ROZMOWY

Lekarz dusz. “To ogromny ból, gdy nie ma szansy się pożegnać z umierającym”

"Doświadczam wielu przykładów, że pandemia sprawia, że ludzie stają się lepsi – bardziej życzliwi i dobrzy. Oby to po pandemii zostało" - mówi o. Łukasz Baran w rozmowie z Pawłem Kęską.

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

O. Łukasz Baran, redemptorysta. Kapelan w Wojewódzkim Szpitalu Zakaźnym w Warszawie.

 

Paweł Kęska: Niech Ojciec opowie o jednym  ze wczorajszych spotkań z chorymi na oddziale Covidowym…

O. Łukasz Baran: Po południu przyszedłem do pacjenta, który za pół godziny miał zostać przewieziony na intensywną trapię. Powiedział: Proszę o „ostatni sakrament”. Poprawiłem go, że to jest sakrament uzdrowienia chorych, a nie „ostatni sakrament”. Kiedy skończyłem, pan się rozpłakał i powiedział – Wiedziałem, że ksiądz przyjdzie, bo ja od wielu lat odprawiam nabożeństwo pierwszych sobót i wiedziałem, że Bóg mnie nie opuści, kiedy moje życie jest zagrożone.

 

Jest Ojciec w tym kosmicznym kombinezonie – kontakt z chorymi pewnie jest trudny…

Tak, kontakt jest utrudniony. Mam kombinezon, dwie pary rękawic, specjalną maseczkę z filtrem i przyłbicę. Na początku pacjenci mnie nie poznawali. Kiedyś pacjent z kimś rozmawiał przez telefon, wchodzę, a on mówi do telefonu: Przepraszam, kończę, bo lekarz do mnie przyszedł. Ja się uśmiechnąłem. Mówię: No lekarz, ale lekarz dusz! Teraz umieszczam na kombinezonie swoje duże zdjęcie w habicie z napisem kapelan.

 

Fot. Archiwum prywatne o. Łukasza Barana

Jak wygląda zwykły dzień pracy w szpitalu?

Zaczynam w kaplicy szpitalnej. Odmawiam tam Psalm 91, gdzie jest napisane: „…nie ulękniesz się zarazy, co idzie w mroku, ni moru, co niszczy w południe. Choć tysiąc padnie u twego boku, a dziesięć tysięcy po twojej prawicy: ciebie to nie spotka”. W kaplicy mamy też relikwiarz błogosławionej Hanny Chrzanowskiej, pielęgniarki. Zawsze do niej mówię: Błogosławiona Hanno, pomóż mi, żebym poszedł tam i cały wrócił. Przypomina mi się film „Przełęcz ocalonych”. Tam był żołnierz, który nie chciał strzelać, ale chciał być sanitariuszem. I kiedy ściągał z pola bitwy rannych kolegów, mówi tak: Panie Boże, proszę Cię, żebym uratował jeszcze jednego… I też się tak modlę, żebym dotarł do jeszcze jednego pacjenta, żebym mógł mu pomóc, żeby ten pacjent się otworzył na Boga, żeby chciał przyjąć sakramenty święte. Potem idę na oddział gdzie są chorzy zakażeni koronawirusem. Przed śluzą zakładam kombinezon i zaczynam swoją posługę. Na każdym oddziale jest po kilkanaście sal. Żeby przyjść do wszystkich pacjentów potrzeba do półtorej godziny. Po ostatnim pacjencie rzeczywiście podkoszulek pod kombinezonem jest mokry. Ale moja posługa w porównaniu z pracą pielęgniarek, salowych, opiekunów medycznych i lekarzy jest i tak lekka.

 

Oczy są zwierciadłem duszy. W ich oczach często widać strach. Są przygnębieni ze względu na izolację ale i ze względu na troskę o najbliższych.

Pacjenci na oddziale covidowym nie mogą się spotykać z bliskimi, nawet pielęgniarka czy lekarz nie może ich dotknąć bez rękawic i kombinezonu. Samotność…

Oczy są zwierciadłem duszy. W ich oczach często widać strach. Są przygnębieni ze względu na izolację, ale i ze względu na troskę o najbliższych. Ofiarą epidemii padają też pozostałe osoby w rodzinie. W naszym szpitalu było małżeństwo, które żyło ze sobą już ponad 60 lat. Na jednym z oddziałów ta pani schorowana mówi: Proszę księdza, bo ja tak się martwię o męża. Jak ksiądz go zobaczy, to niech go ksiądz pozdrowi ode mnie. I okazało się, że on zmarł godzinę przed moją wizytą. Ona wyczuwała, że coś jest nie tak. Kiedy byłem u niej kolejny raz, płakała i mówiła: Ja nie zdążyłam go pożegnać. Nie zdążyliśmy wymienić ze sobą nawet ostatnich zdań. Innym razem dzwoni do mnie ktoś z nieznanego numeru. Słyszę płacz rozpaczy. Kobieta mówi: Moja mama jest u was w szpitalu na intensywnej terapii. Niech ksiądz udzieli jej sakramentów. Niech jej ksiądz powie, że ją bardzo kochamy… Bo myśmy jej tego nie zdążyli powiedzieć… I to są takie rozstania. Takie szybkie. Człowiek nie może się pożegnać, nie może powiedzieć jak bardzo kocha. Pandemia. Śmierć w samotności. Samotność.

 

Posługuje Ojciec również na oddziale intensywnej terapii?

Tak. Tam posługa jest najtrudniejsza. Człowiek na intensywnej terapii jest podłączony do urządzeń, wygląda jak maszyna z tymi rurkami, które podtrzymują życie. Często zostaje już tylko udzielić absolucji generalnej na wypadek śmierci. Później moim zadaniem jest skontaktowanie się z rodziną chorego. Zawsze powtarzam rodzinie: Pamiętajcie, póki nadzieja, tam jest życie. Trzymajcie się tej nadziei. Powtarzam także, że my się tu modlimy o cud uzdrowienia… Kiedy słyszę, że 90% płuc jest zajętych przez wirusa, kiedy nerki przestają pracować, serce słabsze i powoli cały organizm pada, to jest miejsce na ten margines Bożego cudu. Stąd relikwie błogosławionej Hanny Chrzanowskiej w kaplicy. Kiedy jest sytuacja skrajna, to modlę się do niej. Była przecież pielęgniarką. Wie co to cierpienie i umieranie. Jako ksiądz chciałbym, żeby każda prośba została wysłuchana – ale także wiem, że „bądź wola Twoja” a nie „bądź wola moja”. To Pan Bóg ostatecznie zdecyduje. Tu trzeba uczyć się pokory.

 

Fot. Archiwum prywatne o. Łukasza Barana

To po ludzku dla Ojca bardzo trudna posługa…

…to jest tak, że człowiek czasem tą pięścią uderzy w stół i mówi: Panie Boże… Dlaczego? Dlaczego? Chłopaki nie płaczą, ale zdarza się, że trzeba się wypłakać w poduszkę. Mówię… Boże daj mi siłę, bo to jest bardzo trudne.

 

Najważniejsze spotkanie w szpitalu, najważniejsza historia?

Wielki Czwartek. Dzień bardzo uroczysty dla nas, kapłanów. Dzwoni pielęgniarka i mówi: Jest młody pacjent na intensywnej terapii, niech ksiądz szybko przychodzi. Dotarłem do szpitala. Okazało się, że tym 27-letnim pacjentem jest ksiądz. Młodszy ode mnie. Udzieliłem mu rozgrzeszenia na wypadek śmierci. Był w mnie ogromny ból… Boże, co Ty robisz? Modlimy się dzisiaj o liczne i święte powołania kapłańskie. Przecież ten ksiądz może jeszcze tyle Mszy świętych odprawić, tyle osób wyspowiadać… Sam widzę ilu ludzi potrzebuje kapłana. Byłem zdenerwowany na Pana Boga. Zbuntowany. Tym bardziej, że personel mówił, żeby się modlić o cud. To znaczy, że sytuacja była bardzo poważna. Cała archidiecezja się za tego kapłana zaczęła modlić, wielu kapłanów, siostry zakonne i wiernych. W poniedziałek wielkanocny chory ksiądz wyszedł z oddziału intensywnej terapii. Został przeniesiony na inny covidowy oddział. Jeszcze tego samego dnia udzieliłem mu Komunii świętej. Przyniosłem mu, jak my to nazywamy, „zestaw małego księdza”. Obserwowaliśmy później przez szybę, jak na swoim łóżku Mszę świętą odprawiał i jego łóżko stało się ołtarzem, a sala chorych kościołem. Na szczęście w miarę szybko powrócił do zdrowia. Zrozumiałem, że Bóg ma swoje plany. Że to, co nam się na początku wydaje bolesne, może wydać dobre i piękne owoce.

 

Fot. Archiwum prywatne o. Łukasza Barana

 

Rozmawiamy głównie o przyszłości. Przeszłości się nie zmieni. Przyszłość należy do nas. Zwłaszcza ci, którzy wyszli z oddziału intensywnej terapii mówią, że dostali drugie życie i nie mogą go zmarnować. Mają plany.

O czym Ojciec rozmawia z pacjentami?

Rozmawiamy głównie o przyszłości. Przeszłości się nie zmieni. Przyszłość należy do nas. Zwłaszcza ci, którzy wyszli z oddziału intensywnej terapii mówią, że dostali drugie życie i nie mogą go zmarnować. Mają plany. Z tego życia trzeba korzystać w dobry sposób, żeby tego życia nie zmarnować.

 

A jeśli człowiek nie poradzi sobie z chorobą, jeśli cud się nie wydarzy?

Kiedy ktoś odchodzi, to dla rodziny jest ogromny ból. Szczególnie tam, gdzie nie było szansy się pożegnać. Czasem jestem jedną z ostatnich osób, która widziała ich mamę czy tatę. Staram się jako kapelan pomóc im przejść te trudne momenty. Chodzę na pogrzeby naszych pacjentów zmarłych na koronawirusa. Pogrzeby są trudne. Są takie przepisy, że trumny nie można wnieść do kościoła. Jedyną pamiątką podczas Mszy świętej może być jakiś wizerunek bliskiego, zdjęcie. Byłem teraz w poniedziałek na pogrzebie pacjentki. Trumna podczas Mszy świętej cały czas była w karawanie zaparkowanym na placu kościelnym. W dodatku ta trumna była owinięta folią.. Zmarły jest chowany w taki czarny worek. Ten worek jest jeszcze dezynfekowany. To jest bolesny widok. Czas pandemii pokazuje, że nasze życie jest bardzo krótkie. Można powiedzieć, że jest krótkim snem. Święty Antoni Padewski mówił, a ja to czasem cytuję na pogrzebach, że „Nic bardziej pewnego od śmierci i nic bardziej niepewnego od jej godziny”. Trzeba być zawsze przygotowanym. Śmierć jest bramą do lepszego życia, gdzie nie ma cierpienia, bólu, starości. To jak będzie wyglądała nasza wieczność zależy od naszego życia.

 

Pandemia kiedyś wreszcie się skończy. To od każdego z nas zależy czy po tym bólu społecznym wyjdziemy lepszymi czy nie.

Po co nam ta pandemia? Po co Bóg nam to dał?

Kiedy spotykamy się z jakąś chorobą, z cierpieniem, to tak jakbyśmy patrzyli z kilku centymetrów na namalowany obraz. On się nam rozmywa. Nie widzimy krajobrazu, postaci… Natomiast kiedy odejdziemy kilka kroków do tyłu, to dostrzegamy całość. Podobnie jest z chorobą. Po kilku miesiącach, latach, widzimy jej sens. Po co to wszystko. Gdyby nie choroba, rozłąka, lęk, to może ktoś by nie umiał normalnie z żoną rozmawiać…  Kiedy mąż wraca z pracy zmęczony, nie mówi: ojej, jeszcze dzieci coś ode mnie chcą, tylko te dzieci weźmie w ramiona, bo w szpitalu tego nie mógł zrobić. Myślę też, żeby nie tracić nadziei. Bo chrześcijanin nie może być człowiekiem przygnębionym, człowiekiem lęku, strachu. Pandemia kiedyś wreszcie się skończy. To od każdego z nas zależy czy po tym bólu społecznym wyjdziemy lepszymi czy nie. Mam nadzieję, że tak. Doświadczam wielu przykładów, że pandemia sprawia, że ludzie stają się lepsi – bardziej życzliwi i dobrzy. Oby to po pandemii zostało.

 

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Rycerze Kolumba: przemieniamy przyjaciół w Braci [ROZMOWA]

- Ks. McGivney zdecydowanie jest patronem na ten czas. Sam umarł młodo, w wieku 38 lat, zarażony podczas posługi pełnionej w czasie szalejącej w USA epidemii. Nasz założyciel dał nam przykład, jak ważne jest, żeby rozglądać się i zadawać sobie pytanie czy wokół nas nie ma potrzebujących - mówi Krzysztof Zuba, Delegat Stanowy, przywódca Rycerzy Kolumba w Polsce.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Tomasz Adamski: Dziś ks. Michael McGivney zostanie ogłoszony błogosławionym Kościoła katolickiego. Co takiego sprawia, że mówimy o nim jako o księdzu, który wyprzedził swoją epokę?

Krzysztof Zuba, Delegat Stanowy, przywódca Rycerzy Kolumba w Polsce: Ksiądz Michael McGivney żył pod koniec XIX wieku w Stanach Zjednoczonych, gdzie sytuacja katolików była trudna. Kapłan wiedział, że nie może przyglądać się z boku, widząc że mężczyźni odchodzą z Kościoła. Zebrał grupę mężczyzn, którzy poprzez wspieranie siebie wzajemnie i formację w wierze umacniali swoje rodziny i zbliżali się do Kościoła. W ten sposób parafia stawała się centrum ich życia. W tych czasach nie było to oczywiste rozwiązanie. Ksiądz McGivney zdecydował się włączać świeckich mężczyzn w życie parafialne, czym wyprzedził rozwiązania zaproponowane wiele lat później przez Sobór Watykański II.

Ale przede wszystkim był to kapłan, który chciał walczyć o zbawienie swoich parafian. Ciągle szukał jak najskuteczniejszych rozwiązań, starał się pomagać każdemu człowiekowi, otaczał swoją troską najsłabszych. Tłumaczył i pokazywał, że należy patrzeć na drugiego człowieka jako na brata. To dlatego założył bratnią wspólnotę Rycerzy Kolumba.

 

 

Rycerze Kolumba zostali założeni dawno temu i w bardzo konkretnych okolicznościach. Jak to się stało że Wasza wspólnota przetrwała i ciągle się rozwija?

15 lat temu w Polsce, podobnie jak niemal 140 lat temu w New Haven zebrała się pierwsza grupa mężczyzn, która zdecydowała się wejść na drogę, jaką są Rycerze Kolumba. Obecnie jesteśmy wspólnotą liczącą blisko siedem tysięcy Braci w Polsce, a ponad 2 miliony na świecie. To oczywiście nie stało się przez przypadek. Uważam, że jest to dowód na to, że Bóg błogosławi naszej organizacji oraz że ks. McGivney miał genialny pomysł na to, jak umocnić mężczyznę, który szuka dla siebie miejsca w Kościele.

Możemy zadać sobie pytanie: Jak wielu mężczyzn trwa w Kościele przede wszystkim z poczucia obowiązku? Jak wielu z nich nie znajduje wśród przyjaciół, znajomych, członków rodzin umocnienia w wierze? Jak wielu z nich nie czuje żadnego związku z parafią, do której należy?

Najwyższy Rycerz Carl Anderson powtarza często, że siłą wspólnoty, którą założył ks. McGivney, jest to, że „przemieniamy przyjaciół w Braci”. To, co jest ważne w działaniu Rycerzy Kolumba to, że podejmując się dzieł miłosierdzia i pomocy Kościołowi, czynimy to razem. I to wspólne spędzanie czasu w działaniu, to czynienie dobra, powoduje, że początkowo luźne więzi stają się coraz mocniejsze. A kiedy po raz kolejny staniemy razem w modlitwie, po raz kolejny sprawdzimy się w konkretnym działaniu, to wiemy, że na tego drugiego człowieka po prostu możemy liczyć. Wówczas przestajemy być znajomymi, a stajemy się Braćmi w jednej wspólnocie. Wspólnocie, która działa w parafii na chwałę Boga i dla dobra drugiego człowieka.

 

Przyszły błogosławiony może być wzorem kapłaństwa na trudne czasy? Jego beatyfikacja przypada na ciężki czas pandemii. Ale także w tym czasie Rycerze nie pozostają bezczynni.

Ksiądz McGivney prezentuje nowoczesne kapłaństwo i zaskakująco aktualną metodę podejścia do współpracy duchownych i świeckich. To pokazuje śmiałość wizji, pewne proroctwo ks. McGivneya. Dlatego też jego beatyfikacja to wyjątkowa chwila nie tylko dla naszej organizacji, ale dla całego Kościoła powszechnego. Ta uroczystość pozwala nam przybliżyć ludziom postać księdza, który jest zatroskany o los swoich parafian i podejmuje działanie.

Zdecydowanie jest to też patron na ten czas. Sam umarł młodo, w wieku 38 lat, zarażony podczas posługi pełnionej w czasie szalejącej w USA epidemii. Nasz założyciel dał nam przykład, jak ważne jest, żeby rozglądać się i zadawać sobie pytanie czy wokół nas nie ma potrzebujących. W czasie pandemii realizujemy tę misję poprzez inicjatywę „Nie opuszczaj bliźniego w potrzebie”, która koncentruje się na niesieniu pomocy osobom najbardziej zagrożonym, dla których nawet tak prozaiczna czynność, jak pójście do sklepu może stanowić śmiertelne zagrożenie.

 

 

Jak Rycerze przygotowywali się do beatyfikacji?

Przede wszystkim modlitwą. Rycerze Kolumba każde działanie rozpoczynają w ten sposób i, jak widzimy, to właśnie ufna modlitwa przez wstawiennictwo naszego Założyciela otworzyła drogę do beatyfikacji. W ostatnim tygodniu ofiarowaliśmy Bogu całą naszą wspólnotę poprzez Nowennę, do której zapraszaliśmy wszystkich wiernych przez nasze media społecznościowe. W dniu beatyfikacji o godzinie 14:00 polskiego czasu przy grobie księdza McGivneya w New Haven odbędzie się również nabożeństwo, w czasie którego będziemy modlić się o łaski dla naszych księży i kapelanów.

 

Cud za wstawiennictwem ks. Michaela McGivneya został okrzyknięty „cudem pro-life”. Ten cud ma wielką wymowę – szczególnie dzisiaj.

Cała historia wydarzyła się kilka lat temu. Michelle i jej mąż Daniel, który jest Rycerzem, oczekiwali na narodziny swojego trzynastego dziecka. W krótkim czasie usłyszeli dwie diagnozy – według pierwszej dziecko miało urodzić się z Zespołem Downa, a według drugiej miało nie urodzić się w ogóle. Lekarze wykryli „śmiertelny obrzęk płodu” i powiedzieli, że nie ma żadnej nadziei. Dali rodzicom do wyboru dwie opcje: aborcja już teraz albo cierpliwe czekanie na śmierć dziecka w łonie matki. W ich wypadku aborcja nie wchodziła w grę, ale modlitwa o uzdrowienie jak najbardziej! Zaczęli modlić się za wstawiennictwem ks. McGivneya, prosili o tę modlitwę również ludzi wokół siebie: rodzinę, przyjaciół, kapłanów. Pojechali do Fatimy na pielgrzymkę, którą również ofiarowali w intencji uzdrowienia swojego syna. Gdy wrócili, okazało się, że śmiertelna choroba ustąpiła. Dziś Michael – nazwany tak na cześć założyciela Rycerzy Kolumba – jest pogodnym pięciolatkiem. Jego historię opowiada film dokumentalny, który przygotowaliśmy z okazji beatyfikacji.

 

CZYTAJ TEŻ: Cud za wstawiennictwem ks. McGivney’a. Uzdrowiony chłopczyk z zespołem Downa 

 

Czego życzyć Rycerzom Kolumba z okazji dzisiejszego święta?

Bożego błogosławieństwa na dalszy rozwój naszej wspólnoty w Polsce i na świecie. No i oczywiście kolejnego cudu, który doprowadzi do kanonizacji ks. McGivneya.

 

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap