Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

W parafii katedralnej jest jedynym księdzem (w całej diecezji ma ich zdaje się obecnie kilkunastu). To znaczy, że odprawia sam wszystkie cztery niedzielne msze, spowiada, prowadzi nabożeństwa, kursy przedmałżeńskie, święci medaliki – łączy w sobie godności i obowiązki ordynariusza, proboszcza oraz wikarego.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Ponieważ nosi mnie i w najbliższych tygodniach dalej będzie mnie nosić po świecie, postanowiłem pisać pamiętnik, notując rzeczy które widzę, a które wchodzą w pamięć – zostają w głowie i napędzają myślenie.

Nazwałem go „Pamiętnikiem spod róży“, bo wydało mi się to dowcipne (w tym żarcie śmieszne jest to, że zamiast „z podróży“, jest „spod róży“).

Myślałem też, żeby nazwać ten cykl „Pamiętnikiem z wakacji“, ale po pierwsze to nie są wakacje, po drugie –wspomnienia o mięsnym jeżu wciąż są w nas chyba zbyt bolesne.

„Dzienniczkiem“ też tego nie nazwę, bo to jednak by było świętokradztwo. A więc – com zatytułował, zatytułowałem.

Będę go pisał codziennie, przez miesiąc, na próbę. A później zobaczymy, czy i Wam i mnie nadal podglądać świat w ten sposób będzie się jeszcze chciało.


Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Biskupa Jamesa Foleya z Cairns na tropikalnych, północnych kresach Australii (to swoją drogą ciekawe, że tu „Daleka Północ“ oznacza tropiki), opisałem już w „Last Minute“.

Biskupstwo to najwyższy stopień kapłaństwa. A kapłan to po prostu starszy. Starszy brat. A nie wynajęty (nasłany) zarządca.

Dziś wybrałem się tu na niedzielną mszę, na 10.00. Biskup Foley nie poradziłby sobie bez świeckich i wielu z nich przy katedrze działa.

Jedni drukują gazetkę, inni dbają o kościół, jeszcze inni prowadzą sklepik albo organizują parafialną herbatę. Są lektorzy i nadzwyczajni szafarze rozdający komunię.

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Biskup Foley nie dorobił się jednak jeszcze liturgicznej asysty. Z rozczuleniem obserwowałem jak przed mszą usiłuje rozpalić trybularz (to coś, co amatorzy nazywają kadzidłem; kadzidło to to, co się spala, to srebrne urządzenie do machania na łańcuszku to trybularz).

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Następnie przyniósł z zakrystii specjalny uchwyt, który postawił przy swoim tronie i próbował zawiesić na nim trybularz, tak by się nie wywrócił. Później przez całą mszę nosił ten uchwyt z miejsca na miejsce.

Dla Polaka, przyzwyczajonego do tego, że jak jest biskup, jest liturgiczna „full pompa“, jest coś wstrząsającego w widoku biskupa, któremu trybularz podaje metalowy (i bardzo wywrotny) uchwyt, i który gdy zdejmuje mitrę (ozdobna biskupia czapa), kładzie ją po prostu na krześle albo na ambonce (u nas – przekazuje w ręce trzymającego ją przez welon, niczym Najświętszy Sakrament – ministranta lub kleryka).

Kazanie krótkie i na temat. Co to znaczy: być „przybranym dzieckiem Boga”? Czy bycie adoptowanym to stygmatyzacja (biskup wspominał, że gdy sam był dzieckiem – „ty jesteś adoptowany” było najgorszą obelgą)? Czy raczej komunikat: jesteś tak wyjątkowy, tak cię kochamy, że chcemy, żebyś to właśnie ty był odtąd członkiem naszej rodziny?

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Po mszy – jak zwykle, w kościelnych głośnikach odpala się nagranie, w którym autor katedralnej dumy: witraży pokazujących stworzenie świata (za pierwszym razem wydawały mi się bohomazem, dziś zaczynam coś w nich jednak dostrzegać) wraz z biskupem Foleyem opowiadają o ich powstaniu i przesłaniu.

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Ja przez dobre pół godziny biegam wkoło kościoła polując na przemieszczającego się z prędkością światła biskupa. Gdy go wreszcie dopadam (ubranego już w cywilne ciuchy), umawiamy się na przyszłą sobotę, gdy znów będę w Cairns, w drodze powrotnej z Papui, przekażę mu książkę („super, wreszcie nauczę się polskiego”), rozmowa trwa pół minuty, bo on już pędzi dalej.

Wracam do hotelu, tuż przy marinie, z której miliony ludzi rocznie wypływają by podziwiać oddaloną o godzinę łodzią Wielką Rafę Koralową. Super, że cieszą się pięknem świata.

Ten, co ten świat stworzył już jednak ich tak nie kręci (wnosząc z porównania frekwencji w kościele i w porcie). Jak uświadomić ludziom, że kontemplacja Boga (wie to każdy, kto odważył się spróbować), to w pierwszym rzędzie zanurzenie się w Pięknie? Komu jeszcze się On z pięknem kojarzy? Co robimy źle, głosząc Go ludziom? Może za często jesteśmy „cieciami” Sacrum, zamiast starszymi braćmi?

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Tak się tym wstrząsnąłem, że aż napisałem na fejsie: jak to się dzieje, że gdzie bym nie był, gdy pytają mnie, czym się zajmuję i odpowiadam, że piszę książki o Jezusie, następuje „oooo“, cisza, nerwowe gniecenie serwety.

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Sen Szalonego Lakiernika

Gdy dodaję, że współprowadzę też polski „Got Talent“ jest ekstaza, zdjęcia i jedno wielkie „haumiau“. Na czym to polega, że Ant i Deck są dziś fajniejsi od Jezusa? Może na tym, że w Jego czasach też byli?

I jeszcze jedna mocno osobista uwaga. Dziś, przyjmując komunię w Cairns, zrozumiałem jak przez ostatnie dwa dni (spędzone w samolocie) mi jej brakowało.

Znów przekonałem się jak działa duchowy system naczyń połączonych, jakiego „speeda”, moc, daje Eucharystia gdy idzie o codzienną, w każdej chwili, modlitwę.

Prawo modlitwy numer jeden: jeśli chcesz się modlić, musisz ZACZĄĆ się modlić. Teraz. Nie odkładać, nie kombinować.

Jeśli chcesz żyć – musisz oddychać. Zaniedbując oddychanie nie robisz źle światu, ale sobie. Przede mną parę dni bez dostępu do kościoła (choć z mnóstwem chrześcijan wokół). I do Internetu. Jak żyć, panie premierze, jak żyć?!

Pamiętnik spod róży: Cairns, 20.05

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Pamiętnik spod róży: Hongkong, 19.05

Hongkong mocno zyskał. Nie tylko dlatego, że – jak się teraz dowiedziałem – mają tam regularne, olimpijskich rozmiarów, baseny dla psów.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Chcesz, by ktoś zobaczył w Tobie coś, czego nikt jeszcze nie dostrzegł?

Wybierz się samolotem do Hongkongu. Tu nikogo nie obchodzi, czy jesteś piękny, czy brzydki, ani nawet czy coś tam w kuferku przemycasz.

Na lotnisku celników nie widać, za to co pięć kroków stoją punkty „Temperature check”. Termowizja skanuje wszystkich wysiadających, a gdy któryś za mocno się świeci, jest natychmiast wyłapywany przez miłych państwa w maskach i nie wiem co mu dalej robią, bo ja miałem jednak 36,6.

Dziwnym nie jest – im dalej od polskich gazet, tym człowiek mniej się gorączkuje.

Pamiętnik spod róży: Hongkong, 19.05

Dział ogłoszeń religijnych w “South China Morning Post”. I muzułmanie (przekonujący, że nie są terrorystami. I katolicy. I Kościół “Portyk Salomona” i bracia prawosławni też…

W gazetach hongkońskich („South China Morning Post”), tłumaczą, że najnowsza odmiana ptasiej grypy (tym razem H7N9), która szalała w okolicy w kwietniu – słabnie. Jest cieplej, a to wybija wirusa.

Ludzie tradycyjnie wybijają zaś ptactwo, wszystkie zakażenia to ludzie, którzy mieli kontakt z drobiem. A bez drobiu nie ma tu życia. Moja stuprocentowo hongkońska znajoma, pytana o krótką charakterystykę miejscowej kuchni, rozpływa się opisując dziesiątki dań. Nie wiedziałem, że kaczkę można przyrządzić na tyle sposobów.

Tym razem trafiam tu w środku długiego weekendu, w piątek obchodzono urodziny Buddy.

Wilgotność powietrza waha się między 150. a 200 proc. Naprawdę można zwariować. Mimo to na ulicach Mongkoku (moja ulubiona część HK – skrzyżowanie warszawskiego Powiśla i Pragi z krakowskim Kazimierzem i londyńskim City), dzikie tłumy, przemieszczające się bez celu, od sklepu do sklepu, z przerwą na jedzenie.

Ja tym razem biorę sobie na cel toy-shopy. Za mało jeszcze przeczytałem, nie wiem więc dlaczego część dorosłych Azjatów ma takiego hysia na punkcie zabawek, komiksów (manga), figurek, konsoli. Ale tłumek facetów w wieku 20. – 50. czekający na otwarcie sklepów z zabawkami w kultowych wśród zabawkofilów mallach Sino Center czy CTMA, robi wrażenie.

W środku – wszystko w każdym rozmiarze. Od figurek Einsteinów, Beatlesów (ba, nawet Leninów i Warholów), znanych z seriali detektywów, przez Batmany, Transformersy, po maski, gry, aż do pościeli wymalowanej w panie z wielkimi armatami w dłoniach włącznie.

Pamiętnik spod róży: Hongkong, 19.05

Znajomy znajomego oraz szwagier koleżanki, są pod pięćdziesiątkę, a w domu każdy z nich ma pokój wytapetowany po sufit superbohaterami tudzież wyładowany figurkami. Każdą wolną chwilę poświęcają na to, na co ja poświęcałem zanim zostałem ministrantem i od tej pory kręciła mnie już tylko patena (ampułki – wyznam odważnie – też).

Co oni sobie tym kompensują? A może to po prostu skłonność narodowa – oni w tych pokojach upychają emocje, które my nad Wisłą chętnie wylewamy na zewnątrz (specjalnie po głębszym i przy ognisku, względnie grillu)?

Podróżując, wielokrotnie przekonałem się już o prawdziwości twierdzenia, że na miłość od pierwszego wejrzenia jest tylko jedno skuteczne lekarstwo – należy spojrzeć jeszcze raz.

Wiele miejsc, które zachwyciły mnie przy pierwszym kontakcie, przy kolejnym – już bez podniecenia nowością – mocno traciły.

Pamiętnik spod róży: Hongkong, 19.05

Hongkong mocno zyskał.

Nie tylko dlatego, że – jak się teraz dowiedziałem – mają tam regularne, olimpijskich rozmiarów, baseny dla psów (płacisz klubową składkę i Azorek może sobie dwa razy w tygodniu poćwiczyć delfinkiem).

Przybrudzona, nieoczywista intensywność tego miasta przywodzi mi na myśl Lizbonę. Taka na przykład cukierkowo śródziemnomorska – turystyczno – imprezowa Barcelona zawsze pachniała mi banałem, a Lizbona od pierwszego zderzenia daje odczuć, że jest po przejściach, że nosi w sobie tajemnicę.

W Azji Barceloną jest dla mnie perfekcyjnie bezkształtny Singapur, w którym – co zupełnie mnie nie dziwi – jeden z największych chrześcijańskich Kościołów (City Harvest Church) jest obecnie w sądzie, bo jego szefowie wydali 40. milionów dolarów zamiast na ewangelizację – na rozwój kariery piosenkarskiej żony jednego z liderów, Sun Ho (tłumacząc rzecz jasna, że pop jest drogą do Jezusa).

Hongkong oprócz ciała, ma też duszę. Podłubię w niej pewnie za trzecim podejściem, bo teraz mam już autobus do Australii.

A więc: „bye – la!“ (kocham ten panazjatycki zwyczaj dodawania do wszystkiego „la“, raz zastępującego wykrzyknik, raz emotikonę uśmiechu, innym razem – będącego po prostu „fancy“ ozdóbką, broszką, nieużytecznym gadżecikiem, pokazującym, że stać nas na luksus, czyli sytuację w której nie wszystko musi być po coś).

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >