HISTORIA

Wigilia syberyjskich zesłańców

"Czarny chleb był też jedynym daniem wigilijnym. Musiał zastąpić 12 tradycyjnych dań. Nie było choinki. Panowała cisza. Nie śpiewaliśmy kolęd".

Mateusz Zimny
Mateusz
Zimny
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W 1892 roku Jacek Malczewski maluje wymowny obraz. Kilku mężczyzn zebranych wokół stołu nakrytego białym obrusem, spod którego wystaje sianko. Przy stole dymiący samowar. Z otwartej koperty ktoś wysypuje na talerz pokruszony opłatek. Jedyny posiłek na stole to pajda ciemnego chleba. Nikt nie patrzy sobie w oczy. Każdy jest jakby nieobecny, myślami przy tych, którzy daleko – w ojczystym kraju – zostawiają w tym czasie przy stole puste miejsce. “Syberyjska wigilia”, bo tak Malczewski zatytułował swoje płótno, powstała według opowieści sybiraków. Sam malarz nie był zesłańcem, ale wymownie pokazał to, co przeżywali w wigilijny wieczór Polacy zesłani przez carską Rosję, najpierw po listopadowym, a potem styczniowym powstaniu. Najliczniejsze jednak grupy Polaków zostały deportowane na wschód już w XX wieku, w czasach zbrodniczego Związku Sowieckiego.

Około 100 tysięcy Polaków zostało wywiezionych w latach 1937-1938. Tzw. „Operacja Polska” realizowana przez NKWD (centralny organ administracji ZSRR skupiający aparat represji) dotyczyła Polaków zamieszkujących tereny dawnej Rzeczpospolitej, które na mocy traktatu ryskiego w 1921 roku pozostały poza granicami odrodzonej Polski. Wcześniej 110 tysięcy Polaków zostało na miejscu rozstrzelanych. Druga wielka fala deportacji miała miejsce od lutego 1940 roku i realizowana była w czterech wielkich wywózkach. Masowe deportacje mogły dotknąć nawet 400 tysięcy osób (to więcej niż dzisiaj liczy Lublin, i mniej więcej tyle, ile osób zamieszkuje Szczecin). Wielu z nich nie przeżyło transportu w bydlęcych wagonach, mroźnych zim na stepach Kazachstanu, czy nieustannego głodu.

 

Wigilia w baraku

Przejmujące są relacje i wspomnienia opisujące dzień wigilijny. Czas szczególnej tęsknoty za bliskimi, przyjaciółmi i Ojczyzną. Urodzona we Lwowie, trzynastoletnia Basia Piotrowska została deportowana w kwietniu 1940 roku z mamą i dwoma braćmi. Trafili do północno-zachodniego Kazachstanu, gdzie ich domem stała się najpierw gliniana lepianka, a potem barak w sowieckim sowchozie. Tak opisywała pierwsze święta: „Dziś spalamy więcej kiziaków niż przewiduje norma. Rozchodzi się miłe ciepło. Patrzymy i nie wierzymy własnym oczom – mamusia wysypuje na stół białą, piękną mąkę, specjalnie zachowaną na ten dzień, jeszcze z paczki. Wyrabia ciasto na kluski. Stół nakrywamy serwetą, kładziemy sianko, na środku krzyż i książeczka do nabożeństwa, opłatek z Ojczyzny i kaganek zamiast świecy. Do miseczek nalewamy barszcz z białych buraków. Jest kawałeczek chleba i pieczony makuch. Bardzo uroczysta wieczerza”.

Niemal identyczne w swojej wymowie wspomnienia z wigilijnego wieczoru przekazała córka ułana, Eulalia Olsiewicz: „Przychodzą nasi najbliżsi, przebierają się i cała nasza barakowa rodzina jest przy stole. Wspólna modlitwa przerywana płaczem i dzielimy się opłatkiem, składając życzenia wytrwałości i szybkiego powrotu do Ojczyzny, do kochanych, rodzinnych stron… Czarny chleb był też jedynym daniem wigilijnym. Musiał zastąpić 12 tradycyjnych dań. Nie było choinki. Panowała cisza. Nie śpiewaliśmy kolęd.”.

 

Święta w smutku i niedostatku

Ale lata mijały, a pobyt na obczyźnie nie miał końca. Zesłańcy nie wiedzieli, czy kiedykolwiek będzie im dane wrócić do domu – według zamysłu Stalina mieli tam pozostać na zawsze. Każde święta Bożego Narodzenia jeszcze mocniej przypominały o tym, co stracili. „Znowuż święta Bożego Narodzenia obchodziliśmy w smutku i niedostatku. Były to już trzecie święta po utracie ojca. Można było tylko wrócić wspomnieniami do minionych lat… Tu na Syberii, mama w każdą wigilię zalewała się łzami”.

To właśnie spośród Polaków zesłanych przez Sowietów w pierwszym roku II wojny światowej wielu wstąpiło do Armii Polskiej utworzonej na terenie Związku Sowieckiego przez generała Andersa. Niektórzy wrócili do Polski dopiero w 1946 roku, lecz już nie do swoich domów, bo te pozostały na odebranych Polsce ziemiach na wschodzie. Wielu nie doczekało tego powrotu i zostało pochowanych w tej – jak sami mówili – „nieludzkiej ziemi”. Niektórzy wreszcie, nie mogąc wrócić, spędziło resztę życia tam, na wschodzie. Do dzisiaj w wielu miejscach żyją ich dzieci, wnukowie i prawnukowie. Warto i o nich pamiętać, stawiając w dzień wigilijny na białym obrusie puste nakrycie.

 

Mateusz Zimny

Mateusz Zimny

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Mateusz Zimny
Mateusz
Zimny
zobacz artykuly tego autora >

“Doczekaliśmy się!” Jak Polacy przeżywali odzyskanie niepodległości w 1918 roku

“Co marzone – ziszczone, co kochane – otrzymane…” – pisała 82-letnia Maria z Łubieńskich Górska, której dane było dożyć odzyskania niepodległości.

Mateusz Zimny
Mateusz
Zimny
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W Polsce nie żyje dzisiaj już nikt, kto pamiętałby historyczne chwile listopada 1918 roku. Słowo pisane utrwaliło jednak ducha dni, w których Polska odzyskiwała niepodległość. Pamiętniki i wspomnienia są zapisem nastrojów i emocji, jakie towarzyszyły Polakom w dniach odzyskiwania niepodległości i pozwalają odtworzyć atmosferę tych niezwykłych dni. Przewodnikami tej podróży w czasie mogą być niektórzy świadkowie listopadowych wydarzeń.

Powrót Polski na mapę Europy był procesem, który nie dokonał się jednego dnia, tygodnia, a nawet miesiąca.

Choć jesień 1918 roku okazała się być wiosną odradzającego się Państwa polskiego, należy pamiętać, że powrót Polski na mapę Europy był procesem, który nie dokonał się jednego dnia, tygodnia, a nawet miesiąca. Przekazanie w ręce Józefa Piłsudskiego władzy wojskowej przez Radę Regencyjną 11 listopada 1918 roku wybrane zostało w późniejszych latach jako wydarzenie, które symbolicznie zaznaczyło odzyskanie przez Polskę niepodległości. W skład Rady, obok arcybiskupa warszawskiego Aleksandra Kakowskiego i Józefa Ostrowskiego, wchodził także książę Zdzisław Lubomirski. Księżna Maria z Branickich, żona księcia, prowadziła dziennik, w którym skrupulatnie spisywała swoje przeżycia. Pod datą 11 listopada Lubomirska zapisała: „Dzień dzisiejszy należy do historycznych, do niezapomnianych, do weselszych, do triumfalnych! Jesteśmy wolni! Jesteśmy panami u siebie. Stało się i to w tak nieoczekiwanych warunkach”. Zaskoczenie i niedowierzanie udzielało się powszechnie.

“I doczekaliśmy się rzeczy, przekraczającej już granice dociekań ludzkich, doczekaliśmy się, że te właśnie moce, które Polskę rozdarły, padły upokorzone i same rozdarte, choć walczyły w przeciwnych obozach. A Polska zjednoczona zmartwychwstaje” – pisał 12 listopada 1918, nazajutrz po objęciu władzy wojskowej przez Piłsudskiego, Kurier Warszawski. Dziennik był poczytnym organem prasowym ówczesnej stolicy Królestwa Polskiego i jego doniesienia dobrze oddają bieg wydarzeń widziany oczami warszawiaków.

 

 

“Mamy Polskę. Swoją własną!”

Euforia wybuchła na ulicach Warszawy. „Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po 120 latach prysły kordony. Nie ma „ich”. Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze” – pisał Jędrzej Moraczewski, który w kilka dni później miał stanąć na czele nowego rządu. Entuzjazm udzielał się wszystkim, i na ulicach czuć było, że nadchodzi niepodległość: „Gdy dziś wyszłam na miasto, ulica wydała mi się rozśpiewana, młoda, rozkołysana poczuciem wolności” – pisała księżna Lubomirska.

“Radość ogólna, dzień to piękny, cudowny, o którym tylko w snach się marzyło”.

Pochodząca z ziemiańskiej rodziny Maria z Łubieńskich Górska urodziła się niemal pół wieku po trzecim rozbiorze. Miała 27 lat, gdy wybuchło tragiczne powstanie styczniowe, które pogrzebało wszelkie nadzieje na odzyskanie niepodległości. W 1918 roku była ponad osiemdziesięcioletnią staruszką. I oto u kresu swojego życia doczekała tego, o czym marzyli jej rodzice i dziadkowie: „Ulice przepełnione, ludzie płaczą z radości, ściskają się nieznajomi „Mamy Polskę! – mówią głośno – swoją własną”. Śmieją się, odchodzą prawie od zmysłów, nikt nie boi się przyszłości. Radość ogólna, dzień to piękny, cudowny, o którym tylko w snach się marzyło”.

 

“Pan Bóg zrobił to dla nas wszystkich. Obyśmy dzieła jego nie psuli.”

Górska znała cenę, jaką zapłaciły poprzednie pokolenia Polaków za walki o niepodległość. W kolejnych zapiskach przez słowa radości i szczęścia przebija jednak także życiowy realizm i świadomość wyzwania, przed jakim stawała Ojczyzna: „Pierwszy to dzień prawdziwie niepodległej Polski, oczyszczonej od Moskala i Niemca, jesteśmy nareszcie sami, co marzone – ziszczone, co kochane – otrzymane… Pan Bóg zrobił [to] dla nas wszystkich. Obyśmy dzieła jego nie psuli.”

Historia pokazała, że tą wolnością przyszło się cieszyć Polakom tylko przez dwie dekady, by utracić ją na pół wieku.

Eugeniusz Kłoczowski, ojciec znanego historyka Jerzego oraz popularnego kaznodziei, dominikanina Jana Andrzeja, w 1918 roku studiował w Warszawie. Wkrótce po przybyciu Piłsudskiego do Warszawy zgłosił się jako ochotnik do pełnienia wart przy obiektach wojskowych. Pierwsza służba wypadła mu 12 listopada. W swoich wspomnieniach z tego dnia pisał: „Na wieczór wyprowadzają nas na posterunki. Żarcie kiepskie – nic, tylko gorzka kawa i twardy stary chleb – no, ale my już Polski żołnierze! Niezbyt to miło stać dwie godziny w nocy, w ciemnościach tarasu, wicher przepędza masę niskich chmur, z których co i raz popaduje lodowaty deszczyk. Ale serce jakoś wesołe i ufne. Przez dwie godziny stania czujnie w ciemności modlę się pierwszy raz za Polskę wolną, stawiającą pierwsze niezdarne kroki”.

“Jesteśmy wolni! Słyszycie, najmilsi? Jesteśmy wolni!” – wołał podczas mszy dziękczynnej w listopadzie 1918 roku lwowski arcybiskup obrządku ormiańskiego Józef Teodorowicz. Historia pokazała, że tą wolnością przyszło się cieszyć Polakom tylko przez dwie dekady, by utracić ją na pół wieku. Ostatnie trzydzieści lat od 1989 roku to najdłuższy okres niepodległości w historii Polski od czasu rozbiorów. Czy umiemy się nim cieszyć?

 

 

Mateusz Zimny

Mateusz Zimny

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Mateusz Zimny
Mateusz
Zimny
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap