Ks. Lucjan Niedzielak. Niezłomny męczennik z Podlasia

Ksiądz Lucjan Niedzielak zawinił Urzędowi Bezpieczeństwa jedynie tym, że mówił prawdę, która nie miała prawa ujrzeć światła dziennego. Komunistyczny oprawca pozbawił go życia, a po śmierci także kożucha i butów, ale nie odebrał mu godności sługi Boga i Ojczyzny.

Kamil Rycerz
Kamil
Rycerz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Rok 1945, areszt UB w Radzyniu Podlaskim. Nieludzko torturowany żołnierz Armii Krajowej o pseudonimie “Urwis” otrzymuje szansę na wolność w zamian za przysługę – zamordowanie księdza Lucjana Niedzielaka, proboszcza w niedalekiej Polskowoli. Duchowny stał się jednym z największych wrogów nowej władzy.

 

“Głóg”

Po objęciu parafii dwa lata wcześniej zaczął pełnić funkcję duszpasterską wśród stacjonujących w okolicy oddziałów AK i WiN jako “Głóg”. Zbierał również informacje o zbrodniach na uroczysku “Baran” w Kąkolewnicy, który nazwano “Małym Katyniem”. Zamordowano tam strzałem w tył głowy około 1,5 tysiąca polskich żołnierzy, dezerterów bądź ludzi uznawanych za przeciwników.

“Urwis”, tak jak wielu innych aresztowanych, nie podjął się zadania. Niezrażony Edmund Szczęśniak, członek UB , zapewniał z zapałem: “Księdza […] spzątniem! I świnty krucyfiks nie pomoze!”. Perfidia działaczy wyszkolonych w systemie sowieckim sięgała zenitu: rozpuszczono plotki o planowanym przez zrzeszenie Wolność i Niezawisłość zamachu na księdza oraz wysyłano anonimowe listy z pogróżkami. “Głóg” zdawał sobie sprawę, że jego życie znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie. Mimo porad pragmatycznych członków rodziny i znajomych, by opuścił niespokojny teren, pozostał na posterunku. W kazaniach i rozmowach z parafianami nadal potępiał reżim komunistycznej władzy.

 

Trzy strzały

Ksiądz Lucjan Niedzielak zawinił Urzędowi Bezpieczeństwa jedynie tym, że mówił prawdę, która nie miała prawa ujrzeć światła dziennego. Komunistyczny oprawca pozbawił Go życia, a po śmierci także kożucha i butów, ale nie pozbawił godności sługi Boga i Ojczyzny.

W mroźną noc 5 lutego 1947 roku Szczęśniak zamienił swe zapowiedzi w czyn. Wraz z pomocnikami wtargnął na polskowolską plebanię. Uwięzili tam dwie gospodynie i czekali na przybycie księdza. Gdy się zjawił, obezwładnili go i splądrowali dom. Następnie wywlekli proboszcza za stodołę, a tam Szczęśniak bestialsko zakończył jego 38-letnie życie trzema strzałami w głowę. Okoliczni mieszkańcy znaleźli o poranku zwłoki pozbawione obuwia i okrycia wierzchniego.

Ubek zabiegał o przekonanie, że mordu dokonali miejscowi partyzanci. Nikt nie dawał wiary tym pogłoskom. Kilka dni po zabójstwie nieugięty Szczęśniak przygotował zasadzkę na oskarżanych żołnierzy. Doszło do strzelaniny. Śmiertelnie ranny w brzuch zdołał doczołgać się do drogi, gdzie skonał. Nazajutrz miał odbyć się pogrzeb księdza Lucjana. Mieszkańcy wsi byli świadkami sceny, której nie wymyśliłby najlepszy scenarzysta kina wojennego: oto leżał, twarzą do ziemi, z rozprutymi wnętrznościami, zabójca duchownego, odziany w zrabowane ofierze buty i kożuch.

Ksiądz Lucjan Niedzielak zawinił Urzędowi Bezpieczeństwa jedynie tym, że mówił prawdę, która nie miała prawa ujrzeć światła dziennego. Komunistyczny oprawca pozbawił go życia, a po śmierci także kożucha i butów, ale nie pozbawił godności sługi Boga i Ojczyzny.

 

Niezłomny bohater 

Pogrzeb kapłana stał się manifestacją narodową. W 1982 roku, na przekór stanowi wojennemu, biskup Wacław Skomorucha poświęcił pomnik wzniesiony w miejscu zbrodni. Dziś ta niewielka parafia w diecezji siedleckiej pod wezwaniem świętego Jana Apostoła i Ewangelisty, licząca około tysiąca wiernych, nadal pamięta o swoim niezłomnym bohaterze. Pobliska szkoła podstawowa przyjęła imię księdza Niedzielaka. Dzięki staraniom “oficera w sutannie” pamięć o ludobójstwie w “Baranie” przetrwała do dziś.

Duchowy spadkobierca podlaskich męczenników z Pratulina i Drelowa, członek zastępu „żołnierzy wyklętych” pozostawił po sobie praktyczną lekcję patriotyzmu i życia według dewizy: Bóg, Honor, Ojczyzna.

Kilka miesięcy po wydarzeniach w Polskowoli, we wsi Okopy na świat przyszedł kolejny kapłan z wielkimi nakładami heroizmu: kapelan Solidarności, dziś błogosławiony Kościoła katolickiego, ksiądz Jerzy Popiełuszko.

 

SPRAWDŹ: Ks. Jerzy Popiełuszko naśladował Chrystusa do końca 

Kamil Rycerz

Kamil Rycerz

Kamil Rycerz – student Akademii Dziennikarstwa; spełnia się zawodowo jako manager w branży optycznej, a po godzinach zmienia otoczenie: pasjonuje się historią i sportem,śledzi wydarzenia z kraju i ze świata oraz pochłania kryminalne opowieści.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Kamil Rycerz
Kamil
Rycerz
zobacz artykuly tego autora >
LUDZIE

W więzieniu spędził 12 lat, dziś głosi Ewangelię i nią żyje. Grzegorz Czerwicki

Dobrze zbudowany mężczyzna, z zarostem i tatuażami na przedramieniu. W to, że budził kiedyś strach, nie ma co wątpić. Na 12 lat w więzieniu „ciężko” zapracował. Jednak to nie przeszłość go określa i chce to powiedzieć wszystkim, którzy też wpakowali się w kłopoty. Głosi Ewangelię i nią żyje. Grzegorz Czerwicki - mąż, ojciec, świadek żywej wiary, autor książki „Nie jesteś skazany”.

Anna Koźlik
Anna
Koźlik
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Tęsknota za ciepłem

Sam mówi, że gdyby robił zdjęcia swojego domu rodzinnego, byłyby one zupełne inne od tych, które można zobaczyć w jego mediach społecznościowych. Na tych zamieszczonych na Facebooku czy Instagramie widoczna jest czuła relacja miedzy małżonkami, poczucie bezpieczeństwa w oczach Kubusia i klimat ciepłego domu, który zaprasza do rozgoszczenia się w ich miłości. Zdjęcia z domu jego dzieciństwa, jak sam mówi, mogłyby posłużyć jako antyinstrukcja tego, jak życie małżeńskie i rodzinne powinno wyglądać. – W dużej mierze to zniszczenia, które dokonywały się od środka – przyznaje Grzegorz. Alkohol, kłótnie, i dużo braków: miłości, przytulenia i relacji z rodzicami. Ma głębokie poczucie, że raniące zachowania czy działania rodziców wynikały z nieświadomości i ich własnych trudności. „Jesteś niewypałem”- słowa usłyszane od tego, który miał uczyć życia, od ojca, przebaczył dopiero kilka lat temu, stojąc 40 minut nad jego grobem. I choć nad ich niszczącym wpływem na swoje życie każdego dnia pracuje, od nienawiści do ojca, innych i siebie jest już wolny.

 

Grzegorz Czerwicki z siostrą Katarzyną | fot. archiwum prywatne

Na piasku

Pytany, jak rozpoczęła się ta droga, która w wieku 18 lat zaprowadziła go do zakładu karnego na południu kraju, odpowiada: – Jako kilkulatek pobiłem chłopaka na jednej z przerw. Szkolne rozrabiaki szybko to zauważyły i zorganizowano mu test na przynależenie do bandy drobną kradzież. Tak bardzo potrzebowałem być zauważonym, że poszedłem do tego sklepu. Nie przypuszczałem, że wchodzę wtedy w niewolę. Moje niskie poczucie własnej wartości zaczęło rosnąć, tak mi się wtedy wydawało. Wchodził szybko w alkohol, zaczął wchodzić w narkotyki. Pamięta do dziś, że po pierwszym joincie koledzy śmiali się z niego, choć było to fizycznie trudne przeżycie, dało ono złudne poczucie bycia w grupie. Obietnica wolności, jaką nęcą mocniejsze narkotyki, popchnęła go w ramiona amfetaminy. Z domu wyniósł przekonanie, że wszystko się życiu dobrze dzieje, kiedy są pieniądze, mama za każdym razem grając w gry loteryjne roztaczała przed nim szczęśliwe wizje po potencjalnej wygranej. Rosło w nim przeświadczenie, że za pieniądze można kupić wewnętrzną wolność i zasypać poczucie pustki w środku. Nie widział tego, że wszystko się sypie. Jak miał w te obietnice nie wierzyć? Przecież to mówiła mama… Gromadzenie pieniędzy stało się tak istotne, że jak przyznaje, traktował dom jak hotel. – Bywałem gościem w domu, nie zauważyłem kiedy mama zaszła w ciążę z nowym mężczyzną. Zorientowałem się, gdy była w siódmym miesiącu i nie chciała ze mną się napić. Mała siostrzyczka będzie potem odwiedzać go w zakładzie karnym i będą to jedne z cieplejszych wspomnień tamtego okresu. Grzegorz dramatycznie przeżyje informację o oddaniu jej do Domu Dziecka.  Ich drogi skrzyżują się po 15 latach, kiedy on będzie gościem w jednej ze szkół na Podhalu….

Nie potrzeba było dużo czasu, żeby każde kolejne przestępstwo było coraz bardziej brutalne- bicie, kradzież. Mówi, że pycha, która w nim rosła posadziła go na tronie i kazała myśleć „Tylko ja się liczę!”.

 

Więzienie duchowe

Zanim pojawiły się więzienne kraty, było jeszcze inne więzienie, duchowe. Kłamstwa, nienawiść skierowana do innych, do ojca, ale i do siebie. Mając 18 lat trafia do zakładu karnego. Chudy 18-latek myślał, że sobie poradzi. – Byłem bity, poniżany, w depresji, miałem dwie próby samobójcze, aż w końcu zacząłem budować na byciu kozakiem – wspomina. Ćwiczenia, sterydy i myśl, jak ułożyć sobie życie po opuszczeniu więziennych murów to była jego więzienna codzienność. Kiedy wyszedł po 6 latach na wolność, od razu skierował swoje kroki po alkohol. Z marszu zaczął tonąć w uzależnieniach, w narkotykach, pornografii… Wszystko to miało pomóc w poszukiwaniu wolności, aż któregoś dnia w wieku 24 lat obudził się na śmietniku, leżąc na kartonach, przykryty gazetami. – Byłem bezdomny. Wracałem z meliny, w której była impreza, wysiadłem na przystanku i wołałem na głos: Boże, musi się coś zmienić się moim życiu, a jak nie, to chciałbym wrócić do więzienia i zacząć wszystko od nowa! Na Bożą odpowiedź nie musiał czekać długo, po 4 miesiącach od tego wołania o pomoc, znów był za kratkami.

 

Biblia za dwa szlugi

Jako 24-letni facet trafia do siedemnastoosobowej celi, w której poznaje przyjaciela. Czas, przestrzeń i godziny rozmów sprawiają, że odsłania się przed drugim człowiekiem. Jak nigdy dotąd i na tyle, żeby ponazywać wszystkie głody, które w sobie nosi. – Moje serce było puste, ale przebijały się tam pragnienie miłości, nadzieja, przyjaźń. Nadzieja, że w końcu ktoś mnie pokocha. Wspomina, że to był czas zbierania różnych doświadczeń, słuchania ludzi, przyglądania się sobie. Kumpel, ateista, polecił mu Pismo Święte mówiąc, że znajdzie tam to wszystko, czego szuka. Chodził z tą myślą tydzień. – Co? To dla lamusów, nie dla mnie! – wspomina to, co czuł wtedy. Był wysoko w hierarchii więziennej, załatwiał różne interesy i teraz nagle Biblia?! Chodził po celi i nagle zobaczył u współosadzonego Pismo. I odkupił je.  Za dwa papierosy. – Tamten był przekonany, że zrobił interes życia, bo dostał dwa szlugi, a Biblia była pożyczona z więziennej biblioteki. Jak się okazało, interes życia zrobiłem ja.  Zaczął czytać Stary Testament i wiele rzeczy mu się nie zgadzało: nie było tam miłości, przyjaźni. Teraz tak to odczytuje, że zły kierował jego uwagę na to, co było rzeczywiście złe. Grzech Adama i Ewy, Kain zabija Abla, król Dawid niby dobry, a zabija przyjaciela dla kobiety… I pojawiło się w nim pytanie: Gdzie w tym wszystkim niby ten Bóg? Poszedł z tym do przyjaciela z celi – Mówię mu: Coś ci się z tą Biblią pomyliło! Wojny, zdrady, morderstwa! A on do mnie: Stary zapomniałem ci powiedzieć, że od Nowego Testamentu masz czytać!
Gdyby wtedy nie zadał tego pytania, Pisma Świętego na tamten czas by już więcej nie otworzył. – Zacząłem czytać Nowy Testament, zacząłem czytać Ewangelie, przeszedłem Dzieje Apostolskie i zachwyciłem się świętym Pawłem. Tą historią w ogóle byłem mocno nakręcony i bardziej jeszcze podbudowany. Po jakimś czasie stwierdziłem, że na jego przykładzie powinienem coś dalej robić, a nie trzymać tego dla siebie.

Odmawiając różaniec, czytając Słowo Boże, po jakimś czasie zorientował się, że wokół niego zgromadziło się w celi prawdziwe kółko różańcowe! Zaczął chodzić też na spotkania katolickie organizowane w więzieniu. – Trzydziestu, czterdziestu chłopa na mnie patrzy, głównie to moi koledzy, a ja im mówię, że Bóg jest niesamowity! Opowiadam, że dzięki Niemu przestałem przeklinać, żyje mi się dużo lepiej. No wiesz, co dzieje się w więzieniu, oni widzą kraty, ja widzę drzewa. Oni widzą zmęczonego człowieka, który jest dalej w więzieniu, a ja czuję w końcu wewnętrzną wolność – śmieje się na wspomnienie tamtych chwil i podsumowuje – Po tych 2 latach byłem bardziej wolny niż nie jeden funkcjonariusz w zakładzie karnym.

 

Rodząca się wolność i Przyjaciel

Ks. Stanisław Majcher SJ, jezuita to ważna postać. Robił coś niesamowitego dla osadzonych w małopolskim więzieniu – przyprowadzał zwyczajnych ludzi, którzy opowiadali o tym, jak żyją Ewangelią. Często były to rodziny, które tak zupełnie normalnie dzieliły się swoim życiem, radościami i trudnościami.  Robiło to wrażenie. Rozbudzało też na pewno pragnienie założenia własnego domu, stania się mężem i ojcem. – Ja też zawsze powtarzałem, że nie szukam wiary, szukam przyjaciela. I Pan Bóg mnie pod tą relację do swojego Syna przyprowadził, po prostu żeby się z Nim zaprzyjaźnił. Postać Boga Ojca i relacja z Nim znajdzie swoje wypełnienie dopiero po narodzinach syna, Kubusia. Do tego czasu jest bliskość Jezusa, Maryi, św. Faustyny. Tak sobie załatwiałem różne sprawy – mówi, powołując się na ich wstawiennictwo.

Czytał Pismo Święte po 6 godzin dzienne, rozmowy z jezuitą wzmacniały pragnienie zmiany, ale też wyjaśniały wiele pytań, które rodziły się w męskim sercu. Relacja z Przyjacielem, Jezusem, zaprowadziła go do spowiedzi po ponad 20 latach. Czas ukrytej pracy nad sobą, ale systematycznej. Grzegorz wspomina, jak ważne dla niego było codzienne ścielenie łóżka, wymaganie od siebie, choć od niego nikt nie wymagał. Praca w kuchni, do której sam się zgłosił, choć wcześniej w poprzednich zadaniach zdarzało mu się narozrabiać. Przyjaciel każdego dnia wspierał w tym budowaniu od nowa. Przez Słowo, przez współwięźniów, którzy niewiele kwestii wiary rozumieli, przez czas i ogromną tęsknotę za Miłością. Wolność, która zrodziła się w sercu, zbliżała się dla niego wielkimi krokami…

 

Grzegorz Czerwicki z żoną i synem Jakubem | fot. archiwum prywatne

 

Pierwsze chwile na wolności

Luty 2015 roku. Pierwsze chwile na wolności to autobus do Zakopanego. Plan, by pojechać na rekolekcje ignacjańskie dojrzewał w nim od miesięcy. Trzeba było odpowiedzieć sobie na pytanie, do czego Bóg go wzywa. Może jednak seminarium i kapłaństwo? Wielogodzinne rozmowy z ojcem Stanisławem w więzieniu zrodził swój kolejny owoc – potrzebę rozeznania powołania życiowego. W oczekiwaniu na autobus kompletuje potrzebne ubrania z pomocą kolegi, który wcześniej opuścił więzienie. Ma na sobie jedynie sportową bluzę, torbę z przyborami toaletowymi i Pismem Świętym i całe pokłady nadziei w oczach. Podczas pierwszego posiłku w ośrodku rekolekcyjnym siada naprzeciwko blondynki, która oczarowuje go swoim uśmiechem. Nie jest pewny, czy to uśmiech na pewno do niego. Ta blondynka odwiedzie go potem do Nowego Sącza i po dwóch latach zostanie jego żoną. Podczas ćwiczeń duchowych, tzw. fundamentu, godziny spędza w kaplicy, przed Najświętszym Sakramentem. Miałem potrzebę być z Nim jak najbardziej i pogłębiać tą relację. Dzień przed wyjazdem, chciałem wiedzieć, która droga ksiądz, zakon, czy pragnienie bycia mężem i ojcem? Pracę i mieszkanie na następny miesiąc miałem załatwioną dzięki wspaniałym, życzliwym ludziom. Miałem 400 zł w kieszeni i nie wiedziałem co mam robić. Czuł, że musi spłacić długi z przeszłości, dzwonił do byłych kumpli i się rozliczał. Przyznaje, że czuje opiekę Aniołów nad sobą, ale i spokój serca, bo długów już nie ma.

 

Nowe życie

Żona Renata, kobieta anioł, którą nazywa Przekaźnikiem Ducha Świętego, syn Kubuś i Maluszek w łonie mamy – to ukochana rodzina Grzegorza. Czas spędzony z nimi jest bezcenny, nawet jeśli to sanki z kilkulatkiem o godz. 22. Czas dla Przyjaciela codzienne jest i musi być, 30-40 minut w zależności od dnia. Pismo Święte to dla niego przepis na życie. – Bez niego się w ogóle nie ruszam, jeżeli miałbym nie przeczytać chociaż 15 minut w ciągu dnia danego fragmentu, nie przeanalizować go i odnieść do siebie, to ten dzień byłby zmarnowany po prostu. Teraz obok Biblii, ważnymi książkami są także te dotyczące rozwoju dziecka czy finansów. Jak przyznaje, tej wiedzy zabrakło w jego domu, a po co wyważać drzwi, skoro są już otwarte. Szuka takich porządkujących i wartościowych publikacji. Rola żony Renaty jest tu niesamowita. – Małżonka mnie obserwuje i wie, co mi podsunąć, a ja czytam – dodaje z rozbrajającą szczerością.

Każdego dnia cieszą się z tej wolności, ale i wiedzą, że wymaga ona pracy. Terapia psychologiczna jest tutaj kolejnym fundamentem, o jej konieczności przekonywała nie tylko żona, ale i kumpel z więzienia. Łaskę mam. Z uzależnienia od pornografii, narkotyków, alkoholu zostałem wyleczony, ale to nie jest tak, że wyszło raz i nie wróci. Zostałem uzdrowiony, ale ta furtka jest otarta. Tylko, że łaska nią trzaska. Wie, że terapia jest potrzebna i jest w tym niesamowicie pokorny i autentyczny. Przed każdą sesją modli się o łaskę dla terapeuty i otwartość dla swoich uszu. Razem z żoną Renatą niedawno ukończyli Diecezjalne Studium Rodziny i zostali posłani do publicznego głoszenia nauki Kościoła Katolickiego w ramach misji kanonicznej od bp. Jeża. O tym, że są autentyczni, nie trzeba nikogo przekonywać. Grzegorz ma poczucie, że jest potrzebny. Koresponduje z chłopakami z zakładów karnych, wysyła im różańce i Biblie, ale też tworzy programy profilaktyczne, bo wie, że po wyjściu zza krat łatwo wpaść w to samo wciągające bagno. Ma poczucie, że trzeba wspierać rodziny osadzonych, aby powrót do domu był realnym początkiem nowej historii.  Sam o sobie w pierwszej kolejności mówi, że jest mężem, ojcem, świadkiem żywej wiary, którą chce dzielić się z innymi. Razem z żoną jest autorem książki „Nie jesteś skazany”.

 

Anna Koźlik

Anna Koźlik

Mgr teologii, doradca rodzinny, nauczyciel Instytutu Naturalnego Planowania Rodziny, założycielka strony Płodna.pl. Lubi mówić i pisać o małżeństwie, seksualności i teologii ciała.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Anna Koźlik
Anna
Koźlik
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap