“Ukąszeni” przez Boga

Trzech Króli to święto jeszcze nienawróconych, ale już "ukąszonych" Bożą oczywistością. Czyli de facto nas wszystkich. Jezus objawia się nie na scenie, a na widowni – pośrodku życia. A człowiek... gdy człowiek zobaczy sedno, kolana zginają się same.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Że było ich trzech, stwierdził Orygenes. Że byli królami – rozstrzygnął Tertulian. Pismo Święte nic nam nie mówi o tym, czy było ich dwóch, czy do Dzieciątka udał się z pielgrzymką cały ówczesny autokar mędrców ze Wschodu. Imiona nadano im w szóstym wieku, w piątym ich "relikwie" przeniesiono (ukradziono) z Konstantynopola do Europy, dziś w pięknym sarkofagu prezentowane są w katedrze w Kolonii.

Tak naprawdę nie mamy zielonego pojęcia kim byli. Nie znamy ich życiorysów przed i po pokłonie złożonym Niezwykłemu Dziecku. Chcielibyśmy pewnie oprawić zaraz ich historię w złocone ramy, zrobić z nich na przykład luminarzy pogańskich kultów, którzy po kontakcie z Jezusem pojechali zakładać chrześcijańskie gminy. Tyle, że przecież wtedy nie było jeszcze chrześcijaństwa. Zaczęło się ono wszak po z górką trzydziestu latach, gdy wspomniani magowie (mędrcy) byli już pewnie na łonie Abrahama.

Co mówili swoim, gdy wrócili do domu? Wykonali preparatio evangelica, zmiękczyli grunt pod nadciągającą Nowinę? Opowiadali o tym, że widzieli pieluszki wielkiego mędrca, a może nawet proroka? A może zanieśli tam nieobklejone jeszcze żadnym systemem czy organizacją, organiczne przeczucie nadciągającej rewolucji? Lubię myśleć, że Objawienie Pańskie (czyli dzień Trzech Króli), to święto patronalne wszystkich tych, którzy nie weszli jeszcze na drogę pełnego zaangażowania w Kościół, ale noszą w sobie silne doświadczenie, dotknięcie, przekonanie, że Bóg jest. I działa.

I choć może do końca nie rozumieją, przyczyna nie łączy im się ze skutkiem, nie umieją przeskoczyć w głowie pytania o to, dlaczego jeśli Jezus to nie nikt inny – widzą, że dzieje się tu coś, co ich przerasta. Nie będą już nigdy mogli powiedzieć "nie" ze stuprocentową pewnością.

Jeśli na ziemie, na których o swojej podróży opowiadali kiedyś Mędrcy, zawita kiedyś sensowny apostoł, z ziarna powstrzymania się od "nie" może wyrosnąć "tak". Trzech Króli to święto jeszcze nienawróconych, ale już "ukąszonych" Bożą oczywistością. Czyli de facto nas wszystkich.

Samo święto wymyśliła któraś ze wschodnich chrześcijańskich sekt w wieku trzecim. Na Wschodzie do dziś wiąże się ono głównie z celebrowaniem chrztu Jezusa. Wtedy było to jedno z trzech – obok Zmartwychwstania i Zesłania Ducha Świętego – największych świąt chrześcijaństwa. Na Zachód trafiło w czwartym wieku, i tu od razu odkleiło się od chrztu koncentrując nasz wzrok na stojących przy Niemowlęciu mędrcach. Fantastycznie się złożyło, że dziś cały ten czas na przełomie lat oddycha w Kościele dwoma płucami – kameralnym, intymnym, odsuniętym od świata, skupionym na Rodzinie Bożym Narodzeniem, i oficjalnym zapoznaniem przychodzącego na świat Boga. Te dwa wymiary idealnie się przenikają. To co działo się w żłóbku nie jest przecież ostatecznie wydarzeniem dotykającym tylko pewną żydowską rodzinę, to co dzieje się, gdy stają przy nim Mędrcy nie zmienia ani na jotę faktu, że to wciąż także prywatna historia dwojga młodych Żydów, którzy wychowują dziecko.

Jedno wciąż jednak bije w tej historii w oczy – Bóg objawia się nie na scenie, ale na widowni. Nie w wydzielonym "specjalnym miejscu objawiania się Bóstwa", ale w samym środku życia. Bólu, płaczu, uśmiechu, marzeń o szczęściu, chaosu, tęsknoty, choroby, dramatów, pragnień. Boże Narodzenie i Objawienie inaczej świecą, gdy czyta się je łącznie. Gdy dostrzegasz, że nie możesz być chrześcijaninem uciekając od swojego życia. I że Twoje życie zmieni się z wersji 1.0 w wersję 10.0, gdy zostaniesz chrześcijaninem.

W Polsce coraz popularniejsze stają się dziś pochody, czy marsze Trzech Króli. Bardzo fajna, powstająca na naszych oczach tradycja, nad którą muszą jednak czuwać mądrzy ludzie, by po pierwsze nie zrobiła nam z Objawienia Pańskiego "Hobbita" albo innej, wypełnionej magicznymi dziwakami bajki, po drugie – byśmy nie szli na te pochody z myślą – "palikotyści i geje mają swoje parady, to my też zrobimy swoją, żeby pokazać żeśmy sroce spod ogona nie wypadli". Gdyby to o mnie chodziło, zaraz wyskoczyłbym ze żłobka i poleciał do samego Rzymu pokazać, kto od tej chwili tu rządzi, gdzie jest prawda. Gdybym to ja był na Jego miejscu zaraz po Zmartwychwstaniu poleciałbym do Piłata i Kajfasza pokazać im triumfalny gest Kozakiewicza. Jezus jest jakiś inny. Mógłby zmieniać rzeczywistość, urządzając demonstracje, ruchy społeczne, wielkie show i debaty, przestawiając ludziom klocki w głowach, decyduje jednak, że jedynym efektywnym narzędziem zmieniania świata będzie miłość. Pokazuje, że każdy akt pełen słów i znaczeń, ale pozbawiony miłości jest pusty.

To widać już w legendarnym żłóbku. Historia naszego Zbawienia zaczyna się od pary kochających się na zabój żydowskich nastolatków i ich miłości do Dziecka. Które nie powiedziało ani słowa i nic nie zrobiło, a sprawiło, że padli przed Nim na kolana doświadczeni w ludzkich sprawach przybysze ze Wschodu.

Gdy człowiek zobaczy nagle sedno, kolana zginają się same. Nie szarpać się, nie brać za fraki. Więcej kochać.

Boga i ludzi. Cała reszta (w swoim czasie, gdy dojrzejemy w cieple i świetle Słońca) będzie nam dodana.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Dylematy katolickiego gadżeciarza

Okazuje się, że dla wariatów takich jak ja istnieje szeroka oferta również w dziedzinie stylizacji.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Pisałem już tu o eschatologicznych dylematach katolickiego gadżeciarza, wszystko wskazuje na to, że niebawem dołożą się do nich poważne problemy finansowe. A może jakiś bank zauważy wreszcie (czy na pewno jednoosobową?) niszę na rynku i wypuści jakiś kredyt konsumpcyjny z możliwością spłaty odsetek w dobrych uczynkach (albo rozliczanych w tzw. walucie watykańskiej, czyli za „Bóg zapłać“)? W nabytym właśnie przeze mnie kolejnym fascynującym zbiorku zupełnie zbędnych informacji (uwielbiam takie zbiorki), „The Hodder Compendium of Christian Curiosities“ David’a Maloney’a znalazłem bowiem właśnie zestaw wskazówek dla tych, co nie chcą poprzestać na wypasionych świecznikach i frapujących różańcach.

Dylematy katolickiego gadżeciarza

Autor zaczyna od dzieci (zawsze wszystko dla tych dzieci, najfajniejsze gry, ubrania, wakacje, masakra) i proponuje im nawiązującą do fragmentu z Listu do Efezjan (6,10n – apostoł poleca by wyposażyć się w „pełną zbroję Bożą – tarczę wiary, hełm zbawienia i miecz Ducha, czyli Słowo Boże), piżamę wykonaną na kształt zbroi właśnie, mającej chronić nas przed zagrożeniami duchowym (IMHO najfajniejsza jest poduszkotarcza „Wiara“). Podana przez autora strona www.armorofgodpjs.com podaje jakieś interesujące treści po chińsku, ale wystarczy wpisać to co w adresie strony do Google’a i też zobaczymy, co trzeba. Mnie, zaciekłego amatora barwnych skarpet (ostatnio skręcam od pasków w stronę jednolitych kolorów biskupich i kardynalskich – nigdy nie wiadomo, gdy człowieka zaskoczy telefon z nuncjatury i informacja, że znalazł się w terno na przykład na pomocniczego do Pelplina), zafrapowała skromna angielska (szkocka w zasadzie) manufaktura www.holysocks.co.uk pozwalająca wypełnić religijnymi odniesieniami nawet szufladę w bieliźniarce. Dla tych zaś co chcieliby by mówiono o nich, że wydzielają odor sanctitatis – mamy perfumy według receptury stworzonej podobno przez papieża Piusa IX (a co, nie tylko J Lo potrafi) – www.thepopescologne.com. Papież mieszkał we Włoszech, więc nie miał pewnie potrzeby tworzenia cięższej wersji zapachu na zimę, ale – jak mawiają w pewnym byłym mieście wojewódzkim ładniejszym od pobliskiej Bydgoszczy – lepszy rydz, niż nic, nieprawdaż.

Dylematy katolickiego gadżeciarza

No i wreszcie rzecz dla mnie najciekawsza: www.crystal-bible.com. Całe Pismo Święte wyryte przy pomocy nanotechnologii na ozdobnym krysztale, który można nosić jako naszyjnik, wmontować w krzyżyk, przyczepić do bransoletki – mieć zawsze przy sobie (swoją drogą to ciekawe, że goście operujący kosmicznymi technologiami mają tak paździerzową stronę internetową). Jasne, żeby to przeczytać musiałbyś nosić ze sobą mikroskop, ale ja przyznają się do atawistycznej potrzeby posiadania zawsze przy sobie egzemplarza Pisma Świętego nie tylko po to by je czytać, po prostu lubię gdy jest obok, wiem bowiem (co bardzo ładnie zaznaczają „neoni“ kładąc Pismo Święte na tabernakulum), że Pismo jest miejscem obecności Boga. Nabyłem sobie nawet w tym celu w Australii specjalny podróżny pokrowiec i cieszę się, że jest ze mną. Słowo daję – nie wiem, czy nie zainwestowałbym w taką nanoBiblię (gdybym tylko mógł się dowiedzieć z tej koszmarnej witryny ile to kosztuje). Niedawno wróciłem do zwyczaju noszenia na szyi krzyżyka (najprostszego, ze sznurka, www.sklep.cerkiew.pl, import z Grecji), na ręku czasem zdarza nosić mi się czotki na których się modlę – pytanie tylko, czy noszenie na sobie Pisma Świętego, którego się nie czyta, które po prostu jest to wypaczenie sensu (którym jest wszak komunikacja), czy dopuszczalna realizacja potrzeby otaczania się tym, co zwraca naszą myśl ku Bogu?

Źródło: www.crystal-bible.com

W prawosławiu wśród elementów stroju liturgicznego występuje nabiedrennik albo palica – usztywnione kawałki materiału, które zakłada w okolicach biodra celebrujący nabożeństwo kapłan, a które symbolizują właśnie miecz duchowy, czyli Słowo Boże. Ani słowa się z tego nie przeczyta, bo to tylko symbol. Może taka nanoBiblia mogłaby posłużyć zwykłym świeckim jako taki właśnie nabiedrennik? A może w czasach gdy ludzie wieszają sobie na szyjach i rękach najprzeróżniejszego rodzaju debilizmy (widziałem nie tak dawno w Kanadzie wielki sklep dla hip hopowców i innych specjalistów od wypluwania – by nie powiedzieć nieco bardziej fizjologicznie – z siebie słów i bitów, w którym dział ozdób naręcznych, naszyjnych i pasków opierał się wyłącznie na wariacjach na punkcie krzyża czy podobizn Maryi, najczęściej z czaszkami, dopiskami, łańcuchami etc.), prawdziwa Biblia w takiej właśnie – nieużytecznej z praktycznego punktu widzenia, ale przypominającej, gdzie jest nasz skarb – postaci, jest czymś co warto polecić? A może, zaślepieni szlachetnymi pobudkami, przekroczyliśmy już granicę profanacji? Co Państwo na to? Usycham z ciekawości.

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >