video-jav.net

Adopcja nie jest „zamiast”

Nie jesteśmy punktem usługowym pomagającym bezdzietnym parom znaleźć idealne dzieci, ale miejscem pomagającym dzieciom, znaleźć najlepsze dla nich rodziny – mówi w rozmowie ze Stacją7 Zofia Dłutek, dyrektor Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego w Warszawie.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z perspektywy Pani 20-letniej pracy w ośrodku adopcyjnym, czy zaobserwowała Pani jakąś prawidłowość w liczbie zgłaszających się do ośrodka par chcących adoptować dziecko?

Mniej więcej stałą, czyli liczba zgłaszających się do nas rodziców nie zmienia się, podobnie jak liczba oczekujących na nich dzieci. Mówi się, że w Polsce około 20% małżeństw ma trudności z poczęciem i urodzeniem dziecka. Było pewne załamanie liczby chętnych do adopcji par, gdy in vitro było refundowane, ale obecnie wróciliśmy do podobnego poziomu.

Mówi się, że w Polsce około 20% małżeństw ma trudności z poczęciem i urodzeniem dziecka. Było pewne załamanie liczby chętnych do adopcji par, gdy in vitro było refundowane, ale obecnie wróciliśmy do podobnego poziomu.

Refundacja tej metody zmniejszyła liczbę rodziców gotowych na adopcję?

Wydaje się, że tak. Lekarze rzadziej starali się wysyłać niepłodną parę na dokładną diagnostykę i zamiast tego wybierali rozwiązanie dla nich najprostsze – nieomal od razu kierowali na inseminację lub in vitro. Wystarczyłoby jednak refundować naprotechnologię, która zajmuje się dokładną diagnostyką przyczyn niepłodności i leczeniem jej. Podobnie zresztą uważają sami rodzice, którzy podczas rozmów z nami mówią, że woleliby być dokładniej zbadani i leczeni niż od razu kierowani na sztuczne zapłodnienie. Nie mieliby też konfliktu sumienia. Nie brakuje tych, którzy po pozornie szczęśliwie zakończonej ciąży ze sztucznej inseminacji lub in vitro, zgłaszają się do nas z powodu poczucia przekroczenia pewnej granicy moralnej i pragnienia pewnego zadośćuczynienia poprzez przyjęcie dziecka w drodze adopcji.

 

Skąd zgłaszane są do ośrodka adopcyjnego dzieci?

Przede wszystkim należy uściślić, że nie jesteśmy miejscem, gdzie można spotkać oczekujące na adopcję dzieci. My pośredniczymy w znalezieniu dla nich odpowiednich i dobrze przygotowanych rodzin. Dzieci zgłaszane są do nas ze szpitali, czasem z rodzin naturalnych, ale najczęściej chyba przez organizatorów pieczy zastępczej, czyli Powiatowe Centra Pomocy Rodzinie. PCPR-y zapewniają im pobyt w rodzinach zastępczych albo placówkach do czasu powrotu do rodziny naturalnej lub przekazania do adopcji. W tym miejscu warto też przypomnieć główny cel istnienia ośrodków adopcyjnych: jesteśmy po to, by każde dziecko mogło mieć rodzinę. Tymczasem często postrzega się nas jako punkty usługowe wyszukujące idealne dzieci dla bezdzietnych par!

 

Rzeczywiście, tak to często wygląda z perspektywy rodziców czekających bez końca na dziecko…

Tym rodzicom podczas naszych spotkań i szkoleń uświadamiamy, że dziecko adopcyjne nie jest ZAMIAST dziecka urodzonego naturalnie. Wszystkie te pary powinny bowiem najpierw „opłakać” swoją bezpłodność, pogodzić się ze swoją sytuacją i otworzyć się na to dziecko, które już jest, czeka na nich i potrzebuje kochających rodziców. Nawet jeśli jest na coś przewlekle chore, niepełnosprawne ruchowo albo jego biologiczna mama była schizofreniczką, alkoholiczką czy narkomanką…

 

Tymczasem to pewnie powód, dla którego wiele niepłodnych par obawia się adopcji…

Ani tego, że z chorej mamy urodzi się chore dziecko, ani tego, że pochodzące od zdrowych rodziców dziecko będzie zdrowe. Czekamy właśnie na tych rodziców, którzy wiedzą, że chcą swoją miłością ogarnąć potrzebujące dziecko – takie, jakie ono jest; którzy wiedzą, że szczególnie to chore lub obciążone genetycznie potrzebuje ich miłości, zaangażowanej opieki i wsparcia. Bo choć od lat jest tak, że mówi się, że do ośrodków adopcyjnych zgłasza się więcej oczekujących rodziców niż oczekujących dzieci, to wciąż są dzieci, dla których nie możemy znaleźć rodziców. Kto bowiem przyjmie na przykład czwórkę rodzeństwa albo dziecko w wieku szkolnym? Niestety, zbiór oczekujących dzieci i oczekujących rodziców ma tylko niewielką część wspólną. Na 30 zgłaszających się do nas par tylko kilka jest gotowych na przyjęcie każdego dziecka, nawet obciążonego chorobą lub potencjalną chorobą. A przecież na przykład w przypadku chorób genetycznych niczego nie można być pewnym.

Na 30 zgłaszających się do nas par tylko kilka jest gotowych na przyjęcie każdego dziecka, nawet obciążonego chorobą lub potencjalną chorobą. A przecież na przykład w przypadku chorób genetycznych niczego nie można być pewnym.

 

W jaki sposób ośrodek pomaga rodzicom wyjść z tych wyobrażeń czy mitów?

Ośrodek zaczyna przede wszystkim od poznania zgłaszających się do nas rodziców. Służy temu diagnoza, poznajemy ich mocne i słabe strony, badamy osobowość oraz ich gotowość na przyjęcie dziecka. Jeśli zostaną zakwalifikowani, to przygotowujemy ich do adopcji poprzez kilkumiesięczne szkolenie. Nie wszyscy jednak, którzy się do nas zgłaszają, przechodzą ten początkowy etap weryfikacji.

 

Jak dużo odpada?

Około 10 proc.

 

I wtedy dla nich już adopcja jest „zamknięta”, niemożliwa?

Nie, wtedy najczęściej wskazujemy, co jest przyczyną, czasem są to trudne doświadczenia w historii życia małżonków, czasem chodzi właśnie o dialog i porozumienie między małżonkami. Kierujemy takie pary na małżeńską terapię. Wszystko to ma na celu uniknięcie kryzysu w rodzinie po pojawieniu się adoptowanego dziecka. Każdy, kto ma już dzieci wie, że po ich pojawieniu relacje w małżeństwie trochę się zmieniają, nie jest już tak, jak było. Tymczasem zdarzają się u nas rodzice, którym musimy rozwiewać pewne fantazje dotyczące tego, jak to będzie idealnie i sielankowo po pojawieniu się dziecka.

 

Na przykład?

Na przykład uświadamiamy jak ważny jest pierwszy okres życia dziecka w rodzinie adopcyjnej. Że ono musi poznać swoje nowe środowisko, okolicę zamieszkania, rodzinę, znaleźć poczucie bezpieczeństwa. Dzieci, którym znajdujemy domy mają najczęściej mocno nadszarpnięte to poczucie bezpieczeństwa! Jak jedna z naszych podopiecznych, trzy i pół letnia dziewczynka, która zanim trafiła do rodziny, była dwukrotnie porzucana przez mamę biologiczną i już będąc w domu z nową rodziną prosiła, żeby upewnili się, że ona może u nich być. Czy jej znów gdzieś nie zabiorą. Kazała dzwonić „do policjanta” – więc zadzwonili do nas, uspokoiła się. Pokazali jej dokumenty z sądu, że już jest ich córką. A dzień później, gdy wychodzili wspólnie z kościoła dziewczynka oświadczyła: „zapytałam Pana Jezusa, czy mogę u was zostać. Zgodził się”.

 

Niesamowita historia…

To są właśnie nasze dzieci. A zdarzają się adopcyjni rodzice, którzy chcieliby prosto po wzięciu dziecka do siebie jechać z nim na zagraniczne wakacje. Nie będzie to dla dziecka dobre. Najpierw zachęcamy do spędzania czasu w domu i najbliższym otoczeniu, budowaniu głębszej relacji poprzez poznawanie się, uczenie się siebie nawzajem w codzienności, bycie razem.

 

Nawiązując do tej historii z pytaniem Pana Jezusa o zgodę na pobyt w rodzinie… w czym przejawia się „katolickość” ośrodka? Czym różni się on od nie-katolickiego?

Przede wszystkim różni się naszymi oczekiwaniami w stosunku do kandydatów. W naszym statucie jasno piszemy, że do adopcji dzieci za naszym pośrednictwem zapraszamy zwłaszcza rodziny głęboko wierzące, dla których Bóg Trójjedyny i Kościół są realnymi wymiarami życia. Dlatego m.in. w cykl naszych zajęć przygotowawczych dla rodzin wplatamy zajęcia z wychowania religijnego najmłodszych.

 

Jaką rolę może odgrywać wiara w przyjmowaniu dziecka adopcyjnego?

Kluczową, bowiem pomaga relacje międzyludzkie opierać na Panu Bogu. To szczególnie ważne w sytuacjach dzieci, które powierzamy. Że praprzyczyną tego, że są na świecie, nie jest fakt urodzenia w takiej czy innej rodzinie, ale jest to, że Pan Bóg je chciał, niezależnie od tego, czy rodzona mama je wychowywała, czy nie – Pan Bóg je chciał! Dla tych dzieci, gdy będą w wieku dorastania, będzie to niejednokrotnie lina ratunkowa, pomagająca budować własną tożsamość w pełnej prawdzie o swoim biologicznym pochodzeniu, przygotowywać je na przyszłe wybaczenie swoim biologicznym rodzicom. To bardzo ważne. Tylko szczerze wierzący rodzice będą w stanie uświadomić swoim adoptowanym dzieciom konieczność wybaczenia. Wiara rodziców umożliwi przekazanie im podstawowej prawdy o tym, że są kochane przez Pana Boga! Że On je chciał, od wieków umiłował! Że nie są gorsze, skoro nie wychowują ich biologiczni rodzice, że są chciane i umiłowane przez Niego.

Wiara rodziców umożliwi przekazanie im podstawowej prawdy o tym, że są kochane przez Pana Boga! Że On je chciał, od wieków umiłował! Że nie są gorsze, skoro nie wychowują ich biologiczni rodzice, że są chciane i umiłowane przez Niego.

 

Nie potępiacie więc tych, którzy porzucili własne dzieci…

Absolutnie nie potępiamy! Wiemy dobrze, że zwykle za takimi dramatami stoi łańcuch dramatów z poprzednich pokoleń. Albo trudna sytuacja w domu. Czasem naprawdę lepsze jest to, że mama odda swoje dziecko do adopcji, niż dokona aborcji albo narazi je na życie w bardzo trudnej i dysfunkcyjnej rodzinie. Zresztą, takim mamom też staramy się pomagać. Zdarza się, że dziewczyna w nieplanowanej ciąży zgłasza się do nas po prostu po radę, pomoc. Jeśli da się ją przygotować do wychowywania swojego dziecka – to to robimy. Jeśli nie – pomagamy podjąć decyzję o przekazaniu do adopcji. Ten kontakt z nami też pomaga jej opanować własny strach, niepewność jakim ludziom ona swoje dziecko powierzy. To, co zgłaszający się do nas kandydaci na rodziców traktują czasem jako uciążliwe formalności, dokumenty, zaświadczenia, diagnozy, szkolenia… jest zbawiennie uspokajające dla mamy, która zastanawia się nad oddaniem własnego dziecka. Wie, że jeśli nie będzie mogła zapewnić mu opieki, naprawdę trafi ono w możliwie najlepsze ręce.

 

Rozmawiała Anna Druś

 

Artykuł powstał przy współpracy z Wydziałem Duszpasterstwa Rodzin Archidiecezji Warszawskiej

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Pobłogosławieni

To nie my jesteśmy błogosławieństwem Bożym dla naszych synów, ale oni są błogosławieństwem dla nas! - mówią Dorota i Krzysztof z Wrocławia, rodzice adopcyjni, którzy najpierw przyjęli do siebie małego Jasia, a potem również małego Tymka.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dorota i Krzysztof Wojnarowie zawsze chcieli przyjąć adoptowane dziecko, ale na początku zakładali nieco inną kolejność: najpierw będą rodzicami naturalnymi, potem – adopcyjnymi. Jednak jak sami zauważają życie potoczyło się nieco inaczej.

Po kilku latach małżeństwa i spokojnych starań o potomstwo udało się wreszcie zajść w upragnioną ciążę. – Było wielkie świętowanie, radość, celebracja „cudu”, jak wtedy myśleliśmy. Niestety dość szybko to dziecko straciłam. Tylko modlitwa i bliskość Pana Boga uchroniły nas od destrukcyjnych pytań „dlaczego?” – wspomina Dorota.

Oboje pracowali wówczas w warszawskich korporacjach, z czego najwięcej czasu poza domem spędzał Krzysztof. Bardzo szybko po tym wydarzeniu poczuli jednak, że przez taki tryb funkcjonowania tracą coś bardzo ważnego, że nie chcą takiego życia uciekającego im na cudzych sprawach, nieistotnych z ich perspektywy.

Po pracy w korporacji Krzysztof grał czasem koncerty z jedną z kapel chrześcijańskich pochodzących z Wrocławia. Z nimi i z ich wspólnotą wyjeżdżali już wspólnie z Dorotą na letnie obozy. Po jednym z nich zdecydowali się na przeprowadzkę do Wrocławia . Warszawskie mieszkanie wynajęli, porzucili tutejsze korporacje, znaleźli nowe prace na Dolnym Śląsku, a pod Wrocławiem zaczęli budować dom. Od razu większy, choć przecież byli we dwoje. – Kierowała chyba nami tylko wiara – uważa dziś Dorota.

Oboje zapuścili też korzenie we wrocławskiej wspólnocie ewangelicznej Wrocław dla Jezusa. A tam pełno było młodych małżeństw, co chwilę zachodzących w kolejne ciąże.
– Nie miałam żalu do Pana Boga, błogosławiłam moim koleżankom spodziewającym się dzieci, w głębi jednak czułam się jakby pomijana przez Niego, zapomniana. Nie rozumiałam, czemu moje – przecież dobre – pragnienie zostania mamą nie znajduje spełnienia – wspomina Dorota.

Jednocześnie właśnie wtedy poznała we wspólnocie Magdę, mamę adoptowanych córek. Rozmowy z nią przypomniały im, że zawsze planowali adoptować dziecko. Zaczęli się modlić i pytać Boga, czy to ten moment.

– Pewnego dnia Magda postawiła nas przed faktem dokonanym: powiedziała, że skoro jesteśmy zainteresowani, to umówiła nas na rozmowę z panią z „jej” ośrodka adopcyjnego. Tak zaczęła się ta przygoda: rozmowy i spotkania, potem kurs i kwalifikacja na rodziców adopcyjnych – opowiada Dorota.

Kurs skończyli w maju 2014 r. i nastawili się na dłuższy okres oczekiwania na pierwsze telefony z informacją o czekającym na nich dziecku. Słyszeli przecież od znajomych o kolejkach. Wielkie było więc ich zdziwienie, gdy ów telefon zadzwonił już po niespełna 3 miesiącach – pod koniec lipca! Opowiedziano im o 6-miesięcznym chłopcu przebywającym wtedy w rodzinnym domu dziecka. Zapragnęli go poznać.
– To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale ta miłość przyszła bardzo szybko – wspomina Dorota. – Wiedzieliśmy, że to jest nasz ukochany syn, dar od Boga. Spędziliśmy razem półtorej godziny i już wtedy podjęliśmy decyzję: składamy do sądu dokumenty o jego przysposobienie.

Z dnia na dzień życie stanęło na głowie, np. odwołali długo planowane wakacje, ale wszystko to robili z ekscytacją i poczuciem spełnienia.

Na pojawienie się Jasia w ich domu nie musieli czekać długo. Mieli więc niewiele czasu na przygotowanie domu i skompletowanie wszystkich akcesoriów niezbędnych do pielęgnacji niemowlęcia. Tu jednak o wszystko zatroszczyli się ich przyjaciele ze wspólnoty: okazało się, że już od pewnego czasu organizowali niezbędną wyprawkę, aby pomóc Dorocie i Krzysiowi. Dzięki nim w ciągu ledwie dwóch godzin mieli wszystko: od ubranek, przez pościel, łóżeczko, wózek po fotelik samochodowy.
Jasio okazał się chłopcem bezproblemowym, o żywym temperamencie i duszy lidera. „Człowiek-wiatr” – mówi o nim Dorota.

Po 2 latach od jego adopcji zgłosili w ośrodku chęć przyjęcia kolejnego dziecka. Tak po 9 miesiącach trafił do nich kilkumiesięczny Tymuś, którego Jaś przyjął zupełnie normalnie, bez zazdrości, z dumą, że ma młodsze rodzeństwo. Jedynie trochę rozczarowany, że nie jest to siostra. Nie było też problemu z wyjaśnieniem mu pochodzenia rodzeństwa: od zawsze mówili mu o dzieciach z brzuszka lub z serduszka oraz o tym, że jest wyjątkowy, ponieważ długo go z tatą szukali, a teraz znaleźli dla niego też podobnie wyjątkowego brata.

Z perspektywy kilku lat rodzicielstwa adopcyjnego Dorota przede wszystkim widzi, jak bardzo są przez Pana Boga obdarowani właśnie ich dziećmi. – Nie tylko dlatego, że są zdrowi, bezproblemowi, bo nie mieli za sobą szczególnych traum i w odpowiednim czasie mieli szczęście trafiać do właściwych miejsc i ludzi, co nieczęsto zdarza się dzieciom przeznaczonym do adopcji. Czujemy się przede wszystkim nimi pobłogosławieni! Czujemy, że bardziej niż my jesteśmy darem dla nich, oni są nim dla nas! – mówi Dorota.

Nie lubi też, gdy znajomi i nieznajomi dowiadując się o adopcyjnym pochodzeniu ich dzieci podkreślają, jacy są „bohaterscy i odważni”. – Wcale nie jesteśmy! Jesteśmy normalnymi rodzicami, mamy chwile trudniejsze i chwile piękne, i chcemy być traktowani zwyczajnie. Wiemy też, że kluczem dla dobrostanu naszej rodziny będzie właśnie normalność.

Zapadło jej za to w pamięć to, co o ich historii powiedziała im kiedyś pastorowa z ich wspólnoty: wasze czekanie i modlitwa za tych chłopców, jeszcze nim się o nich dowiedzieliście, była waszą duchową ciążą i dała im duchową opiekę jeszcze zanim się narodzili.

– Teraz modlimy się o to, byśmy ich mądrze wychowali, poprowadzili przez ich temperamenty nie tłumiąc tego, co wyjątkowe. Żebyśmy pomogli im posklejać się w dobrych i szczęśliwych ludzi – podsumowuje Dorota.

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >