video-jav.net
FELIETONY

Tomek Kalita. Niedokończona rozmowa

Zostawił nas z pytaniem: jaka jest nasza osobista wolność? I czy umiemy dzielić ją z innymi?

Brygida Grysiak
Brygida
Grysiak
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Tomka w szpitalu, był już po operacji. Pogodny, uśmiechnięty, jak zawsze. Choć bardzo słaby. Na stoliku przy Jego łóżku leżało Pismo Święte. Byłam zaskoczona. Wstyd mi dziś za to. Tomek powiedział mi wtedy, że codziennie tam zagląda. Że dużo się modli. Potem tłumaczył, że musi o tym opowiadać, bo “jeżeli mi pomógł Bóg, to dlaczego mam nie mówić o tym innym?!”. Tych wywiadów było sporo. Byli tacy, którzy mieli to Tomkowi za złe. Mówił mi o tym. Bolało. Ale tłumaczył, że chce ten „darowany” czas wykorzystać jak najlepiej. Żeby pomóc innym. Dlatego z takim zaangażowaniem walczył o dostęp do leczniczej marihuany. Dlatego z taką pasją opowiadał o swoich relacjach z Bogiem. Był herosem w cierpieniu. Herosem jest Jego Żona. Ania. Bez jej miłości i wsparcia trudno byłoby Tomkowi walczyć o ważne dla Niego sprawy z taką mocą. A walczył do samego końca. Ile razy widziałam kadry sprzed Pałacu Prezydenckiego, kiedy Tomek rozmawia z dziennikarzami, a Ania mówi: „Kochanie, nie masz odporności. Idziemy już”, wzruszało mnie to. W takich gestach jest Miłość. Zawsze powtarzała: Tomkowi na tym zależy, Tomek tego chce, Tomek tego potrzebuje. Teraz też to powtarza. Tylko już w czasie przeszłym, który jest ponad siły.

 

Wiele się od Tomka nauczyłam w ostatnich miesiącach. I za to Mu dziękuję. Pracowaliśmy razem nad książką. Nie dokończyliśmy rozmowy. Wierzę, że kiedyś ją dokończymy. Podczas ostatniego spotkania Tomek powiedział mi, że „wszyscy spotkamy się po tamtej stronie”. Wierzył w „tamtą stronę” i w to, że się tam spotkamy. Będę się starać, obiecuję. Niebo nie jest przecież dla każdego.

 

Tęsknił do polityki. Lubił o niej rozmawiać. Bolały Go polsko – polskie podziały. Brak szacunku. Wzajemna nienawiść i pogarda. Mówił: „Ktoś musi pierwszy wyciągnąć rękę. Nie ma innego wyjścia”. Oczywiście zawsze jest inne wyjście. Ale dalej już tylko droga donikąd. Był człowiekiem dialogu. Miał poglądy, co wcale nie jest wśród polityków takie oczywiste. I umiał tych poglądów bronić. Ale zawsze robił to z klasą. I szacunkiem dla tego, z kim się spierał. Tego dziś w debacie publicznej prawie już nie ma. Dlatego, kiedy myślę o testamencie Tomka Kality, myślę nie tylko o medycznej marihuanie, choć mam wielką nadzieję, że zostanie zalegalizowana i że „Ustawa Kality” powstanie. Myślę właśnie o budowaniu dialogu. O spieraniu się z szacunkiem. I jeszcze o tym, że Tomek w każdym, nawet najbardziej zaciekłym oponencie potrafił znaleźć coś dobrego. To piękna umiejętność. Dla budowania dialogu kluczowa. Bo kiedy umiemy w kimś znaleźć coś dobrego, to trudno już myśleć o nim z nienawiścią, trudno hejtować, trudno go „odczłowieczyć” i uznać za wroga. Tomek o nikim tak nie myślał. Próbował tłumaczyć nawet tych, od których doświadczał przykrości w ostatnich miesiącach. To było dla mnie bardzo poruszające. Lekcja chrześcijaństwa. Lekcja pokory. Tomek był dobrym, szlachetnym człowiekiem. Jeśli ktoś nawołuje dzisiaj do wypełnienia „testamentu Kality”, to – moim zdaniem – powinien spróbować pomyśleć o swoich politycznych oponentach bez nienawiści. Można i trzeba się różnić. Nie wolno się nienawidzić. Nie wolno siebie nawzajem odzierać z godności.

 

Tomasz Kalita apeluje ws. medycznej marihuany

09.10.2016 Warszawa Manifestacja przed Sejmem w sprawie medycznej marihuany Tomasz Kalita z zona Anna Monko fot. EastNews

 

I na koniec, z wdzięcznością i wzruszeniem myślę o słowach Tomka z jednego z ostatnich opublikowanych wywiadów. „(…) mam po raz pierwszy w życiu taki moment, że mogę mówić swobodnie to co myślę i to co czuję” – mówił w wywiadzie dla Onetu. „Mogę mówić bez skrępowania o moich wartościach i nie muszę oglądać się przy tym na stanowisko partii. Czuję się w tym w pełni wolny i w stu procentach szczery”. Myślę, że to jest Tomka wielkie zwycięstwo. I że nie chodzi tylko o politykę. Tomek zostawił nas z pytaniem: jaka jest nasza osobista wolność? I czy umiemy dzielić ją z innymi? To, że Tomek nie żyje, a my ciągle tak to nie nasza zasługa, ale zadanie. Na ostatniej prostej swojego życia pokazał nam, że nigdy nie jest za późno, żeby pomóc innym. Że Bóg daje siłę. I że Miłość zawsze jest silniejsza niż śmierć.

Brygida Grysiak

Brygida Grysiak

Mama, żona, dziennikarka, autorka książek, ambasadorka Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Brygida Grysiak
Brygida
Grysiak
zobacz artykuly tego autora >

Apel do dziennikarzy – zanim napiszecie o wierze, sięgnijcie do źródeł

Od dłuższego czasu ze zdziwieniem obserwuję proceder, który opanował ogromną część środowiska dziennikarskiego. Wielu moim kolegom i koleżankom wydaje się, że gdy mówią czy piszą o religii, nie obowiązują ich te same standardy warsztatowe, jak w przypadku innych dziedzin wiedzy. Pora zerwać z tym kompromitującym przekonaniem

Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Niestety, im dłużej obserwuję moich kolegów i koleżanki, tym mocniej odnoszę wrażenie, że jedno zagadnienie traktuje się w sposób odstający od ogólnie panujących standardów.

W środowisku dziennikarskim istnieje wiele specjalizacji – od ekonomicznej po militarną. Mamy ekspertów od opisywania zawiłości mechanizmów giełdowych, ekologii, historii czy geopolityki. Dobrym zwyczajem jest szanowanie tego podziału, w końcu nie każdy jest specjalistą od wszystkiego. Gdyby się ktoś jednak zapędził, za błędy faktograficzne zazwyczaj przeprasza. Niestety, im dłużej obserwuję moich kolegów i koleżanki, tym mocniej odnoszę wrażenie, że jedno zagadnienie traktuje się w sposób odstający od ogólnie panujących standardów. Wygłasza się opinie zamiast relacjonować stan rzeczy, obnosi własną niewiedzą, przekonanie traktując za wystarczający powód do zabrania głosu w dyskusji. Mowa o religii, a żeby zawęzić problem jeszcze bardziej – o rzymskim katolicyzmie i wypływającej z niego teologii, która niejednokrotnie przez tuzy zawodu traktowana jest jak luźna lista zaleceń, a nie dziedzina wiedzy, która ma swoje kanony, podręczniki, kodyfikacje i tradycje.

 

shutterstock_45662392

 

Prawdę mówiąc, nie wiem z czego to wynika. Z jakich względów dziennikarze czytają wnikliwie ustawy, analizują kontrakty, siedzą w dokumentach i opracowaniach przed napisaniem ważnego tekstu, ale gdy tematyka dotyczy kwestii wiary, błyskawicznie zapominają o warsztacie. Nie razi ich mieszanie porządków polityki i religii. Właśnie takie zjawisko na masową skalę miało miejsce przed i po 19 listopada, kiedy w Krakowie-Łagiewnikach dokonano Jubileuszowego Aktu Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana. Co z tego, że biskupi apelowali, aby traktować uroczystość zgodnie z jej duchowym wymiarem, jako zwieńczenie Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia oraz Jubileuszu 1050. rocznicy Chrztu Polski? I tak przez największe media przelała się fala oburzenia podszyta ironią, że oto w XXI wieku przy asyście prezydenta dokonuje się akt „Intronizacji Chrystusa na króla Polski”.

Wystarczyło się wykazać odrobiną dobrej woli, aby zrozumieć, że owa uroczystość z istniejącymi faktycznie ruchami intronizacyjnymi, chcącymi łączyć władzę świecką z duchową, miała tyle wspólnego, co pierniki z wiatrakami.

Niektórzy posuwali się nawet do zarzucania Kościołowi obłudy, używając słów Jezusa o tym, że „królestwo jego nie jest z tego świata”, a Polska nie potrzebuje nowego króla, bo jest państwem świeckim. Cóż, wystarczyło się wykazać odrobiną dobrej woli, aby zrozumieć, że owa uroczystość z istniejącymi faktycznie ruchami intronizacyjnymi, chcącymi łączyć władzę świecką z duchową, miała tyle wspólnego, co pierniki z wiatrakami.

 

***

Pomimo rażącego błędu merytorycznego, bo przecież o to w istocie chodzi, a nie o fakt, czy ktoś we własnym sumieniu przyjmuje Chrystusa za króla czy nie, nie wystosowano sprostowań. Czy to ze względów niewiedzy, a może celowo podsycano atmosferę lęku przed katolicką dyktaturą. W każdym innym przypadku, analogiczna skala dezinformacji spotkałaby się ze środowiskowym niesmakiem. Bo czy można sobie wyobrazić, aby dziennikarz sportowy zabrał się nagle za komentowanie budżetu państwa, myląc ministerstwo skarbu z ministerstwem finansów? Tymczasem tego rodzaju pomieszanie z poplątaniem jest codziennością w przypadku podejmowania tematów religijnych.

 

dziennikarz

 

Raptem kilka dni temu były polityk i doktor, a od pewnego czasu również dziennikarz, prowokacyjnie zapytał na Twitterze: „Czy denisowiane i neanderdalczycy będą zbawieni?”. Tymczasem odpowiedź Kościoła na podobne „paradoksy” jest znana w teologii od wieków, jeżeli nie od zawsze. Nie dotyczy również poszczególnych osób czy przypadków, ale pewnych ogólnych i uniwersalnych kryteriów. Podobnie jak zwykłe prawo, które nie staje się inne dlatego, że rozpatruje się je w przypadku Kowalskiego czy Nowaka. Jeśli jakieś istoty mogły podejmować wybory etyczne, miały wolną wolę i żyły zgodnie z prawem naturalnym, na tyle na ile pozwalała ich percepcja – mogą być zbawione, choć oczywiście ostateczna decyzja zawsze zależy od Boga i jego Miłosierdzia. Zasada ta tyczy się zarówno ludów pierwotnych, które nigdy nie słyszały o Ewangelii jak i hipotetycznych kosmitów. Gdy właśnie tak odpisałem, przyszła replika. „Cieszy mnie Pana pewność, że ludzie zabijający swe dzieci, kopulujący na potęgę i oddający cześć drzewom mogą być zbawieni” – odparł były polityk i dziennikarz. Chciałoby się powiedzieć: gdzie Rzym, gdzie Krym? Czy właśnie podobna nieświadomość porządków i brak podstawowego wykształcenia teologicznego nie jest dzisiaj prawdziwą plagą współczesnego dziennikarstwa?

Czy nieświadomość porządków i brak podstawowego wykształcenia teologicznego nie jest dzisiaj prawdziwą plagą współczesnego dziennikarstwa?

***

Z przykrością muszę odpowiedzieć, że tak. Myślę, że bierze się ona z dziwnego przekonania, że skoro żyjemy w kraju w większości katolickim, każdy z wiarą mniej lub bardziej miał do czynienia, a ona sama jest kwestią sumienia, to znaczy, że w jej interpretowaniu i opisie panuje pewnego rodzaju dowolność interpretacji. Kiedy pasuje, papieża uznaje się za wojującego lewicowca, gdy powie coś przeciwko aborcji, za konserwatywnego tradycjonalistę. Problem ten dotyka zarówno środowiska liberalne jak i prawicowe, które wiarę starają się dostosować do swoich doczesnych aspiracji, albo po prostu w wyniku braku wiedzy na podstawie nikłych przesłanek wyciągają mocne i błędne wnioski.

 

Cupola di San Pietro e antenna parabolica

 

Obowiązkiem ludzi mediów jest dokształcanie się i weryfikowanie faktów, aby pisząc o wierze, teologii czy religii – traktowali ją równie poważnie, jak ekonomię czy sport. A może nawet bardziej poważnie?

Żeby nie być hipokrytą, trzeba również jasno przyznać, że za podobny stan rzeczy po części odpowiada sam Kościół, a właściwie nauczanie religii, które w warstwie programowej pozostawia wiele do życzenia. Nie zwalnia to jednak ludzi mediów, których obowiązkiem jest dokształcanie się i weryfikowanie faktów, aby pisząc o wierze, teologii czy religii – traktowali ją równie poważnie, jak ekonomię czy sport. A może nawet bardziej poważnie? Jeśli się tak stanie, unikniemy wielu nieporozumień, które mnożą się i dzielą społeczeństwo coraz mocniej, co mieliśmy okazję zaobserwować również w przypadku nieodległej i stale trwającej debaty o aborcji. Jeśli prowadzący program publicystyczny w największej prywatnej telewizji w kraju pyta gości na żywo, czy po spowiedzi po dokonaniu grzechu aborcji kobieta może z czystym sumieniem pójść do kliniki, i powtórzyć cały proces, to znaczy, że coś poszło dramatycznie nie tak. Nie jest za późno, aby ten kompromitujący dla środowiska stan rzeczy zmienić. Podręczniki, Ewangelia, encykliki i katechizm nie są póki co na cenzurowanym. Warto po nie sięgać, zanim strzeli się kompromitującą gafę.

 

Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz tygodnika "Do Rzeczy", publicysta Wirtualnej Polski, współpracownik "Dziennika Gazety Prawnej" - wcześniej wydawca w portalu Deon. Pisał do Onetu, Forward, "Rzeczpospolitej", "Tygodnika Powszechnego" i Stacji7. Prowadzi program "Nocna Zmiana" w Radiu Kraków. Laureat nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich im. Adolfa Bocheńskiego (2016) oraz Stefana Myczkowskiego (2017) nominowany do nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego (2016) oraz Stefana Żeromskiego (2017).

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >