LUDZIE

Siostra Aleksandra – matka „chińskich dzieci”

Kiedy słyszę, jakie to „nudne życie mają te biedne zakonnice” myślę sobie zawsze – widać, że nie znasz mojej cioci. Ponad 50 lat jej zakonnego życia można określić za pomocą całej listy przymiotników, ale słowo „nudne” na pewno się na niej nie znajdzie.

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Oleńka, jak mówią do dziś najbliżsi, przyszła na świat z długimi, czarnymi włosami. Cyganka – żartowali w rodzinie. Nie wiedzieli, że to określenie wróci do niej po latach… Były mroczne lata stalinizmu, „wojna ledwie trzasnęła drzwiami”, jak zaśpiewa kiedyś Rynkowski. Bieda aż piszczała, czasem brakowało nawet na chleb. Ola od zawsze trzymała się blisko Kościoła, powołanie zakiełkowało w niej jakoś tak naturalnie. Znała wiele sióstr – salezjanki, urszulanki – ale jej serce rwało się na misje, stąd wybór był oczywisty: Siostry Służebnice Ducha Świętego, których dom był w nieodległym od rodzinnego Rybnika Raciborzu. Kiedyś przyśniło jej się nawet, że jest w Brazylii i rozdziela komunię świętą. Pozostawał tylko jeden problem: bieda. Ola, najstarsza z czwórki rodzeństwa, zastanawiała się, czy nie powinna pójść do pracy, aby pomóc rodzinie. Jej mama, mądra kobieta, powiedziała wtedy: chcę, żebyś była szczęśliwa. To jej wystarczyło. W czerwcu 1968 roku odebrała świadectwo maturalne, a tydzień później przekraczała już furtę raciborskiego klasztoru.

 

Talerz i cztery łyżki

Choroba, która zaatakowała w postulacie, nie pozwoliła jej na wyjazd misyjny. Po ślubach wieczystych skończyła więc teologię, pracowała jako katechetka, aż w końcu oddelegowano ją do pracy z młodzieżą. – I zaczęła się jazda bez trzymanki – śmieje się dzisiaj. Głęboki PRL, potem stan wojenny, a ona organizuje nocne czuwania, skupienia i rekolekcje dla młodych. Na jednym wyjeździe bywało i 90 osób, a do jego zorganizowania nie mieli nawet samochodu. – Młodzi spali po kilku na jednym materacu, po chleb chodziliśmy kilka kilometrów do wsi, a na obiad często podawaliśmy jeden talerz i cztery łyżki, bo brakowało nawet naczyń! Zupę rozmnażało się przez dolewanie wody, a „jadalnią” był trawnik pod orzechem. A jednak te spartańskie warunki nie odstraszały młodych, atmosfera tamtych dni była niepowtarzalna. A ja nauczyłam się, że najważniejsze to być z ludźmi: poświęcić im czas, wysłuchać, towarzyszyć. Cała reszta to tylko dodatek. Ta wiedza przydała mi się w przyszłości – wyjaśnia siostra.

 

fot. facebook.com/Stowarzyszenie-Sinicum-im-Michała-Boyma-SJ

 

Adres zamieszkania: pociąg…

Pracę z młodzieżą po paru latach zastąpiło nowe zadanie: formacja młodych sióstr. Tu też dawała z siebie wszystko. Pewnie dlatego po paru latach z Rzymu nadeszło pismo. Siostra Aleksandra została przełożoną prowincjalną, czyli odpowiedzialną za całą prowincję – zakonną jednostką administracyjną, która w tym przypadku obejmowała całą Polskę i Ukrainę. Przez kolejne 6 lat podróżowała między domami Zgromadzenia i zakładała nowe placówki. Wtedy przypomniała sobie określenie z dzieciństwa – cyganka… Właśnie tak się czuła. Jeździła od domu do domu, nosząc torbę podróżną i żartując, że mieszka w pociągach. Na samej Ukrainie była ponad 30 razy! Czasami śmiała się, że zasypiając musi zostawiać koło łóżka kartkę z nazwą miejscowości, bo po obudzeniu mijała dłuższa chwila, nim potrafi przypomnieć sobie aktualną lokalizację… i dokąd dziś ma jechać. W tym czasie trafiła do swojej wyśnionej Brazylii – co prawda tylko na miesiąc, na spotkanie prowincjalnych, ale mogła doświadczyć atmosfery „prawdziwych” misji.

 

W ciemno

Dwie kadencje przeleciały jak z bicza strzelił. Wydawało się, że po sześciu latach czeka ją wreszcie trochę spokoju… nic bardziej mylnego. „Lecisz do Irlandii, nauczysz się języka i skończysz szkołę kierownictwa duchowego” – zdecydowali przełożeni. – Nie rozumiałam tej decyzji – wspomina. – Miałam prawie 50 lat, znałam tylko trochę angielskiego ze szkoły, bałam się, że nie podołam temu zadaniu. Ale nie buntowałam się. Mam w naturze jakąś umiejętność szybkiej aklimatyzacji do różnych warunków, więc pojechałam w ciemno…

Miał być rok – wyszły trzy lata. Miał być kurs – wyszło napisanie i obronienie magisterium, oczywiście w języku angielskim. Po powrocie do Polski władze zakonne zdecydowały, że na tym nie koniec. I tym sposobem krótko przed swoimi 55 urodzinami siostra Aleksandra obroniła doktorat z teologii duchowości. I… wróciła do pociągów. Jeździła z wykładami do seminariów, uczestniczyła w konferencjach, prowadziła rekolekcje z indywidualnym towarzyszeniem …

 

Humama, króliki i wielki błąd

Na tamto spotkanie pojechała, bo… nie było kogo tam posłać, a ona akurat była wolna. Ojcowie werbiści zaczęli zastanawiać się, jak pomóc katolikom w Chinach. Jadąc do Warszawy nie sądziła, że zaczyna się właśnie jej największa życiowa rewolucja, która zaniesie ją tysiące kilometrów, aż za Wielki Mur. Ale wtedy był 2001 rok i pierwsze przymiarki do tego, aby pomóc braciom i siostrom z kraju, który od lat systemowo walczy z chrześcijaństwem. Sześć lat później na warszawskim lotnisku wylądowały cztery chińskie siostry zakonne. Aleksandra została ich przewodniczką. Szybko nazwały ją Humama: hu od nazwiska, mama – od stosunku, jaki miała do swoich „chińskich dzieci”. W Polsce miały studiować, ale najpierw musiały poznać język – po polsku nie rozumiały nic, po angielsku znały tylko kilka prostych słów… – Było ciężko – nie ukrywa siostra – na początku rozmawiałyśmy często rękami i nogami. Zdarzało się, że po pomoc trzeba było dzwonić do byłego ambasadora Polski w Chinach, który tłumaczył telefonicznie zawiłe kwestie. Bywało też śmiesznie… Kiedyś podeszłyśmy pod seminarium, a jedna z nich stwierdziła: o, to jest dom, w którym jest dużo królików (zamiast kleryków). Poznały słowo „wiśnie” i na spacerze wołały, że na drzewie są… świnie. Na widok wielbłąda zawołały  „o, wielki błąd”… Planu nie było. Były z nami cztery siostry, szliśmy „szturchając żerdzią we mgle”, ciągle szukaliśmy drogi, co robić dalej. Ale udało się: Franciszka obroniła magisterium i wróciła do Chin, w tym roku będzie prowadzić 16 turnusów oazy. Katarzyna kończy w Polsce doktorat z Biblii. Jana i Hiacynta, obie z dyplomem artysty – plastyka, zajmują się wytwarzaniem dewocjonaliów, o które w Chinach trudno – mówi z dumą „Humama”.

 

fot. facebook.com/Stowarzyszenie-Sinicum-im-Michała-Boyma-SJ

 

Z sali wykładowej do pralni

W 2011 roku pojechała do Chin. Tam w końcu zrozumiała, w jakich warunkach żyły jej „dzieci”. Życie zakonne w Państwie Środka zaczęło odradzać się pod koniec lat 80-tych, wcześniej było zakazane. Dziś lokalne zgromadzenia mają powołania, ale potrzeba im pogłębionej formacji i formatorek, czyli osób przygotowanych do wychowania w zakonie. „Robimy” – rzuciła krótko. Dzięki temu już  ponad 100 chińskich sióstr przyjechało do Polski na kilkutygodniowe kursy formacyjne. Ale to wszystko było ciągle mało… Rok temu 70-letnia już siostra Aleksandra ruszyła więc kolejny raz pod Wielki Mur, żeby prowadzić rekolekcje dla sióstr tam, na miejscu. Ma wielką nadzieję, że nie była to jej ostatnia podróż na wschód, gdzie zostawiła kawałek serca…

A tymczasem… Tymczasem żyje jak to ona – na pełnych obrotach. Opowiadając o swoim życiu stuka maila do siostry prowincjalnej, informując o kolejnych chińskich siostrach przyjeżdżających do Polski. Nie rozstaje się z telefonem i laptopem, z którego wysyła i teksty teologiczne, i zabawne memy do najbliższych. Ze spotkania studium formacyjnego dla sióstr, którego jest szefową, biegnie na posiedzenie komisji przy Konsulcie Wyższych Przełożonych Zgromadzeń Zakonnych. Zaraz po nim wsiada w pociąg i wraca do swojego klasztoru, gdzie jest zakrystianką. Przynajmniej raz w miesiącu zakłada fartuch i dyżuruje w kuchni, gotując dla sióstr i gości domu rekolekcyjnego. Jako mistrzyni junioratu, czyli sióstr po pierwszych ślubach, jeździ po całej Polsce, zawsze jednak wraca do Sulejówka, bo na jej głowie jest też pranie i prasowanie bielizny liturgicznej z pobliskiej parafii.

Jej marzeniem jest stanąć przed Jezusem jak najlepiej przygotowaną, otoczoną ludźmi, którym w życiu pomogła.

– Jest coś, czego żałujesz? Coś, co ci się nie udało? – pytam na zakończenie naszej rozmowy.

– Tak – odpowiada – że angażowałam się jeszcze za mało… mogłam kochać Jezusa jeszcze bardziej! Przygoda z Nim i dla Niego jest cudowna!

 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >
LUDZIE

Czerpał radość ze spotkań z ludźmi. Wspomnienia o ks. Wojtku

Pełen poczucia humoru i dystansu do siebie, niezwykle bliski ludziom, zaangażowany kapłan o niezwykłym intelekcie - tak ks. Wojciecha Wójtowicza wspominają bliżsi i dalsi znajomi. Wieść o jego tragicznej śmierci poruszyła wiele osób.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W poniedziałek 13 stycznia wieczorem po prostu wracał do domu. Pod Polanowem na drogę wyskoczyła mu sarna. Chciał ją ominąć, wpadł w poślizg, uderzył w drzewo. Zginął na miejscu. Wieść o tej tragicznej śmierci przekazał jego biskup, Edward Dajczak, ordynariusz diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. – Zginął człowiek, który był dla diecezji kimś więcej niż rektorem seminarium. Teologicznie, osobowościowo i pod każdym innym względem, był księdzem niezwykłej wartości. Boli nas bardzo ta śmierć, która przyszła o wiele za wcześnie. Ufamy jednak, że jego życie w Bogu, którego głosił z taką determinacją i pięknem słowa, będzie szczęśliwe – mówił jeszcze w poniedziałek wieczorem bp Dajczak.

Wszystko, co uczynił pozostaje dla kleryków wielką inspiracją żeby iść dalej, żeby go zastąpić, że warto być księdzem i to takim księdzem

Ta śmierć mocno dotknęła kleryków seminarium duchownego w Koszalinie. Dotychczasowy zastępca ks. Wojtka, obecnie pełniący obowiązki rektora, ks. dr Jarosław Kwiecień opowiada, że od początku ta strata przede wszystkim gromadzi ich na spontanicznej modlitwie. 

– Fakt jego odejścia, tak nagłego, wyzwolił bardzo głębokie i piękne rzeczy, które każdy z nas, tam będących, posiada. Mówię o nas, wychowawcach, klerykach, wykładowcach, pracownikach. W tych dniach wiele razy spotykaliśmy się na modlitwie, spontanicznie. Spotykaliśmy się też w swoim gronie, mamy potrzebę bycia razem. Nagle każdy wydobywa z serca najpiękniejsze doświadczenia, jakie ma z ks. Wojciechem. I z tego obrazu, który wspólnie malujemy w tych dniach szukając pociechy, powstaje obraz, który nas samych zaskakuje: że aż tyle dobra, aż tak oddane kapłaństwo, aż tak wielki przyjaciel, aż takie poświęcenie młodym, którzy do kapłaństwa się przygotowują. Przepiękna jest ta spontaniczność, rodzinność, wspólnotowość młodych ludzi, przygotowujących się do kapłaństwa, którzy dziękują Bogu za takiego wychowawcę. Że aż tak mu na nich zależało. A to wszystko, co uczynił, pozostaje dla nich, jak to sami wyrażają, wielką inspiracją, żeby iść dalej, żeby się nie poddać, żeby go zastąpić. Że warto być księdzem i to takim księdzem. I o tym dobru, które się dzieje pośród tej tragedii, warto nie zapomnieć.

Ks. Kwiecień wyraził też osobistą refleksję: – Od siebie dodam, że do przedwczoraj byłem jego podwładnym, mówiąc potocznie – miałem go nad sobą. Także dosłownie, jako sąsiada z góry, którego słyszałem, najczęściej o godz. 15.00, kiedy włączał w radio Koronkę do Miłosierdzia Bożego. I nie przepuścił dnia, by jej nie odmówić.

Natychmiast posypały się wspomnienia i kondolencje, bo ks. Wojtek – mimo funkcji rektora seminarium, skracał dystans, był zawsze blisko ludzi. Wysocy rangą duchowni, zwykli księża a przede wszystkim osoby świeckie nie mogą pogodzić się z tym, co się stało.

Prymas Polski abp Wojciech Polak: Jeszcze kilka dni temu skierowałem do Księdza Rektora słowa serdecznych podziękowań za ofiarne zaangażowanie w pracach Zespołu ds. przygotowania nowych zasad formacji kapłańskiej w Polsce. Wielkim dorobkiem tego Zespołu stał się projekt Ratio institutionis sacerdotalis pro Polonia, który został zatwierdzony przez Konferencję Episkopatu. Redakcja tego dokumentu była możliwa dzięki systematycznej, pogłębionej i wieloaspektowej refleksji, jaka została podjęta w ramach Zespołu, w którym śp. Ksiądz Wojciech miał swój znaczący udział. Dzisiaj modlitwą i myślą staję przy Jego trumnie, aby dziękować Bogu za wszelkie dobro, jakie za Jego przyczyną stało się udziałem tak wielu osób. Niech Zmartwychwstały Chrystus, którego Ksiądz Wojciech przyjął i głosił w Kościele jako Drogę, Prawdę i Życie, w swoim miłosierdziu obdarzy Go łaską pokoju i szczęścia wiecznego.

 

Abp Stanisław Gądecki, przewodniczący KEP: Modlę się za śp. ks. Wojciecha Wójtowicza. Łączę się w bólu z rodziną,Diecezją Koszalińsko-Kołobrzeską i Konferencją Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych, której był przewodniczącym. To strata dla Kościoła w Polsce.

 

Ks. Przemysław Śliwiński, rzecznik Archidiecezji warszawskiej: Poznałem ks. Wojtka, gdy był tzw,. seniorem w Kolegium w Rzymie, gdzie razem studiowaliśmy. To funkcja wybieralna, czyli to sami studenci chcieli, żeby on seniorem był. I z seniorem mnie się kojarzy. Miał niezwykłą umiejętność łączenia otwartości, bezpośredniości kontaktu, ze stanowczością oraz umiejętnością rozwiązywania konfliktów z szacunkiem dla wszystkich osób. To bardzo ważna umiejętność i cecha osób, które mają sprawować władzę. Miał również wielki dar łączenia ludzi, potrafił zjednywać sobie nawet niewierzących. Dlatego zawsze o nim myślałem jako o kimś, kto powinien być pasterzem, biskupem, takich właśnie pasterzy w Kościele potrzeba. Dlatego nie zdziwiło mnie, że po jego śmierci abp Stanisław Gądecki napisał o nim – o osobie niespełna 44-letniej – że jego odejście, jego śmierć to wielka strata dla Kościoła. Dokładnie tak jest, to wielka strata.

 

Ks. dr Wojciech Rzeszowski, dyrektor Centrum Edukacyjno-Formacyjnego w Gnieźnie: Znaliśmy się z ks. Wojtkiem wiele lat, on po mnie przejął kierowanie Konferencją Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych, mieliśmy więc okazję do wielu spotkań i współpracy, która zawsze układała się bardzo dobrze. Ks. Wojciech dał się poznać jako człowiek niezwykle zaangażowany w to, co robi, i zawsze bardzo solidny, można było na nim polegać. Miał wyważone poglądy, był otwarty i gotowy do twórczego działania. Gdy się wypowiadał czuć było, że jego przemyślenia są głębokie, że znakomicie czuje ducha Kościoła i dobrze zna jego nauczanie. Miał głębokie eklezjalne myślenie. Wiadomość o jego śmierci była dla mnie nie tylko zaskoczeniem, ale przede wszystkim smutnym ciężarem. Żyję nadzieją nieba, ale i mam poczucie, że Kościół w Polsce stracił dobrego człowieka i kapłana.

 

fot. wsdkoszalin.eu

 

Na wielu profilach pod informacją o śmierci ks. Wojtka sypie się lawina komentarzy. Wyłania się z nich obraz osoby, z którą się żartowało, z którą się spierało, modliło, dyskutowało. 

Ks. prof. Grzegorz Strzelczyk: Wojtek, i z kim ja się teraz będę spierał o wyższości dogmatyki nad fundamentalną?

Robert Cybulski: Smutny czas. Odżyły wspomnienia. 12 lat ministranckich z Wojtkiem w jednym zastępie. Setki kilometrów i rozmów spędzonych razem na pielgrzymkach do Częstochowy. Potem juz w dorosłym kapłańskim życiu odwiedzał nas w Miastku na kawie po mszy. Jechał autobusem z Koszalina do Miastka po to, żeby odprawić wspólną mszę z kolegami z roku ks. Darkiem i ks. Mirkiem. Czerpał radość ze spotkań z ludźmi. Potem na kilka lat ucichło jakoś… żałuję tego straconego czasu. Ale wiem, że dzielił go też dla innych ludzi. A teraz ta straszna wiadomość.. Zrobiłeś swoje Wojtku. Pan wezwał. Do zobaczenia kiedyś… z Bogiem!

 

Julita Lachowska: Wojtek, przez lata chłopak z sąsiedztwa. Mądry, ciekawy świata, chłonący wiedzę, ambitny, dobry…. Prawdziwie umiłował Boga. Imponował mi! Pięknie posługiwał się językiem polskim. Każde kazanie było przemyślane i mobilizowało do słuchania. Zarażał ciepłem, uśmiechem. Miał poczucie humoru i honoru. Był Człowiekiem. Rozbrajał mnie, gdy stojąc przy ołtarzu, kończąc mszę, naukę machał do mnie i wyjaśniał zgromadzonym, że to do mnie – Julki- starszej koleżanki, tej z tego bloku w Miastku…

Kamila Tobolska: Bardzo wyjątkowy, niesamowicie serdeczny człowiek. Tak trudno ciągle uwierzyć…😢 Księże Wojtku! Niech Twoje nagłe odejście do Pana zaowocuje dobrem w życiu wielu osób. Dziękujemy za wszystkie mądre rozmowy, pełne ciepła spojrzenia i błogosławieństwa. Pozostaniesz w naszej pamięci. I mamy nadzieję, do zobaczenia w niebie!

Aleksandra Les Znam, znałam Wojtka całe życie… Są ludzie, którzy wpisują się na stałe w naszą historię, w nasze wspomnienia. Ostatni raz spotkałam go w 2017 roku i proszę mi wierzyć, że nie rozmawiałam wtedy z Rektorem Wyższego Seminarium Duchownego, tylko z chłopakiem z małego Miastka, który na pożegnanie cichutko powiedział mi (nie wiem, który już raz z życiu 😊), że Bóg mnie kocha💖 Takiego go zapamiętam, ciepłego, uśmiechniętego, życzliwego..

Niebo świętuje, podczas naszego smutku

 

 

Joanna Nita Niesamowity, Wielki Człowiek. Wspaniały Kapłan. Z ogromnym intelektem i poczuciem humoru. Kochał ludzi i zarażał ich optymizmem, a miał go w sobie tyle ile nie pomiesciloby 100 osób razem wziętych. Tyle wspaniałości w jednej osobie. Przeogromna strata i żal.

Hieronim Włodarczyk Czy aż tyle roboty jest do zrobienia na górze, że powołuje się do siebie dobrych ludzi…?

Ada Rogosz: Wojtku pamiętam Ciebie zawsze wesołego na korytarzach naszego liceum….czytałam w sobotę Twój post na temat myśli Ratzingera. Pomyślałam sobie, jak bardzo oddany jesteś Bogu i temu co robisz. Teraz już wiem, że zostałeś wezwany przedwcześnie, ale na pewno w słusznym celu. Spoczywaj w spokoju….[*]

fot. wsdkoszalin.eu

 

Jana An: Niesamowity ksiądz, genialny teolog, niezwykły człowiek. To był zaszczyt Cię znać! Smutek pozostaje w sercu, ze już nie będzie okazji do żartów, ze nie usłyszy się kazania tak bardzo zanurzonego w teologii, literaturze i najnowszych badaniach naukowych. Że nie będzie już okazji do spowiedzi i duchowego prowadzenia. Tyle małżeństw naprawiłeś, tyle ludzi pokrzepiłeś wskazówkami życiowymi.
Pozostaje zaufanie Bogu, że Jego wola jest najlepszą oraz dziękowanie za łaskę poznania księdza Wojciecha Wójtowicza. Niebo świętuje, podczas naszego smutku. Do zobaczenia!

No właśnie Księże Wojtku, do zobaczenia!

 

ad/Stacja7

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap