Wywiad: “Majewski – nie rokujesz!”

Czasami warto by nauczyciel poszerzył swój kąt widzenia i spojrzał również na tych, którzy siedzą w ostatnim rzędzie...

Agata
Kołomyjska
zobacz artykuly tego autora >

„Majewski nie rokujesz” – często to słyszałeś?

W liceum przez 4 lata to była taka mantra, którą śpiewała mi wciąż jedna z nauczycielek… Przewijało się to cały czas. Może nie byłem jakimś szczególnie niegrzecznym uczniem, ale nie potrafiłem się uczyć. Dla mnie lekcja była taką 45 minutową wydmuszką, którą należało czymś wypełnić, więc wypełniałem ją swoimi pomysłami. Zazwyczaj okropnie się nudziłem, bo nie potrafiłem pracować na lekcjach, nie wiedziałem jak, nikt mnie tego nie nauczył. Lubiłem być w szkole, ale nie lubiłem być na lekcjach.

Wywiad:

fot. Archiwum AP

Jesteś znany z tego, że gdy tylko przez chwilę nic się nie dzieje – natychmiast zasypiasz. A wtedy? Zasypiałeś z nudów czy wręcz przeciwnie, rozrabiałeś?

Zasypiałem albo właśnie w druga stronę – byłem „nadenergetyczny”. Na ogół mnie roznosiło, więc coś tam dopowiadałem, co jakiś czas lubiłem jakąś puentkę dorzucić nauczycielowi – nauczyciel mówił, zawieszał głos, a ja coś dopowiadałem i wszyscy się śmiali. Zawsze miałem taki wybór, czy powiedzieć to i wylecieć za drzwi, czy nie mówić i zostać w klasie. Zazwyczaj wybierałem pierwszą opcję,  rzucałem jakiś greps, wszyscy w śmiech a nauczyciel wkurzony. Teraz rozumiem, że to mogło być denerwujące. Z drugiej strony wiem, że zawsze można znaleźć sposób na dzieciaka, można próbować do niego dotrzeć inaczej.

Zawsze się zastanawiałem, dlaczego szkoła nie docenia innych pozytywnych przejawów działalności  uczniowskiej. Dobrze, w porządku, ten nie umie matematyki, nie umie biologii, ale świetnie rysuje, świetnie recytuje. Byłem świadkiem  przez ostatnie lata, wychowując swoje dzieci i obserwując co się dzieje, że w szkole ceni się prymusów. Jeżeli jesteś prymusem to dostaniesz także np. rolę w teatrzyku szkolnym albo dadzą ci do namalowania gazetkę szkolną, bo wiadomo, że nie będzie wpadki. Nikt nie próbuje dojść czy ci, którzy się nie zgłaszają i siedzą z tyłu mają jakieś zdolności, którymi mogą błysnąć.

Masz żal do nauczycieli, że powtarzali ci, że „nie rokujesz”?

Wolałbym nie generalizować. Miałem na przykład nauczyciela w liceum, polonistę, pana profesora Gugulskiego, który był moim mistrzem. Nie pisałem dobrych wypracowań, to znaczy nie dostawałem piątek, ale on zawsze potrafił mnie jakoś docenić. Mówił „ no dobrze, może nie napisałeś na temat, ale za bardzo fajny pomysł stawiam ci czwórkę z minusem”. Chodzi mi o to, że nawet jeśli trzeba kogoś zganić, to można to zrobić w taki sposób, żeby człowiek nie wyszedł wdeptany w ziemię, właśnie „nierokujący”.

Myślisz, że to nadal jest problem?

Myślę że jest lepiej, ale często zdarza mi się rozmawiać z młodymi nauczycielami a mam wrażenie jakbym się cofnął w czasie o 25 lat. No bo jeżeli tematem są na przykład długie włosy mojego syna? A miałem takie sytuacje. Takie same rozmowy przechodziłem 25 lat temu, za komuny. Albo weźmy na przykład szkolne przedstawienie. Kto w nim gra? Ci co się pierwsi zgłoszą. A to są ci sami, którzy się zawsze zgłaszają. A powinno się właśnie szukać tych co tam z tyłu siedzą. A może akurat oni coś by wtedy poczuli, poszli za tym. Ja po traumie szkolnej przez długi czas nie mogłem się podnieść. W końcu doszedłem do tego co robię i jestem z tego bardzo zadowolony, ale że do dziś budzę się zlany potem, bo śni mi się moja matura albo jakaś sytuacja szkolna. Do dziś to jest dla mnie koszmar.

Masz jakąś receptę jak radzić sobie z dołowaniem?

Ja miałem gigantyczne oparcie w rodzinie. Zwłaszcza w dziadku, który miał ogromne poczucie humoru, i w mamie. Oni zawsze we mnie wierzyli. Pamiętam, że gdy coś mi nie wychodziło, przeżywałem jakieś porażki, dziadek śpiewał zawsze taką przedwojenną piosenkę, do której dorzucił moje imię: „a że Szymon nie jest kiep, to z tej mąki będzie chleb”.  Uspokajał mamę, gdy dostawałem dwóje albo nie dostawałem zaliczenia. Mówił: „przestań się przejmować, może nauczyciel go nie lubi, no jest żywy chłopak, trochę niepokorny, ale to jest dobre dziecko” – zawsze szukał tych pozytywów. Dzieciaki potrzebują takiego wsparcia, bo inaczej wierzą, że są do bani.

Wywiad:

fot. Archiwum AP

Czy dlatego postanowiłeś włączyć się w AKADEMIĘ PRZYSZŁOŚCI?

Urzekło mnie to, że wreszcie ktoś głośno zaczął mówić o tym problemie.  Akademia daje do ręki narzędzie, pomysł jak wspierać tych, którzy są właśnie na samym końcu. Chodzi o to, żeby przerwać  nić tej traumy, zmienić scenariusz, że ojciec był do bani, źle się uczył, więc ja też źle uczę i jestem do bani, jestem niegrzeczny, jestem zły i nie rokuję. Podoba mi się to, że AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI rzuca takie hasło i daje takie narzędzie, dzięki któremu można pomóc takim dzieciakom. Okazuje się, że często w takich niepokornych duszach, nieoczywistych charakterach kryją się niesamowite talenty.

Jakiś przykład?

Ostatnio w telewizji  widziałem wywiad z szefem pewnej organizacji – zrobił super karierę naukową i okazuje się, że ja go znam. Przypomniałem sobie tego chłopaka w czasach szkoły – ciągle się z kimś bił, był bardzo agresywny, wcielony diabeł – typowy bandyta. Mógłbym napisać najgorsze scenariusze dla niego. Gdzieś po drodze zadziało się coś dobrego i teraz robi fajne rzeczy. Gdzieś tam są te skarby tylko trzeba umieć je odnaleźć. I to właśnie robi AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI

W tym roku szkolnym AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI obejmie pomocą aż 2000 dzieci. Jak możesz pomóc?

Zapraszamy na stronę www.akademiaprzyszlosci.org.pl


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Agata Kołomyjska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agata
Kołomyjska
zobacz artykuly tego autora >

Matczyne zwierzenia Dominiki Szczawińskiej

„Im mniej w życiu dziecka religii, tym lepiej” – zacytował mój znajomy (dodajmy wierzący i praktykujący tata wzór!), swojego znajomego zakonnika, dominikanina. A ja pytałam go tylko o radę, jak mam opanować na niedzielnej Mszy Świętej moje ukochane i doprowadzające mnie do szału dziecko. W reakcji na jego słowa najpierw się roześmiałam, później zawstydziłam, wreszcie zapytałam błyskotliwie: „Jak to?!”. Odpowiedź była krótka i niezachęcająca do dalszej dyskusji: „Żeby się nie zraziło”.

Dominika Szczawińska
Dominika
Szczawińska
zobacz artykuly tego autora >

„Oj tam, oj tam” – mogłabym powiedzieć, gdybym w mniej kobiecy i emocjonalny sposób patrzyła na całą sytuację. Ależ nie! Dla mnie sprawa wzorowego wprowadzenia mojej córki w świat wiary, to rzecz ważna, więc wylałam przed rozmówcą całe serce: że przecież trzeba dziecku mówić o Bogu, trzeba się razem modlić, trzeba tłumaczyć Pismo Święte, uczyć co dobre, co złe, że Kościół to miejsce dla całej rodziny, a Pan Jezus powiedział przecież: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”, a my nie pozwalamy, a jak pozwalamy, to i tak nie stwarzamy dzieciom warunków, że by taką na przykład Mszę Świętą wytrzymały…

Oj, ileż ja się nagadałam na ten temat. I nic! Od mnogości słów moje myśli wcale nie stały się jaśniejsze, a dziwna rada, że im mniej religii, tym lepiej, jeszcze bardziej mnie niepokoiła. Już miałam uporać się z tym nieprzyjemnym uczuciem za pomocą ataku, takiego zakamuflowanego w chytrym pytaniu, że może w takim razie już na samym początku postanowić, że poczekamy, aż dziecko dorośnie i samo sobie wybierze, czy chce wierzyć, i w co. Na szczęście zreflektowałam się. Przecież rozmawiam z człowiekiem, który chce, by jego dzieci wierzyły w Boga, a i cytowany dominikanin chyba nie strzela do własnej bramki, rzucając takie dobre rady. Co więc mają na myśli? Co tak naprawdę chcą ograniczyć?

Tata wzór widząc, że nie daję za wygraną postanowił po męsku zakończyć rozmowę i powiedział:

 
"Trzeba uważać, żeby to całe gadanie nie zniekształciło obrazu Boga w naszych dzieciach. Bo dziecko wierzy w sposób naturalny, a jeżeli wychowuje się w wierzącej rodzinie, to czy śpi, czy czuwa, wiara jego też wzrasta."

Zabrzmiało mądrze, biblijnie, ciekawie… gdyby tak jeszcze dało się to od razu przełożyć na prozę życia.

Matczyne zwierzenia Dominiki Szczawińskiej


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Dominika Szczawińska

Dominika Szczawińska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dominika Szczawińska
Dominika
Szczawińska
zobacz artykuly tego autora >