KS. JERZY POPIEŁUSZKO

Naśladował Chrystusa. Do końca

W śmierci ks. Jerzego Popiełuszki Kościół zobaczył męczeństwo za wiarę.

ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Sophi School niewiele z pozoru zrobiła: brała udział w produkcji i rozpowszechnianiu ulotek, które miały społeczeństwu niemieckiemu uświadomić, że dzieje się w nim coś złego. Że działania nazistów to ludobójstwo. Proces był błyskawiczny, egzekucja – niezgodnie z prawem – wykonana natychmiast. Sophie School z organizacji Białej Róży została ścięta, podobnie jak jej brat i kolega, na gilotynie.

Ten niewielki z pozoru czyn, nie mający nic wspólnego z agresją, z przemocą, z ryzykowaniem życia, bardzo szybko został doceniony. Dziś ta młoda Niemka z Monachium jest symbolem niezwykłej odwagi w obronie wartości ludzkich.

Ks. Jerzy Popiełuszko zginął z pozoru z bardzo podobnych motywów. Zresztą wielu jest ludzi takich jak Sophi, jak ks. Jerzy: często anonimowych, do dziś niedocenionych, którzy nie milczą, gdy dzieje się zło.

 

Ks. Jerzy Popiełuszko podczas rozmowy z młodzieżą w kwietniu 1984 roku | Zdjęcie dzięki uprzejmości Muzeum ks. Jerzego Popiełuszki w Warszawie

 

A jednak beatyfikacja i kanonizacja męczennika to nie order przypinany przez Kościół za oddanie życia w obronie Ojczyzny, nie nagroda za odwagę.

A jednak beatyfikacja i kanonizacja męczennika to nie order przypinany przez Kościół za oddanie życia w obronie Ojczyzny, nie nagroda za odwagę. Proces beatyfikacyjny ks. Jerzego miał odpowiedzieć na jedno zasadnicze pytanie: czy kandydat na ołtarze zginął za wiarę, czy zginął – naśladując do końca Jezusa Chrystusa. Śmierć za “sprawę” to za mało.

Cały proces beatyfikacyjny zmierza do tego, by potwierdzić świętość. Najpierw czyni to ośmioosobowy kongres konsultorów teologów, potem biskupów i kardynałów z Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, w końcu ostatnie i tak naprawdę jedynie wiążące słowo należy do papieża, który oczywiście korzysta z opinii wyrażonych przez biegłych bądź biskupów.

 

Biegli pracujący w Kongregacji to ludzie, którzy – jak mówił jeden z postulatorów – zrobiliby niesamowite kariery pracując na uniwersytetach. A jednak całe swoje życie poświęcili właśnie ocenianiu przygotowywanych przez postulatorów (pod kierunkiem promotorów sprawiedliwości) różnych Positio. Myli się ten, kto uważa, że każdy proces beatyfikacyjny czy kanonizacyjny kończy się “sukcesem”. Ta świętość, łaska męczeństwa albo łaska heroiczności cnót, musi być za każdym razem udowodniona. “Positio” musi zawierać nie opinie, ale konkretne fakty, które to weryfikują. To praca naukowa o najwyższych standardach akademickich.

“Positio” o męczeństwie ks. Popiełuszki trafiło do Kongregacji w czerwcu 2008 roku. Biegli mieli otrzymać wszystko co potrzebne, by wyrobić sobie opinię o męczeństwie ks. Jerzego. Jakikolwiek brak informacji, jakakolwiek wątpliwość czy brak odpowiedzi na jakieś pytanie skutkowałyby koniecznością dopracowania dokumentu. Nie mówiąc o tym, że każdy z ósemki biegłych może na podstawie pełnej informacji mieć inne przekonanie, czy męczeństwo za Chrystusa faktycznie było, czy nie. W takim wypadku dochodzi do dyskusji. Wszystkie wątpliwości biegłych są potem przekazywane kardynałom i biskupom, a ci – również wyrabiając swoje opinie za i przeciw – całą dokumentację i informację przekazują papieżowi.

 

Miejsce na “Tamie we Włocławku”, z którego funkcjonariusze PRL zrzucili związanego ks. Jerzego Popiełuszkę do wody | fot. M. / WikimediaCommons / CC BY-SA 3.0

 

Positio nie jest zwykłą pracą naukową

Positio nie jest zwykłą pracą naukową zawierającą biografię kandydata na ołtarze. To opracowanie dość ściśle sformatowane na potrzeby Kongregacji. W przypadku męczennika, kluczowe są trzy rozdziały, które odpowiadają na pytania o męczeństwo materialne (jaki był faktyczny przebieg prześladowania oraz śmierci męczeńskiej oraz czy była między nimi więź przyczynowo-skutkowa), męczeństwo formalne od strony sprawcy (czy prześladowcy działali z nienawiści do wiary; motyw zemsty albo wyeliminowania politycznego przeciwnika nie wystarcza, by mówić o męczeństwie) oraz męczeństwo formalne od strony ofiary: musi przyjąć tę śmierć w imię Chrystusa (nie np. za Ojczyznę, “za sprawę”) oraz nie żywić nienawiści do prześladowców. To wszystko musi być poparte faktami, konkretami, świadectwami. Czyjeś opinie, interpretacje, przypuszczenia nie wytrzymają wysokich naukowych kryteriów.

Przy okazji warto wspomnieć, że trwający proces kanonizacyjny ks. Jerzego nie polega już na weryfikowaniu męczeństwa. W przypadku każdego męczennika jedyną właściwie badaną sprawą będzie cud, który – według prawa regulującego sprawy kanonizacyjne – musiał nastąpić po beatyfikacji.

 

W śmierci ks. Jerzego Popiełuszki biegli jednomyślnie rozeznali męczeństwo za Chrystusa.

W śmierci ks. Jerzego Popiełuszki biegli jednomyślnie rozeznali męczeństwo za Chrystusa. Podobnie jak biskupi i kardynałowie, podobnie jak papież. Mimo że wiele było podejrzeń – ale w opiniach publicystów – że śmierć Popiełuszki miała charakter polityczny, okazało się, że ks. Jerzy Popiełuszko kierował się tą samą motywacją, która kierowała też życiowymi wyborami pierwszych męczenników za Chrystusa.

I to jest najważniejsze: świadomość, że na ołtarze został wyniesiony ktoś, kto naśladował Chrystusa do końca. Ta jednomyślność bardzo krytycznego gremium watykańskiej kongregacji mówi tu dużo. Ks Jerzy, prześladowany za wiarę oddał życie jak Chrystus.

 

Tekst pierwotnie został opublikowany 17.10.2017

 

ks. Przemysław Śliwiński

ks. Przemysław Śliwiński

Kapłan Archidiecezji Warszawskiej. Pochodzi z Lubawy. Ukończył studia specjalistyczne na Wydziale Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Santa Croce w Rzymie. Jesienią 2013 roku, objął stanowisko rzecznika prasowego Archidiecezji Warszawskiej oraz dyrektora Archidiecezjalnego Centrum Informacji. Wykłada edukację medialną w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Na Stacji7.pl jest autorem wielu artykułów oraz popularnego cyklu Jutro Niedziela.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >

Doktor Wanda od trędowatych

“Wszyscy myślą, że moja praca była poświęceniem, a dla mnie była szczęściem” - powiedziała w jednym z wywiadów Wanda Błeńska, polska lekarka, specjalizująca się w leczeniu trądu. Na misjach w Ugandzie spędziła 43 lata. W niedzielę rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Drobniutka, siwa starsza pani, w okularach i z wieczną pogodą na twarzy, codziennie w południe idąca na Mszę św. do kościoła dominikanów w Poznaniu – tak zapamiętało ją wielu poznaniaków. A wciąż pamięta ją wielu, bo nie dość, że była rodowitą poznanianką, dobrze znaną pod koniec życia, to jeszcze zmarła dopiero w 2014 r. 

Wanda Błeńska przyszła na świat właśnie w tym mieście 30 października 1911 r. Wcześnie straciła matkę, przechodząc na wychowanie przez samego ojca. Nie chodziła do szkoły podstawowej, tata uczył ją w domu. Prawdopodobnie to wtedy zrodziło się jej marzenie o wyjeździe do Afryki, choć nie była w stanie później sobie przypomnieć w jakich dokładnie okolicznościach. Już jako dziewczynka wiedziała jednak, że chce pojechać do Ugandy, być lekarką i pracować na misjach. 

Na realizację tego marzenia musiała czekać wiele lat, bowiem w jej młodości nie do pomyślenia było, by na misjach pracował ktoś świecki. Pomysł ten rodził się już jednak w środowiskach inteligencji katolickiej, w których Wanda się obracała. Jako studentka Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Poznańskiego przystąpiła do Akademickiego Koła Misjologicznego – to wówczas musiało jej wystarczyć. Po ukończeniu studiów pracowała w różnych szpitalach, zaś po wybuchu wojny od razu wstąpiła w szeregi Armii Krajowej jako sanitariuszka. 

 

 

Nic nie mająca, a posiadająca wszystko

Jej marzenie o misjach zaczęła realizować stopniowo zaraz po wojnie. Gdy pod koniec wojny udaje jej się przedostać do ciężko chorego brata udaje jej się po pewnym czasie dostać na kurs medycyny tropikalnej w Hamburgu. Potem w 1947 r. wyjeżdża do Anglii, gdzie służąc chorym w polskich szpitalach wojskowych udaje jej się równolegle studiować  medycynę tropikalną w Liverpoolu. Wreszcie w 1950 r. udało się: młoda lekarka Wanda jedzie z Anglii do Ugandy, aby najpierw podjąć praktykę, a potem zostać jedynym lekarzem w ośrodku leczenia trądu w Bulubie w Ugandzie. W dniu wyjazdu notuje:

Prócz fizycznego zmęczenia mam pokój w sercu i jakąś cichą spokojną radość – jestem właściwie zupełnie szczęśliwa – jako nic nie mająca, a posiadająca wszystko

Na początku warunki pracy były tragiczne. Leprozorium znajdowało się na terenie prowizorycznej wioski trędowatych. Nie było tam ani prądu ani wody. Za stół operacyjny służyło po prostu wysokie łóżko polowe, w sali “operacyjnej” brakowało światła, nawet dziennego. Polska lekarka bardzo szybko musiała się wyspecjalizować w różnych dziedzinach medycyny, stając się chirurgiem, okulistą, ginekologiem. Zajęła się również lepszą organizacją pracy oraz poprawą warunków leczenia pacjentów. Tym jednak, na czym jej najbardziej zależało było podejście do chorych na trąd. Wtedy o tej chorobie wiedziano niewiele, niewielkie też były możliwości leczenia. Oczywistym więc było, że lokalne społeczności natychmiast izolowały każdego chorego, niezależnie od tego, czy była to czyjaś ukochana mama, brat, wujek czy babcia. 

Strategią Wandy było pokazanie, że ona sama nie boi się tych ludzi, nie brzydzi się ich dotykać. Wiedziała, że dzięki temu oni też zaczną inaczej myśleć o sobie. Szokowała tym, że nigdy nie badała chorych w rękawiczkach, natomiast ostentacyjnie dbała o higienę, myjąc ręce przed i po badaniu każdego pacjenta.

Wkładałam rękawice wtenczas, kiedy wymagał tego stan pacjenta, żeby jego nie zarazić. Jeżeli były jakieś rany, no to trzeba było wsadzić rękawiczkę, żeby nie zaszkodzić pacjentowi, nie rozmazać ropy”

– mówiła w wywiadzie-rzece udzielonym Joannie Gadzińskiej i Marcie Jelonek do książki “Spełnione życie”. Chciała przede wszystkim przekonać pacjentów i ich otoczenie, że przy zachowaniu normalnych zasad higieny trąd nie jest tak bardzo zaraźliwy.

 

Najskuteczniejszym lekarstwem jest miłość

W pracy polegała jednak nie tylko na sobie, a może lepiej powiedzieć: nie przede wszystkim na sobie. Znakomicie znała swoje ograniczenia i wiedziała, że prawdziwy Lekarz jest tylko jeden – Chrystus. Nieraz, gdy widziała jak poważny jest stan pacjenta, zaczynała się modlić nawet przy innych, włączając pozostałych w swoją modlitwę. 

Jeśli wiedziałam, że któryś z moich pacjentów jest w ciężkim stanie, mówiłam o tym głośno. I wtedy wszyscy się modlili. To było najprostsze. Pod tym względem Afrykańczycy są bardziej prości. Tu, w Polsce, publiczna modlitwa wymaga przełamania jakichś barier, u siebie i u innych – w Ugandzie nie. Dla nich to było zrozumiałe”.

Oprócz modlitwy za najskuteczniejsze lekarstwo na ludzkie cierpienie uznawała jednak… miłość. Tę, którą pacjentowi okazuje lekarz i tę, którą okazują mu jego najbliżsi. 

Trędowatych nie trzeba się bać, ich trzeba kochać

przekonywała. I dalej: 

Jeśli człowiek nie może drugiego uchronić od śmierci, to zwykłe ugłaskanie i czułe dotknięcie czynią ten krok przejścia na drugą stronę łatwiejszym”.

 

Nie pokochałam nikogo mocniej niż pracę na misjach

Sama nie uważała natomiast swojego podejścia do pacjentów za własną zasługę. Wiedziała, że darem od Boga a nie jej własnym “wyuczonym” altruizmem było jej pragnienie leczenia ludzi na misjach. Między innymi z tego powodu nie założyła też rodziny, choć nigdy nie myślała o zostaniu zakonnicą. “Nigdy nie pokochałam nikogo mocniej niż pracę na misjach” – zwierzała się przyjaciołom. Za jej życia chyba nikt o tym nie wiedział, ale już kilka lat po przyjeździe do Ugandy złożyła prywatne ślubowanie Jezusowi, wzorowane na przysiędze małżeńskiej.

– Jej świętość oparta była na zażyłości z Chrystusem i poświęceniu się służbie innym – mówi ks. Jarosław Czyżewski, postulator procesu beatyfikacyjnego Wandy Błeńskiej. Już za życia bowiem ta misyjna lekarka uchodziła wśród wielu ludzi za świętą. Przekonanie to wzmocniło się tylko po jej śmierci. 

– Zwykle kandydatów na ołtarze wskazuje się według klucza przykładu dla innych, aby dać wzór do naśladowania ludziom danych czasów. W przypadku Wandy Błeńskiej są to dwa ważne rysy jej życia. Jeden to wspomniana służba innym, gotowość nieustannego dawania siebie. Drugi – to jej oryginalna forma życia. Wśród świętych kobiet najczęściej widzimy siostry zakonne lub żony i matki, ona nie była ani jedną ani drugą, a wiele kobiet żyje dziś według modelu Wandy Błeńskiej. Służą innym pozostając w samotności i stanie świeckim – wyjaśnia ks. Jarosław Czyżewski.  

 

Ja wiosłuję, św. Rafał ratuje

Wanda Błeńska może pociągać też aktywnością swojego życia. W czasie lat spędzonych w Ugandzie wolne chwile często wykorzystywała na turystykę i sport. Była pierwszą kobietą, która samodzielnie zdobyła szczyt Vittorio Emanuele w masywie górskim Ruwenzori (4890 m. n.p.m). Często pływała też kajakiem po Jeziorze Victorii. 

Z jedną z takich wypraw wiąże się zabawna historia opowiadana później przez panią Wandę. 

Miałam taki mały kajak – wspomina Wanda Błeńska – i pewnego dnia tym kajakiem popłynęłam odnogą Jeziora Wiktorii. Chciałam podpłynąć pod drzewo, a tam, pod drzewem, był hipopotam. Coś mnie tknęło (to Anioł Stróż mnie szturchnął) i odwróciłam głowę. Jak się odwróciłam, zobaczyłam otwartą ogromną paszczę! Do dziś pamiętam – miała różowe wnętrze i w środku kły, takie żółtozłote… I ten otwarty pysk był nad końcem mojego kajaka! I wtenczas wrzasnęłam na całe jezioro: ‹‹Święty Rafale, ratuj! Ja będę wiosłować!››. To był taki spontaniczny wrzask: ja będę wiosłować, a ty ratuj. I Święty Rafał uratował – on jest od pomocy w nagłych wypadkach. No i rozstaliśmy się z hipopotamem w pokoju.

 

 

Pan Bóg zawsze więcej kochał tych niezbyt dobrych

Ta historia mówi też wiele o jej pobożności, która – zdaniem postulatora – wcale nie była świętoszkowata. – Wanda Błeńska była wobec siebie bardzo krytyczna, także w sprawach wiary. W jednym z listów do swojego przyjaciela i powiernika ks. Aleksandra Woźnego pisała: „Jaki Pan Bóg jest strasznie dobry dla mnie On zawsze najwięcej kochał tych «niezbyt dobrych». Ja Go kocham ogromnie, ale moje uczynki nie idą w parze z tym. Jestem wybuchowa (jak prawie wszyscy tutaj), złoszczę się okropnie, choć nie na długo”. A w 1964 r.: „Coraz lepiej zdaję sobie sprawę z tego «fiaska» jakim jestem – w pogoni za wykonaniem tylu spraw, za wydajnością – kiedy przecież nie jest to najważniejsze, co wykonujemy tylko to, jakimi jesteśmy” – cytuje ks. Jarosław Czyżewski. 

Co sobie wyrzucała? Rozproszenia myśli na Mszy św., bycie “bogatszym” od swoich podopiecznych, niepełne wykorzystywanie darów, jakimi Bóg ją obdarował. 

Mam poczucie, że otrzymałam talenty, z których będę musiała się rozliczyć, a ja już jestem w długach – pisała.

 

Nie dajcie zasnąć marzeniom!

Wanda Błeńska wróciła z Ugandy po 43 latach pracy. Prężnie funkcjonujący już wtedy ośrodek leczenia trądu w Bulubie przekazała swojemu uczniowi i wychowankowi – doktorowi z Ugandy. Dziś miejsce w niczym nie przypomina prymitywnego ośrodka, jaki Wanda zastała w 1951 r. 

Po powrocie do Poznania przez 20 lat wiodła życie skromnej starszej pani, choć często otaczali ją ludzie, którzy bez końca chcieli słuchać o jej misyjnej działalności. Była uznanym na świecie specjalistą od leczenia trądu, często proszonym o konsultacje. Peszyły ją jednak publicznie wyrażane słowa uznania, pochwały i laudacje ku czci. 

 

 

Nie unikała spotkań z młodzieżą, często zachęcając ich do realizacji własnych marzeń. 

Kiedy rozmawiam z młodzieżą, zawsze im powtarzam: jeżeli macie jakieś dobre, świetlane pomysły, to je pielęgnujcie. Nie dajcie im zasnąć, nie odrzucajcie ich. Nawet jeżeli wydają się niemożliwe do spełnienia, za trudne. Swoje marzenia trzeba pielęgnować! Zawsze można znaleźć jakąś wymówkę, powód, dla którego rezygnuje się z marzeń. Czasem jest to strach. A strach ma często wielkie oczy!

Jednym z takich młodych ludzi był obecny postulator jej procesu beatyfikacyjnego. Spotkał ją ponieważ należał do Akademickiego Koła Misjologicznego na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdy jeszcze przed wstąpieniem do seminarium duchownego studiował politologię. Tego samego Koła, do którego jeszcze przed wojną należała Wanda Błeńska. – Ponieważ moja praca magisterska jakoś zahaczała o Ugandę, pojechałem wraz z inną studentką do pani Wandy, aby wypytać ją o ten kraj. W podziękowaniu daliśmy jej wówczas zwykłą zakładkę do książki. Jakież było moje zdziwienie gdy po jej śmierci, poproszony przez biskupa porządkowałem dokumenty po pani Wandzie. Z jednej z książęk wypadła wówczas ta zakładka. Ujęło mnie, że zachowała taki drobiazg po zwykłych studentach – mówi ks. Czyżewski.

Wanda Błeńska dożyła aż 103 lat, umierając 27 listopada 2014 r. Zaraz po jej śmierci powstał w Poznaniu zwyczaj odprawiania 27. dnia każdego miesiąca w jej parafii Mszy św. w jej intencji. Po każdej takiej Mszy uczestnicy idą później na grób pani Wandy by odmawiać Różaniec. 

 

 

Moje życie było trudne, ale pełne radości

Proces beatyfikacyjny Wandy Błeńskiej rozpoczął się w niedzielę 18 października uroczystą sesją otwierającą w katedrze w Poznaniu. Z uwagi na kwarantannę abp. Gądeckiego, który występował o zgodę na proces w Watykanie, sesji przewodniczył poznański biskup pomocniczy Damian Bryl. 

Już na wieść o przygotowaniach do procesu archidiecezja poznańska dostawała od różnych osób materiały, które mogą teraz się przydać, wśród nich świadectwa spotkań z Wandą Błeńską, opisy różnych związanych z nią sytuacji czy świadectwa łask otrzymanych po prywatnej modlitwie za jej wstawiennictwem. 

Ponieważ wielu świadków jej życia mieszka i żyje w Ugandzie, postulator nie wyklucza, że trzeba będzie za zgodą tamtejszego biskupa miejsca uruchomić w tym kraju tzw. proces pomocniczy. 

Moje życie było trudne, ale pełne radości. To radość lekarza, który cieszy się z wysiłku, że może pomóc, ulżyć choremu. Wszyscy uważają, że moja praca była poświęceniem, a dla mnie to było szczęście.

 

[Wszystkie śródtytuły są cytatami z wypowiedzi Wandy Błeńskiej]

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap