Żałoba w czasie pandemii. Jak pocieszyć tych, którzy tracą najbliższych?

O tym jak radzić sobie gdy ktoś bliski odchodzi na oddziale zakaźnym, jak wspierać osoby opłakujące zmarłych, czego unikać, a z czego nie rezygnować rozmawiamy z Katarzyną Binkiewicz - psychologiem, psychoonkologiem specjalizującą się w pracy z osobami w żałobie.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Anna Druś: Osoby umierające na Covid i ich bliscy są dziś w innej sytuacji niż wcześniej. Są rozdzieleni, nie mogą się pożegnać, towarzyszyć sobie. Jak towarzyszyć umierającym na oddziale zakaźnym?

Katarzyna Binkiewicz: Rzeczywiście, sytuacja tych osób jest dziś szczególnie trudna, przypomina mi nieco sytuację odchodzenia na oddziałach intensywnej terapii, gdzie rodziny również nie mogą towarzyszyć swojemu bliskiemu. I tak tutaj, jak i w każdym innym procesie żegnania naszych bliskich ważne jest przede wszystkim wsparcie ze strony innych osób. Jeśli mieszkamy z rodziną, dziećmi, dziadkami, rodzicami – to dzieje się niejako automatycznie, bo jesteśmy w tym razem. Jest trudniej jeśli mieszkamy samotnie a nasi bliscy – z powodu pandemii nie mogą nam towarzyszyć. Wówczas musimy się zmierzyć nie tylko z bezradnością, ale i poczuciem osamotnienia.

 

Co wtedy? Jak sobie z tym radzić?

Jeśli jesteśmy rodziną kogoś, komu ktoś bliski zmarł, zadbajmy o wsparcie go, nawet na odległość. Są dziś różne możliwości technologiczne, nie tylko telefony. Można odbywać wideorozmowę, można kontaktować się na messengerze. Najważniejsze to inicjować ten kontakt, a nie mówić: „jak będziesz czegoś potrzebować, to zadzwoń”. Osoba w żałobie doświadcza ogromu emocji i często trudno jej wykonywać nawet codzienne zadania. Umówmy się więc np. że będziemy dzwonić codziennie wieczorem, albo inicjujmy wspólne zakupy, spacer. Idźmy za potrzebami tej osoby.

 

Jak je poznać?

Podstawą jest właśnie to pytanie o potrzeby żałobnika. Bardzo często jest tak, że nasz pomysł na to wsparcie – wynikający przecież z najlepszych intencji – jest niekompatybilny z  tym, czego w tej chwili potrzebuje nasz cierpiący bliski. Dlatego warto pytać. Może potrzebuje pomocy w organizacji pogrzebu, może w zrobieniu obiadu, jakiejś logistyce? Spytać czy w ogóle chce, by do niej przyjeżdżać i rozmawiać, czy chce wychodzić, czy chce wspominać. Wiem, że to są trudne pytania, wiele osób ma kłopot, by je zadać. Generalnie bycie z osobą cierpiącą może być trudne, bo mimowolnie współdoświadczamy z nią tych emocji.

 

No dobrze, ale jeśli ktoś, komu właśnie umarł bliski mówi “zostawcie mnie w spokoju”, przy czym widzimy, że sobie nie radzi?

Można spróbować zaproponować wsparcie specjalistyczne, np. konsultację u psychologa, choć domyślam się, że w przypadku osób, które w ogóle nie chcą rozmawiać – taka propozycja także może zostać odrzucona. W takiej sytuacji dobrze jest więc mówić o swoich emocjach, w komunikacie „ja”, czyli powiedzieć po prostu „bardzo chciałbym ci towarzyszyć, wesprzeć, nie wiem co mogę zrobić, ale widzę, że jest ci trudno”. Musimy się też zmierzyć z pewną bezradnością. Jeśli ktoś nie będzie chciał nas wpuścić do swojego świata, to nas nie wpuści i kropka. Możemy wtedy próbować znaleźć jakieś inne wspólne aktywności np. wyjście na cmentarz, spacer w ulubione miejsce. Być – nawet czasem w oddaleniu – ale starać się tworzyć przestrzeń dla wspólnego bycia i doświadczania. Takie otwarcie emocjonalne jest niezwykle ważne, żeby „dobrze” przeżyć żałobę, jeśli w ogóle możemy o niej mówić w takich kategoriach. Żeby ją „dobrze” przeżyć, trzeba ją przeżyć czyli doświadczyć, wyrzucić z siebie wszystko, co przeżywamy.

 

ZOBACZ: Lekarz dusz. “To ogromny ból, gdy nie ma szansy się pożegnać z umierającym”

 

Dlaczego?

Bo jeśli tego nie zrobię, nie wyrzucę z siebie, nie opłaczę, nie wykrzyczę, nie osmucę – to te emocje będą cały czas we mnie i być może wpłyną na moje życie w przyszłości. To nie jest tak, że jeśli czegoś nie widać, to nie może to na nas wpłynąć. Pamiętajmy, że jesteśmy naczyniem połączonym, emocje mają wpływ na ciało i odwrotnie. Żałoba to nie tylko doświadczenie emocjonalne, ale i fizjologiczne, poznawcze. Emocje, które nie zostają ugłośnione często manifestują się właśnie w ciele – i wtedy doświadczamy na przykład zaburzeń snu, apetytu czy kołatania serca, trudności z oddychaniem, dolegliwości żołądkowo-jelitowych.

 

Mówi się, że żałoba ma różne etapy, jak one przebiegają?

Rzeczywiście, funkcjonuje w powszechnej świadomości ten standard Elizabeth Kubler-Ross, mówiący o 5 etapach przeżywania żałoby. Czyli zaprzeczenie, bunt, targowanie się, depresja i akceptacja. W tej chwili jednak odchodzimy od niego, ponieważ wiemy już, że żałoba nie jest linearnym procesem, w którym przechodzi się od etapu do etapu. Fundacja Nagle Sami, pomagająca profesjonalnie osobom po stracie, porównuje żałobę do wchodzenia po schodach. W tym czasie bowiem „stąpamy” po różnych emocjach jak po schodach, mierzymy się z nimi, doświadczamy. Czasem idę dwa kroki do przodu, czasem się cofam. Na pewno jednak żałoba jest doświadczeniem totalnym, które przeżywamy – jak już mówiłam, nie tylko na poziomie emocji, ale też na poziomie poznawczym, fizjologicznym. Czujemy całe spektrum emocji, one przechodzą jedne w drugie. Może pojawiać się lęk, niepokój, rozpacz. W procesie żałoby mierzymy się też często ze złością – na zmarłego, na życie, ale też na przykład z uczuciem ulgi – gdy nasz bliski długo chorował, cierpiał. Może się zdarzyć, że słyszymy zmarłego, jego kroki, czujemy zapach. Mamy może poczucie, że on zaraz wróci do domu, jak zwykle wracał o 17:30. O to często pytają mnie osoby, które przychodzą do mnie na konsultacje. Czemu to się dzieje, czy to jest „normalne”? Tak, to wszystko jest naturalnym procesem żałoby. Procesem żegnania się. Żałoba jest często sytuacją wykraczającą poza nasze możliwości adaptacyjne. Potrzebujemy czasu. Potrzebujemy wsparcia, potrzebujemy przeżywania – bo tak, czas żałoby, to właśnie czas przeżywania. Przeżywania smutku, złości, lęku, bezradności. Tego wszystkiego, co w nas.

 

Jak natomiast poradzić sobie z poczuciem winy spowodowanym tym, że nie mogliśmy się pożegnać ze zmarłym na oddziale zakaźnym? Ten kontakt jest niemożliwy przez wiele tygodni.

Rzeczywiście czas pandemii powikłał, utrudnił możliwość towarzyszenia, pożegnania. To, od czego warto zacząć, to próba racjonalizacji. Uświadomienia sobie, że nie jesteśmy w stanie tego zmienić. Nie mamy na to wpływu, że oddział jest zamknięty. Czy możemy być w takim razie za to odpowiedzialni? Nie. Warto oddzielić kwestie, na które mamy wpływ, od tych, na które wpływu nie mamy. Umacniać siebie w tym, że nie jesteśmy w stanie zmienić tego, że trwa pandemia, ale robimy to, co możemy zrobić – jesteśmy z naszym bliskim w naszych myślach, wspomnieniach, modlimy się. Poczucie winy generalnie przychodzi do nas w czasie żałoby – i dobrze, żebyśmy o tym wiedzieli. Dobrze, żebyśmy też pozwolili tym myślom, emocjom wybrzmieć, ale nie wzmacniali ich dodatkowo. Poczucie winy, bezradność, złość – te wszystkie emocje potrzebują swojej przestrzeni. Ugłośnione – z czasem zmniejszają swoje natężenie. Wiele osób opłakujących zmarłych żałuje, że z czymś nie zdążyli, o czymś nie powiedzieli, nie przebaczyli, że rozstali się w złości. Nie jesteśmy w stanie w tej chwili już porozmawiać z naszym bliskim, ale ja pracując z osobami w żałobie często proponuję wtedy pracę symboliczną.

 

Na przykład?

Na przykład napisanie listu do zmarłego, w którym wypowiemy wszystko, czego nie zdążyliśmy mu przed śmiercią powiedzieć. Taki list możemy potem zanieść na grób, albo spalić, albo zawieźć w jakieś ważne dla zmarłego miejsce. To gesty, które wprawdzie nie zastąpią całkiem tego ostatniego pożegnania, ale pomogą przejść przez te emocje, uporządkować je, wypowiedzieć.

 

A jest coś, co powinno nas w tym przeżywaniu zaniepokoić?

Wymieniłabym tu dłużej utrzymujące się zaburzenia nastroju, zaburzenia apetytu, czy myśli rezygnacyjne – jeśli one się nie zmieniają w dłuższej perspektywie albo się nasilają, to dobrze zgłosić się po poradę do psychologa czy psychiatry. Są też różne grupy wsparcia, np. prowadzone przez Fundację Nagle Sami, o której już wspomniałam. Teraz takie grupy zbierają się również online. Są też indywidualne terapie czy spotkania. Najważniejsza jest gotowość do skorzystania z takiego wsparcia. Pamiętajmy, to nie wstyd. To nie oznaka słabości. Wręcz odwrotnie – to oznaka, że jestem dla siebie ważna i chcę o siebie zadbać. Jeśli ktoś z naszych bliskich doświadcza straty – bądźmy uważni w swoim wspieraniu i towarzyszeniu.

 

Czego unikać w tym wspieraniu?

Na pewno tzw. prawd ludowych, które często przychodzą jakby z automatu, mamy je wdrukowane. To są te wszystkie zdania w stylu: „wszystko będzie dobrze, nie płacz, weź się w garść, masz dla kogo żyć, musisz być silna; jesteś jeszcze młoda, na pewno ułożysz sobie życie”. Te wszystkie frazy zamykają na przeżywanie, nie dają przestrzeni na to, by się wypłakać, wyzłościć, wysmucić, ugłośnić to wszystko, co w nas. Zamiast tego lepiej podążać za tym co nasz bliski mówi. Jeśli wspomina zmarłego – być w tych wspomnieniach, pytać. Nie unikać osoby zmarłej w rozmowach, bo często żałobnicy mówią o takim poczuciu, że inni wyrzucili tę osobę z pamięci. A przecież nie wspominają, żeby nie zrobić przykrości, a nie dlatego, że o niej zapomnieli. Dlatego tak ważne jest pytanie o potrzeby i taka szczera, uważna komunikacja. Dopóki nie spytamy wprost „słuchaj, nie wiem czy ty chcesz wspominać o Marku, Ani” – to wszystko pozostaje w sferze domysłów. Wtedy zaś oddalamy od siebie, nie komunikujemy się, w efekcie czego osoba, która cierpi, często ma wrażenie, że jest w tym sama. Natomiast osoba pomagająca – że jej wsparcie nie jest wystarczające, „dobre”.

Dobrze jest też unikać wypowiadania się ex cathedra, o tym, jak ma żyć nasz cierpiący bliski, jak się zachowywać, jak przechodzić czas żałoby. Nikt z nas nie jest ekspertem, a do tego żałoba jest bardzo indywidualna, każdy z nas czego innego w tym czasie będzie potrzebował, dlatego dobrze nie wychodzić z przekonaniem, że „ja wiem najlepiej”.

 

Tylko jak to wszystko zrobić zdalnie? Często pandemia, jak pani zauważyła, uniemożliwia nam wsparcie osobiste, przez fizyczne spotkanie. Co wtedy?

Na pewno warto wykorzystać wszystkie formy kontaktu zdalnego, skype, messenger, sms. Ale też – jeśli z powodu obostrzeń nie możemy być na pogrzebie i wiemy, że to jest dodatkowy ból dla osób w żałobie – dobrze np. zapewnić o wspólnej modlitwie o godzinie o której zaczyna się pogrzeb. Wiem, że niektóre rodziny organizują też transmisje z pogrzebów bliskich, aby mogli w nich uczestniczyć wszyscy, którzy chcą. To również ważne. W ogóle warto iść za swoją intuicją, sercem w takich działaniach. Czasem ważny dla osoby opłakującej zmarłego będzie nawet zwykły sms „Jestem z tobą”, albo wysłane serduszko, nawet jeśli adresat na niego nie odpowie.

 

Nie jest to zbyt „proste”? Mam wrażenie, że osoby wspierające kogoś opłakującego zmarłego boją się popełnić jakiś nietakt, nie są pewne, czy tak prosta rzecz jak sms będzie adekwatna do sytuacji?

Lepiej napisać: „nie wiem, co mogłabym teraz powiedzieć, ale myślę o Tobie” niż całkiem zrezygnować z kontaktu. Żałobnicy często doświadczają poczucia osamotnienia, porzucenia przez bliskich. A bliscy niejednokrotnie wycofują się z kontaktu, bo boją się, że powiedzą coś nieodpowiedniego, że nieumyślnie zranią, przypomną coś, co wywoła smutek czy łzy.  A to właśnie brak kontaktu przynosi najwięcej cierpienia. Dlatego warto towarzyszyć, przypominać o sobie, o tym, że myślimy, pamiętamy – choćby tak prostą formą jak sms ze zdaniem „jestem z tobą, przytulam, modlę się”. Tym bardziej w czasie pandemii, gdy kontakt fizyczny jest niejednokrotnie niemożliwy i często musimy trochę przeformułować tą naszą obecność. Ale ta życzliwa, empatyczna obecność może być także obecnością telefoniczną, internetową. Towarzyszmy telefonem, smsem. Pytajmy o potrzeby, twórzmy przestrzeń na doświadczanie, na wspólne rozmowy i wspólne milczenie.

 

Ale nie mówmy „nie płacz”.

Zamiast tego lepiej powiedzieć: „płacz, jeśli tak czujesz, jestem w tych łzach z tobą”.

 

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Lekarz dusz. “To ogromny ból, gdy nie ma szansy się pożegnać z umierającym”

"Doświadczam wielu przykładów, że pandemia sprawia, że ludzie stają się lepsi – bardziej życzliwi i dobrzy. Oby to po pandemii zostało" - mówi o. Łukasz Baran w rozmowie z Pawłem Kęską.

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

O. Łukasz Baran, redemptorysta. Kapelan w Wojewódzkim Szpitalu Zakaźnym w Warszawie.

 

Paweł Kęska: Niech Ojciec opowie o jednym  ze wczorajszych spotkań z chorymi na oddziale Covidowym…

O. Łukasz Baran: Po południu przyszedłem do pacjenta, który za pół godziny miał zostać przewieziony na intensywną trapię. Powiedział: Proszę o „ostatni sakrament”. Poprawiłem go, że to jest sakrament uzdrowienia chorych, a nie „ostatni sakrament”. Kiedy skończyłem, pan się rozpłakał i powiedział – Wiedziałem, że ksiądz przyjdzie, bo ja od wielu lat odprawiam nabożeństwo pierwszych sobót i wiedziałem, że Bóg mnie nie opuści, kiedy moje życie jest zagrożone.

 

Jest Ojciec w tym kosmicznym kombinezonie – kontakt z chorymi pewnie jest trudny…

Tak, kontakt jest utrudniony. Mam kombinezon, dwie pary rękawic, specjalną maseczkę z filtrem i przyłbicę. Na początku pacjenci mnie nie poznawali. Kiedyś pacjent z kimś rozmawiał przez telefon, wchodzę, a on mówi do telefonu: Przepraszam, kończę, bo lekarz do mnie przyszedł. Ja się uśmiechnąłem. Mówię: No lekarz, ale lekarz dusz! Teraz umieszczam na kombinezonie swoje duże zdjęcie w habicie z napisem kapelan.

 

Fot. Archiwum prywatne o. Łukasza Barana

Jak wygląda zwykły dzień pracy w szpitalu?

Zaczynam w kaplicy szpitalnej. Odmawiam tam Psalm 91, gdzie jest napisane: „…nie ulękniesz się zarazy, co idzie w mroku, ni moru, co niszczy w południe. Choć tysiąc padnie u twego boku, a dziesięć tysięcy po twojej prawicy: ciebie to nie spotka”. W kaplicy mamy też relikwiarz błogosławionej Hanny Chrzanowskiej, pielęgniarki. Zawsze do niej mówię: Błogosławiona Hanno, pomóż mi, żebym poszedł tam i cały wrócił. Przypomina mi się film „Przełęcz ocalonych”. Tam był żołnierz, który nie chciał strzelać, ale chciał być sanitariuszem. I kiedy ściągał z pola bitwy rannych kolegów, mówi tak: Panie Boże, proszę Cię, żebym uratował jeszcze jednego… I też się tak modlę, żebym dotarł do jeszcze jednego pacjenta, żebym mógł mu pomóc, żeby ten pacjent się otworzył na Boga, żeby chciał przyjąć sakramenty święte. Potem idę na oddział gdzie są chorzy zakażeni koronawirusem. Przed śluzą zakładam kombinezon i zaczynam swoją posługę. Na każdym oddziale jest po kilkanaście sal. Żeby przyjść do wszystkich pacjentów potrzeba do półtorej godziny. Po ostatnim pacjencie rzeczywiście podkoszulek pod kombinezonem jest mokry. Ale moja posługa w porównaniu z pracą pielęgniarek, salowych, opiekunów medycznych i lekarzy jest i tak lekka.

 

Oczy są zwierciadłem duszy. W ich oczach często widać strach. Są przygnębieni ze względu na izolację ale i ze względu na troskę o najbliższych.

Pacjenci na oddziale covidowym nie mogą się spotykać z bliskimi, nawet pielęgniarka czy lekarz nie może ich dotknąć bez rękawic i kombinezonu. Samotność…

Oczy są zwierciadłem duszy. W ich oczach często widać strach. Są przygnębieni ze względu na izolację, ale i ze względu na troskę o najbliższych. Ofiarą epidemii padają też pozostałe osoby w rodzinie. W naszym szpitalu było małżeństwo, które żyło ze sobą już ponad 60 lat. Na jednym z oddziałów ta pani schorowana mówi: Proszę księdza, bo ja tak się martwię o męża. Jak ksiądz go zobaczy, to niech go ksiądz pozdrowi ode mnie. I okazało się, że on zmarł godzinę przed moją wizytą. Ona wyczuwała, że coś jest nie tak. Kiedy byłem u niej kolejny raz, płakała i mówiła: Ja nie zdążyłam go pożegnać. Nie zdążyliśmy wymienić ze sobą nawet ostatnich zdań. Innym razem dzwoni do mnie ktoś z nieznanego numeru. Słyszę płacz rozpaczy. Kobieta mówi: Moja mama jest u was w szpitalu na intensywnej terapii. Niech ksiądz udzieli jej sakramentów. Niech jej ksiądz powie, że ją bardzo kochamy… Bo myśmy jej tego nie zdążyli powiedzieć… I to są takie rozstania. Takie szybkie. Człowiek nie może się pożegnać, nie może powiedzieć jak bardzo kocha. Pandemia. Śmierć w samotności. Samotność.

 

Posługuje Ojciec również na oddziale intensywnej terapii?

Tak. Tam posługa jest najtrudniejsza. Człowiek na intensywnej terapii jest podłączony do urządzeń, wygląda jak maszyna z tymi rurkami, które podtrzymują życie. Często zostaje już tylko udzielić absolucji generalnej na wypadek śmierci. Później moim zadaniem jest skontaktowanie się z rodziną chorego. Zawsze powtarzam rodzinie: Pamiętajcie, póki nadzieja, tam jest życie. Trzymajcie się tej nadziei. Powtarzam także, że my się tu modlimy o cud uzdrowienia… Kiedy słyszę, że 90% płuc jest zajętych przez wirusa, kiedy nerki przestają pracować, serce słabsze i powoli cały organizm pada, to jest miejsce na ten margines Bożego cudu. Stąd relikwie błogosławionej Hanny Chrzanowskiej w kaplicy. Kiedy jest sytuacja skrajna, to modlę się do niej. Była przecież pielęgniarką. Wie co to cierpienie i umieranie. Jako ksiądz chciałbym, żeby każda prośba została wysłuchana – ale także wiem, że „bądź wola Twoja” a nie „bądź wola moja”. To Pan Bóg ostatecznie zdecyduje. Tu trzeba uczyć się pokory.

 

Fot. Archiwum prywatne o. Łukasza Barana

To po ludzku dla Ojca bardzo trudna posługa…

…to jest tak, że człowiek czasem tą pięścią uderzy w stół i mówi: Panie Boże… Dlaczego? Dlaczego? Chłopaki nie płaczą, ale zdarza się, że trzeba się wypłakać w poduszkę. Mówię… Boże daj mi siłę, bo to jest bardzo trudne.

 

Najważniejsze spotkanie w szpitalu, najważniejsza historia?

Wielki Czwartek. Dzień bardzo uroczysty dla nas, kapłanów. Dzwoni pielęgniarka i mówi: Jest młody pacjent na intensywnej terapii, niech ksiądz szybko przychodzi. Dotarłem do szpitala. Okazało się, że tym 27-letnim pacjentem jest ksiądz. Młodszy ode mnie. Udzieliłem mu rozgrzeszenia na wypadek śmierci. Był w mnie ogromny ból… Boże, co Ty robisz? Modlimy się dzisiaj o liczne i święte powołania kapłańskie. Przecież ten ksiądz może jeszcze tyle Mszy świętych odprawić, tyle osób wyspowiadać… Sam widzę ilu ludzi potrzebuje kapłana. Byłem zdenerwowany na Pana Boga. Zbuntowany. Tym bardziej, że personel mówił, żeby się modlić o cud. To znaczy, że sytuacja była bardzo poważna. Cała archidiecezja się za tego kapłana zaczęła modlić, wielu kapłanów, siostry zakonne i wiernych. W poniedziałek wielkanocny chory ksiądz wyszedł z oddziału intensywnej terapii. Został przeniesiony na inny covidowy oddział. Jeszcze tego samego dnia udzieliłem mu Komunii świętej. Przyniosłem mu, jak my to nazywamy, „zestaw małego księdza”. Obserwowaliśmy później przez szybę, jak na swoim łóżku Mszę świętą odprawiał i jego łóżko stało się ołtarzem, a sala chorych kościołem. Na szczęście w miarę szybko powrócił do zdrowia. Zrozumiałem, że Bóg ma swoje plany. Że to, co nam się na początku wydaje bolesne, może wydać dobre i piękne owoce.

 

Fot. Archiwum prywatne o. Łukasza Barana

 

Rozmawiamy głównie o przyszłości. Przeszłości się nie zmieni. Przyszłość należy do nas. Zwłaszcza ci, którzy wyszli z oddziału intensywnej terapii mówią, że dostali drugie życie i nie mogą go zmarnować. Mają plany.

O czym Ojciec rozmawia z pacjentami?

Rozmawiamy głównie o przyszłości. Przeszłości się nie zmieni. Przyszłość należy do nas. Zwłaszcza ci, którzy wyszli z oddziału intensywnej terapii mówią, że dostali drugie życie i nie mogą go zmarnować. Mają plany. Z tego życia trzeba korzystać w dobry sposób, żeby tego życia nie zmarnować.

 

A jeśli człowiek nie poradzi sobie z chorobą, jeśli cud się nie wydarzy?

Kiedy ktoś odchodzi, to dla rodziny jest ogromny ból. Szczególnie tam, gdzie nie było szansy się pożegnać. Czasem jestem jedną z ostatnich osób, która widziała ich mamę czy tatę. Staram się jako kapelan pomóc im przejść te trudne momenty. Chodzę na pogrzeby naszych pacjentów zmarłych na koronawirusa. Pogrzeby są trudne. Są takie przepisy, że trumny nie można wnieść do kościoła. Jedyną pamiątką podczas Mszy świętej może być jakiś wizerunek bliskiego, zdjęcie. Byłem teraz w poniedziałek na pogrzebie pacjentki. Trumna podczas Mszy świętej cały czas była w karawanie zaparkowanym na placu kościelnym. W dodatku ta trumna była owinięta folią.. Zmarły jest chowany w taki czarny worek. Ten worek jest jeszcze dezynfekowany. To jest bolesny widok. Czas pandemii pokazuje, że nasze życie jest bardzo krótkie. Można powiedzieć, że jest krótkim snem. Święty Antoni Padewski mówił, a ja to czasem cytuję na pogrzebach, że „Nic bardziej pewnego od śmierci i nic bardziej niepewnego od jej godziny”. Trzeba być zawsze przygotowanym. Śmierć jest bramą do lepszego życia, gdzie nie ma cierpienia, bólu, starości. To jak będzie wyglądała nasza wieczność zależy od naszego życia.

 

Pandemia kiedyś wreszcie się skończy. To od każdego z nas zależy czy po tym bólu społecznym wyjdziemy lepszymi czy nie.

Po co nam ta pandemia? Po co Bóg nam to dał?

Kiedy spotykamy się z jakąś chorobą, z cierpieniem, to tak jakbyśmy patrzyli z kilku centymetrów na namalowany obraz. On się nam rozmywa. Nie widzimy krajobrazu, postaci… Natomiast kiedy odejdziemy kilka kroków do tyłu, to dostrzegamy całość. Podobnie jest z chorobą. Po kilku miesiącach, latach, widzimy jej sens. Po co to wszystko. Gdyby nie choroba, rozłąka, lęk, to może ktoś by nie umiał normalnie z żoną rozmawiać…  Kiedy mąż wraca z pracy zmęczony, nie mówi: ojej, jeszcze dzieci coś ode mnie chcą, tylko te dzieci weźmie w ramiona, bo w szpitalu tego nie mógł zrobić. Myślę też, żeby nie tracić nadziei. Bo chrześcijanin nie może być człowiekiem przygnębionym, człowiekiem lęku, strachu. Pandemia kiedyś wreszcie się skończy. To od każdego z nas zależy czy po tym bólu społecznym wyjdziemy lepszymi czy nie. Mam nadzieję, że tak. Doświadczam wielu przykładów, że pandemia sprawia, że ludzie stają się lepsi – bardziej życzliwi i dobrzy. Oby to po pandemii zostało.

 

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap