematy mam na koncie ja, moje przyjaciółki, koleżanki, przyjaciółki przyjaciółek i koleżanki koleżanek. Dziś chcę powiedzieć: warto czekać i modlić się o to, by Bóg we właściwym czasie postawił na naszej drodze konkretnego człowieka.

Natalia
Nóżka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Jak księżniczka w swojej wieży, na ukochanego czekam wciąż, zewsząd słyszę: przestań bredzić, kiedy zejdziesz może spotkasz go; także schodzę, wypatruję, ideału takiego, jak ja, ten za niski, ten za gruby, o dlaczego tamten żonę ma? Tata mówi, zapuść włosy, wtedy chłopiec przyjdzie sam, więc zapuszczam i szczotkuję, pielęgnuję każdego dnia. Lecz niestety, mój ideał, nie pojawia na horyzoncie się, ciągle płaczę, oko puchnie, święty Józefie ratuj mnie. O o o, jak trudno znaleźć męża…”

Niespełna 4 lata temu, Gosia Hutek nagrała ten, jak sama mówi: „żart muzyczny”, po powrocie z „mszy o dobrego męża”, mając w pamięci obraz kościoła wypełnionego po brzegi kobietami. Lubiłam nucić tę piosenkę. Trochę z przekory, to takie bardzo moje poczucie humoru, a trochę z pragnień ukrytych gdzieś głęboko w sercu.

 

Która z nas tego nie słyszała?

Ludzie w moim otoczeniu często mówili: „taka fajna dziewczyna i sama”. Rodzice, ciotki i wujkowie, sąsiedzi, wszyscy szczerze zatroskani moją dramatycznie zapowiadającą się perspektywą staropanieństwa. Na pytanie sąsiadki: „Natalia, a kiedy wesele?” Odpowiadałam: „Jak to, kiedy? W sobotę”. Ktoś czytając ten wstęp i słysząc, że mam 31 lat (sic!) może pomyśleć: o co tej dziewczynie w ogóle chodzi? Jest młoda, całe życie przed nią, jeszcze ma czas, aby kogoś wartościowego spotkać. Która z nas tego nie słyszała? Niezależnie od tego, czy ma 27, czy 36 lat. Takie komunikaty, bądź co bądź, z troski i miłości, miały albo pokazać, że żadnego „problemu” nie ma, albo wnieść odrobinę nadziei.

 

Czas jest pojęciem względnym

Swego czasu w Krakowie poszłyśmy z przyjaciółką na jedno ze spotkań, organizowanych w ramach Tygodnia Modlitw o Powołanych do Małżeństwa. Obie miałyśmy głębokie przekonanie, że Bóg przygotował najlepszy plan na nasze życie i że jest to powołanie do życia w małżeństwie. Lubimy, kiedy Jego plan jest zgodny z naszym. Na odwrót jest nieco trudniej. Każda z nas była na innym etapie życia. Ja miałam wtedy w pamięci jedną z dłuższych, ważnych relacji w moim życiu, która (dzięki Bogu dla mnie i dla drugiej strony) zakończyła się wzajemną decyzją o rozstaniu, moja przyjaciółka podobnie – z lekko złamanym sercem. Ruszyłyśmy więc  na wykład o byciu cierpliwym singlem. Opis wskazywał, że będzie głosić żona i mama, która długo czekała na mężczyznę swojego życia i podzieli się refleksjami z momentów czekania. Pełne otuchy pobiegłyśmy na spotkanie. Ja, prawie 30-tka na karku, Marysia 33 lata. Na miejscu okazało się, że wszystko się zgadza, tylko sama prelegentka ma… 23 lata. I ona miała mówić o latach czekania, o tęsknocie, o doświadczeniu bycia samą? Możecie sobie wyobrazić nasze miny. Wyszłyśmy wzburzone i zirytowane. Spodziewałyśmy się 38-letniej kobiety, która powie, co to cierpliwość, śluby 10 lat młodszych koleżanek co dwa tygodnie i niekończące się pytania ze strony rodziny. Dziś patrzę na tamto spotkanie z nieco z innej perspektywy – każda z nas, niezależnie od wieku czy temperamentu, ma prawo odczuwać tylko sobie wiadome emocje, tęsknić, pragnąć, a czas jest pojęciem względnym. 

 

Cierpliwość i otwartość

Singielstwo często kojarzy się negatywnie, choć określenie to jest i tak mniej pejoratywnie niż staropanieństwo. Przed oczyma mamy obraz kobiety, jako najbardziej nieszczęśliwej osoby na świecie, która całą swoją wartość buduje na byciu z mężczyzną. Tak jakby w jego obecności miała upatrywać całego sensu jej życia. Każdy wieczór to samotny seans z komedią romantyczną, paczką chusteczek i chipsami. Nie do końca tak to wygląda.

Bycie samym, a samotnym, to ogromna różnica. Ja i moje przyjaciółki nigdy nie czułyśmy się samotne. Miałyśmy mnóstwo pięknych relacji, przyjaźni, pasji, zainteresowań, które sprawiały nam radość, starałyśmy się, aby czas, kiedy jeszcze nie jesteśmy w związku, wykorzystać na swój rozwój duchowy czy osobisty. Natomiast nasze serca były otwarte na to, by poznać drugiego człowieka. To naprawdę ważne. Często kluczowe, bo mam wrażenie, że jesteśmy poblokowane, poranione różnymi relacjami. Oczywiście, bywały też gorsze dni. Spotykałyśmy się wtedy i rozmawiałyśmy o naszych niespełnionych marzeniach, tęsknotach, wątpliwościach, frustracjach, a profile społecznościowe niezmiennie wyświetlały co sobotę kolejne zawarcia związków małżeńskich czy narodziny potomka wśród naszych znajomych. A my cierpliwie i ufnie zastanawiałyśmy się, jakiego mężczyznę każda z nas pozna, miałyśmy pewien kanon cech i wartości, które są dla nas ważne w budowaniu relacji. Ciekawiło nas, czy będziemy się również między sobą wzajemnie lubić i spotykać w parach, albo co będzie, jeśli któraś z nas zostanie w pewnym momencie sama. Wierzyłyśmy jednak, że Pan Bóg i o to się zatroszczy, bo przecież Tata chce dobrze dla swoich dzieci.

 

Fot. Archiwum prywatne

 

Zamknięcie w domach, ograniczenia w kontaktach międzyludzkich, brak imprez, domówek, wyjazdów i możliwości poznania nowych osób – to wszystko nie wróżyło zmiany naszej sytuacji. Natomiast plan Nieba był inny. W końcu Bóg jest większy niż koronawirusowe ograniczenia i żadna epidemia nie przeszkadza Mu w spełnianiu obietnic.

Kwarantanna od relacji?

Rok 2020 w kwestii relacji damsko-męskiej spisałyśmy już “na straty”. Zamknięcie w domach, ograniczenia w kontaktach międzyludzkich, brak imprez, domówek, wyjazdów i możliwości poznania nowych osób – to wszystko nie wróżyło zmiany naszej sytuacji. Natomiast plan Nieba był inny. W końcu Bóg jest większy niż koronawirusowe ograniczenia i żadna epidemia nie przeszkadza Mu w spełnianiu obietnic. I tak oto, począwszy od czerwca, co dwa miesiące, każda z nas spotkała mężczyznę, na którego czekała. I choć okoliczności poznania u każdej z nas były różne, czy sama intensywność i różnorodność w budowaniu każdej z tych relacji, to efektem jest piękna decyzja o byciu razem. Co ciekawe, marzyłyśmy o księciach z bajki i motylach w brzuchu, a tu…nie było fajerwerek. Nie od razu. Każda z tych relacji opierała się na spokojnym poznawaniu drugiego człowieka, budowaniu zaufania i akceptacji. Często bywa tak (słyszę to od koleżanek), że jeśli nie ma od razu efektu „miękkich kolan”, to skreśla się chłopaka na starcie. Jak słyszę takie historie, od razu wchodzę w polemikę. Najpierw ze swoim sercem, myśląc ile razy sama tak postąpiłam, później z resztą świata. Dobrze, że oprócz emocji, mamy jeszcze rozum. Dziś, kiedy rozmawiamy z moim chłopakiem, to potwierdzamy z całym przekonaniem, że każda relacja to p r o c e s. Wojtek wspomina, że miał przekonanie, co do swoich uczuć wcześniej niż ja i że chciał pójść krok dalej w tej relacji, jednak brak konkretnego, zielonego światła z mojej strony sprawiał, że – jak sam mówi – cierpliwie czekał i „wiercił”. Ja natomiast z każdym kolejnym dniem dostrzegałam, z jak fantastycznym człowiekiem mam do czynienia, a jak już uzmysłowiłam sobie, że to ten, na którego czekałam całe życie, nie mogłam w to uwierzyć. Dziś dziękuję Bogu za odwagę serca.

