video-jav.net

Ciemno, zimno, ale idziemy

– Ciemno, zimno i do domu daleko – tak mówili nasi dziadkowie! Nie tylko wówczas, gdy chcieli opisać jakiś etap swoich mało komfortowych podróży, ale także kiedy chcieli zaznaczyć, że się pogubili. W kilku słowach stworzyli metaforę naszego życia, która świetnie pasuje do istoty Adwentu, do jego przeżywania – jest w niej wędrówka, wysiłek, wyczekiwanie i cel

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jest ciemno

Bo wielkie odliczanie zaczyna się na przełomie listopada i grudnia. Położenie geograficzne Polski a także jej klimat nam sprzyjają, gdyż dzięki porannym ciemnościom łatwiej nam wczuć się w sytuację tych, co szli i idą po ciemku: wszystkich królów, proroków, o których mówi Pismo Święte i wiele bezimiennych pokoleń, które żyły przed narodzeniem Mesjasza, gorliwie czekając na Jego przyjście. Często musieli czuć się narodem kroczącym w ciemności, mogli liczyć wyłącznie na pojedyncze i rzadkie przebłyski: od proroka do proroka. Ale zanim pojawił się następny profeta, nieraz trzeba było czekać dwieście czy trzysta lat na kolejny sygnał, który miał podtrzymać nadzieję, że obietnica w końcu będzie spełniona.

Ciemno, zimno, ale idziemy

Jest także zimno

W niskich temperaturach dotkliwie odczuwamy obcość świata, który nie jest domem, wręcz przeciwnie, jest nieprzyjazny a bywa i niebezpieczny. Nie sposób się w nim na stałe zadomowić, można co najwyżej rozbić chwilowy obóz. Co zrobić wobec tej obcości? Najrozsądniej jest podwoić wysiłek, przyspieszyć krok.

I jest wreszcie dom daleki. I tu jest sedno problemu, bo nasze oczekiwanie zależy od tego jak go sobie wyobrażamy i jak tłumaczymy sobie fakt, że tak bardzo się od niego oddaliliśmy. Poczucie straty, sieroctwa jest oczywiste, ale teraz chodzi o to żeby wrócić.

Ci, co wstają wcześnie, żeby iść na roraty w ciemności i mrozie, wiedzą, że szansę powrotu ma każdy z nas i cały lud otrzymał ją wraz z chwilą Wcielenia, gdy Bóg wziął na Siebie nasze porąbane człowieczeństwo. Zapewnił nas, że od tego czasu Dom stoi znowu otworem.

Każdy z nas sobie jakoś ten Dom wyobraża. Inny świat zapowiadali prorocy wielcy i mali. Jeden mówił o braku łez, a apostoł, że przyroda przestanie jęczeć w okowach. Wielki Izajasz widział wilka obok baranka. Dziecko, które wkłada rękę do kryjówki żmii i dotychczas mięsożernych drapieżców, którzy żrą już tylko trawę w krainie bez łez. Ale są także przeczucia, dla których punktem startowym była chwila zupełnie zwyczajna.

Ciemno, zimno, ale idziemy

Szczęście na wieczność

Roman Brandstetter pije filiżankę kawy z Reną. Wspólnie z ukochaną żoną podziwia fasadę rzymskiego kościoła na Zatybrzu w blasku zachodzącego słońca. Absolutne, krystaliczne szczęście zdarza się w życiu, daje ją bliskość ukochanej osoby w pięknym pejzażu. Ale to są ułamki sekundy, a my chcemy żeby tak było już zawsze i tęsknota za powrotem się wzmaga.

Mamy nieprawdopodobnego farta, bo urodziliśmy się po Jego narodzinach, dostaliśmy od Niego maksymalną, jak na nasze ograniczenia, dawkę światła. Czy potrafimy się z tego cieszyć, że znamy Jego imię, słowa i czyny. I masę informacji.

Wcielenie jest najpełniejszym komunikatem Boga, wypowiedzianym do ludu, co nie zmienia faktu, że i my idziemy w ciemności.

Czas oczekiwania na Jego przyjście jest radosny, bo jakoś przypomina nam czasy dzieciństwa, bezpiecznego świata, zaginionej bajki, w której zło, nawet jeśli skądś wypełznie, zawsze zostaje zwyciężone.

Ciemno, zimno, ale idziemy

Na jeden wieczór cichną spory i zawierane są rozejmy, może dlatego, że wielu przeczuwa, że można jakoś być innym. Logika świata przestaje obowiązywać na czas zawieszenia broni. Alternatywny świat nie daje nam spokoju, dopinguje żeby tam dojść.

A potem osiągamy cel

Przychodzi następny dzień, który jest sprawdzianem. Jeśli jest coś takiego jak smutek spełnionej baśni, może okazać się, że jednak się zgubiliśmy, a cel był ułudny. Że złą drogę wybraliśmy, że fałszywi prorocy nas zwiedli. Mimo gorączki i pośpiechu wszystko straciło smak, a oddalenie od domu jest takie samo. Dystans być może się nawet zwiększył. Może tak się zdarzyć, ale zawsze jest szansa na kolejną próbę.

Trzeba się otrząsnąć i ruszyć do tego innego świata, bo jesteśmy farciarzami, którzy raz w roku śpiewają kolędy o przyjściu Boga, Który przynosi ziemi pokój.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Kościół fałszuje swoją historię!

Spośród wszystkich zarzutów stawianych Kościołowi, po wyłączeniu spraw bieżących (domniemane wtrącanie się do polityki, jeszcze bardziej domniemana skala przestępstw seksualnych itp.), najistotniejszym pozostaje zarzut o zakłamywaniu własnej historii, a przede wszystkim historii Jezusa

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie jest to nic nowego – dzisiejsze doklejanie Chrystusowi żony i dzieci to po prostu kontynuacja starych prądów, podchwyconych później przez naturalistów czy marksistów. Główną linią obrony twórców tego typu teorii jest rzekome umiłowanie prawdy, odkłamywanie historii. Tymczasem powoływanie się na badania, których rzetelność i metodologia pozostawiają wiele do życzenia i pozorne odkrywanie sensacyjnych faktów, które mają emocjonować czytelników na zasadzie tabloidu, z dążeniem do prawdy nie ma nic wspólnego.

Pierwsza strona

Pamiętam, że najbardziej aktywizująca lekcja religii, w jakiej uczestniczyłem, miała miejsce jeszcze w gimnazjum, gdy w mediach wszczęto dyskusję nt. Ewangelii Judasza i jej rewolucyjnego wpływu na Nowy Testament. Nagle ci sami znajomi, którzy wydzwaniali do mnie w niedzielę z prośbą, aby im streścić kazanie, bo nakłamali w domu, że idą do kościoła, stali się ekspertami od koptyjskiego i ekonomii zbawienia. Gazeta Wyborcza, ta sama, która od lat nieudolnie wypycha religię z życia publicznego, tym razem wydrukowała apokryf i zrobiła z niego specjalny dodatek! Zarzucała Kościołowi brak zainteresowania prawdą i 2000 lat manipulacji faktami, przy czym wcale jej nie przeszkadzało, że o istnieniu takiego koptyjskiego tekstu wnioskujemy od czasów Pseudo-Tertuliana, a pewność mamy mniej więcej od połowy lat 70-tych ubiegłego wieku.

Zresztą żmudne tłumaczenie tekstu na potrzeby Wyborczej to dokładnie taka sama prowizorka, o jakiej redaktorzy z Czerskiej marzą w odniesieniu do Kościoła. Gazeta napisała na kolanie tłumaczenie otrzymanego od National Georaphic tekstu w języku angielskim, uznając go za poprawny. Gdyby tak samo postępowali bibliści… strach myśleć.

Na szczęście tekst apokryfu został przetłumaczony z oryginału dzięki ówczesnemu dziekanowi Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego – ks. prof. Wincentowi Myszorowi. I to tyle w temacie zatajania faktów przez Kościół.

Niedawno podobne emocje wywołało odnalezienie (którego to już?) rewelacyjnego manuskryptu, który miał udowodnić ponad wszelką wątpliwość węzeł małżeński pomiędzy Marią Magdaleną a Jezusem.

Podobne sensacje wywoływane są cyklicznie i za każdym razem wydają się być coraz bardziej karykaturalne. Jednak dawniej wcale nie było mniej kreatywnie.

Kościół fałszuje swoją historię!

W drugiej połowie XIX w. Bruno Bauer (starszy kolega Marksa z koła młodoheglowców) zakrzyknął: Jezus nie istniał! W swojej pracy Odkryte chrześcijaństwo dowodził, że Jezus to aleksandryjsko-rzymski wytwór mitu o bogoczłowieku, powstały w wyniku złączenia żydowskiego mesjanizmu z greckim stoicyzmem. Mniej więcej w tym samym czasie polski badacz Mikołaj Notowicz napisał Życie świętego Issy. Wg tej książki Jezus jako 13-letni chłopiec udał się do Indii, gdzie przez półtora dekady poznawał tajemną naukę Buddy. Gdy powrócił, zaczął głosić poznaną doktrynę i – źle zrozumiany – został zabity jako buntownik.

Wszystkich, których śmieszy taka interpretacja zapewniam, że to nie koniec – ponad sto lat później, w 1990 r. Holger Kersten w książce Jezus żył w Indiach rozwija tę myśl, twierdząc, że Zbawiciel najpierw szkolił się w klasztorze tybetańskim, a następnie u esseńczyków. Połączenie tych wiadomości pozwoliło mu przeżyć śmierć krzyżową. Oczywiście te tezy również opierały się o rewolucyjne starożytne manuskrypty.

Takich prób było więcej i ich historia prędko się nie zatrzyma. Dlatego uspokajam. Rewelacje były są i będą. Jedyna droga to nie dawać im wiary, uśmiechać się i gorliwie modlić za twórców, aby ich dociekania były ukierunkowane na prawdę, a nie na sensację.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >