“Bejrut przypomina dziś centrum Aleppo”

– Cios wczorajszej eksplozji sprawia, że centrum Bejrutu do złudzenia przypomina dziś centrum Aleppo. W Liban uderza cios za ciosem i trudno wyobrazić sobie, jak Libańczycy patrzą dziś w przyszłość – mówi ks. Przemysław Szewczyk, prezes stowarzyszenia Dom Wschodni, który przebywa obecnie w Bejrucie.

Polub nas na Facebooku!

Dorota Abdelmoula (KAI): Od kilkunastu dni przebywa Ksiądz w Bejrucie. Gdzie zastała Księdza wczorajsza tragedia?

Ks. Przemysław Szewczyk: Wybrałem się akurat na spacer nad morze, na szczęście w przeciwnym kierunku, niż zazwyczaj, czyli nie od portu do tzw. Skał Gołębich, ale od Skał Gołębich w stronę portu. Kiedy tam byłem, wstrząsnął mną wybuch. Zadzwoniło mi w uszach i zobaczyłem wybijający w górę kłąb dymu, wysoki na setki metrów. Rozmawiając z ludźmi na ulicy, którzy zaglądali do telefonów, by sprawdzić, co się dzieje, zorientowaliśmy się, że coś się stało w porcie. Nasz dom natomiast znajduje się w dzielnicy oddalonej o 7 km i także w tamtej okolicy kilka szyb wypadło z okien, a u nas np. odpadła ze ściany okiennej klapa od klimatyzacji. To pokazuje siłę wstrząsu.

 

Czy można już dziś opisać skalę zniszczeń?

Ta skala jest niewyobrażalna. Zasadniczo wybuch, do którego dochodzi w magazynie, nie niszczy całego portu. A tu port jest całkowicie zniszczony. Podobnie, jak najpiękniejsza dzielnica Bejrutu, przylegająca do portu. To część miasta, która została odbudowana po wojnie domowej i która była perłą tego miasta, powodem do dumy i symbolem zabliźnienia ran po tej wojnie. Także inne pobliskie dzielnice są bardzo zniszczone.

Część zniszczeń widać już teraz, ale są też uszkodzenia budynków, których nie widać: pęknięcia murów, uszkodzenia fundamentów. Ciężko na razie oszacować ile budynków będzie w ogóle wyłączonych z użycia. Mój współpracownik pojechał rano do franciszkanów, którzy mają dom w centrum miasta, aby pomóc odgruzowywać i kiedy zabrali się za sprzątanie, okazało się, że mury są tak popękane, że ojcowie boja się, ze będą musieli szukać innego miejsca.

 

Liban od miesięcy pogrążony jest w narastającym kryzysie politycznym, a ostatnio pogłębiała się także zapaść gospodarcza. Jak na wczorajszą tragedię reagują mieszkańcy? Mają jeszcze nadzieję?

Wczoraj zareagowali przede wszystkim troską o siebie nawzajem i to było widoczne. Pierwsza myśl: sprawdzić czy ktoś z bliskich i znajomych nie ucierpiał. Masowo też oddawali krew, godzinami czekali w punktach krwiodawstwa. Dziś od rana towarzyszy im płacz nad tym wszystkim. Mija pierwszy szok i zaczynają być widoczne trwałe zniszczenia. Mer miasta wczoraj, podczas konferencji prasowej, popłakał się, mówiąc o sytuacji, w jakiej znalazło się miasto.

W Liban uderza cios za ciosem. Kryzys polityczny trwa od dekad, kryzys społeczny narasta od roku, kiedy na ulicach zaczęły się manifestacje młodego pokolenia, domagającego się całkowitego przemeblowania systemu politycznego i odsunięcia wszystkich liderów politycznych i religijnych, bez względu na wyznanie. Do tego od pół roku trwa poważny kryzys finansowy, który pozbawił Libańczyków ¾ oszczędności. Tutejszy system finansowy jest w totalnej rozsypce, ludzie nie są w stanie wybrać z kont swoich oszczędności. Teraz jeszcze w ułamku sekundy został zniszczony port, który dla gospodarki kraju był bardzo ważny, oraz centrum stolicy. To koszmar. Trudno wyobrazić sobie, jak Libańczycy patrzą dziś w przyszłość.

 

Pomimo tych trudności, Liban od lat był dla świata wzorem współpracy i dialogu międzyreligijnego. Czy tę solidarność ponad podziałami widać także teraz?

Myślę, że Liban był wzorem nie tyle w kwestii dialogu, bo ten jest prowadzony bardzo podobnie we wszystkich krajach Bliskiego Wschodu i w Afryce Północnej. Liban był wzorem jako rozwiązanie polityczne, które szanuje tę różnorodność. I rzeczywiście to była wyjątkowa rzecz. Wydaje się jednak, że to przechodzi do przeszłości. Młodzież nie chce tego podziału: prezydent maronicki, premier sunnicki, szyicki szef parlamentu lub odwrotnie. Te ugrupowania się nie dogadywały, system władzy był sparaliżowany, a władzę sprawowały w dużej mierze lokalne partie.

Wczorajsza eksplozja na pewno postawi pod jeszcze większym znakiem zaufania trwanie dotychczasowego systemu i to jest najbardziej niepokojące, gdyż może wywołać poważne konsekwencje polityczne, za którymi idą zawsze działania militarne. Tutaj wszystkie ugrupowania polityczne mają swoje milicje, a ludziom dość łatwo przychodzi chwycić za broń.

 

Jak Ksiądz patrzy na te postulaty młodych ludzi dotyczące zmian? Przykład chociażby Tunezji czy Egiptu pokazuje, że rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana i niestabilna, niż postulowane zmiany.

Ks. P. Sz.: Trudno powiedzieć. Młodzi mają tę świeżość spojrzenia ale też naiwność czy złudzenia, że skoro jakieś zmiany są dobre i powinny nastąpić, to należy ich dokonać. Same idee państwa równego, bez podziałów na wyznania, są tymi, które przywoływał Synod Biskupów dla Bliskiego Wschodu i o których jest mowa w posynodalnej adhortacji „Ecclesia in Medio Oriente”. Kościół bardzo zabiega na Bliskim Wschodzie o to, aby państwa były świeckie i to jest też głos młodego pokolenia.

Powstaje natomiast pytanie, na ile młodemu pokoleniu nie brakuje tego doświadczenia, które nabywa się po latach: że nie każdy jest zdolny do wszystkiego i nie wszystko, co dobre w założeniach jest dla każdego wykonalne. Pewne postulaty i zmiany społeczne mogą być niewykonalne w takiej, a nie innej grupie, narodzie, czy przy konkretnych układach sił religijnych, społecznych i etnicznych. Człowiek sam siebie pyta czasem, czy jest w stanie zrobić to, co zamierzył. A co dopiero, kiedy przed takim pytaniem staje całe społeczeństwo, w dodatku podzielone i ze skomplikowaną historią.

 

Pojechał Ksiądz do Libanu w związku z planowanym otwarciem filii stowarzyszenia Dom Wschodni w tym kraju. Jakie były Wasze pierwotne założenia, dotyczące tej działalności i czy możemy już teraz powiedzieć, jak zmienią się w następstwie wczorajszej tragedii?

Nasze plany na pewno się zmienią. Podjęliśmy decyzję o legalizacji naszej filii, ponieważ stowarzyszenie się rozrasta, a nasza działalność w Syrii, Libanie czy Egipcie jest na razie wykonywana przede wszystkim przez lokalne wspólnoty i parafie, które wspieramy. Jako stowarzyszenie, nie mając zarejestrowanej na tych terenach działalności, nie możemy na razie sami podejmować działań na miejscu. Chcieliśmy też zalegalizować naszą działalność w Libanie ze względu na dostęp do Syrii, gdzie mamy naszych partnerów – w warunkach pokojowych z Bejrutu do Damaszku są tylko 3 godziny drogi.

Obecnie czekamy na legalizację dokumentów. Tu, w Libanie, nastawialiśmy się na projekty kulturowe, edukacyjne, działalność religijną, wymianę doświadczeń między Polakami a Libańczykami. Cios wczorajszej eksplozji sprawia, że centrum Bejrutu do złudzenia przypomina dziś centrum Aleppo. Dlatego część naszych projektów dedykowanych Syrii przeniesiemy też pewnie do Libanu, aby pomóc mieszkańcom odbudować miejsca pracy. Ludzie tutaj są pozbawieni oszczędności, dzięki którym sami mogliby te straty odbudować. Nie są tak bogaci, by w ciągu tygodnia zapłacić komu trzeba, by wstawił nową szybę, czy naprawił zniszczenia w sklepie, czy zakładzie pracy. Wielu z nich od dawna żyje w biedzie.

 

 

Jak w Polsce możemy włączyć się w tę pomoc?

Zawsze pomocą jest trwała pamięć. Bo pierwszy odruch niesienia pomocy jest spontaniczny. Dziś nasze oczy zwrócone są na Bejrut, ale zachęcam do tego, żeby utrzymać to spojrzenie trochę dłużej. Sprawdzić, co tu się będzie działo za miesiąc, dwa. Nawiązywać kontakty z osobami, które tu są nie tylko wtedy, kiedy wybucha port, ale też później, gdy on nadal nie będzie działał. Do tego kontaktu, pamięci, życia bliżej tej części świata zawsze zachęcam. A z tego rodzi się dalsza pomoc i nasze stowarzyszenie będzie regularnie przyjmować i przekazywać taką pomoc i nie ma ryzyka, byśmy przekroczyli budżet konieczny do odbudowy zniszczeń.

Jeśli jest dysproporcja między naszą zasobnością i stylem życia a trzecim światem, w którym Liban coraz bardziej się pogrąża, nasze serce otwiera się dość spontanicznie. Papież Franciszek przypomina nam o „nawróceniu portfela”, by nasze pieniądze nie służyły tylko zaspokajaniu naszych potrzeb, ale i pomocy ubogim.

Dziękuję za rozmowę.

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

ZE ŚWIATA

Tragedia w Bejrucie oczami świadków

Przepełnione szpitale, ranni wysyłani do sąsiednich miast, liczenie i poszukiwanie ofiar oraz dramatyczne straty dla i tak ubogiego państwa - to wszystko wstępny bilans gigantycznej eksplozji, jaka miała miejsce wczoraj wieczorem w stolicy Libanu, Bejrucie. Śledzimy relacje świadków i osób związanych z tym miastem.

Polub nas na Facebooku!

Ze wstępnych ustaleń wynika, że był to tragiczny wypadek, spowodowany nieostrożnością pracowników portu. Od 2013 r. składowano w nim zarekwirowane przez służby celne 2750 ton silnie wybuchowego azotanu amonu (saletry). Zaprószony najprawdopodobniej przez spawaczy pożar najpierw objął sąsiedni skład sztucznych ogni, następnie dotarł do worków z saletrą, która gwałtownie wybuchła, zmiatając z powierzchni ziemi cały port i znajdujące się tam składy i sąsiednie budynki. Fala uderzeniowa była tak duża, że wybiła szyby w oknach budynków oddalonych o kilka kilometrów, a wybuch odnotowały sąsiednie stacje sejsmiczne. Wybuch pozbawił dachu nad głową aż 300 tysięcy osób. Minimum 100 zginęło, ponad 4 tys. zostało rannych. Kraj zmaga się z wielkim kryzysem gospodarczym, ma hiperinflację, najwyższy na świecie wskaźnik liczby uchodźców na głowę mieszkańca, kryzys dostaw prądu i napiętą sytuację społeczno-polityczną.

Natychmiast ruszyła pomoc, zwłaszcza od Międzynarodowego Czerwonego Krzyża oraz od Caritas, działającej na miejscu. Zbiórkę w Polsce prowadzą już Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej oraz Caritas Polska. O pomocy na miejscu opowiada pracownica Caritas Polska:

 

 

Ks. Przemysław Szewczyk z klasztoru umiejscowionego kilka kilometrów od portu też doświadczył skutków fali uderzeniowej. Nie ucierpiał, ale opowiada, jak to wyglądało od strony mieszkańca Bejrutu.

 

 

Na Twitterze pojawił się film, na którym uchwycono moment eksplozji. To fragment transmisji Mszy świętej, która w tym czasie odbywała się w jednym z kościołów. Transmisja była zorganizowana dla wiernych, którzy ze względu na epidemię nie mogli przyjść na mszę osobiście.

 

 

Krzysztof Noworyta przemierzał piechotą Liban niecały rok wcześniej. W swojej relacji popielgrzymkowej (przeczytaj) opowiadał o zachwycie nad tym krajem, jego pięknem fizycznym, duchowością, ludźmi. Gdy usłyszał o wczorajszym wieczornym wybuchu w pierwszej chwili pomyślał, jak wielką tragedią jest nie tylko utrata pięknego portu, ale przede wszystkim utrata całych zapasów środków do walki epidemią COVID-19.

Pierwsze, o czym pomyślałem, gdy dowiedziałem się o tym wybuchu, to czy to był atak czy wypadek. W Libanie niewiele trzeba, aby zaiskrzyło wojną, więc w całym nieszczęściu to „szczęście”. Niemniej to duża tragedia, poważne straty w ludziach, zniszczony główny silos zbożowy Libanu oraz magazyn z zapasami sprzętu na potrzeby walki z pandemią, co wobec katastrofalnej sytuacji ekonomicznej Libanu jest bardzo groźne. Do tego zniszczony port, infrasturktura, milionowe straty. Dziś wiemy, że spawacze, pracujący przy magazynie, wywołali eksplozję silosów z azotanami. Opary dotarły aż do oddalonego o 100 km Damaszku, co pokazuje, jak wielki zasięg miał ten wybuch.

 

Krzysztof Noworyta wyjaśnia też, że całkowicie naturalne jest to, że teraz w pierwszej kolejności Libańczycy wzywają i proszą o pomoc św. Szarbela.

To ich teraz najważniejszy święty, pierwszy z trójki świętych, których tam najbardziej celebrują. Wzywają go nie tylko chrześcijanie, ale również muzułmanie i ludzie niewierzący. Więc jeśli gdzieś pojawiają się straty, ranni i zabici, to Szarbel będzie tym uchem igielnym, przez które będą kierować wszystkie prośby. W samym mieście oczywiście teraz wszystko jest jednak w rękach służb ratunkowych, to jest potężna operacja logistyczna, ugasić pożar w porcie, zadbać o uporządkowanie i odbudowę zniszczonych części miasta. Całe szczęście Liban nie jest zostawiony sam sobie, więc jest nadzieja, że nadejdzie szybko pomoc międzynarodowa i jakoś staną na nogi.

 

Liban to ostoja chrześcijaństwa na Bliskim Wschodzie. Pochodzą stąd niezwykli święci: Szarbel, Rafka, Nimatullah al-Hadrini i bł. Stefan. O ich pomocy świadczą nie tylko katolicy, ale i ludzie innych wyznań, a także osoby niewierzące. W najwyższych górach Libanu znajduje się Wadi Qadisha – Dolina Święta. To miejsce, które jest żywym świadectwem obecności chrześcijan w tej części świata. Opowiada o nim o. Mariusz Wójtowicz, karmelita bosy, który odwiedził Liban w ubiegłym roku.

 

 

os, ad/Stacja7

 

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Copy link
Powered by Social Snap