Czasem siadamy we trzy, szczypiemy się w rękę i zastanawiamy, jak to jest możliwe. Mamy obok siebie naprawdę dobrych ludzi – wspaniałych chłopaków, a każda takiego, o jakim w głębi serca marzyła, z którym świetnie się uzupełnia i dogaduje, a przede wszystkim przyjaźni. Każda z nas niesamowicie cieszy się też szczęściem tej drugiej i trzeciej. Nasza wierna „trójca” zamieniła się dziś w solidny i radosny sześciopak. Lubimy razem spędzać czas, świetnie się ze sobą czujemy, dobrze nam się rozmawia, a co najważniejsze, życie już zweryfikowało, że możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji.

 

Nie ma dwóch, przeznaczonych sobie „połówek”

Ważne, żeby uświadomić sobie, że dobry Bóg stawia obok siebie dwie niezależne osoby – dwie całości, które decydują się być razem, otwierają się na wspólną wędrówkę, a nie żadne dwie połówki pomarańczy. Miłość to decyzja, to branie odpowiedzialności za wzajemną relację, a nade wszystko nieustanna harówa. Dziś, kiedy widzę, że mam obok siebie człowieka, z którym razem się modlimy, prowadzimy chrześcijańskiego bloga kulinarnego (www.trojewkuchni.pl – zapraszamy!), śmiejemy się z tych samych żartów, wzruszamy w podobnym momencie, wspieramy w trudnych chwilach, dbamy wzajemnie o swój rozwój, rozumiemy bez słów, godzimy bez krzyku – jest dla mnie najlepszym dowodem, że na wszystko w życiu jest czas, trzeba tylko zaufać i być cierpliwym. I wdzięcznym, że pomimo codziennego trudu i szaleństwa świata, mamy się z czego cieszyć.

 

Bóg jest wierny swoim obietnicom

Dlaczego warto o tym mówić? Ponieważ podobne historie i dylematy mam na koncie ja, moje przyjaciółki, koleżanki, przyjaciółki przyjaciółek i koleżanki koleżanek. Dziś chcę powiedzieć: warto czekać i modlić się o to, by Bóg we właściwym czasie postawił na naszej drodze konkretnego człowieka. Moja przyjaciółka Ola, wysłała mi w grudniu fragment liturgii z dnia: 1 Sm 1, 27 “O tego chłopca się modliłam, i spełnił Pan prośbę, którą do Niego zanosiłam”. To bardzo poruszyło moje serce! Jak niesamowicie wiedziałyśmy, o czym mowa. Nasza historia: wspomnianej już Marysi, Oli i moja, pokazuje namacalnie, że Bóg jest wierny swoim obietnicom, że spełnia pragnienia, które wlał w serca, ale robi to w Swoim czasie (i chwała Mu za to!) i że naprawdę warto zawierzyć. Gdyby Bóg wysłuchał wszystkich naszych próśb, które nie były zgodne z Jego wolą, a były naszym wymysłem… aż strach pomyśleć, jak wyglądałoby dziś nasze życie. Wszystkim poszukującym w Nowym Roku życzymy, aby Bóg wypełnił pragnienia Waszych serc, zgodnych z Jego wolą… we właściwym czasie.

 

Natalia Nóżka

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Natalia
Nóżka
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap