Opowieść o Epifanii, czyli o Objawieniu Pańskim

Historia kształtowania się święta Epifanii, czyli Objawienia Pańskiego jest równie fascynująca jak dobry kryminał czytany pośpiesznie z wypiekami na policzkach i z drżącymi dłońmi.

Ks. Krzysztof Porosło
Ks. Krzysztof
Porosło
zobacz artykuly tego autora >

Opowieść o Epifanii, czyli o Objawieniu Pańskim

Historia kształtowania się święta Epifanii, czyli Objawienia Pańskiego jest równie fascynująca jak dobry kryminał czytany pośpiesznie z wypiekami na policzkach i z drżącymi dłońmi. Szybkie zwroty akcji. Pytanie nie znajdujące wyczerpujących odpowiedzi. Błędne tropy, niewłaściwe kierunki. Drobne błędy w kluczowych obliczeniach zmieniające całą historię. „Śmierć” w otchłani Jordanu, a chwilę później weselna uczta w Kanie. Wielcy ludzie przybywający ze Wschodu, prowadzeni przez niewyjaśnione zjawiska kosmiczne. Wszystko w otoczce pogańskich festiwali, wina lejącego się strumieniami czy rozpustnych rzymskich Saturnaliów. Nie można również zapomnieć o przemożnych wpływach – Wschodu na Zachód, Zachodu na Wschód. A gdzieś między tym wszystkim leży prawda o Objawieniu. I kiedy wydaje się, że doszliśmy w naszych poszukiwaniach do początków tego święta, że znaleźliśmy rozwiązanie, trafiamy na mur niewiedzy, wątpliwości i pytań, który każe poszukiwania rozpocząć od początku, a w najlepszym wypadku, spojrzeć na problem z nieco innej strony. Do dzisiaj – choć zbadanych zostało „wiele” (wiele z bardzo niewielu, jakie mamy z tamtych wieków) źródeł – raczej stawiamy pytania, niż podajemy ostateczne odpowiedzi. Kiedy jedni tłumaczą powstanie tego święta argumentami o przezwyciężeniu świąt pogańskich, zaraz inni przedstawiają solidne argumenty pozwalające nam uniknąć „chrystianizacji” misteriów pogańskich.

Skąd „pomysł” na święto?

Opowieść o Epifanii, czyli o Objawieniu Pańskim

Mówiąc o święcie Epifanii, nie sposób oddzielić go od Bożego Narodzenia, a przynajmniej w kontekście pierwszych wieków należy omawiać je wspólnie. Wiemy doskonale, że świętowanie Bożego Narodzenia jest wtórne chociażby do Wielkanocy, która jest najważniejszym świętem chrześcijańskim. Na rozwój i potrzebę świętowania tajemnicy Wcielenia wpłynęło wiele czynników wśród których zdecydowanie do najważniejszych należy wzrost zainteresowania tematem dzieciństwa Chrystusa, walka z gnostykami czy obrona realności Jego człowieczeństwa (także istnienia Jego ciała). Przypomnijmy, że tylko dwie Ewangelie opisują narodzenie Chrystusa (Mt i Łk) i poświęcają dzieciństwu Jezusa relatywnie niewiele miejsca. Można nawet – trochę mylnie – odnieść wrażenie, że narodzenie Chrystusa pierwszych chrześcijan nie interesowało. A jednak bardzo szybko zaczyna się pojawiać literatura apokryficzna, próbująca uzupełnić brakujące wiadomości i rozwinąć naszą wiedzę o dzieciństwie i narodzinach Syna Bożego z Maryi Dziewicy. Pod koniec II w. Orygenes podkreślał, że chrześcijanie nie powinni obchodzić Bożego Narodzenia, gdyż tylko poganie i grzesznicy (np. faraon albo Herod) obchodzą uroczyście dzień swoich narodzin. Cóż, to była „teologia” Orygenesa, znacznie większy problemem stanowiła po prostu nieznajomość faktycznej daty narodzin Chrystusa. Chyba nie trudno uwierzyć, że nie zachował się akt urodzenia (dla pewności – po prostu go nie było), który bez wątpienia rozwiązałby sprawę na wieki. A skoro go nie było, chrześcijanie w inny sposób próbowali odkryć tę datę. W miarę precyzyjny sposób możemy stwierdzić, że Chrystus narodził się… przed Chrystusem, tzn. pomiędzy 6 a 4 rokiem przed naszą erą (niejaki Dionizy Exiguus pomylił się „zerując” licznik kalendarza na źle przyjętym roku narodzin Chrystusa). Mniej więcej mamy rok narodzin, a co z datą dniową?

6 stycznia, czyli skąd się wzięło święto Trzech Króli?

Pewne jest to, że już pod koniec II w. i na początku III w Egipcie dzień 6 stycznia stał się świętem zarówno chrztu Jezusa w Jordanie, jak i dniem Jego narodzenia. Święto zaczyna oddziaływać i przechodzić do innych wschodnich kościołów. I tak w Jerozolimie w IV/V w. spotykamy 6 stycznia liturgię Bożego Narodzenia (z procesją z Betlejem do Jerozolimy), o czym informuje nas w swoim dzienniku pątniczka Egeria. Wtedy już święto posiada oktawę. Pod koniec V w. świętuje się tam również chrzest w Jordanie, który to temat powoli staje się centralnym dla całej tradycji wschodniej.

Za sprawą syryjskiego diakona Efrema, w IV w. Epifania zyskała nowy, bardzo ważny element – przybycie mędrców (magów, królów –  ich historia stanowi oddzielny temat) ze Wschodu i złożenie Jezusowi darów. Efrem opisuje Epifanię jako pokłon Magów, symbolizujących cały pogański świat, który w Chrystusie rozpoznał Boga. Bardzo szybko ten temat rozniósł się po całym chrześcijańskim świecie – zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie, gdzie do dziś zdominował całe rozumienie święta Epifanii (kto w Polsce mówi na to święto inaczej niż „święto Trzech Króli”?).

W IV w. w Rzymie dzień 25 grudnia staje się oficjalnym dniem święta Bożego Narodzenia. Potwierdzeniem tego jest dokument z 336 r. noszący nazwę Chronograf roku 354 (dla niewtajemniczonych chronograf to po prostu „księga, która mierzy czas”. Za Rzymem datę tę szybko przyjęły inne Kościoły języka łacińskiego, np. w Afryce Północnej. Kościoły wschodnie, które obchodziły Boże Narodzenie 6 stycznia, nie od razu przyjęły rzymską datację. Jednak dzięki autorytetowi Rzymu oraz obecności rzymskich chrześcijan na terenach wschodnich, proces ten zaczął przebiegać dość szybko.

Skoro w IV w. 25 grudnia stało się w Rzymie świętem Bożego Narodzenia i z Rzymu zawędrowało na Wschód, podobny proces dotyczył dnia 6 stycznia, kiedy to święto Epifanii ze Wschodu przybyło do Rzymu. Na Zachodzie znajdujemy potwierdzenie Epifanii już w II poł. IV w. Potwierdza je Ambroży z Mediolanu i Optat z Mileve, a nade wszystko św. Ambroży. Wiążą oni Epifanię z objawieniem Pana, oraz z przybyciem do Jezusa mędrców ze Wschodu. W liturgii rzymskiej najdonioślejszym świadectwem jest 8 mów na Epifanię papieża Leona Wielkiego. Koncentruje się on przede wszystkim na pokłonie Trzech Mędrców.

Opowieść o Epifanii, czyli o Objawieniu Pańskim

Trochę inaczej rzecz się miała na terenie Galii, gdzie święto Objawienia wprowadzono wcześniej niż Boże Narodzenie. Na tych terenach przemożny wpływ na liturgię miały kościoły wschodnie, a tam Epifanię wiązano z chrztem Jezusa oraz weselem w Kanie. Na przełomie VII i VIII w. liturgia galijska zaczyna oddziaływać na rzymską i stąd motywy chrztu i zaślubin w Kanie zostają włączone do liturgii rzymskiej. Później, w czasach karolińskich, pojawia się oktawa Epifanii, analogiczna do oktawy Bożego Narodzenia, a 8 dzień oktawy staje się świętem chrztu Pańskiego. Obecnie obchodzimy to święto – kończące okres Bożego Narodzenia – w niedzielę po święcie Objawienia Pańskiego.

Dziś podkreśla się, że liturgia rzymska, obchodząc te dwie uroczystości, celebruje tę samą tajemnicę Wcielenia i Bożego Narodzenia – akcentuje jednak inny temat: 25 grudnia podkreśla się uniżenie Chrystusa, a 6 stycznia Jego Bóstwo, które staje się widoczne w całym świecie (pokłon Mędrców). W Liturgii Godzin do dzisiaj pozostał jednak ślad jedności tego niezwykłego misterium Epifanii – antyfona Benedictus z Jutrzni i Magnificat z Nieszporów z 6 stycznia poruszają temat tria miracula (trzech cudów): chrztu Jezusa w Jordanie, wesela w Kanie Galilejskiej oraz pokłonu Mędrców.

Tak w olbrzymim skrócie rysuje się niezwykła historia rozwoju święta Epifanii. Teraz należałoby zająć się nieco więcej jej treścią, teologią tego wspomnienia. Nie sposób jednak to zrobić w jednym opowiadaniu, dlatego proszę pozwolić, że podejmę jedynie mały, dziś już mocno zapomniany wątek święta Epifanii: temat chrztu Jezusa w Jordanie.

Epifania – objawienie w wodach Jordanu – chrzest

Opowieść o Epifanii, czyli o Objawieniu Pańskim

Chrzest Chrystusa, Pierro della Francesca, 1420-1492

W dniu Bożego Narodzenia bardzo szybko zaczęto odprawiać trzy Msze, w których ukazywano temat narodzin Syna Bożego w trzech różnych wymiarach: Jego odwiecznych narodzin z Ojca, Jego historycznych narodzin z Maryi Dziewicy w betlejemskiej grocie, Jego narodzin w życiu człowieka. Ten ostatni temat celebrowano w drugiej Mszy Bożego Narodzenia, którą papież odprawiał w Kościele św. Anastazji – był to zatem obchód zmartwychwstania (anastasis = powstanie; zmartwychwstanie). Chrystus rodzi się w naszych sercach przez zmartwychwstanie. W sposób niezwykły zmartwychwstał w nas w czasie chrztu, w którym zanurzyliśmy się w Jego śmierci i zmartwychwstaniu, jak w 6 rozdziale Listu do Rzymian pisze Apostoł Paweł. Epifania zatem odnosi nas do tajemnicy chrztu, a tym samym do tajemnicy chrztu Jezusa w Jordanie. Chrystus – jak komentują Ojcowie Kościoła – nie wszedł do Jordanu po to, aby wyznać grzechy i uzyskać przebaczenie – wszakże żadnego grzechu nie popełnił. Wszedł On jednak do mętnych od grzechu wód Jordanu, w których Jan Chrzciciel obmywał ludzi z ich grzechu. Jednak wtedy Jordan jeszcze nie miał mocy ostatecznego pokonania grzechu – ten pozostawał w otchłani jordańskich wód. Chrystus wszedł do rzeki, zanurzył się w wodzie i wynurzając się wziął cały grzech świata na swoje barki, aby zanieść go na Kalwarię i ostatecznie pokonać w śmierci, zstąpieniu do otchłani i Zmartwychwstaniu. Dlatego właśnie św. Jan Chrzciciel nazywa Chrystusa „Barankiem Bożym, który gładzi grzechy świata”, co równie dobrze można by przetłumaczyć „Oto Baranek Boży, który niesie grzechy świata”. W chrzcie Jezusa w Jordanie, w Jego męce i zmartwychwstaniu, objawiła się prawda o Nim – Epifania Boga, a równocześnie w tych wydarzeniach, i tym samym w święcie Epifanii, objawia się prawda o nas: jesteśmy zanurzeni w czystych wodach chrztu, nasz grzech jest ostatecznie pokonany przez śmierć i Zmartwychwstanie Chrystusa; Chrystus jest z nami w pełni zjednoczony przez chrzest – to w nas i naszym życiu ma się w pełni objawiać Jego Boska chwała. Epifania to święto każdego chrześcijanina, w którym jednocześnie objawia się prawda o naszym grzechu i prawda o zwycięstwie Chrystusa i Jego chwale w nas. Warto ten dzień przeżyć w tajemnicy naszego własnego chrztu.

I co dalej…

Oczywiście temat Epifanii nie został wyczerpany i wypadałoby pociągnąć ten wątek jeszcze dalej –  zapytać o zwyczaje i tradycje, te ludowe i te liturgiczne: wizytę duszpasterską, błogosławienie kredy i domów, znaczenie drzwi napisem C+M+B 2012, czy ogłoszenie daty Wielkanocy. Warto zapytać o to, kiedy magowie (gr. magoi) stali się królami i dlaczego było ich trzech albo dwunastu (tradycja syryjska), skoro Ewangelie milczą o ich liczbie i dlaczego ich imiona tradycyjnie brzmią Kacper, Melchior i Baltazar (zresztą to nie jedyne imiona pojawiające się w tradycji), skoro w Piśmie Świętym ich nie ma. Wypadałoby, ale to nowa, długa i równie fascynująca opowieść, na którą może przyjdzie czas w wigilijny wieczór Epifanii w przyszłym roku…


Opracowano na podstawie:

P.F. BRADSHAW, M. E. JOHNSON, The Origins of Feasts, Fasts and Seasons in Early Christianity, Minnesota 2011, s. 121–157.

J.F. KELLY, Narodziny Bożego Narodzenia, tłum. J. POCIEJ, Kraków 2011, s. 79–102.

Objawienie Pańskie, [w:] Leksykon liturgii, B. NADOLSKI [red.], Poznań 2006, s. 1058–1061.

J.A. JUNGMANN, The Early Liturgy. To the Time of Gregory the Great, London 1976, s. 266–277.

P.F. BRADSHAW, Early Christian Worship. A Basic Introduction to Ideas and Practice, wyd. 2, Minnesota 2010, s. 94–97.

Skrót artykułu opublikowananego pierwotnie w portalu liturgia.pl

Liturgia.pl


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Ks. Krzysztof Porosło

Ks. Krzysztof Porosło

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. Krzysztof Porosło
Ks. Krzysztof
Porosło
zobacz artykuly tego autora >

Kapłaństwo kobiet. Czemu nie?

Pomysł na kapłaństwo kobiet przypomina mi dyskusje inkulturatorów, którzy zastanawiali się, dlaczego materią Eucharystii nie może być placek ryżowy i np. sake, skoro w pewnych rejonach Azji są być może czytelniejszym znakiem niż biały opłatek z mąki i wino z wodą

Dawid Gospodarek
Dawid
Gospodarek
zobacz artykuly tego autora >

W Polsce rzadko, ale co jakiś czas pojawiają się dyskusje na temat kapłaństwa kobiet i postulaty, by tradycyjne stanowisko Kościoła w tej kwestii zmienić. Ostatnio w tygodniku Wprost wywiad o kapłaństwie kobiet z Zuzanną Radzik przeprowadził Marcin Dzierżanowski (2/2015). Rozmowa jest tylko zasygnalizowaniem problemu – szukający ciekawych argumentów do dyskusji o kapłaństwie kobiet raczej się zawiodą. Teolożka opowiada, dlaczego w Kościele kobiet się nie wyświęca, dlaczego mało się już o tym dyskutuje: Jan Paweł II ostatecznie stwierdził, że Kościół nie ma władzy udzielać kobietom święceń. Nie była to jednak wypowiedź nieomylna (np. dlatego, że papież nie miał takiej intencji), więc dyskusja trwa. Jednak każda próba ordynowania kobiet kończy się automatyczną ekskomuniką. Zbyt głośne domaganie się święceń dla płci pięknej również raczej nie jest w Kościele mile widziane.

Ciekawa jest teza, jakoby mężczyźni nie chcieli dopuścić kobiet do kapłaństwa ze względu na władzę, jaka się z tym urzędem wiąże. Zuzanna Radzik uderzyła chyba w czuły punkt (przynajmniej mnie), bo rzeczywiście zabolało przypisanie tak niskich pobudek w teologicznej dyskusji i sugestia, że Ewangelia i Tradycja są przedmiotowo traktowane do walki o pozycję.

Kapłanka? Księżyna?

Pomysł ordynowania kobiet rozprzestrzenił się od połowy XIX wieku we wspólnotach protestanckich (w XX wieku również u mariawitów i niektórych starokatolików), znany już był jednak w chrześcijańskiej starożytności – kapłaństwo kobiet praktykowano w heretyckich wspólnotach pepuzjan czy kollyrydian.

Argumentów za kapłaństwem kobiet znaleźć można sporo. Przede wszystkim mamy tę samą godność dzieci Bożych. Jesteśmy przed Bogiem i wobec siebie równi, a w dodatku przez chrzest włączeni w to samo powszechne kapłaństwo. Święty Paweł pisze: Nie ma już przecież Żyda ani Greka, mężczyzny i niewiasty (Gal 3,28). Czy to sprawiedliwe, że można wyświęcić ważnie nawet nieletniego i niebierzmowanego chłopca, a wybitnej profesor teologii już nie?

Co prawda kapłan w czasie celebrowania Eucharystii występuje w imieniu Chrystusa, który jest mężczyzną, ale czy kobieta chrzcząca w nadzwyczajnych okolicznościach dziecko oraz udzielająca ślubu swojemu narzeczonemu również nie reprezentuje Syna Bożego?

To dokuczliwe, że o kobietach w Kościele – ich powołaniu, życiu, charyzmatach, seksualności – do końca świata mają decydować mężczyźni…

Czemu nie?

Jeśli kobiety wolą słuchać kobiet, niech posłuchają Maryi: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie (J 2,5).

Pan Jezus wybrał apostołów (mężczyzn, mimo że nie miał żadnych oporów przed traktowaniem kobiet na równi z przedstawicielami swojej płci, wbrew ówczesnym horyzontom społeczno-kulturowym), którzy z czasem rozeznali w sobie świadomość kapłańską.

Św. Paweł, biblijnie argumentując, nie zostawił złudzeń, jeśli chodzi o miejsce kobiety w liturgicznych celebrach (1Kor 14,34; 1Tm 2,11-13). Apostołowie pouczeni przez obiecanego Ducha Świętego, swój urząd, władzę i misję przekazali kolejnym wybranym (również mężczyznom). I tak już 2000 lat. Gdyby Duch Święty uważał, że Kościół (ta maskulinistyczna hierarchia) bezprawnie nie dopuszcza kobiet do święceń, czym urąga ich godności, z pewnością zainterweniowałby w typowy dla siebie sposób.

Nie ryzykować!

Wiadomo, że mężczyźni z pewnością mogą być podmiotem sakramentu święceń. Nawet, jeśli argumenty przeciw ordynacji kobiet nie są w pełni zadowalające i dyskusja wydaje się być wciąż otwarta, Kościół nie może pozwolić sobie na ryzyko ich wyświęcania, bo w tej chwili uważa, że po prostu nie ma takiej władzy (święcenia mimo prób nie będą miały miejsca).

Nawet jeśli znajdą się jakieś poważniejsze argumenty za – czy będzie istniała 100% pewność, że Kościół przez 2000 lat żył w błędzie i był głuchy na natchnienia Ducha Świętego?

Myślę, że nie i dlatego nie można będzie również wtedy ryzykować, że sukcesja apostolska i ważne sakramenty się gdzieś w Kościele rozpłyną, że wierni przez posłanie do nich kobiety w ornacie z racji obiektywnego braku święceń przez pomyłkę teologów będą pozbawieni sakramentów.

To mi przypomina dyskusje (i, o zgrozo, praktyki) inkulturatorów, którzy zastanawiali się, dlaczego materią Eucharystii nie może być placek ryżowy i np. sake, skoro w pewnych rejonach Azji są być może czytelniejszym znakiem niż biały opłatek z mąki i wino z wodą. Po prostu z Ewangelii wiemy, że był chleb i wino, z tradycji i historii wiemy, jaki chleb i wino, Kościół orzekł, że to jest pewna materia sakramentu Eucharystii i się z tym nie dyskutuje. Choćby jakiś biskup z najszczerszymi intencjami próbował konsekrować najpyszniejsze ciasto dyniowe i najszlachetniejszą whisky – nie uda mu się.

Argument z ciągłości teologicznej doktryny również jest istotny – nie można bagatelizować dystansu do pomysłu, który nigdy w Kościele nie był praktykowany, a więcej – był wyraźnie potępiany. Taką już w teologii katolickiej mamy metodologię, że bardziej niż zmieniająca się kultura, interesuje nas Ewangelia i Tradycja.

Wydaje mi się, że teologowi łatwiej byłoby uzasadnić związki jednopłciowe niż kapłaństwo kobiet. Antropologia teologiczna jest bardziej elastyczna i mniej zdogmatyzowana niż sakramentologia.

To nas łączy

Zdecydowanie zgadzam się z postulatami katolickich feministek, że kościelna administracja, katolickie uczelnie i instytucje są zbyt sklerykalizowane. Może problemowi niedoboru księży zaradziłoby, gdyby wszyscy kapłani zajmowali się rzeczami, do których zostali wyświęceni? Czy to ksiądz musi być np. dyrektorem instytucji charytatywnej?

Skoro już powstały narodowe episkopaty jako swego rodzaju platforma biskupów do rozmów, uzgadniania stanowisk duszpasterskich, etc., z masą dykasterii i ciał doradczych, zdecydowanie więcej miejsca mogłoby znaleźć się tam dla świeckich dowolnej płci. Jestem pewny, że tu z czasem nadejdą pozytywne zmiany.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Dawid Gospodarek

Dawid Gospodarek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dawid Gospodarek
Dawid
Gospodarek
zobacz artykuly tego autora >