Portret człowieka dobrego

Gdy ktoś mówi mi, że jestem dobry, odpowiadam odruchowo: "dlaczego nazywasz mnie dobrym - gdybyś mnie naprawdę znał, nigdy byś tak nie pomyślał". Głupie? Nie! Dołujące? Skądże znowu! Pokręcone? Może troszeczkę. Ale za to bardzo pocieszające. Serio.

Grzegorz Kiciński
Grzegorz
Kiciński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W dzieciństwie uwielbiałem się bawić w policjantów i złodziei. Losowaliśmy z kumplami, kto jest kim i rozbiegaliśmy się po podwórku w poszukiwaniu pistoletów z patyków. Potem były strzelanki, gonitwy na rowerach z obowiązkowym wyciem syren (biedni sąsiedzi) i ostrymi, długimi driftami na asfaltowych alejkach (biedne opony). Zanim dotarły do nas po kablu hollywoodzkie klasyki z gatunku crime story, odkryliśmy, że można losować dwa razy. Najpierw – czy jesteś policjantem czy złodziejem, a potem – czy w parze będziesz odgrywał “dobrego czy złego glinę” (niniejszym proszę policjantów o przebaczenie).

Czasem byłem tym złym. Musiałem marszczyć brwi i grożąc patykowym rewolwerem recytować bez zająknięcia: “Żarty się skończyły. Gadaj, gdzie schowaliście lizaki!”. Czas mijał. Hollywood przekonywał cały świat (łącznie ze mną), że trzeba walczyć o swoje racje, że liczy się tylko happy end, że cierpienie nie ma sensu, że jak ktoś kogoś krzywdzi, to jest zły, a jak ktoś kogoś ratuje lub komuś pomaga, to jest dobry, itd. Nasiąkałem tym i zawsze chciałem być dobrym. Okazało się jednak, że coraz częściej “gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło”. Mogę się wysilać, napinać i prężyć a i tak w coraz większej części mojego istnienia wygrywa zło. Aż doszedłem do ściany z napisem: “Nie oszukuj się”.

 

Ojciec przy inkubatorze

Jezus nie bał się powiedzieć o mnie wprost, że jestem zły. On ma tego pełną świadomość. Nigdy mnie jednak tą prawdą nie rozjechał. Wykorzystał tą oczywistość, żeby mnie przekonać do rozmowy z Ojcem. Żebym mógł zakochać się w Jego dobroci. Skąd mi to przyszło do głowy? Od ponad 18 lat noszę w sobie zdanie Jezusa, który powiedział tak: “Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą”. (Mt 7, 11) Pierwszy raz rozważałem to zdanie na poważnie przy inkubatorze, w którym leżało nasze pierwsze dziecko. Skoro ja, choć jestem, jaki jestem, chciałbym mojemu synkowi dać bezpieczeństwo, pokój, czułość, to o ile bardziej Bóg chce to samo dać mi!

 

Dobro to nie to samo, co kanapka z dżemem dla dziecka. Dobro to kanapka z dżemem zrobiona z miłością

Czas na quiz (z samym sobą)

Czy potrafię cierpliwie tłumaczyć dziecku jak się sznuruje buta? Tak. Czy potrafię błogosławić moje dziecko, gdy kopnie tym butem swoją siostrę ze złością? Nie. Czy potrafię siedzieć godzinami przy chorym? Tak. Czy potrafię wysiedzieć spokojnie pięć minut, słuchając, gdy ktoś mnie niesprawiedliwie oskarża, błogosławiąc tę chwilę? Nie. Jeśli zatem kiedykolwiek przebaczyłem, usprawiedliwiłem, błogosławiłem lub pomogłem wrogowi, to zrobił to we mnie Bóg. Dobro to nie to samo, co kanapka z dżemem dla dziecka. Dobro to kanapka z dżemem zrobiona z miłością. Bez oczekiwania na zapłatę, bez pretensji, bez tworzenia listy długów. Gdy zatem ktoś mówi mi, że jestem dobry, odpowiadam odruchowo: “dlaczego nazywasz mnie dobrym – gdybyś mnie naprawdę znał, nigdy byś tak nie pomyślał”. Jest tylko Jeden dobry – Bóg.

Co z tego wynika? Jeśli kiedykolwiek ktokolwiek i w jakkolwiek sposób doświadczył ode mnie dobra, tzn. że doświadczył Boga we mnie. I to jest… zdumiewające i piękne. Jezus, który zna moje myśli i odruchy serca, zrobił deal, który zadziwił nawet aniołów w niebie. Przyjął moją naturę, przybił z tą naturą moje grzechy, zapłacił wszystkie długi i daje mi Swoje Ciało, żebym mógł kochać jak On. Z Nim jestem dobry, bez Niego – jak to już obliczyła św. Teresa – jestem nic plus grzech. Wolę zatem być z Nim i tworzyć wszystko nowe, kochać, przebaczać, dawać tysiąc dziewiątą szansę, podnosić się (i kogoś) z nadzieją, płakać nad sobą i śmiać się z siebie – wszystko w Nim ma sens i jest dobre – biedne kanapki z pasztetem w kolejce do punktu Caritas i porcja tiramisu z kawą w pachnącej kafejce z widokiem na góry, lasy i jeziora. Obu tych rzeczywistości smakowałem. W obu czekał na mnie Bóg.

 

Prawdziwa miłość pozwala drugiemu zajrzeć do nieba. Zobaczyć, jak tam jest.

Oczy Boga

Redakcja poprosiła mnie, żebym napisał tekst pod roboczym tytułem “Portret człowieka dobrego”. Uśmiechnąłem się. Jest taka ikona św. Rodziny, na której św. Józef ma twarz cierpiącego Chrystusa. Józef stał się przezroczysty, żeby ludzie widzieli Boga. Spotkałem już kilka takich przezroczystych ludzi. Jedna z nich nazywa się Michaela. Służy w założonym przez siebie jedynym na Litwie hospicjum dla dzieci i dorosłych. Wiele razy widziałem jak leczyła strach ludzi przed śmiercią po prostu patrząc im prosto w oczy z miłością. Jak to się dzieje? Często myślę, że po prostu prawdziwa miłość pozwala drugiemu zajrzeć do nieba. Zobaczyć, jak tam jest. Maryja pokochała Józefa całym sercem, bo widziała w nim czułość i mądrość Boga a Józef pokochał Ją, bo w Jej oczach zobaczył ogień Ducha świętego. 

No i – jakby tu rzec – chciałbym, żeby i mój obraz był przezroczysty, żeby każdy z moich bliskich mógł, patrząc na mnie, zajrzeć do serca Boga. Ufam, że skoro ja potrafiłem czuwać przy zamkniętym inkubatorze, to Bóg tym bardziej wysiedzi cierpliwie przy zatrzaśniętych drzwiach mojego serca. Co więcej – jeśli ja potrafię robić kanapki z dżemem i radością (najlepsze wychodzą z chałką), to o ile bardziej Bóg ukaże się moim dzieciom z uśmiechem, pociągając ich do Siebie, niezależnie od tego, gdzie i kiedy zdążą się pogubić.

 

Grzegorz Kiciński

Grzegorz Kiciński

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Grzegorz Kiciński
Grzegorz
Kiciński
zobacz artykuly tego autora >

Jak nie zmarnować czasu na studiach?

Czas studiów jest bezdyskusyjnie czasem, który po latach wraca w naszych wspomnieniach. I choć nie dla wszystkich będą to tylko miłe wspomnienia, warto spojrzeć na studenckie lata jak na szansę na rozwój. I mowa tu nie tylko o rozwoju intelektualnym.

Paulina Malczyk
Paulina
Malczyk
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ten tekst zastaje nas w samym środku sesji zimowej, w rzeczywistości zdominowanej przez słowo online, a także w młodości, którą mamy tylko jedną. Piszę te słowa z perspektywy osoby, która ukończyła studia dwukrotną obroną pracy dyplomowej w drugim terminie, rokiem w plecy przez brak dodatkowej rekrutacji na studia magisterskie oraz pracującej w zawodzie i posiadającej bogate doświadczenie. Dziś już wiem, na co mogłam poświęcić więcej czasu, żeby nie musieć się teraz męczyć z… no właśnie. 

 

DYSCYPLINĄ do wypracowania

Okres burzy i naporu, zachłyśnięcie się #bomogę i powszechny stereotyp olewczego studenta, uczącego się po nocy pięć godzin przed egzaminem. Albo nadrabianiem prac zaliczeniowych, projektów, prezentacji, sprawozdań w równie zaginającej się czasoprzestrzeni. Niestety nikt później w pracy nie płaci za zawalone terminy ani prywatnych lekarzy, bo znowu mamy migrenę i bolą nas plecy. Czas studiów daje mnóstwo wolności, im szybciej nauczymy się robić to, co należy do naszych obowiązków, tym szybciej będziemy mieli wolną głowę na…

 

ŻYCIE jak nigdy wcześniej

Tak, prawdą jest, że papier toaletowy magicznie nie znajduje się w łazience, a żeby było ciepło, trzeba płacić rachunki. Ba! Chleb z keczupem w końcu przestaje smakować. Kto poszedł na studia, ten wie, o czym mówię. Wyprowadzka z domu uczy życia! I to jest piękne. Z rozrzewnieniem będzie się to kiedyś wspominać. Co można zrobić, żeby nie zmarnować czasu na odkrywanie i poznawanie nowych rzeczy? Nauczyć się prostych zasad organizacji domu i swoich pieniędzy, choćby najdrobniejszych. Nikt nas tego nie uczył w szkole, nikt też wiecznie nie będzie nam pożyczać. Listy zakupów, ergonomiczny plan sprzątania czy kontrola stanu posiadania (może lepiej nie kupować czego popadnie, tylko dlatego, że jest promocja w drogerii za rogiem?). Im szybciej ogarniemy swoje potrzeby, tym łatwiej będzie znaleźć czas i środki na to, na czym nam naprawdę zależy. Książki, kursy, podróże (kiedyś w końcu będą możliwe). 

No i najważniejsze, młodość i studia to…

 

LUDZIE, z którymi można konie kraść

Czas studiów to moment, w którym poznajemy mnóstwo ludzi. Od koleżanek i kolegów z zajęć, po wykładowców czy współlokatorów. Ludzi z duszpasterstwa, kursów tańca, śpiewu i portugalskiego. Początkowo dla niektórych może być trudne nawiązywanie nowych relacji, ale warto próbować. To od tych ludzi w dużej mierze zależy jak spędzimy ten czas – poznawanie ludzi w pracy, to zupełnie inna bajka.

A co teraz, jeśli wszystko jest zamknięte?

 

SZUKAJ DOŚWIADCZENIA

Praca i staże przeniosły się do internetu – bosko! Wiadomo, z kimś obok łatwiej się uczyć, ale czasy mamy takie, a nie inne. W sieci można znaleźć (w dużej mierze za darmo) mnóstwo kursów, szkoleń, artykułów na praktycznie każdy temat. Wiedzy nikt nam nie zabierze, a kiedyś za nią zapłaci. Dokształcaj się na własną rękę i działaj nawet w wymiarze kilku godzin w małej firmie czy organizacji. Proaktywność to też cecha!

 

Z nostalgią napisałam ten tekst. Siadam właśnie do przeglądania albumów ze zdjęciami z czasu studiów, które opatrzyłam siglami Rdz 1, 31. Bo to wszystko było bardzo dobre!

 

Paulina Malczyk

Paulina Malczyk

Uwielbia jazdę pociągami, czarną mocną kawę, wygodne sukienki, sernik, kolor niebieski i pracę z kalendarzem w ręce. W wolnych chwilach czyta książki kucharskie, śpiewa, dyryguje i robi albumy ze zdjęciami. Z wykształcenia manager kultury, z doświadczenia superniania, wieloletnia autorka kulinarnego bloga Lendryggen.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Paulina Malczyk
Paulina
Malczyk
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap