Rodzinne rytuały

Przez określony sposób celebrowania zwykłych, rutynowych czynności, tworzą się rytuały. Potrzebujemy ich do poczucia szczęścia i spełnienia. I choć każda rodzina jest wyjątkowa, to przestrzenie, które można zaadoptować do celebracji rodzinnej, są dla wszystkich rodzin wspólne.

Anna Koźlik
Anna
Koźlik
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Jeśli chcesz naprawić świat, to idź do domu i kochaj swoją rodzinę” – mówiła św. Matka Teresa z Kalkuty. Ile prawdy i szczęścia mieści się w tym pozornie banalnym zdaniu! Czasem chciałoby się zmieniać całą rzeczywistość wokół a zdarza nam się zapomnieć, że to, na co naprawdę mamy wpływ, to nasz dom.

Rodzice maluchów znają to słowo aż za dobrze. Rutyna. Dobrze rozumiana rutyna jest potrzebna nie tylko niemowlakom, które uczą się życia po drugiej stronie brzucha. Każdy z nas potrzebuje jakiejś dawki rutyny, bo daje nam ona poczucie bezpieczeństwa. Dla kogoś będzie to dzień rozpoczynany kawą, dla kogoś innego swoisty porządek w miejscu pracy, a ktoś jeszcze do poczucia bezpieczeństwa, a więc i do szczęścia będzie potrzebował konkretnego rytmu życia. Rytuały są takim dziwnym połączeniem czegoś zupełnie zwykłego z niezwykłym. Przez określony sposób celebrowania zwykłych, rutynowych czynności, tworzą się właśnie rytuały. Potrzebujemy ich do poczucia szczęścia i spełnienia. I choć każda rodzina jest wyjątkowa, to przestrzenie, które można do celebracji rodzinnej zaadoptować, są dla wszystkich rodzin wspólne.

 

Wspólny stół spaja rodzinę

Od lat psycholodzy mówią jasno – wspólny stół spaja rodzinę. Jak to się dzieje? Najczęściej Polacy razem jedzą obiad późnym popołudniem. To okazja do spotkania po dniu pełnym pośpiechu w pracy, szkole i przedszkolu. Wspólne zasiadanie do stołu pomaga odreagować stres i stwarza niezwykle ważną okazję na bycie wysłuchanym i zrozumianym. Trzeba powiedzieć też jasno: wszyscy jesteśmy zagonieni. Nie ma tu miejsca na wymówki! Pracujemy w różnych formach i wymiarach czasu, a więc tym bardziej w tygodniu mamy głód bezpiecznej przystani i akceptacji. Jesteśmy najlepszymi specjalistami od naszych rodzinnych pieleszy, więc i po naszej stronie stoi możliwość wspólnego śniadania, obiadu, kolacji czy deseru w przelocie. Na pierwszy rzut oka widać, że to będzie trudne, oczywiście! Ale czy poczucie bezpieczeństwa i bliskości nie jest takiej inwestycji warte?

 

 

Wspólna rozrywka

Tradycyjne planszówki, czytanie książek, kino, śmieszne filmiki, aktywność fizyczna – co rodzina, to odrębny i wyjątkowy przepis na rozrywkę. To szczególnie ważny komunikat dla dzieci: „Widzę Ciebie, twoje pasje i potrzeby; jesteś dla nas ważny”. Wspólny odpoczynek to zaproszenie do poznawania świata, a przecież tyle wymiarów jest do odkrycia. Dzięki towarzyszeniu rodzica, dzieci uczą się bezpiecznego i rozwijającego eksplorowania świata. Także dorośli poprzez rozrywkę rodzinną zaspakajają ważną potrzebę – bycia potrzebnym, mądrym i kompetentnym. Czasem wspólne szukanie odpowiedzi na przedziwne dziecięce pytania nas, rodziców, rozwija i ubogaca. Order dla tych, którzy kształtują w sobie umiejętność uczynienia zabawy ze żmudnych obowiązków i szukania okazji do oswajania domowników z organizacją czy porządkowaniem!

 

Wspólna modlitwa

Jak delikatny to temat wie każdy, kto ma w domu dorastające dzieci… I nie sposób wyczerpać tematu rodzinnej modlitwy. Poszczególne etapy rodzicielstwa i budowania wspólnego domu będą charakteryzowały się innym poziomem wspólnego zapału do życia wiarą. W tym zakresie ogranicza nas tylko nasza pomysłowość. Młodsze dzieci chłoną w sposób naturalny naszą przestrzeń wiary i jest ona naturalnym środowiskiem ich rozwoju. Właśnie dynamika rozwoju tego wspólnego trwania przed Ojcem wymaga rodzicielskiej autentyczności. Wspólne zasiadanie do stołu to przecież taki genialny moment, w który można subtelnie wplatać naszą wspólną krótką modlitwę! Wieczór i wyciszanie po całym dniu, a może właśnie poranek i wizja całego dnia? To płynne decyzje po naszej stronie. Z pomocą przychodzi także kalendarz liturgiczny i gama przeróżnych publikacji, aplikacji  i internetowych inspiracji. Na tej drodze wiary jesteśmy razem, choć nawet w rodzinach tempo jest przecież naturalnie zróżnicowane.

 

Patchworkowe pasje    

Mama lubi górskie wędrówki, tata eksplorowanie świata nauki, syn uwielbia piłkę nożną, a córka zabawy lalkami. Jak z tych kilku mikrokosmosów tworzyć co dnia harmonijną galaktykę, uwzględniając wiek, potrzeby i czas, jaki w ciągu doby nam został na bycie razem?! Tak jak fascynująca jest rodzinna różnorodność (a im więcej, tym ponoć i ciekawiej), tak i bywa ona w praktyce po prostu wymagająca dla każdego z elementów tego wszechświata. Ciekawe, że wszystko sprowadza się tu do komunikacji i potrzeb, które każdy z członków rodziny może realizować w odrębny sposób. To też dobra okazja, żeby uczyć się od siebie nawzajem innych aktywności, próbując je w czasie rodzinnym przymierzać, ale i szacunku dla odmienności. Ten rodzinny patchwork łączący różne temperamenty i pasje, tworzy z nas unikatową rodzinę. Absolutnie nie do podrobienia!

 

Godzina dla siebie

Godzina czasu wolnego (w tygodniu czy w ciągu dnia – w zależności od realiów rodzinnych), umówiona co do dnia i godziny dla wszystkich domowników, to jeden z lepszych wynalazków jeśli chodzi o rodzinne rytuały. Tylko godzina, a niesie z sobą szereg korzyści. Rytmizuje dzień/ tydzień, jest stałym punktem naszego domu. Stwarza możliwość realnego indywidualnego odpoczynku w bezpiecznym środowisku. Nawet zapracowana mama czy tata może odpocząć, bo cała reszta załogi także odpoczywa! Korzyść, która jest istotna ze względu na rozwój dziecka, to stworzenie możliwości wyboru, jak tę godzinę tym razem wykorzystać. Dzięki temu siłą rzeczy kalkulacja korzyści i strat jest regularnie ćwiczona. Nawet introwertyczni członkowie rodziny stają się bardziej czytelni, kiedy można obserwować ich wybory, a więc i dowiedzieć się, co dla kogo jest teraz ważne. Taki wspólny czas, choć inaczej realizowany, ma swoje jasne granice, a to wspomaga zarządzanie swoim osobistym czasem.

 

 

Jeden na jeden

Rytuał, który często jest trudny do zrealizowania, a tak niezbędny – czas „jeden na jeden” rodzica z dzieckiem. Nawet najwięksi buntownicy tęsknią za taką możliwością i wyczekują przestrzeni na realizację czasu tylko z tatą albo tylko z mamą. Nic dziwnego – kto z nas nie lubi indywidualnego podejścia i zawieszenia na chwilę systemu rodzinnego po to, by czuć na sobie wyłączną uwagę opiekuna? Jedyną granicą jest rodzicielska pomysłowość i granice czasu. Dla dzieci to też ważna nauka komplementarności – inaczej jest przecież z mamą, a inaczej z tatą. Okazuje się wtedy, że miłość nie ma jednej definicji, że każdy rodzic wnosi coś innego i inne cechy może w dziecku wspierać. Stworzenie szansy na taki czas w praktyce jest trudne, ale wzmocnienie tej wyjątkowej więzi rodzinnej zaprocentuje poczuciem szczęścia i zaspokojoną potrzebą bycia ważnym.

 

Randka

„Królestwo za randkę!” aż chciałoby się wykrzyknąć. Tym bardziej będzie to zrozumiałe dla nas, im dłużej jesteśmy w małżeństwie. A ono, jak powszechnie wiadomo, jeśli chce być szczęśliwe i szczęściodajne, wymaga odpowiedniego traktowania. Czyli czasu i uważności. Przez pewien czas najsłabsze ogniwo rodziny – niemowlak – dyktuje warunki snu, jedzenia, a co dopiero randkowania. Tylko od żony i męża zależy, jak i kiedy będą pielęgnować swoją relację, a to zdecydowanie umiejętność, której się trzeba nauczyć w rytmie sukcesów i porażek. To inwestycja, która dla każdego członka rodziny jest opłacalna, bo szczęśliwi rodzice swoją miłością dają poczucie bezpieczeństwa swoim dzieciom. Dzięki temu każdy w systemie rodzinnym ma swoje dobre miejsce. Czy to będzie randka na kanapie, kolacja we własnej kuchni, wyjście z domu czy wyjazd tylko we dwoje. Potrzebujemy tego jak tlenu. I nasze rodzicielstwo na tym długofalowo skorzysta.

 

Słowo klucz

Słowo klucz- wspólnie. W miarę pomysłów, środków, przestrzeni i zasobów indywidualnych. Jeśli pojawia się to pragnienie zmiany świata na lepsze, to tu jest środek na wyciągnięcie ręki. Dbanie o najbliższych. I proste i trudne. Nikt tak jak najbliżsi nie uczy pokory, ale też nikt tak jak oni nie kocha. Życiodajny i bezpieczny fundusz inwestycyjny – rytuały rodzinne.

 

Anna Koźlik

Anna Koźlik

Mgr teologii, doradca rodzinny, nauczyciel Instytutu Naturalnego Planowania Rodziny, założycielka strony Płodna.pl. Lubi mówić i pisać o małżeństwie, seksualności i teologii ciała.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Anna Koźlik
Anna
Koźlik
zobacz artykuly tego autora >

Urlop w domu z dziećmi? To może się udać!

Czasem wydaje nam się, że naszym najważniejszym obowiązkiem jest dać dzieciakom „złote góry”. Rzucić im świat pod nogi, móc zabrać na Malediwy i pozwolić pływać z delfinami. Masz przed sobą perspektywę urlopu z dziećmi w domu? Nie daj się zniechęcić! Przy odrobinie fantazji i dobrej woli mogą to być najlepsze dwa, trzy tygodnie w całym roku.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czasem urlop jak łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Nasze dwa tygodnie wolności od pracy wypadły w fatalną pogodę? Dziecko z rotawirusem zmusza nas niespodziewanie do odwołania zaklepanej agroturystyki na Lubelszczyźnie? A może ekipa remontowa zamiast we wrześniu zaczyna remont naszej łazienki w lipcu? Chcąc nie chcąc, mamy przed sobą perspektywę spędzenia urlopu z dziećmi w domu. Nie dajmy się jednak zniechęcić! Przy odrobinie fantazji  i dobrej woli mogą to być najlepsze dwa, trzy tygodnie w całym roku. I to nie tylko dla dzieciaków, ale także dla nas. Jak to zrobić? Oto kilka naszych podpowiedzi:

 

Plany z rana lepsze niż śmietana

Być może na co dzień zarządzasz ludźmi, albo pracujesz na kierowniczym stanowisku i twoim chlebem powszednim jest planowanie. A może jesteś pełnoetatową mamą i… równie intensywnie planujesz: “Teraz drzemka, to obiad potem. Rano zakupy, po południu rehabilitacja, a po ciocię Wiesię na dworzec ty pojedziesz po pracy”. I nagle, kiedy zaczynasz urlop, albo na domowym pokładzie zjawia się urlopowy mąż, najbardziej chcesz odpocząć właśnie od planowania. Choć na moment nie kombinować czy położyć maluchy teraz czy lepiej po spacerze, nie musieć pamiętać, czy dało się już psu lekarstwo i kto dzisiaj opróżnia zmywarkę.

Jednak jeżeli masz przed sobą perspektywę urlopu z dziećmi i mężem w domu – jedna zasada jest ponad wszystkie – nie wolno głównemu managerowi rodziny zejść z kapitańskiego mostka. Od tego managementu nie ma niestety urlopu. Inaczej dni przelecą przez palce, was oboje dopadnie w którymś momencie frustracja, a dzieciaki spędzą czas przed telewizorem z komórką w ręku. Jeżeli ktoś chce odpocząć od zarządzania domem, musi zakomunikować to drugiej stronie jasno i wyraźnie. My sprawę planowania w czasie urlopu rozwiązujemy mniej więcej tak: rano zbiera się przy kawie nasz dwuosobowy zarząd. Biorąc pod uwagę prognozy, środki budżetowe i morale załogi, tworzymy pobieżny szkic dnia, przy czym ja pozostaję odpowiedzialna za oddolne zarządzanie (“A na obiad będą pierogi”), a mąż odpowiada za pomyślne przeprowadzenie rodziny przez wycieczkę na Wzgórza Trzebnickie z uwzględnieniem strategicznej decyzji: “Gdzie po wszystkim zjemy lody”.

 

 

Rodzic też człowiek – radość mu się należy

No dobrze. Załóżmy, że management działa na wysokich obrotach, dzieciaki zachwycone obecnością rodziców w domu z ekscytacją czekają na letnie przygody. W którą stronę skierować nasze myśli? Od czego by tu zacząć? Oczywiście od tych, którzy w temacie wypoczynku są najważniejsi czyli od siebie! To w końcu nasz urlop! Szczęśliwi ci rodzice, którzy w porę zdadzą sobie sprawę, że nasze potrzeby nie znikają wraz z pojawieniem się dzieci. Nie! Jedynie sposób ich zaspokojenia zwykle musi ulec zmianie. Dlatego „na dzień dobry” przypomnijcie sobie swoje myśli, kiedy siedzieliście do nocy nad projektami, albo uczestniczyliście w kolejnym obowiązkowym szkoleniu bhp w firmie. O czym marzyliście każdego ranka stojąc w korku?

Odpowiedź na to pytane jest kluczowa dla powodzenia całej misji domowych wakacji. Dlaczego? Bo sfrustrowany rodzic to żadna frajda dla dzieci. A zatem może powrót do biegania? Albo wybranie się rowerem na nowe wały wzdłuż Wisły? A może przygotowując obronę doktoratu spoglądaliście tęsknie w kierunku półek z powieściami Amosa Oza? Na początku urlopu pomyślcie czy nie można przypadkiem wciągnąć w świat waszej pasji dzieci? To wcale nie jest takie trudne! Kochasz książki? Zorganizuj z dzieciakami wypad do biblioteki miejskiej. Koniecznie tramwajem, albo autobusem. A potem stwórzcie gdzieś w domu “Strefę czytelnika”, nawrzucajcie tam poduszek, przynieście orzeszki i razem oddajcie się lekturze! Amos Oz w towarzystwie Mai i Lassego, Kici Koci, albo panien Borejko smakuje naprawdę wybornie.

Albo jeśli tak jak my, kochacie rowery, a Wasze pociechy są jeszcze za małe na samodzielną obsługę dwukołowców, może rozejrzycie się za przyczepką dla dzieci? W naszej zakręconej rowerowo rodzinie to jeden z najważniejszych sprzętów około-dziecięcych. Nie tylko umożliwił nam wspólne wypady rodzinne, ale także oszczędził frustracji starszym dzieciom, bo mama wcale nie musiała rezygnować z wycieczek “przez maluchy”. I nawet jeżeli “po godzinach” wymykamy się z domu w trasę sami, żeby pojeździć trochę na własnych warunkach, to jednak dla nas obojga wypady z dziećmi są najważniejsze. Dlaczego? Bo zamarzyło nam się jeździć z nimi za kilka lat po górach, a pasja – jak wiadomo – to nieuleczalna choroba, która często ma podłoże genetyczne.

 

 

Zaległe porządki? Serio?!

Pierwszy dzień urlopu, budzisz się później niż zwykle, już witasz się z wizją błogiego dnia w zwolnionym tempie, gdy nagle – wraz z ostatnim strzepnięciem snu z powiek – pojawia się w twojej głowie ona – szafa przy wejściu. Ta, w której obok kapeluszy przeciwsłonecznych wciąż leżą rękawiczki i polary, a na półce, na której powinny być tylko plecaki i torby są, nie wiedzieć czemu, dwa pudła pisaków, bliżej nieokreślone stwory z plasteliny i karton nakrętek, których nie zdążyliście donieść do przedszkola w maju. Zatem pełna/pełny werwy, jeszcze z kanapką w dłoni rzucasz się na tę szafę. W końcu nie zaznasz spokoju urlopowego, póki nie zutylizujesz tych nakrętek! Chwalebna postawa! Od tego przecież też jest urlop! Tylko obiecaj sobie jedno – kiedy skończysz tę szafę, nie rzucisz się na następną, a potem tylko jeszcze na szybki „rekon” pawlaczy i skrytki. A przede wszystkim nie odwiedzisz domowego “cmentarzyska skarpetek”, żeby po raz setny przekonać się, że one naprawdę wszystkie są nie do pary. Bo okrutna prawda jest taka – w domu zawsze (ZAWSZE!) jest coś do sprzątania.

Jeżeli nie umiesz się powstrzymać i boisz się, że kurz pod kanapą wygra z dzieciakami o twoją uwagę, ratunek jest jeden – wyjść, jak najszybciej i w te pędy – wyjść z domu! I zrobić dzieciakom na polance przy placu zabaw piknik niespodziankę. Naprawdę nie wiem, na czym polega magia pikniku, ale nasze dzieciaki dosłownie trzęsą się ze szczęścia na widok rozkładanego na trawie koca, kanapek w folii i kawałków arbuza w pudełku. Jeśli wrzucisz jeszcze pod wózek frisbee, albo piłkę, możecie spędzić urocze popołudnie wśród zieleni, która skutecznie powinna ukoić twoje porządkowe nerwy. W końcu kurz nie zając – nie ucieknie, a ładna pogoda na piknik nie będzie trwała wiecznie.

 

Pada? Czyli zabawa dopiero się zaczyna!

A co kiedy pada i pada? Tu nasuwa mi się od razu jedyna słuszna odpowiedź – tym bardziej wyjść! Jeżeli nawet nie podzielacie – równie entuzjastycznie, co my – miłości Świnki Peppy do kałuż – nic straconego! Jeśli macie w domu dzieciaki późnoprzedszkolne lub szkolne, zaproponujcie im jakiś szalony projekt. W naszej edukującej się domowo rodzinie, prawdziwym hitem w tym roku był np. Projekt “Amazonia”. W jego ramach dozwolone są dosłownie wszelkie inicjatywy waszej wyobraźni. U nas to były akurat urywki książek Wojciecha Cejrowskiego, “Rio 2”, słuchanie przed spaniem odgłosów dżungli i wielka, wielka makieta. A na niej trujące żaby z plasteliny, piranie, anakonda i krokodyle z modeliny, wodospad z pianki uszczelniającej (inicjatywa tatusia) i gęsta plątanina drzew z zielonej bibuły. Na koniec wizyta w zoo z konkursem “Kto wytropi więcej amazońskich zwierząt” (Wiedzieliście, że skalary pochodzą z Amazonii?). Tego typu projekty mają jedną ogromną zaletę – można w ich realizację włączyć prawie wszystkie dzieciaki (noworodki mogą mieć pewne kłopoty z precyzyjnym przyklejaniem leniwców do lian). Podczas gdy starsze czytają o anakondzie, młodsze mogą z metrówką unaocznić wszystkim jakich rozmiarów potrafi być to zwierzę (“Mamo! Rany! Gdyby tu była anakonda sięgnęłaby prawie do balkonu sąsiadów. I moglibyśmy po niej chodzić w odwiedziny”).

 

 

Na koniec oddajmy jeszcze sprawiedliwość i należne w tym zestawieniu miejsce planszówkom. Komu choć raz dzieciaki dokopały w “Dobble”, wie o czym mówię. Nie będę wymieniać naszych ulubionych gier, bo chyba każdy dom ma tutaj swoją specyfikę. Warto wspomnieć tylko o jednym: temat planszówek niekoniecznie musi rodzić napięcia między starszymi, a młodszymi dzieciakami. I chociaż może nie warto dopuszczać do stołu z rozłożoną partią szachów domowego pełzacza, albo zaciekawionego dwulatka, to już trzylatka można śmiało zaangażować jako bankiera w Monopolu (na kolanach rodzica), lub jako „wydawacza” zwierzątek w Farmerze. W ten oto sposób – trzymając się nomenklatury Farmera – “i wilk syty i owca cała”.

 

Czasem wydaje nam się, że naszym najważniejszym obowiązkiem jest dać dzieciakom „złote góry”. Rzucić im świat pod nogi, móc zabrać na Malediwy i pozwolić pływać z delfinami. I nawet kiedy słyszymy, że największym darem dla dzieci jest czas spędzony po prostu z nami, to i tak w tyle głowy wciąż widzimy te delfiny. A tymczasem perspektywa dziecka jest chyba jednak właśnie taka. Dwa dni temu przysłuchiwałam się rozmowie naszych starszych córek z sąsiadką (tą do której chciałyby chodzić po anakondzie). Dziewczynka opowiadała im o swoim dniu pełnym atrakcji w ramach jakiejś miejskiej półkolonii. Słuchając o odkrywaniu minerałów i pleceniu warkoczyków kucykom, zerkałam coraz bardziej zatrwożonym okiem na moje dzieciaki. Kiedy byłam już prawie pewna, że za chwilę usłyszę “Ale masz fajnie, też chciałybyśmy wykopywać takie minerały z ziemi”, nasza 7-latka bez drgnięcia powieki powiedziała: “A my byłyśmy dzisiaj z tatą po listwy do podłogi i woził nas na takim wielkim wózku!!! Całą czwórkę!!! A w dziale z cementem zrobił nam taki wiraż, że spadłyśmy wszystkie na ziemię. A potem zabrał nas na lody i powiedział, że jutro będziemy mogły z nim jechać po kleje”. To tyle w temacie delfinów, na które – swoją drogą – mam nadzieję, że kiedyś się wybierzemy.

 

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki – prawnik, z naprawionego błędu – dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap