Nasze projekty
Paweł Kęska

Lekarz dusz. „To ogromny ból, gdy nie ma szansy się pożegnać z umierającym”

"Doświadczam wielu przykładów, że pandemia sprawia, że ludzie stają się lepsi – bardziej życzliwi i dobrzy. Oby to po pandemii zostało" - mówi o. Łukasz Baran w rozmowie z Pawłem Kęską.

Reklama

O. Łukasz Baran, redemptorysta. Kapelan w Wojewódzkim Szpitalu Zakaźnym w Warszawie.

Paweł Kęska: Niech Ojciec opowie o jednym  ze wczorajszych spotkań z chorymi na oddziale Covidowym…

O. Łukasz Baran: Po południu przyszedłem do pacjenta, który za pół godziny miał zostać przewieziony na intensywną trapię. Powiedział: Proszę o „ostatni sakrament”. Poprawiłem go, że to jest sakrament uzdrowienia chorych, a nie „ostatni sakrament”. Kiedy skończyłem, pan się rozpłakał i powiedział – Wiedziałem, że ksiądz przyjdzie, bo ja od wielu lat odprawiam nabożeństwo pierwszych sobót i wiedziałem, że Bóg mnie nie opuści, kiedy moje życie jest zagrożone.

Reklama
Reklama

Jest Ojciec w tym kosmicznym kombinezonie – kontakt z chorymi pewnie jest trudny…

Tak, kontakt jest utrudniony. Mam kombinezon, dwie pary rękawic, specjalną maseczkę z filtrem i przyłbicę. Na początku pacjenci mnie nie poznawali. Kiedyś pacjent z kimś rozmawiał przez telefon, wchodzę, a on mówi do telefonu: Przepraszam, kończę, bo lekarz do mnie przyszedł. Ja się uśmiechnąłem. Mówię: No lekarz, ale lekarz dusz! Teraz umieszczam na kombinezonie swoje duże zdjęcie w habicie z napisem kapelan.

Fot. Archiwum prywatne o. Łukasza Barana

Jak wygląda zwykły dzień pracy w szpitalu?

Reklama
Reklama

Zaczynam w kaplicy szpitalnej. Odmawiam tam Psalm 91, gdzie jest napisane: „…nie ulękniesz się zarazy, co idzie w mroku, ni moru, co niszczy w południe. Choć tysiąc padnie u twego boku, a dziesięć tysięcy po twojej prawicy: ciebie to nie spotka”. W kaplicy mamy też relikwiarz błogosławionej Hanny Chrzanowskiej, pielęgniarki. Zawsze do niej mówię: Błogosławiona Hanno, pomóż mi, żebym poszedł tam i cały wrócił. Przypomina mi się film „Przełęcz ocalonych”. Tam był żołnierz, który nie chciał strzelać, ale chciał być sanitariuszem. I kiedy ściągał z pola bitwy rannych kolegów, mówi tak: Panie Boże, proszę Cię, żebym uratował jeszcze jednego… I też się tak modlę, żebym dotarł do jeszcze jednego pacjenta, żebym mógł mu pomóc, żeby ten pacjent się otworzył na Boga, żeby chciał przyjąć sakramenty święte. Potem idę na oddział gdzie są chorzy zakażeni koronawirusem. Przed śluzą zakładam kombinezon i zaczynam swoją posługę. Na każdym oddziale jest po kilkanaście sal. Żeby przyjść do wszystkich pacjentów potrzeba do półtorej godziny. Po ostatnim pacjencie rzeczywiście podkoszulek pod kombinezonem jest mokry. Ale moja posługa w porównaniu z pracą pielęgniarek, salowych, opiekunów medycznych i lekarzy jest i tak lekka.

Oczy są zwierciadłem duszy. W ich oczach często widać strach. Są przygnębieni ze względu na izolację ale i ze względu na troskę o najbliższych.

Pacjenci na oddziale covidowym nie mogą się spotykać z bliskimi, nawet pielęgniarka czy lekarz nie może ich dotknąć bez rękawic i kombinezonu. Samotność…

Oczy są zwierciadłem duszy. W ich oczach często widać strach. Są przygnębieni ze względu na izolację, ale i ze względu na troskę o najbliższych. Ofiarą epidemii padają też pozostałe osoby w rodzinie. W naszym szpitalu było małżeństwo, które żyło ze sobą już ponad 60 lat. Na jednym z oddziałów ta pani schorowana mówi: Proszę księdza, bo ja tak się martwię o męża. Jak ksiądz go zobaczy, to niech go ksiądz pozdrowi ode mnie. I okazało się, że on zmarł godzinę przed moją wizytą. Ona wyczuwała, że coś jest nie tak. Kiedy byłem u niej kolejny raz, płakała i mówiła: Ja nie zdążyłam go pożegnać. Nie zdążyliśmy wymienić ze sobą nawet ostatnich zdań. Innym razem dzwoni do mnie ktoś z nieznanego numeru. Słyszę płacz rozpaczy. Kobieta mówi: Moja mama jest u was w szpitalu na intensywnej terapii. Niech ksiądz udzieli jej sakramentów. Niech jej ksiądz powie, że ją bardzo kochamy… Bo myśmy jej tego nie zdążyli powiedzieć… I to są takie rozstania. Takie szybkie. Człowiek nie może się pożegnać, nie może powiedzieć jak bardzo kocha. Pandemia. Śmierć w samotności. Samotność.

Reklama

Posługuje Ojciec również na oddziale intensywnej terapii?

Tak. Tam posługa jest najtrudniejsza. Człowiek na intensywnej terapii jest podłączony do urządzeń, wygląda jak maszyna z tymi rurkami, które podtrzymują życie. Często zostaje już tylko udzielić absolucji generalnej na wypadek śmierci. Później moim zadaniem jest skontaktowanie się z rodziną chorego. Zawsze powtarzam rodzinie: Pamiętajcie, póki nadzieja, tam jest życie. Trzymajcie się tej nadziei. Powtarzam także, że my się tu modlimy o cud uzdrowienia… Kiedy słyszę, że 90% płuc jest zajętych przez wirusa, kiedy nerki przestają pracować, serce słabsze i powoli cały organizm pada, to jest miejsce na ten margines Bożego cudu. Stąd relikwie błogosławionej Hanny Chrzanowskiej w kaplicy. Kiedy jest sytuacja skrajna, to modlę się do niej. Była przecież pielęgniarką. Wie co to cierpienie i umieranie. Jako ksiądz chciałbym, żeby każda prośba została wysłuchana – ale także wiem, że „bądź wola Twoja” a nie „bądź wola moja”. To Pan Bóg ostatecznie zdecyduje. Tu trzeba uczyć się pokory.

Fot. Archiwum prywatne o. Łukasza Barana

To po ludzku dla Ojca bardzo trudna posługa…

…to jest tak, że człowiek czasem tą pięścią uderzy w stół i mówi: Panie Boże… Dlaczego? Dlaczego? Chłopaki nie płaczą, ale zdarza się, że trzeba się wypłakać w poduszkę. Mówię… Boże daj mi siłę, bo to jest bardzo trudne.

Najważniejsze spotkanie w szpitalu, najważniejsza historia?

Wielki Czwartek. Dzień bardzo uroczysty dla nas, kapłanów. Dzwoni pielęgniarka i mówi: Jest młody pacjent na intensywnej terapii, niech ksiądz szybko przychodzi. Dotarłem do szpitala. Okazało się, że tym 27-letnim pacjentem jest ksiądz. Młodszy ode mnie. Udzieliłem mu rozgrzeszenia na wypadek śmierci. Był w mnie ogromny ból… Boże, co Ty robisz? Modlimy się dzisiaj o liczne i święte powołania kapłańskie. Przecież ten ksiądz może jeszcze tyle Mszy świętych odprawić, tyle osób wyspowiadać… Sam widzę ilu ludzi potrzebuje kapłana. Byłem zdenerwowany na Pana Boga. Zbuntowany. Tym bardziej, że personel mówił, żeby się modlić o cud. To znaczy, że sytuacja była bardzo poważna. Cała archidiecezja się za tego kapłana zaczęła modlić, wielu kapłanów, siostry zakonne i wiernych. W poniedziałek wielkanocny chory ksiądz wyszedł z oddziału intensywnej terapii. Został przeniesiony na inny covidowy oddział. Jeszcze tego samego dnia udzieliłem mu Komunii świętej. Przyniosłem mu, jak my to nazywamy, „zestaw małego księdza”. Obserwowaliśmy później przez szybę, jak na swoim łóżku Mszę świętą odprawiał i jego łóżko stało się ołtarzem, a sala chorych kościołem. Na szczęście w miarę szybko powrócił do zdrowia. Zrozumiałem, że Bóg ma swoje plany. Że to, co nam się na początku wydaje bolesne, może wydać dobre i piękne owoce.

Fot. Archiwum prywatne o. Łukasza Barana
Rozmawiamy głównie o przyszłości. Przeszłości się nie zmieni. Przyszłość należy do nas. Zwłaszcza ci, którzy wyszli z oddziału intensywnej terapii mówią, że dostali drugie życie i nie mogą go zmarnować. Mają plany.

O czym Ojciec rozmawia z pacjentami?

Rozmawiamy głównie o przyszłości. Przeszłości się nie zmieni. Przyszłość należy do nas. Zwłaszcza ci, którzy wyszli z oddziału intensywnej terapii mówią, że dostali drugie życie i nie mogą go zmarnować. Mają plany. Z tego życia trzeba korzystać w dobry sposób, żeby tego życia nie zmarnować.

A jeśli człowiek nie poradzi sobie z chorobą, jeśli cud się nie wydarzy?

Kiedy ktoś odchodzi, to dla rodziny jest ogromny ból. Szczególnie tam, gdzie nie było szansy się pożegnać. Czasem jestem jedną z ostatnich osób, która widziała ich mamę czy tatę. Staram się jako kapelan pomóc im przejść te trudne momenty. Chodzę na pogrzeby naszych pacjentów zmarłych na koronawirusa. Pogrzeby są trudne. Są takie przepisy, że trumny nie można wnieść do kościoła. Jedyną pamiątką podczas Mszy świętej może być jakiś wizerunek bliskiego, zdjęcie. Byłem teraz w poniedziałek na pogrzebie pacjentki. Trumna podczas Mszy świętej cały czas była w karawanie zaparkowanym na placu kościelnym. W dodatku ta trumna była owinięta folią.. Zmarły jest chowany w taki czarny worek. Ten worek jest jeszcze dezynfekowany. To jest bolesny widok. Czas pandemii pokazuje, że nasze życie jest bardzo krótkie. Można powiedzieć, że jest krótkim snem. Święty Antoni Padewski mówił, a ja to czasem cytuję na pogrzebach, że „Nic bardziej pewnego od śmierci i nic bardziej niepewnego od jej godziny”. Trzeba być zawsze przygotowanym. Śmierć jest bramą do lepszego życia, gdzie nie ma cierpienia, bólu, starości. To jak będzie wyglądała nasza wieczność zależy od naszego życia.

Pandemia kiedyś wreszcie się skończy. To od każdego z nas zależy czy po tym bólu społecznym wyjdziemy lepszymi czy nie.

Po co nam ta pandemia? Po co Bóg nam to dał?

Kiedy spotykamy się z jakąś chorobą, z cierpieniem, to tak jakbyśmy patrzyli z kilku centymetrów na namalowany obraz. On się nam rozmywa. Nie widzimy krajobrazu, postaci… Natomiast kiedy odejdziemy kilka kroków do tyłu, to dostrzegamy całość. Podobnie jest z chorobą. Po kilku miesiącach, latach, widzimy jej sens. Po co to wszystko. Gdyby nie choroba, rozłąka, lęk, to może ktoś by nie umiał normalnie z żoną rozmawiać…  Kiedy mąż wraca z pracy zmęczony, nie mówi: ojej, jeszcze dzieci coś ode mnie chcą, tylko te dzieci weźmie w ramiona, bo w szpitalu tego nie mógł zrobić. Myślę też, żeby nie tracić nadziei. Bo chrześcijanin nie może być człowiekiem przygnębionym, człowiekiem lęku, strachu. Pandemia kiedyś wreszcie się skończy. To od każdego z nas zależy czy po tym bólu społecznym wyjdziemy lepszymi czy nie. Mam nadzieję, że tak. Doświadczam wielu przykładów, że pandemia sprawia, że ludzie stają się lepsi – bardziej życzliwi i dobrzy. Oby to po pandemii zostało.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite