STYL ŻYCIA

“A kiedy wesele?” Wdzięczność za… oczekiwanie

Dlaczego warto o tym mówić? Ponieważ podobne historie i dylematy mam na koncie ja, moje przyjaciółki, koleżanki, przyjaciółki przyjaciółek i koleżanki koleżanek. Dziś chcę powiedzieć: warto czekać i modlić się o to, by Bóg we właściwym czasie postawił na naszej drodze konkretnego człowieka.

Natalia
Nóżka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Jak księżniczka w swojej wieży, na ukochanego czekam wciąż, zewsząd słyszę: przestań bredzić, kiedy zejdziesz może spotkasz go; także schodzę, wypatruję, ideału takiego, jak ja, ten za niski, ten za gruby, o dlaczego tamten żonę ma? Tata mówi, zapuść włosy, wtedy chłopiec przyjdzie sam, więc zapuszczam i szczotkuję, pielęgnuję każdego dnia. Lecz niestety, mój ideał, nie pojawia na horyzoncie się, ciągle płaczę, oko puchnie, święty Józefie ratuj mnie. O o o, jak trudno znaleźć męża…”

Niespełna 4 lata temu, Gosia Hutek nagrała ten, jak sama mówi: „żart muzyczny”, po powrocie z „mszy o dobrego męża”, mając w pamięci obraz kościoła wypełnionego po brzegi kobietami. Lubiłam nucić tę piosenkę. Trochę z przekory, to takie bardzo moje poczucie humoru, a trochę z pragnień ukrytych gdzieś głęboko w sercu.

 

Która z nas tego nie słyszała?

Ludzie w moim otoczeniu często mówili: „taka fajna dziewczyna i sama”. Rodzice, ciotki i wujkowie, sąsiedzi, wszyscy szczerze zatroskani moją dramatycznie zapowiadającą się perspektywą staropanieństwa. Na pytanie sąsiadki: „Natalia, a kiedy wesele?” Odpowiadałam: „Jak to, kiedy? W sobotę”. Ktoś czytając ten wstęp i słysząc, że mam 31 lat (sic!) może pomyśleć: o co tej dziewczynie w ogóle chodzi? Jest młoda, całe życie przed nią, jeszcze ma czas, aby kogoś wartościowego spotkać. Która z nas tego nie słyszała? Niezależnie od tego, czy ma 27, czy 36 lat. Takie komunikaty, bądź co bądź, z troski i miłości, miały albo pokazać, że żadnego „problemu” nie ma, albo wnieść odrobinę nadziei.

 

Czas jest pojęciem względnym

Swego czasu w Krakowie poszłyśmy z przyjaciółką na jedno ze spotkań, organizowanych w ramach Tygodnia Modlitw o Powołanych do Małżeństwa. Obie miałyśmy głębokie przekonanie, że Bóg przygotował najlepszy plan na nasze życie i że jest to powołanie do życia w małżeństwie. Lubimy, kiedy Jego plan jest zgodny z naszym. Na odwrót jest nieco trudniej. Każda z nas była na innym etapie życia. Ja miałam wtedy w pamięci jedną z dłuższych, ważnych relacji w moim życiu, która (dzięki Bogu dla mnie i dla drugiej strony) zakończyła się wzajemną decyzją o rozstaniu, moja przyjaciółka podobnie – z lekko złamanym sercem. Ruszyłyśmy więc  na wykład o byciu cierpliwym singlem. Opis wskazywał, że będzie głosić żona i mama, która długo czekała na mężczyznę swojego życia i podzieli się refleksjami z momentów czekania. Pełne otuchy pobiegłyśmy na spotkanie. Ja, prawie 30-tka na karku, Marysia 33 lata. Na miejscu okazało się, że wszystko się zgadza, tylko sama prelegentka ma… 23 lata. I ona miała mówić o latach czekania, o tęsknocie, o doświadczeniu bycia samą? Możecie sobie wyobrazić nasze miny. Wyszłyśmy wzburzone i zirytowane. Spodziewałyśmy się 38-letniej kobiety, która powie, co to cierpliwość, śluby 10 lat młodszych koleżanek co dwa tygodnie i niekończące się pytania ze strony rodziny. Dziś patrzę na tamto spotkanie z nieco z innej perspektywy – każda z nas, niezależnie od wieku czy temperamentu, ma prawo odczuwać tylko sobie wiadome emocje, tęsknić, pragnąć, a czas jest pojęciem względnym. 

 

Cierpliwość i otwartość

Singielstwo często kojarzy się negatywnie, choć określenie to jest i tak mniej pejoratywnie niż staropanieństwo. Przed oczyma mamy obraz kobiety, jako najbardziej nieszczęśliwej osoby na świecie, która całą swoją wartość buduje na byciu z mężczyzną. Tak jakby w jego obecności miała upatrywać całego sensu jej życia. Każdy wieczór to samotny seans z komedią romantyczną, paczką chusteczek i chipsami. Nie do końca tak to wygląda.

Bycie samym, a samotnym, to ogromna różnica. Ja i moje przyjaciółki nigdy nie czułyśmy się samotne. Miałyśmy mnóstwo pięknych relacji, przyjaźni, pasji, zainteresowań, które sprawiały nam radość, starałyśmy się, aby czas, kiedy jeszcze nie jesteśmy w związku, wykorzystać na swój rozwój duchowy czy osobisty. Natomiast nasze serca były otwarte na to, by poznać drugiego człowieka. To naprawdę ważne. Często kluczowe, bo mam wrażenie, że jesteśmy poblokowane, poranione różnymi relacjami. Oczywiście, bywały też gorsze dni. Spotykałyśmy się wtedy i rozmawiałyśmy o naszych niespełnionych marzeniach, tęsknotach, wątpliwościach, frustracjach, a profile społecznościowe niezmiennie wyświetlały co sobotę kolejne zawarcia związków małżeńskich czy narodziny potomka wśród naszych znajomych. A my cierpliwie i ufnie zastanawiałyśmy się, jakiego mężczyznę każda z nas pozna, miałyśmy pewien kanon cech i wartości, które są dla nas ważne w budowaniu relacji. Ciekawiło nas, czy będziemy się również między sobą wzajemnie lubić i spotykać w parach, albo co będzie, jeśli któraś z nas zostanie w pewnym momencie sama. Wierzyłyśmy jednak, że Pan Bóg i o to się zatroszczy, bo przecież Tata chce dobrze dla swoich dzieci.

 

Fot. Archiwum prywatne

 

Zamknięcie w domach, ograniczenia w kontaktach międzyludzkich, brak imprez, domówek, wyjazdów i możliwości poznania nowych osób – to wszystko nie wróżyło zmiany naszej sytuacji. Natomiast plan Nieba był inny. W końcu Bóg jest większy niż koronawirusowe ograniczenia i żadna epidemia nie przeszkadza Mu w spełnianiu obietnic.

Kwarantanna od relacji?

Rok 2020 w kwestii relacji damsko-męskiej spisałyśmy już “na straty”. Zamknięcie w domach, ograniczenia w kontaktach międzyludzkich, brak imprez, domówek, wyjazdów i możliwości poznania nowych osób – to wszystko nie wróżyło zmiany naszej sytuacji. Natomiast plan Nieba był inny. W końcu Bóg jest większy niż koronawirusowe ograniczenia i żadna epidemia nie przeszkadza Mu w spełnianiu obietnic. I tak oto, począwszy od czerwca, co dwa miesiące, każda z nas spotkała mężczyznę, na którego czekała. I choć okoliczności poznania u każdej z nas były różne, czy sama intensywność i różnorodność w budowaniu każdej z tych relacji, to efektem jest piękna decyzja o byciu razem. Co ciekawe, marzyłyśmy o księciach z bajki i motylach w brzuchu, a tu…nie było fajerwerek. Nie od razu. Każda z tych relacji opierała się na spokojnym poznawaniu drugiego człowieka, budowaniu zaufania i akceptacji. Często bywa tak (słyszę to od koleżanek), że jeśli nie ma od razu efektu „miękkich kolan”, to skreśla się chłopaka na starcie. Jak słyszę takie historie, od razu wchodzę w polemikę. Najpierw ze swoim sercem, myśląc ile razy sama tak postąpiłam, później z resztą świata. Dobrze, że oprócz emocji, mamy jeszcze rozum. Dziś, kiedy rozmawiamy z moim chłopakiem, to potwierdzamy z całym przekonaniem, że każda relacja to p r o c e s. Wojtek wspomina, że miał przekonanie, co do swoich uczuć wcześniej niż ja i że chciał pójść krok dalej w tej relacji, jednak brak konkretnego, zielonego światła z mojej strony sprawiał, że – jak sam mówi – cierpliwie czekał i „wiercił”. Ja natomiast z każdym kolejnym dniem dostrzegałam, z jak fantastycznym człowiekiem mam do czynienia, a jak już uzmysłowiłam sobie, że to ten, na którego czekałam całe życie, nie mogłam w to uwierzyć. Dziś dziękuję Bogu za odwagę serca.

Czasem siadamy we trzy, szczypiemy się w rękę i zastanawiamy, jak to jest możliwe. Mamy obok siebie naprawdę dobrych ludzi – wspaniałych chłopaków, a każda takiego, o jakim w głębi serca marzyła, z którym świetnie się uzupełnia i dogaduje, a przede wszystkim przyjaźni. Każda z nas niesamowicie cieszy się też szczęściem tej drugiej i trzeciej. Nasza wierna „trójca” zamieniła się dziś w solidny i radosny sześciopak. Lubimy razem spędzać czas, świetnie się ze sobą czujemy, dobrze nam się rozmawia, a co najważniejsze, życie już zweryfikowało, że możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji.

 

Nie ma dwóch, przeznaczonych sobie „połówek”

Ważne, żeby uświadomić sobie, że dobry Bóg stawia obok siebie dwie niezależne osoby – dwie całości, które decydują się być razem, otwierają się na wspólną wędrówkę, a nie żadne dwie połówki pomarańczy. Miłość to decyzja, to branie odpowiedzialności za wzajemną relację, a nade wszystko nieustanna harówa. Dziś, kiedy widzę, że mam obok siebie człowieka, z którym razem się modlimy, prowadzimy chrześcijańskiego bloga kulinarnego (www.trojewkuchni.pl – zapraszamy!), śmiejemy się z tych samych żartów, wzruszamy w podobnym momencie, wspieramy w trudnych chwilach, dbamy wzajemnie o swój rozwój, rozumiemy bez słów, godzimy bez krzyku – jest dla mnie najlepszym dowodem, że na wszystko w życiu jest czas, trzeba tylko zaufać i być cierpliwym. I wdzięcznym, że pomimo codziennego trudu i szaleństwa świata, mamy się z czego cieszyć.

 

Bóg jest wierny swoim obietnicom

Dlaczego warto o tym mówić? Ponieważ podobne historie i dylematy mam na koncie ja, moje przyjaciółki, koleżanki, przyjaciółki przyjaciółek i koleżanki koleżanek. Dziś chcę powiedzieć: warto czekać i modlić się o to, by Bóg we właściwym czasie postawił na naszej drodze konkretnego człowieka. Moja przyjaciółka Ola, wysłała mi w grudniu fragment liturgii z dnia: 1 Sm 1, 27 “O tego chłopca się modliłam, i spełnił Pan prośbę, którą do Niego zanosiłam”. To bardzo poruszyło moje serce! Jak niesamowicie wiedziałyśmy, o czym mowa. Nasza historia: wspomnianej już Marysi, Oli i moja, pokazuje namacalnie, że Bóg jest wierny swoim obietnicom, że spełnia pragnienia, które wlał w serca, ale robi to w Swoim czasie (i chwała Mu za to!) i że naprawdę warto zawierzyć. Gdyby Bóg wysłuchał wszystkich naszych próśb, które nie były zgodne z Jego wolą, a były naszym wymysłem… aż strach pomyśleć, jak wyglądałoby dziś nasze życie. Wszystkim poszukującym w Nowym Roku życzymy, aby Bóg wypełnił pragnienia Waszych serc, zgodnych z Jego wolą… we właściwym czasie.

 

Natalia Nóżka

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Natalia
Nóżka
zobacz artykuly tego autora >
STYL ŻYCIA

Wdzięczność w codzienności

Uczucia to taki termometr tego, na ile żyjemy. Wszyscy doświadczyliśmy zmierzenia się z lękiem o życie, zdrowie i byt. Może ta wrażliwość wyczuliła nas na emocje i potrzeby innych?

Anna Koźlik
Anna
Koźlik
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Myślę, że nie jestem jedyną kobietą, którą pociesza viralowa grafika o brudnych podłogach. Brzmi ona w całości „Dobre mamy mają klejące się podłogi, brudne piekarniki, tonę prania i szczęśliwe dzieci”.  Jej odmian mających nieść pokrzepienie matkom (rodzicom!) już trochę jest. W podobnym tonie znajdziemy jeszcze taki słodko-gorzki rodzicielski motywator, wysławiający pełen zlew po kolacji czy rozparowane dziecięce skarpetki na suszarce. I może niektórym już się te hasła przejadły, to trzeba im oddać, że w swój banalny sposób mogą uchwycić istotę rzeczy, która stymuluje wzrost naszego człowieczeństwa – istotę wdzięczności.

 

Stare i nowe

Przełom starego i nowego roku to zawsze dobra okazja do podsumowań. Nie tylko tych społecznych, politycznych czy skupiających się na ostatnich pożegnaniach, ale przede wszystkim do tych z własnego podwórka. Nasza natura lubi takie podsumowania zapewne też dlatego, że to moment dostrzeżenia efektów własnej pracy, zaniedbań czy nierzadko – błędów. Pewne jest, że mijający rok, zwłaszcza od marca, nikogo nie rozpieszczał. Wiele osób bardzo dotkliwie odczuło wielopoziomowe skutki zarówno pandemii, jak i związanej z nią reorganizacji życia rodzinnego. Część z nas musiała przejść na tryb pracy zdalnej, który w pierwszych tygodniach mógł być miłą odmianą. Część tę pracę straciła. Dzieci i młodzież doświadczyły edukacji zdalnej i pozbawienia kontaktów z rówieśnikami i możliwości realizowania swobodnie swoich pasji. Część z nich przymusowo zostawała w domu, który być może do tej pory azylem bezpieczeństwa nigdy nie był. Ludzkie dramaty związane z lękiem o zdrowie, stratą bliskich, mieszały się z zasadnym niepokojem o byt i stały się także papierkiem lakmusowym na nasze rodzinne relacje pod jednym dachem. Słowem – rok 2020 dla nikogo nie był łatwy. Pomimo zróżnicowanych trudności, które każdy z nas mógłby jednym tchem wyliczyć, jestem przekonana, że coś ważnego udało nam się osobiście, rodzinnie czy jako grupie społecznej odkryć.

 

Kiedy światło pada na inną stronę niż zwykle

Trudności życiowe mają to do siebie, że budzą nas z letargu. Mam takie osobiste doświadczenie, że wypadek czy jakiś poważny kryzys mogą stać się dla nas naprawdę dobrym zwrotem akcji w życiu. I jasne jest, że to boli. Nie zmienia to jednak faktu, że w obliczu czegoś po prostu niekomfortowego czy wręcz dramatycznego, światło zaczyna padać trochę na inną niż zwykle stronę. Zmienia się nasz punkt widzenia, bo zmienił się punkt siedzenia. I wyostrzają się zmysły.

Czy nie doświadczyliśmy tego, jak rodzina jest ważna? Jedni może z ogromną ulgą i poczuciem spełnienia, inni z bólem w sercu, żalem i listą spraw do uporządkowania. Ale jestem pewna, że w każdym z nas zrodziła się taka myśl, że dom, bliscy to największe szczęście i wartość ponad wszystko. Może dla kogoś stała się ona motywatorem do zmian, impulsem do przewartościowania dotychczasowego życia. A może ktoś po raz pierwszy od dłuższego czasu odkrył, jak wspaniałą ma żonę czy męża, jak bardzo kocha swoje pełne energii i trudnych emocji dzieci i mimo wszystko cieszy się perspektywą czasu razem. Może wreszcie ktoś zadzwonił do kogoś i zapytał o zdrowie. To takie ludzkie, że ten przebłysk głębszej świadomości pojawia się wtedy, kiedy dzieje się coś trudnego. Jeśli to budzi nas z letargu, to dobrze. Jeśli to rodzi w nas wdzięczność, za to jak staramy się żyć – to wspaniale.

 

 

Uczucia to termometr tego, na ile żyjemy

Emocje, dużo emocji, aż za dużo emocji. W obrazach czy opisach działających nie zawsze kojąco na wyobraźnię. Od grafiki przedstawiającej szczep wirusa, po zdjęcia setek trumien obok siebie. Obrazy bazujące na lęku, niepokoju, strachu i przerażeniu. Większość oglądała, śledziła każde informacje, byle poznać „wroga”. Bo taki trochę oswojony najzwyczajniej w świecie mniej przeraża. To, co mogło być cenne w tym doświadczeniu, to odkrycie swoich uczuć i emocji. Oczywiście, często nieprzyjemnych, ale jak potrzebnych. Przez doświadczenie niepokoju o zdrowie, ktoś mógł odkryć, że je ma. Ktoś inny, że ma go więcej niż myślał, a ktoś jeszcze, że dobrze, że ma tyle, ile ma, bo co, jeśli będzie mieć mniej. Uczucia to taki termometr tego, na ile żyjemy. Wiadomo, że zależą od wielu czynników, jak choćby temperament, ale mówią coś ważnego: czujesz, bo żyjesz. Jeśli coś wewnętrznie boli, to możesz odkryć, co boli, jaka potrzeba jest w Tobie nienakarmiona, co zapomniałeś odżywiać. Jeśli o coś jesteśmy zatroskani, to jest to dla nas widocznie ważne, choć może zakopane i przykurzone pod pozorną obojętnością czy zapracowaniem. Wszyscy doświadczyliśmy zmierzenia się z lękiem o życie, zdrowie i byt. Może ta wrażliwość wyczuliła nas na emocje i potrzeby innych?

 

Zmarnowane okazje

Nagle okazało się, że to, co zawsze było na wyciągnięcie ręki, dostępne już tak łatwo nie jest. Nie wchodząc w dyskusje o słuszności decyzji czy nie, Msze Święte i dostęp do sakramentu pokuty stały się naprawdę rarytasem. Pamiętam jedną z naszych pierwszych rodzinnych Mszy online. Podczas Komunii Świętej trudno było mi powstrzymać łzy żalu i tęsknoty. I niestety, sumienie wyrzucało mi od razu zmarnowane okazje, kiedy do tej pory w tygodniu nie zależało mi aż tak na Eucharystii, by ten czas wyłuskać. Zabolało dość mocno. Ale też pojawiła się myśl, że owszem, bardzo potrzebuję sakramentów, ale mam też coś wyjątkowego w sobie. Co więcej, Ty też to masz. Godność Dziecka Bożego, które ma stały przystęp do Ojca, do Jego serca. Oczywiście, wierzymy, że dzięki wyjątkowym znakom i kanałom łaski jakim są sakramenty, pełniej możemy czerpać z Bożej miłości. Ale może umyka nam to, że w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy cali zanurzeni? Że ta intymna przestrzeń naszej relacji po prostu w nas jest.

Mam poczucie, że wielu z nas wtedy chętniej sięgało po Pismo Święte i mieliśmy kolejną okazję, by na nowo je odkryć. I co ciekawe – mnóstwo księży przeniosło swoje duszpasterskie działania do przestrzeni wirtualnej – rekolekcje, konferencje, codzienne Msze święte z krótką nauką. Osobiście czułam dużą wdzięczność za ich gotowość do takiej służby w świecie online.

 

Każdy dzień jest szansą

Perspektywa kolejnego roku daje symbolicznie nową szansę na zmiany, ale bądźmy szczerzy – każdy dzień jest taką szansą. Gdyby takie podsumowania robić w sercu regularnie, to okazałoby się, że powodów do wdzięczności, takich jak brudna podłoga czy bolące od stania w kolejce nogi jest więcej. Do praktykowania takiej postawy w rodzinie mogą posłużyć dwa ćwiczenia, które w naszym domu stały się pewnymi rytuałami.

Pierwszy to wspólne oglądanie zdjęć w sylwestrowy wieczór z całego mijającego roku. Miesiąc po miesiącu, wydarzenie po wydarzeniu. I choć mąż wpadł na ten pomysł na początku dla naszych dzieci, to widzę jak my, dorośli na tym też korzystamy. Jest okazja do szerokiego uśmiechu i wspomnień pełnych radości, ale i do nieco kwaśnego na widok łóżka szpitalnego czy innego rodzinnego dramatu. Czy przyjemne czy nieprzyjemne, to nasze doświadczenia, które kształtują nas osobiście i naszą przestrzeń.

Drugie ćwiczenie to kartki wdzięczności, zwłaszcza dla małżonków. Na drzwiach sypialni czy nad biurkiem warto powiesić kartki z treścią „Kocham Cię Żono/ Mężu i dziękuję Ci za to, że dziś…” . Staramy się codzienne wpisać tam jedno podziękowanie. Haczyk polega na tym, żeby to podziękowanie było konkretne, a nie ogólne. Ogarnięcie dzieci, przygotowanie dobrego obiadu czy czas popołudniowej kawy to wszak same konkrety!

Wdzięczność to nie tylko uczucie, które rodzi się w odpowiedzi na doświadczone dobro. To także docenienie wszystkich trudności i dostrzeżenie w nich ogromnego potencjału. Uważne i czujne serce sporo z tych okazji może wykorzystać.

 

Anna Koźlik

Anna Koźlik

Mgr teologii, doradca rodzinny, nauczyciel Instytutu Naturalnego Planowania Rodziny, założycielka strony Płodna.pl. Lubi mówić i pisać o małżeństwie, seksualności i teologii ciała.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Anna Koźlik
Anna
Koźlik
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap