ROZMOWY

“Je-zu Dźi-du” czyli jak wierzą chińscy katolicy

Nie pytaj, czego mogą się od ciebie nauczyć katolicy w Chinach, ale czego ty możesz nauczyć się od nich! O tym, jak wierzą Chińczycy, czym mogą nas zainspirować i czego nauczyć rozmawiamy z ks. prof. Dariuszem Klejnowskim-Różyckim, profesorem Uniwersytetu Opolskiego

Dariusz Klejnowski-Różycki
Dariusz
Klejnowski-Różycki
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

"Je-zu Dźi-du" czyli jak wierzą chińscy katolicy
Nie pytaj, czego mogą się od ciebie nauczyć katolicy w Chinach, ale czego ty możesz nauczyć się od nich! O tym, jak wierzą Chińczycy, czym mogą nas zainspirować i czego nauczyć rozmawiamy z ks. prof. Dariuszem Klejnowskim-Różyckim, profesorem Uniwersytetu Opolskiego

Obchodzimy dziś Światowy Dzień Modlitw za Kościół w Chinach, w niedzielę papież wspomniał Matkę Bożą Królową Chin. Wyjaśnijmy może, kim jest Matka Boża dla chińskich katolików? Jak oni Ją rozumieją? 

Matka Boża nosi w Chinach tytuł Królowej, chociaż dokładniej w języku chińskim określa się Ją słowem “Cesarzowa”. Oczywiście nie w znaczeniu narodowym, jak u nas, choćby dlatego, że zaledwie 2 proc. Chińczyków to katolicy. Pamiętajmy jednak, że owe 2 proc. oznacza mniej więcej tyle osób, ile w ogóle mieszka w Polsce, kilkadziesiąt milionów. Kult Matki Bożej, mimo że nazywanej “Cesarzową” zupełnie nie jest związany z patriotyzmem. 

 

A z czym?

Bardziej z takim archetypem matki. Słowo Szen Mu jak określa się Maryję, oznacza w zasadzie “świętą matkę”. W Chinach macierzyństwo, w ogóle matka, to jest ktoś bardzo ważny, kochany, opłakiwany w razie śmierci. Wiadomo, że wszędzie na świecie macierzyństwo cieszy się szacunkiem, ale w Chinach jest to jednak silniejsze niż w Europie. 

 

Czy to ma tak jak w Polsce związek z ludowym pojmowaniem Maryi jako łagodnej Mamy, która chroni nas przed gniewem “surowego” Boga Ojca?

Odpowiem tak: jej kult niezwykle rozkwitł właściwie od razu w momencie ponownego dotarcia chrześcijaństwa do Chin, wraz z jezuitami, co miało miejsce w XVI – XVII wieku.  Wówczas Chińczycy jakby “rzucili się” na Matkę Bożą, w tym znaczeniu, że od razu otoczyli Ją wielką czcią, pobożność do Niej stała się bardzo popularna a Ją samą uważano wręcz za boginkę. Do tego stopnia, że Matteo Ricci – jezuita, któremu zawdzięczamy powtórną chrystianizację w Chinach – zaczął aż usuwać posągi maryjne czy obrazy, ponieważ obawiał się przeakcentowania kultu, przeniesienia boskości z Chrystusa na Jego Matkę. Rzeczywiście wyglądało to wtedy tak, że ludzie intuicyjnie woleli zwracać się do Niej, jako do osoby, która “może” więcej. 

 

Z czego to wynikało?

Na pewno częściowo z tego, o czym mówiłem wcześniej, czyli z kultu macierzyństwa w ogóle, ale też z estetyki. 

 

Estetyki?

Tak, zwróćmy uwagę, że Maryja zawsze w sztuce przedstawiana była jako piękna kobieta, a to jest niezwykle ważne dla Chińczyków. Naturalne więc, że – i do dziś to widzę – Chińczycy wolą na przykład obrazek z Matką Boską niż obrazek z Jezusem. To jest oczywiście takie zewnętrzne w formie, ale mocno widoczne w pobożności ludowej. Natomiast sama teologia chińska zupełnie nie idzie w kierunku Maryi, choćby z tego powodu, że tamtejsi teologowie opierają się na teologii niemieckiej, będącej pod wpływem protestantyzmu. W latach 50, 60, 70 ubiegłego stulecia, gdy w Chinach były już duże prześladowania, bardzo wielu tamtejszych teologów studiowało na niemieckich uczelniach, niemiecką teologię i jakoś to bardzo mocno wpłynęło na kształt teologii chińskiej. A w teologii pamiętajmy, Maryja jest zawsze Służebnicą Pańską, nigdy nie stoi w centrum. 

 

A jak z modlitwami do Maryi? Mają swoje czy raczej korzystają z naszych europejskich modlitw przetłumaczonych na chiński?

Korzystają głównie z naszych, a najpopularniejszy jest różaniec. Bardzo lubią modlić się na różańcu. Popularny jest też Pan Jezus Miłosierny, który przywędrował z Polski, od s. Faustyny. Ale też czymś bardzo ważnym w pobożności Chińczyków jest ruch pielgrzymkowy. I to niezależnie od wyznawanej religii, oni po prostu lubią pielgrzymować i bardzo cenią sanktuaria. Rozumieją je jako miejsce szczególnego błogosławieństwa. Dlatego tak popularne są wśród katolików sanktuaria Maryjne, do których Chińczycy podróżują kiedy tylko mogą, jak tylko nie są zamykani czy prześladowani.

 

Które jest najpopularniejsze?

To sanktuarium poświęcone Najświętszej Maryi Pannie Królowej Chin na górze Sheshan. Bardzo charakterystyczna dla niego jest rzeźba – figura Matki Boskiej, pochodząca jeszcze z czasów, kiedy chrześcijaństwo było bardziej prześladowane niż jest dzisiaj. Nie można było wówczas na kościoły zakładać krzyży, więc Chińczycy stworzyli taką rzeźbę Matki Bożej, w którą wpleciony jest krzyż. 

 

W jaki sposób?

Maryja, w tej rzeźbie młoda dziewczyna, trzyma sobie nad głową Dzieciątko Jezus, które ma rozłożone ramiona. I te ramiona Dzieciątka z daleka przypominają krzyż. 

 

 

Jest Chinką w tej rzeźbie?

Tak, jest Azjatką, ze skośnymi oczami i w tradycyjnym stroju chińskim. Ale nie powinno nas to dziwić, ponieważ wszędzie na świecie malujemy, rysujemy, przedstawiamy takie obrazy, które harmonizują z naszą kulturą.

 

W Polsce Maryja często jest góralką albo wiejską dziewczyną…

…a tam ma skośne oczy. Do tego bardzo często w przedstawieniach jest ubrana w tradycyjne stroje czasów dynastii Tang, która doprowadziła Chiny do rozkwitu. Na jej szatach są więc smoki, feniksy, czy inne elementy podkreślające Jej godność cesarską. Trzeba jednak zaznaczyć, że coraz częściej chińscy chrześcijanie idą w kierunku kopiowania malarstwa, rzeźby czy architektury świata zachodniego. Niektórzy nawet z tego powodu zarzucają im, że przejście na chrześcijaństwo jest dla Chińczyka zdradą własnej kultury. 

 

Jacy są tamtejsi katolicy?

Przede wszystkim jest to lud niesamowicie pobożny, spragniony wiary, ufający Panu Jezusowi. Widzę to w ich twarzach, ilekroć tam jestem, a i z Kościołem państwowym miałem kontakt, i z podziemnym. Gdyby Pani popatrzyła na ich twarze, na ich oddanie się Jezusowi! Ale to też taki lud uciśniony, sponiewierany. Nie mówię tylko o wielkich miastach, ale też o wsiach. Nieraz prowadziłem gdzieś rekolekcje i na przykład musiałem się ukrywać, przesadzano mnie z jednego samochodu do drugiego, żeby wywieźć w jakieś ukryte miejsce. I w tych wioskach widziałem takich prostych, kochających Pana Boga ludzi. To na mnie – Polaku – robi niesamowite wrażenie, ponieważ w naszym kraju mamy katolicyzm, chrześcijaństwo na wyciągnięcie ręki. Przez co często jesteśmy tacy roszczeniowi, uważamy dostęp do kościoła za coś oczywistego. A dla Chińczyków kościół to miejsce prześladowań, coś, o co trzeba zabiegać, co trzeba zdobywać. 

 

 

Jak chrześcijaństwo w ogóle dotarło do Chin? Mówiąc o jezuitach powiedział ksiądz, że to była powtórna chrystianizacja…

Chrześcijaństwo zanieśli do Chin w VII wieku misjonarze Kościoła Wschodu, głównie z terenów Persji czyli dzisiejszego Iranu, wyznający odmianę nestoriańską (nurt, który odłączył się od głównego Kościoła na soborze Efeskim – przyp. red.). To był wówczas bardzo dynamiczny Kościół, prawdziwa potęga światowa. Bardzo duża grupa ich misjonarzy dotarła do Azji, zarówno do Indii, jak i do Chin. I udało im się przekonać cesarza Chińskiego oraz jego następców, że chrześcijaństwo jest religią, która nie zagraża państwu, a nawet może państwo wspomóc. Z władzą więc problemu nie mieli, mieli zaś problem z obecnymi tam buddystami, którzy od razu zorientowali się, że chrześcijaństwo może wyprzeć buddyzm z Chin. Próbowali więc zrażać Chińczyków do tej wiary, wykorzystując na przykład fakt, że proszono ich o pomoc w tłumaczeniu chrześcijańskich słów na język chiński. A ponieważ jedno słowo można tam rozrysować różnymi znakami, wykorzystywali takie, żeby się źle kojarzyły. W zapis słów “Jezus” czy “Mesjasz” wpletli na przykład wizerunek zwłok albo szczury. Teraz widzimy to wyraźnie w tekstach, które zostawili po sobie pierwsi chińscy chrześcijanie.

 

Co wybrzmiewa w tych tekstach?

Widzimy tam przede wszystkim, co uznawali za najważniejsze do wyjaśnienia, a co pomijali. 

Wyjaśniali czym jest chrześcijaństwo, czym jest Trójca Święta, chrzest czy Eucharystia. To są niesamowicie pouczające teksty, które mogą nawet nas dziś bulwersować, bo widzimy w nich próby wyjaśnienia prawd wiary za pomocą mitologicznych pojęć. No ale pisali w taki sposób, żeby przemówić do tego ludu.

 

I jak wyjaśniali na przykład Trójcę Świętą? O ile to nie jest temat rzeka…

To jest temat rzeka, ale spróbuję krótko. W Europie, aby wyjaśnić pojęcie Trójcy Świętej musieliśmy wypracować pojęcie “osoby”. Teraz to dla nas oczywiste pojęcie, ale na początku chrześcijaństwa tak nie było. Podobnie w Chinach. Tylko, że w Chinach nie znano pojęcia osoby. Nie można więc było powiedzieć, że Trójca Święta to trzy “osoby”. Pożyczono więc pojęcie z buddyzmu. Wyraźnie to widać w tych pierwszych tekstach z VI wieku. Osobę opisali po chińsku znakiem oznaczającym “awatar”. Dla nas to pewnie brzmi gorsząco, gdy słyszymy “Chrystus jest awatarem”, ale u nich to oznacza po prostu pewną formę objawienia się Pana Boga, w której Bóg się jakoś konkretyzuje. To jest jeden z pomysłów. Później zetknęli się w Chinach z europejskim pojęciem “osoby” i jakoś to przyswoili, ale to nie jest ich genetyczne. To nie jest coś, co wyrosło z ich kultury. Jest sporo dla nas zaskakujących określeń w owych pomnikach chrześcijańskiej literatury, np. Księgi Biblijne, to są po prostu “Sutry”, Duch Święty – to “Czysty Wiatr”, wiara-nadzieja-miłość to “Brama Trzech Cnót”. Trójcę określili jako “Nasza Troista Jedność”. Ponadto starożytne teksty zapisane są w archaicznej, sugestywnej formie, dopuszczającej bardzo wiele możliwości tłumaczenia. 

 

Ma tu pewnie znaczenie też konstrukcja ich języka, prawda?

Ma podstawowe znaczenie, ponieważ język chiński nie jest językiem definicyjnym, tak jak języki europejskie; jest to język obrazów, nie liter. Jest więc trochę jak mgła, w którą się wchodzi i nie widać jej granic. Aby cokolwiek wyrazić, trzeba używać jakichś metafor. Każdy znak rozpoznaje się zaś tak, jak my rozpoznajemy czyjąś twarz. Zawsze mnie to śmieszy jak ktoś mówi “o tak wygląda moje imię po chińsku, ktoś mi przetłumaczył”. To nie jest takie tłumaczenie, jak zapis innymi literami. Przecież te znaki coś definiują, coś oznaczają. I to jest coś bardzo inspirującego odkryć, jak oni zapisują na przykład “Jezus Chrystus”.

 

Jak zapisują?

耶稣基督 “Je-zu Dźi-du”, a formie zlatynizowanej piszemy Yesu Jidu. Każdy znak tu coś oznacza. Ten pierwszy znak, to nie jest coś, co my tylko widzimy, ale to jest też coś, co ma brzmieć radośnie. Widzimy tam też kogoś, kto jest synem. Do tego owo “je” pochodzi od Jahwe, żeby pokazać że Jezus Synem Jahwe. W tym dźwięku jest “ucho”, “obwarowane miasto”. To wszystko w tym pierwszym znaku! Drugi znak “zu” oznacza “zmartwychwstały”, ale też jest tam pokazane kiełkujące ziarno, ryby. Następny “dźi-du”, czyli “Chrystus”. “Dźi” oznacza fundament, ale też widzimy tam “ziemię”, “taboret z koszem” na przykład na owoce. No i “du” to jest znak bardziej złożony, znaczy “doglądający”, w tym znaku widzimy element oka i zebrany jakiś groszek, fonetycznie będzie też coś z kontrolowaniem, kimś na przykład pilnującym owiec. I te wszystkie elementy w jednym “je-zu-dźi-du” naraz do Chińczyka mówią. 

 

A co słyszymy w imieniu Matki Bożej? Jak zapisują Jej imię?

Mówią i “Maryja” i “święta matka”. Matka Boża ma w tym znaku coś z bezmiaru oceanu. Zawarty tam znak “Szen” oznacza świętość, ale jest też takim znakiem bardzo rozbudowanym. Jest tam ktoś, kto słucha, ktoś kto mówi i ktoś kto łączy niebo z ziemią. 

 

 

Czyli Maryja to w języku chińskim ktoś, kto słucha, kto mówi, kto łączy niebo z ziemią? Przepiękne! I bardzo inspirujące dla nas – katolików europejskich. 

Takich elementów, których możemy od nich się uczyć czy inspirować jest więcej. W ogóle bardzo ubolewam nad tym, że tak niewiele się w Kościele w Polsce interesujemy wiarą w Chinach, raczej myślimy w kategoriach “co my możemy im dać”, niż “czego możemy nauczyć się od nich”. W księgarni w Pekinie jest cały dział z przetłumaczoną na chiński literaturą polską, jest i Kochanowski, i Mickiewicz, są współcześni autorzy. A co my w Polsce mamy chińskiego? 

 

Tanie produkty kiepskiej jakości i koronawirusa – pewnie taka padłaby u wielu osób spontaniczna odpowiedź…

Rzeczywiście, tak najczęściej myślimy. Ale jednak to nie wszystko. Jest przecież joga, którą tak wielu ludzi ćwiczy, są chińskie sztuki walki, na które posyłamy dzieci, aby się ruszały, jest medycyna chińska, jest feng shui. I katolicy w Polsce – choć nie interesują się Chinami – chcą wiedzieć, czy to jest bezpieczne? Czy zagraża opętaniem? Czy to nie jest bałwochwalstwo?

 

Wielu księży odpowiada, że jest…

Tak, ale to są ich prywatne opinie. Proszę zwrócić uwagę, że brakuje takiej jednoznacznej wykładni, co nauka Kościoła jako taka mówi o tych różnych elementach, które przywędrowały do nas z Dalekiego Wschodu. Ten problem będziemy się starali rozwiązać w powołanym właśnie do istnienia Instytucie.>> Do tego najczęściej w podejściu do tej materii dominuje lęk pomieszany z niewiedzą. A strach jest zawsze złym doradcą. Widzę to choćby w podejściu do feng shui. Nam się to wydaje myślenie magiczne, a to jest po prostu pewną formą architektury wnętrz czy krajobrazu, opisaną za pomocą mitologicznych bóstw. Odrzucamy to, ale z drugiej strony nie boimy się mitów greckich, nie mamy problemu z czytaniem o Zeusie i Herze, choć wiemy, że to postaci zmyślone a nie bóstwa. Tak samo Chińczycy. Używają feng shui, mówią o smokach czy żółwiach, ale nie w znaczeniu realnych bóstw, tylko jakiegoś kodu kulturowego. Tam chodzi o zasady dające komfort mieszkania, nic nadzywczajnego, my też to stosujemy, ale opisujemy zupełnie innym językiem. W teologii jest podobnie. Teologia chińska używa na przykład znaków pochodzących z taoizmu, konfucjanizmu czy buddyzmu, co nie oznacza bałwochwalstwa. W Chinach nie będzie nic dziwnego w tym, że chrześcijanin jest jednocześnie konfucjanistą. Konfucjanizm nie jest tam bowiem religią, tylko filozofią regulującą relacje społeczne. Mówi jak bardzo mam się pani ukłonić, a jak inaczej się mam ukłonić pani matce; jak mam usiąść przy stole, a jak absolutnie nie siadać. W tym też sensie “czczony” jest tam Konfucjusz, także przez chrześcijan. Nas to bulwersuje, ale jednocześnie nie bulwersuje nas, że kłaniamy się np. przed grobem Nieznanego Żołnierza, że salutujemy żołnierzom. Wiemy, że w tych gestach czy ceremoniach nie chodzi o religię, że to jest jakiś kod kulturowy. Tak samo w Chinach Konfucjusz i cześć mu oddawana.

 

Rozmawialiśmy o tym, że chińskie zapisy pojęć teologicznych mogą poszerzać nasze rozumienie wiary. Czy jest więcej takich rzeczy, które dzięki swej kulturze mają Chińczycy, a które mogłyby przydać się nam, katolikom z Zachodu?

Myślę, że inspirujące dla nas może być ich powiązanie cielesności z duchowością, w takim wymiarze ćwiczebnym. Wyraźnie to widać w tamtejszych sztukach walki, aikido, kung fu – wszystkie te sztuki mocno związane są z duchowością. W chrześcijaństwie Zachodu tego nie mamy, u nas raczej ciało traktowane było jako coś gorszego od duszy, odrębnego. Ćwiczenia cielesne nie były nigdy traktowane jako element modlitwy. Jak mówimy o zbawieniu, to o “zbawieniu dusz”. Trochę idziemy w kierunku manicheizmu, choć niby już wiemy, że ciało nie jest “złe”, ale tak podskórnie nie umiemy tego zintegrować. W Chinach to jest natomiast harmonia, cały człowiek. Dlatego też tam się nie mówi dużo o seksualności, bo to jest traktowane jako normalna dziedzina życia. Zresztą samo rozumienie słowa “harmonia” jest tam szersze, też moglibyśmy z niego skorzystać. My mówimy o “integracji”, a oni o “harmonii” rozumianej jako równowaga, jedność z innymi ludźmi, z otaczającym nas światem czy wszechświatem. Dopiero teraz papież Franciszek więcej zwraca naszą uwagę na to, że jesteśmy częścią boskiego dzieła Stworzenia, i że z naszej roli “panów stworzenia” nie wynika pozwolenie na to, że teraz swoją siłą i władzą przejadę jak walec po stworzonym świecie. 

 

A jest coś w ich kulturze i mentalności, co ciężko im przyjąć i pogodzić z chrześcijaństwem?

Może “pogodzić” to złe słowo, ale wymieniłbym tu spowiedź. Od zawsze mieli problem z naszą praktyką spowiedzi, wypracowaną w Kościele zachodnim. Pisania o tej praktyce unikali też wspomniani pierwsi chrześcijanie w Chinach. To spowodowane jest tym, że oskarżanie siebie przed innym człowiekiem jest dla nich nie do przejścia, nie do przyjęcia. Takie rozumienie wynika z ich antropologii, w której najgorsze, co może spotkać człowieka, to utrata “twarzy”, dobrego imienia. A czymś takim jest wyznawanie wobec innej osoby swoich win, grzechów. Jeśli ja objawiam wobec ciebie swoją niedoskonałość, niemoc, oznacza, że staję się nikim, tracę twarz. Skoro popełniłem jakieś zło, oznacza, że dla mnie nie ma już nadziei. To się może skończyć nawet samobójstwem.

 

I jak sobie Kościół z tym poradził? 

Nie poradził sobie właściwie, nadal jest ten problem. Ale sakrament pokuty nie jest centrum chrześcijańskiego doświadczenia, więc nie należy aż tak się tym martwić.

 

Czyli nie spowiadają się?

Spowiadają, ale dużo rzadziej niż my, raz, może dwa razy w roku. I jak już wyznają grzechy, to mówią tak ogólnie, co się ogólnie wydarzyło, bez wchodzenia w szczegóły. 

 

Misjonarze tam pracujący muszą zatem to wcześniej wiedzieć, żeby – zgodnie z naszą praktyką – nie dopytywać o szczegóły…

Z misjonarzami nie ma najmniejszego problemu, oni są teraz świetnie przygotowani i wiedzą takie rzeczy. Misjonarze to jest zresztą bardzo ciekawa grupa ludzi, często naprawdę mądrych i z dużym wyczuciem. Niejednemu polskiemu księdzu przydałoby się jechać na takie ekstremalne misje do Azji czy do Papui, żeby zetknąć się z tak odmiennymi od naszej kulturami. To potem daje więcej tego dystansu, uczy, że ludzie są różni, a Pan Bóg i tak dociera do nich swoimi drogami i to niekoniecznie w sposób, jaki ksiądz proponuje. To jest zawsze tajemnicą. Ale Pan Bóg jest wielki.

 

Ks. prof. Dariusz Klejnowski-Różycki wydał właśnie audiobook “Czy Bóg mówi po chińsku?” ze swoimi wykładami na temat duchowości Chin.

Czytelnicy Stacji7 mogą go pobrać z 20% zniżką (kod “shenxue20”) Audiobook można pobrać >>tutaj>>

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Dariusz Klejnowski-Różycki

Dariusz Klejnowski-Różycki

prezbiter diecezji gliwickiej, profesor Uniwersytetu Opolskiego, wykładowca teologii dogmatycznej, Dyrektor Instytutu Badań nad Teologią i Duchowością Dalekiego Wschodu, Rektor Śląskiej Szkoły Ikonograficznej

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dariusz Klejnowski-Różycki
Dariusz
Klejnowski-Różycki
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

„Chcę dawać świadectwo, że rodziny wielodzietne istnieją i są szczęśliwe.”

O powołaniu do macierzyństwa, sposobach na codzienne kryzysy i łączeniu działalności internetowej z wychowywaniem sześciu synów, opowiada Monika Krąglak, która prowadzi bloga Manymum.

Maria Górczyńska
Maria
Górczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Chcę dawać świadectwo, że rodziny wielodzietne istnieją i są szczęśliwe.”
O powołaniu do macierzyństwa, sposobach na codzienne kryzysy i łączeniu działalności internetowej z wychowywaniem sześciu synów, opowiada Monika Krąglak, która prowadzi bloga Manymum.

Maria Górczyńska: Twój cały dzień wypełniony jest wieloma aktywnościami, a w ostatnim czasie jest ich jeszcze więcej: lekcje online i prace domowe do odrobienia, opieka nad kolejną trójką chłopców, w tym trzymiesięcznym Stefciem, oraz najróżniejsze czynności domowe. Co podtrzymuje Cię na duchu, gdy jest trudno sprostać codziennym wyzwaniom? 

Monika Krąglak: Na pewno modlitwa, bo gdyby nie ona, to nie miałabym siły i nie widziałabym sensu w codziennym staraniu się. Dzięki niej mogę spojrzeć na wszystko z innej perspektywy, która ukazuje Boży sens wykonywania w kółko tych samych czynności. Bo tak naprawdę funkcjonowanie rodziny wielodzietnej to niekończąca się historia. Ledwo posprzątam jedno, ogarnę stół, a już jest do uporządkowania coś innego. W międzyczasie zrobię opatrunek synowi z rozbitym kolanem, za chwilę przybiega drugi, bo też coś mu się stało… Potrzeba na to wiele sił i czasu, ale w kontekście bycia mamą, realizowania swojego powołania, codzienność nabiera innego znaczenia. Przynosi radość i spełnienie.

 

Wydaje mi się, że gdybym pisała słodkie historyjki, to nikt by nie uwierzył albo ludzie załamywaliby się, że w ich rodzinach życie nie wygląda tak różowo. Nie ukrywam, że jest wiele trudów, ale one nas ubogacają.

Na Facebooku szczerze piszesz m.in.: „Jestem zmęczona. Nie spodziewałam się, że mój połóg przypadnie na czas przymusowej edukacji domowej”. Nie obawiasz się, że szczerość może być źle odebrana?

Blog i fanpage Manymum początkowo miały być moim sposobem na utrwalenie wspomnień, zwłaszcza, że od zawsze lubiłam pisać. Wszystkie wpisy wypływały z serca. Nigdy nie przypuszczałam, że będę miała tylu czytelników. Jednak nadal stawiam na prawdę. Nie sądzę, by ukrywanie trudnych sytuacji komuś pomagało. W czasie naszej rozmowy zamknęłam się w łazience, a teraz syn się do mnie dobija… Tak wygląda właśnie moja rzeczywistość (śmiech). Wydaje mi się, że gdybym pisała słodkie historyjki, to nikt by nie uwierzył albo ludzie załamywaliby się, że w ich rodzinach życie nie wygląda tak różowo. Nie ukrywam, że jest wiele trudów, ale one nas ubogacają.

 

Radości przenikają się z troskami…

Jeszcze bardziej odczuwam to podczas pandemii. W ostatnich tygodniach nie miałam pięciu minut spokoju, poza wyjściem do dentysty, a do najmłodszego syna wstaję też w nocy. Jednak uwielbiam czas spędzony wspólnie, kiedy np. idziemy na spacer do lasu, gramy w planszówki, rozmawiamy czy dzieci pomagają w zrobieniu obiadu. Rodzina daje mi wewnętrzną siłę.

 

Każdego wieczoru robię podsumowanie, co mi się udało, a co nie poszło zgodnie z planem. Nowy dzień chcę zaczynać z czystą kartą.

Wiem, że masz swoje motto.

Większość poranków zaczynam od myśli: żyj tak, jakby ten dzień był ostatnim. Każdego wieczoru robię podsumowanie, co mi się udało, a co nie poszło zgodnie z planem. Nowy dzień chcę zaczynać z czystą kartą. Niedawno jeszcze bardziej zdałam sobie sprawę, że nie będziemy na ziemi żyć wiecznie, a ta świadomość pomaga mi w dawaniu siebie. Wiem też, że tak naprawdę nic nie stanie się, jeśli góra prania urośnie jeszcze bardziej, a dzieci na podwieczorek nie dostaną pieczonych bułeczek, ale jogurty, mimo że staram się w miarę możliwości gotować i piec. Świat też nie zawali się, gdy nie wyjdziemy na spacer, tylko dzieci pobiegają w ogródku.

 

#zostańwdomu #koronawirus #módlsię #ufaj #bądźroztropnyWłaśnie wróciliśmy z lasu. W ten piękny dzień ciężko siedziec w…

Opublikowany przez Manymum Sobota, 14 marca 2020

 

Nikt nie ma idealnego życia we wszystkich jego aspektach. Mam wrażenie, że Bóg wciąż mi o tym przypomina.

Jak udaje Ci się walczyć z perfekcjonizmem?

Już dawno zauważyłam, że nie da się mieć wszystkiego naraz. Nikt nie ma idealnego życia we wszystkich jego aspektach. Mam wrażenie, że Bóg wciąż mi o tym przypomina. Nawet gdy kupię sobie wymarzoną sukienkę, to szybko nieopacznie któryś z synów ją pobrudzi.

Kiedyś wygraliśmy tablet, wtedy te urządzenia dopiero wchodziły na rynek, po kilku dniach nasz sześciolatek go zbił. Staram się podchodzić do takich sytuacji spokojnie, to tylko rzeczy. Moja codzienność też nie musi być idealna, dużo bardziej zależy mi na tym, żebyśmy byli szczęśliwi.

 

W jednym z „kwarantannowych” wpisów można przeczytać, że rano przecierasz oczy, zakładasz ładną sukienkę dającą namiastkę normalności, zakasujesz rękawy i bierzesz się do roboty. Na co mimo przeszkód starasz się regularnie znaleźć czas?

Na rodzinne spacery, a od miesiąca udaje się nam uczestniczyć we Mszy św. w świątyni. Eucharystia ładuje moje akumulatory. Żartuję, że jak można chodzić do lasów i kościołów, to już jest dobrze. Bardzo ważne dla mnie są też chwile spędzone tylko z mężem. Wieczorem rozmawiamy, oglądamy filmy, rozmawiamy o przeczytanych książkach. To nasz zwyczaj od wielu lat.

 

Jak przy tylu codziennych aktywnościach znajdujesz czas na prowadzenie strony Manymum?

Potrzebuję odskoczni, a fanpage prowadzę trochę przy okazji. Piszę, gdy coś się wydarzy albo kiedy chcę podzielić się swoją refleksją. Bywa, że jestem aktywna na Facebooku kilka dni z rzędu, a później jest cisza przez miesiąc. Jednak wtedy nie frustruję się, bo piszę przede wszystkim dlatego, że sprawia mi to frajdę.

 

Taka sobota. Rano pobudka przed 6. O 6.30 Marcin robił już śniadanie. Zjedliśmy, ogarnęliśmy zmywarkę i pojechaliśmy do…

Opublikowany przez Manymum Sobota, 19 października 2019

 

Jak czytelnicy odbierają Twój fanpage?

Zazwyczaj trafiają na niego osoby zaciekawione życiem wielodzietnej rodziny lub które też ją mają albo z takiej pochodzą. Często piszą „u nas jest podobnie”. Rzadko zdarzają się nieprzychylne opinie. Nie spotkał mnie hejt.

Choć nie zawsze mam czas, żeby odpowiedzieć na wszystkie komentarze, to bardzo mi miło, że Manymum ma tak wielu odbiorców. Może kogoś zainspiruje to, co piszę. Chcę dawać świadectwo, że rodziny wielodzietne istnieją i są szczęśliwe.

 

Czy zdradzisz, jakie macie plany na tegoroczny Dzień Matki?

Na Dzień Matki synowie przynoszą mi laurki. Może dostanę śniadanie do łóżka? (śmiech). Po prostu spędzimy czas razem. Będą zajęcia online, prace domowe, kolejne posiłki, pewnie pójdziemy na spacer. Nie mam specjalnych oczekiwań. Nie zapomnę też o mamie i teściowej. Mam wyjątkową codzienność – to już jest prezent.

 

Czego życzysz sobie z okazji Dnia Matki?

Na pewno trzech dodatkowych godzin snu (śmiech). To bardzo by mi się przydało.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Maria Górczyńska

Maria Górczyńska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Maria Górczyńska
Maria
Górczyńska
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap