Jezusofobia

Załóż się dziś ze mną. Do końca dnia powiedz komuś coś o Jezusie Chrystusie. Odważysz się? A jeśli tak, to czy przyjmiesz kolejne wyzwanie?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Nigdy nie ukrywałem, że gdy idzie o temperament najbliżej mi do świętego Hieronima, który cierpiał chyba na jakąś formę hypergrafii (czyli pisał, pisał, a w przerwach też pisał), a tych, którzy go zdenerwowali traktował niczym działko szybkostrzelne.

Pociecha, że na starość człowiek się jednak w obyciu wygładza, szlag trafia mnie więc coraz rzadziej. Ciekawe – w jakich okolicznościach. Gdy bowiem czytam, co wypisuje o naszym Kościele Kasia Wiśniewska, albo gdy słucham prześmiesznej w swym dziecinnym antyklerykalizmie posłanki Senyszyn, mam ochotę przytulić, wyjaśnić, czasem popukać się w głowę, czy zadziwić. W ciągu ostatnich kilku lat pamiętam może dwie sytuacje, w których naprawdę obudził się jednak we mnie duch przodków spod Grunwaldu i w ruch poszły dwa nagie miecze.

Ostatnia miała miejsce parę dni temu, na wakacyjnym zlocie religijnej młodzieży. Przez godzinę starałem się powiedzieć kilkuset słuchaczom coś o najważniejszej Osobie i najważniejszej sprawie w moim życiu: o Jezusie i o Ewangelii. Wierzę, że wśród tych kilkuset osób było choć kilka, które wyszły stamtąd – przekonane czy nie – ale ze świadomością, że popchnęliśmy sprawy do przodu, że to spotkanie miało jakiś sens.

Pewności nie mam, bo znacznej większości tych, którzy odważyli się zabrać głos w serii pytań, nie interesowała rozmowa o Jezusie. Interesował ich TVN, ojciec Rydzyk, in vitro i to czy na pewno jestem „katolickim“ dziennikarzem.

Jezusofobia

Nie ma się co rozwodzić nad wystąpieniem młodej pani, która zbluzgała mnie za to, że wstrętnie „rozwadniam chrześcijaństwo“ i robię z niego „amerykańską“ wydmuszkę, że (podobno) nienawidzę o. Rydzyka, że „jestem trochę za aborcją i trochę za in vitro“ (tu nie wytrzymałem i brutalnie wyjaśniłem, jak bardzo owa pani w swej chrześcijańskiej, acz ślepej, nienawiści do mnie błądzi), i że – uwaga – te wszystkie rzeczy, które robię w Afryce też świadczą przeciwko mnie, bo „pan głosi jakiegoś Boga, który jest samym miłosierdziem, a wiadomo że tak nie jest“. Znam ja też już dobrze jej starsze koleżanki, z których jedna podeszła do mnie i z siostrzanym uśmiechem, mocno trzymając mnie za ręce (by egzekucja była z ducha katolicka) wyjaśniała mi przez parę minut, że robię szatańską robotę, mieszając dobro ze złem i zatruwając młodym ludziom głowy (uparcie pytałem o jakiś przykład, ale pani odpowiadała tylko, że go nie ma, ale „mocno tak czuje”).

Znacznie bardziej zafrapowały mnie trzy minirozmówki z  księżmi, którzy też odważyli się skorzystać z okazji, że byłem na miejscu i nie trzeba było złościć się na telewizor (było tam też sporo innych, fajnie się z nimi gadało off the record, ale „na antenie” pojawić się jednak nie chcieli). Jednego z nich przekonywałem, by mieć odwagę zuchwale, bez racjonalistycznych lęków wierzyć w Boże cuda. On mnie „odprzekonywał”, że „nie ma co czekać na jakieś wielkie cuda, bo cudem jest to, że żyjemy”. Znam tego księdza, fantastyczny człowiek. Ale to tak odpowiadali apostołowie tym, którzy przychodzili do nich z prośbą o modlitwę wstawienniczą? W Piśmie stoi jak wół, że gdy głosi się Słowo, ta nauka potwierdzana jest cudami i znakami, czy nie stoi? Jezus mówił, że wystarczyłoby, żebyśmy mieli wiarę wielkości ziarenka, by góry latały w tę i z powrotem, czy nie mówił? Zmyślał czy przesadzał? Ja, tępy świeczuch, mam przekonywać kapłana? Całe szczęście na finał osiągnęliśmy konsesus. Okazało się, że ksiądz z parafianami od kilku dni modlił się o deszcz, a podczas naszej rozmowy zaczęło lać jak z cebra.

Inny ksiądz zachęcał mnie do tego, żebym wreszcie był „katolicki”, żebym w końcu przestał „tak okrakiem”, żebym odważnie złożył świadectwo w mediach. Nie zauważył, że właśnie z powodu wierności temu, co mówi mój Kościół dwa razy straciłem ostatnio robotę (ale nie dorabiam sobie aureoli męczennika). Jego pierwszą troską było więc, czy mam legitymację. Drugą: dlaczego do TVN24 nie zaprasza się prawdziwych, kościelnych autorytetów od… teologii moralnej i prawa kanonicznego (chyba chodziło o sprawę ks. Lemańskiego)! Drogi Księże – mówię mu – zostawmy żesz wreszcie tę teologię moralną, przestańmy utwierdzać ludzi w przekonaniu, że chrześcijaństwo to „wolno – nie wolno”. Jakie są nasze duchowe początki? Co robili pierwsi chrześcijanie? Opowiadali o idei? O organizacji? Skąd, o Osobie, którą realnie spotkali! Na tyle skutecznie, prawdziwie i z taką pasją, że ludzie rzucali wszystko w co wrośli i mówili: ufamy Mu, też chcemy iść za Nim!

Świata nie zbawia idea, organizacja czy moralność. Świat zbawia Bóg Człowiek. Dlatego, sorry, ale mam w nosie, czy w TVN24 pojawi się ksiądz, który po raz 157. opowie mi o szalce Petriego, chciałbym tam WRESZCIE zobaczyć takiego, który powie tam o Jezusie coś takiego, że wszystkim koparki opadną i nawet wydawcy (którzy słyszeli już wszystko) się zasłuchają i nie zdążą go wyłączyć! Ksiądz mi na to, że jego zdaniem wielkie rzeczy dzieją się w cichości i nie chodzi o to, żeby kogoś zachwycać. Próbuję wyobrazić sobie apostołów, którzy wychodzą z podobnego założenia. Chrześcijaństwo kończy się w połowie drugiego wieku, czy w trzecim?

Jezusofobia

Z tym księdzem też jednak ostatecznie osiągnęliśmy konsesus (on się chyba przekonał, że ja wierzę, ja – że on inaczej widzi metody, ale cel mamy ten sam). Trzeci kapłan to był gwóźdź do trumny, w której spoczęło moje ewangelizacyjne pragnienie. Bierze mnie na stronę. „Przepraszam, bo mnie jedna rzecz poruszyła jak pan mówił”. Cały się cieszę! Alleluja! „No jak pan mógł odpowiadając tej dziewczynie tak niemiło powiedzieć o Radiu Maryja, przecież to takie piękne dzieło…”. Odpowiadam: Księże, błagam, ksiądz ma swój sąd w tej kwestii, ja mam swój. I ja, i ksiądz, i Radio – wszyscy się w Kościele mieścimy. Czemu nie chce ksiądz ze mną porozmawiać o tym, jak pokazać Pana światu? „No ja wiem, ja wiem, ale przecież biskupi o Radiu Maryja mówią, że jednak jest katolickie…”. Gdybym był niewierzący, to bym sobie strzelił w łeb. Z armaty.

Dość literatury przygodowej, czas na wnioski. Ogromnie się cieszę, że tam pojechałem. Dostałem ostro po głowie i dzięki temu ułożyło się w niej jasno, coś co dotąd telepało się po pustej czaszce. Najważniejszym kłopotem polskiego Kościoła AD 2013 nie jest wcale żadne laicyzujące się otoczenie. Jest nim „Jezusofobia“ wierzących. Lęk przed mówieniem o Panu, wielomóstwo o wszystkim innym.

Po pierwsze: utopienie Ewangelii w moralinie. Przypadłość i księży i świeckich, którzy powierzoną im Dobrą Nowinę przekazują dalej tak: jak będziesz grzeczny – dostaniesz lizaka, a jak nie – Bozia zbije ci duchową pupę. To nie sukces naszej ewangelizacji – to jej wielka klęska, że każdy w tym kraju jest w stanie powiedzieć coś o stosunku Kościoła in vitro, a zapytany o Jezusa zacznie dukać pięć zdań zapamiętanych z katechezy. Takie ustawianie optyki: chrześcijańskie życie to mecz o jak największą liczbę nie puszczonych goli, mecz w którym szatan jest napastnikiem, Maryja lekarzem ekipy, a Bóg sędzią, to prosta droga do spoganienia rzesz naszych katolików, którzy przekonani o tym, że muszą z tym wszystkim poradzić sobie sami, w porę nie przełączą się na Bożą moc i przegrają życie.

Nie wiem, jak może nas nie boleć to, że ludzie wciąż dyskutują dziś o słabościach człowieka, a nie o mocy Boga („który może uczynić nieskończenie więcej niż chcemy czy rozumiemy”). Nie wiem jak może nas nie trafiać szlag, gdy widzimy, że Bóg kojarzy się dziś światu nie z nadzieją i pokojem. Że kaznodzieje plotą o bogatym młodzieńcu wszystko, tylko nie to, co najważniejsze – że gdy on przychodzi, zdaje raport z moralnego życia i pyta co ma robić, Jezus mu odpowiada, że nie ma już nic robić. Ma rzucić się w przepaść, zakochać w Nim, być z Nim, bo dopiero tu zaczyna się chrześcijaństwo, bo to On jest źródłem moralności i gwarantem siły.

Jezusofobia

To nasz drugi, fundamentalny kłopot: nasze chrześcijaństwo nie jest już chrystocentryczne, ono zmienia się w publicystykę i coraz sprawniej sobie bez Chrystusa radzi. Zbierzmy z ostatnich kilku miesięcy medialne wypowiedzi znanych księży (ale i chrześcijańskich publicystów). Że to niereprezentatywna próba? Po pierwsze: rozmowy w studiach i na łamach są odbiciem naszych prywatnych rozmów, po drugie: skoro mówisz publicznie, to nawet gdy tematem rozmowy jest pogoda, postarasz się przecież przemycić to, czym żyjesz i oddychasz (jeśli rzeczywiście tym żyjesz). Przeczytajcie, odtwórzcie, sprawdźcie sami: ile miejsca zajęli w nich ks. Lemański, abp. Hoser, o. Mądel, o. Rydzyk, Hanna Gronkiewicz – Waltz, Polska Rada Chrześcijan i Żydów, a ile zajął Jezus?

Żeby nie poprzestać na jękołach, żeby popchnąć jakoś świat do przodu – proponuję konkretne ćwiczenie. Ładnych parę lat temu założyłem się z kolegą, że podczas najbliższej bytności w TVN24, niezależnie od tematu rozmowy, powiem na antenie właśnie słowo „Jezus”. Kolega przegrał butelkę dobrej whisky, bo powiedziałem nie raz, a pięć czy sześć razy. Nie powiem – nie było łatwo się przemóc. No bo: czy to czas i miejsce? Czy można ludzi indoktrynować? No bo przecież świeckie państwo, no bo przecież uznają za dewota. Dziś mam to serdecznie w nosie. Muzułmanin może co minutę powtarzać „inszallach“, polityk wymieniać swoich lewych czy prawych idoli, a ja nie mogę wymienić Imienia, dzięki któremu ten świat już zawsze będzie miał sens, w którym jest prawda, moc i piękno?

Jezusofobia

Załóż się dziś ze mną. Do końca dnia powiedz komuś coś o Jezusie Chrystusie. Odważysz się? A jeśli tak, to czy przyjmiesz kolejne wyzwanie? Przyjąłeś chrzest. Otrzymałeś bierzmowanie. To nie były administracyjne obrzędy, potwierdzające przynależność do klubu, tylko zupełnie realne wyposażenie Cię w moc samego Boga, który chce przez Ciebie leczyć chore, lepić rozbite, wydobywać ludzi z rozpaczy i nie potrzebuje ci dawać do tego kolejnych specjalnych delegacji. Ty to wszystko możesz zrobić, już, teraz, tutaj, dzisiaj – nie tylko ksiądz. Starczy Ci odwagi, by dziś położyć na kimś rękę i mu pobłogosławić, by się za niego pomodlić? By namaścić chorego olejkiem radości, nie tym sakramentalnym, ale zwykłym olejkiem, tak jak robili to przed wiekami nasi bracia w wierze, by dać ludziom namacalny znak swojej i Bożej miłości? Uwolnić się z duchowego „jajejctwa” („ja“, „ja“, ja“), przestać myśleć o sobie – swoich lękach, obawach, wizerunku, o tym czy jesteś za głupi, za słaby, czy godny i zacząć wreszcie myśleć o Bogu?

Jak będzie trzeba – mogę do śmierci jeździć po kraju i przekonywać księży i świeckich, że Pan Jezus jest ważniejszy od pana Hołowni i ojca Rydzyka, a moralność i eklezjologia to jeszcze nie całość teologii. Mogę debatować z moim kolegami księżmi, którzy będą mnie przekonywać, że „wiesz, to nie jest takie proste: państwo – Kościół, media, bioetyka”. Koledzy – wam już się wszystko pochrzaniło! To proste niczym mechanika cepa: jak ludzie zaczną od Boga, reszta sama się ułoży. Jak zaczną od tej reszty, ugrzęzną w publicystyce. To jest źródło mojej „Jezusologicznej” obsesji: najpewniejszą drogą, by ludzie zaczęli żyć przykazaniami jest doprowadzenie ich do punktu, w którym poznają i uwierzą Bogu, który im te przykazania dał.

Mamy więc teraz w polskim Kościele do „załatwienia” dwie pilne rzeczy. Pierwsza to Jezus Chrystus. Druga: Ewangelia. Jest wystarczająco dużo ludzi, którzy nie słyszeli o Jezusie, byśmy nie musieli marnować sił i czasu na powtarzanie błędów emigracyjnego rządu Polski sprzed pół wieku: w odcięciu od rzeczywistości udowadniania sobie nawzajem, kto z nas jest fajniejszy. Nie czekaj, aż „Kościół” coś zrobi, bo zostałeś ochrzczony i to Ty jesteś „Kościół”. Masz wszystkie narzędzia.

Do roboty!

 

 
 

 

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

“Papież niszczy polski Kościół”

Śledząc dziś nasze media można odnieść wrażenie, że papież Franciszek konsekwentnie niszczy polski Kościół. Robi to przy użyciu Ewangelii, głoszonej „saute” – bez kontekstu wielkich historycznych przemian (jak było za Jana Pawła II), czy budowania wielkiej teologii w kontekście „zwijania się” chrześcijańskiej Europy (jak było za Benedykta XVI).

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

W niegdyś katolickim kraju zabieg ten przynosi ciekawy skutek. Potraktowane „wyciągiem z Ewangelii” dwie wyraziste osie, wokół których kręcił się podobno przez dwadzieścia lat wolności polski katolicyzm, kompletnie zwariowały. Betoniarze i liberałowie na co drugim portalu obrzucają się dziś wyzwiskami, używając papieża w charakterze bejzbola. Z każdym kolejnym publicystycznym mordobiciem, pokazują, że król jest nagi, kręcą się w kółko nie umiejąc się przestawić z myślenia w kategoriach „zamknięty” (betoniarze) i „otwarty” (liberałowie), na jedyną kategorię w jakiej Kościół powinien próbować się dziś mieścić – „wgłąb”.

Ta dyskusja nie zaczęła się przecież wczoraj, wulkan pomrukiwał w wywiadach, na facebooku, na blogach. Miałem dość czasu, by przekonać się, że nie odnajduję się w „podkościółku” założonym przez niektórych „prawowiernych” kolegów. Gdzie myli się Ewangelię z obyczajowym konserwatyzmem i polityczną prawicowością. Gdzie zamiast duchowości głosi się moralność. Gdzie molekularnej analizie zagrożeń i beznadziei poświęca się więcej czasu niż wskazywaniu szans i głoszeniu nadziei. Gdzie kategorią organizującą wspólnotę jest wróg. Gdzie dżumę zasady, że wszystko co nowe, jest dobre, leczy się cholerą przekonania, że wszystko, co nowe jest złe. Gdzie największą tragedią dekady, jest to, że Franciszek nie chce się zgodzić, by mszę w starym rycie odprawiano codziennie. Gdzie na papieża patrzy się z wyższością, jak na dziecko, które nie jest świadome złożoności świata, które musi się wyszaleć, ale w którym nie ma głębi (bo ta była złożona tylko w Benedykcie). Itd. Itp. Nie umiem się w tej wizji zmieścić.

Dziś odkrywam, że nie po drodze mi też jednak z tymi, którzy traktują Franciszka jak marihuanę. Nie powiem, wzrusza mnie jakoś fakt, że dziś o Kościele sążniste eseje pisze nawet poseł Adam Szejnfeld, że w największym lewicującym dzienniku z papieża robi się okładki. Głowy podnosi dziś coraz liczniejsza grupa tych, których kiedyś z Kościołem coś łączyło, ale później poinstruowano ich (albo oni sobie wmówili), że nie są już nam potrzebni. Sytuacja ma w sobie coś z euforycznego buntu traktowanych jak uciążliwy dodatek pasażerów klasy ekonomicznej, którym kapitan nagle powiedział: słuchajcie, ten samolot też jest wasz, bo niezależnie od tego czy w zamkniętym, wymuskanym (moralnie) klubie z przodu, czy z zaniedbanego tyłu – wszyscy lecimy w końcu w tym samym kierunku.

Kłopot jednak w tym, że ci dowartościowani outsiderzy zamiast poczuć wspólnotę losów i zacząć coś budować, postanowili wykonać na pokładzie rewolucję październikową i wprowadzić nowy, liberalny porządek, zastępując nim betonowy terror.. Niczym postępowe przedszkolanki zawstydzają więc dziś polskich księży Franciszkiem, zapuszczają się w refleksje jak ta (skądinąd bardzo przeze mnie szanownej Aleksandry Klich) z głośnego wywiadu z ks. Krzysztofem Mądelem w „GW”: „Polscy katolicy to często hipokryci. Jeżdżą po pijaku, wyrzucają śmieci do lasu, męczą zwierzęta, nie płacą pracownikom. A w niedzielę biegną do Kościoła”. Z samym księdzem Krzysztofem zgadzam się zasadniczo co do tego, że pierwszym polem do natychmiastowej „obróbki” nie jest dziś wcale dogmatyka czy moralność, a duchowość, ręce mi jednak opadają z cichym szelestem gdy i on pytany o swoich kościelnych ideolo-przeciwników zaczyna ich wyzywać od „habilitowanych nieuków”, pogrobowców komunizmu czy narcyzów (oraz dokonuje kanonizacji księdza Lemańskiego na podstawie jego uśmiechu).

Z obiema wizjami jest mi więc nie po drodze. I tu czas, by postawić sobie zasadnicze pytanie: i co z tego? Odpowiedź: ano nic. Poza tym, że te wizje nie są moje. Ile jeszcze publicystycznych trupów musi paść, żeby obie strony odkryły, że spokojnie mogą się w Kościele zmieścić? Że jest w nim miejsce i dla specyficznej wrażliwości o. Rydzyka  i „hiperafirmatywnej ortodokosji” ks. Mądela? Dla abp. Hosera i dla ks. Lemańskiego?  

Co by się musiało stać, byśmy chcieli łaskawie zauważyc, że papież Franciszek to chodzące przeciwieństwo polskiego stylu prowadzenia rozmowy? Że nie odchodzi od nauczania, ale nie pojmuje też debaty jako siłowego przeszczepiania innym swego mózgu? Że gdy mówi o potrzebie ubóstwa wśród duchownych nie robi tego by upokorzyć proboszcza z Koziej Wólki? Te słowa nie padają przecież po to, by Lis miał amunicję w rozprawie z Terlikowskim, ale po to by i Lis i Terlikowski (i Hołownia) zadali sobie pytanie, czy umieją poprzestawać na tym, co wystarczy. I zastanowili co mogliby zrobić razem, żeby się w tym wesprzeć!

I to jest clou problemu. Papież Franciszek i jego „test Ewangelii” zawstydził nas pokazując słabość, bez przezwyciężenia której nasz Kościół (jak i nasz naród) zaczną się nieuchronnie zwijać. Nie jest nią zbytni konserwatyzm, ani wciskający się szczelinami liberalizm. Jest nią wzajemny brak szacunku, bez którego niemożliwe jest sensowne przeżycie braterstwa. Przywołana wyżej dyskusja dowodnie wskazuje, że jedyny szacunek jaki znamy, to szacunek kata, który kłania się temu, na kim ma dokonać ideologicznej egzekucji.

No i co teraz będzie? Będzie dobrze. Idę o zakład, że jeszcze parę lat franciszkowej terapii i betoni nauczą się, że Kościół to nie elitarny klub dżentelmenów, a liberałowie przestaną po dziecinnemu mylić życzliwość z akceptacją. A jak się nie nauczą? Ich sprawa. Dwie opisane frakcje są co prawda najgłośniejsze, ale – mam wrażenie – w żaden sposób niereprezentatywne dla recepcji franciszkowego nauczania. Głośne, „centralne” spory o trydencką mszę, o Radio Maryja czy o księdza Lemańskiego ani nie mówią nic o polskim Kościele, ani nic do niego nie wnoszą. Najważniejsza gra toczy się z dala od wywiadów w „Wyborczej”, komentarzy na Frondzie czy esejów Szejnfelda.

Przyszłość polskiego Kościoła pisze się dziś w głowie wikarego, który patrząc na transmisje z Rio odważy się może uśmiechnąć do wiernych. W wiernych, którzy mając mózgi nabite wiedzą o in vitro, Smoleńsku, Radiu Maryja, na fali franciszkowej rewolucji odwzajemnią ten uśmiech i po raz pierwszy w życiu odważą się może wreszcie otworzyć Ewangelię.

 

 

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >