video-jav.net

7 pierwszych kroków do uczciwości

Chodzi o to, żeby w trosce o swoje życie nie sięgać po metody działania tego świata.

Krzysztof Pałys OP
Krzysztof
Pałys OP
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

7 pierwszych kroków do uczciwości

Krok pierwszy

Kiedy w 2005 roku słynny piłkarz Ronaldinho strzelił na stadionie Santiago piękną bramkę dla Barcelony, kibice drużyny przeciwnej, czyli Realu Madryt, wstali ze swoich miejsc i zgotowali mu owację na stojąco.

Ta sytuacja świadczy nie tylko o piłkarskim geniuszu Brazylijczyka, ale o wielkości kibiców, którzy na ten moment potrafili wznieść się ponad osobiste sympatie, aby docenić klasę i kunszt przeciwnika.

Byłoby czymś pięknym gdybyśmy potrafili oklaskiwać tych, z których stylem się nie utożsamiamy, którzy nawet należą do innych kościelnych “frakcji”. Niekoniecznie trzeba ze wszystkim się zgadzać, ale przynajmniej docenić.

Umiejętność dostrzeżenia dobra nawet w moim oponencie, świadczy, że jest w nas Jezusowy duch.

To elementarna uczciwość wobec bliźniego, który tak jak i my poszukuje prawdy. I który tak jak i my, pragnie wybawienia.

7 pierwszych kroków do uczciwości

Krok drugi

We wschodnich sztukach walki istnieje zasada, że po każdym pojedynku należy się ukłonić. Niezależnie od tego czy walka jest wygrana czy też nie. W ten sposób dziękuje się przeciwnikowi za to, że pozwolił nam sprawdzić swoje umiejętności.

To jest też często doświadczenie bohaterów biblijnych. Ci, którzy chcą nam zaszkodzić, w rzeczywistości często wyrządzają nam największą przysługę. To co nas boli i przed czym się bronimy, bywa często przesunięciem z miejsca, do którego naprawdę nie pasowaliśmy, w miejsce, gdzie Pan nas naprawdę potrzebował i chciał mieć.

Dominkańska tercjarka św. Katarzyna ze Sieny często powtarzała, że kiedy ludzie Kościoła zapadają w drzemkę, Bóg zaczyna do nas mówić nawet przez naszych wrogów.

Jednak człowiek musi mieć uczciwe i czyste serce, aby umieć to przyjąć i w konsekwencji zrozumieć.

7 pierwszych kroków do uczciwości

Krok trzeci

Kiedy żyje się Ewangelią należy liczyć się z tym, że wielu potraktuje nas jako niemądrych. W świecie, gdzie pewna doza arogancji jest w cenie, aby osiągnąć cel, stanięcie po stronie sprawiedliwości i uczciwości może wydawać się naiwnością.

Żadne dobro jednak nie zostanie zapomniane.

Święty Jan Chryzostom zauważył, że najważniejszą troską owcy, w chwili gdy znajduje się między wilkami, wcale nie jest to, aby nie została zjedzona, tylko, by nie stała się wilkiem.

Chodzi o to, żeby w trosce o swoje życie, nie sięgać po metody działania tego świata.

Jezus jest bowiem pasterzem owiec, a nie wilków.

7 pierwszych kroków do uczciwości

Krok czwarty

Któregoś wieczoru, w małym drewnianym kościele trwała wieczorna adoracja. Na gołej posadzce usiadła ponad setka młodych ludzi. Swoimi niekonwencjonalnymi strojami i fryzurami mogli na siebie zwracać uwagę. Niektórzy przynieśli ze sobą bębny oraz gitary.

Większość z nich to osoby naznaczone przez życie. Porozbijane rodziny, przejścia z narkotykami, alkoholem. Często wyśmiewani, odrzuceni przez świat, w którym przyszło im żyć. Patrząc na kawałek konsekrowanego chleba śpiewali utwory bliskie ich sercu.

Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie, jeszcze będzie przepięknie…

Ten kawałek zespołu “Tilt” wybrzmiał wówczas niezwykle mocno.

To było poruszające, widzieć tych ludzi siedzących przed żywym Bogiem, ukrytym w Najświętszym Sakramencie i śpiewających, co ich najmocniej dotyka. Byli w tym bardzo uczciwi i prawdziwi. Tak, jakby właśnie On, który znajdował się kilka metrów przed nimi, miał dać nadzieję, że mimo wszystko, jeszcze kiedyś się wszystko ułoży i w końcu będzie normalnie.

7 pierwszych kroków do uczciwości

Krok piąty

W starej żydowskiej opowieści pewien rabin posłał swoich uczniów do krawca, by dowiedzieli się od niego, na czym polega Dzień Pojednania. W ciągu dziesięciu dni między żydowskim Nowym Rokiem, a Yom Kippur pobożni Żydzi podejmują trud duchowego oczyszczenia. W tym czasie wspominają miniony rok, przepraszają za błędy i obiecują poprawę.

Kiedy uczniowie dotarli do krawca zobaczyli, że jest on zajęty jakąś pracą. Nie chcąc mu przeszkadzać stanęli tak, aby ich nie zauważył przyglądając się temu co robi. Mężczyzna zdjął z półki grubą księgę. W środku zostały spisane wszystkie grzechy, jakich dopuścił się w ciągu minionego roku.

Niespodziewanie krawiec oświadczył Bogu, że właśnie nadszedł czas rozliczenia. Uniósł tom do góry, pokazując listę swoich grzechów. Potem jednak krawiec wyjął drugą księgę. W niej spisane zostały wszystkie przewinienia, jakich dopuścił się Bóg. Rozpacz, cierpienie i cały ból jakie były udziałem krawca i jego rodziny przez ostatni rok. Na koniec krawiec oznajmił więc Bogu:

„Wszechmogący Boże, gdyby policzyć wszystko dokładnie, okazałoby się, że zawiniłeś mi znacznie bardziej niż ja Tobie”.

Uczniowie patrzyli coraz bardziej zdziwieni. Zamiast targować się z Bogiem o zapisy z księgi, krawiec postanowił zawrzeć pokój. Umówił się, że Mu wybaczy, jeśli On wybaczy grzechy jemu.

„Niech zapanuje między nami pokój i radość. Wybaczyliśmy sobie nawzajem. Teraz nasze grzechy są niebyłe” – stwierdził krawiec nalewając sobie kieliszek wina i błogosławiąc Bogu.

Są takie momenty kiedy każdy powinien odbyć szczerą rozmowę z Bogiem. Uczciwie przyznać się, że ma się do Niego żal za doświadczone cierpienie, samotność i ból. On wcale nie oczekuje wymuszonych modlitw i obłudnych pochwał. Bóg pragnie szczerej i uczciwej więzi.

7 pierwszych kroków do uczciwości

Krok szósty

Pewnemu księdzu niespodziewana choroba zburzyła wszystkie plany i duszpasterskie projekty. Choć udawał, że nad wszystkim panuje i nie brakuje mu zaufania, nie mógł się z tym wszystkim pogodzić. Nie potrafił dziękować, chociaż bardzo by chciał. Nie potrafił udawać, że rozumie. Niestety, nie rozumiał. Modlił się dziękczynnymi psalmami, ale w sercu było wciąż niezrozumienie i złość.

W końcu zdobył się na najprawdziwszą w swoim życiu modlitwę. Usiadł ze łzami w oczach w kaplicy i wypowiadał do Boga jedynie trzy słowa. Więcej nawet już nie potrafił.

– Niech to szlag. Niech to szlag. Niech to szlag. Niech to szlag. Niech to szlag.

Dopóki nie wyrzucił z siebie całego gniewu powtarzał tę modlitwę każdego dnia. Po kilku dniach niespodziewanie odkrył, że pozbył się złości, a w jej miejsce przyszło nowe uczucie. Spokój. Bóg znów miał u niego czyste konto.

Mogli zacząć wszystko od nowa.

7 pierwszych kroków do uczciwości

Krok siódmy

Kiedy nasze wpływy i pieniądze zawiodą, kto pomoże nam wejść do nieba? Ubodzy. Dlaczego? Ponieważ właśnie z nimi utożsamia się Jezus.

Bez małych, uciemiężonych, bezrobotnych, chorych, zepchniętych na margines, Kościół gubi swoją tożsamość, jest niepełny, chromy. Chrystus jest ubogim, maluczkim, wypchniętym poza nawias, obcym. Dlatego instynktownie szli ku niemu żebracy i wszyscy odtrąceni. On ich ukochał.

To pytanie wciąż wraca, i wciąż jest dla mnie, jako księdza i zakonnika, naprawdę niełatwe. Czy ci, którzy utracili nadzieję i którym straszliwie brakuje miłości, garną się do dzisiejszego Kościoła? I czy dla mnie są oni najważniejsi?

Często boję się odpowiedzi, gdyż tacy ludzie nieraz burzą mój zastany i ułożony świat.

Były generał dominikanów Timothy Radcliffe stwierdził, że jeśli nasze głoszenie Dobrej Nowiny ma być autentyczne, to musimy zdobyć się na to, by pójść z ludźmi ich drogą i być na niej uczciwym do końca. Być może trzeba będzie odczuć ich lęki, doświadczyć rozczarowań, pytań, klęsk i wątpliwości. I może oskarży się nas, że bratamy się z podejrzanym środowiskiem. Mamy jednak w tej dziedzinie dobrego Poprzednika.


Medytacje inspirowane historiami opisanymi w felietonach Reginy Brett

Krzysztof Pałys OP

Krzysztof Pałys OP

Dominikanin, pasjonat odnajdywania Pana Boga w ludziach, duszpasterz powołań dominikańskich. Nudny, tuzinkowy, powtarzalny. Nie potrafi grać na gitarze, śpiewać, ani być w centrum uwagi. Nie jest szalony, oryginalny, odjazdowy, błyskotliwy czy odjechany. Od czasu wstąpienia do zakonu dominikanów nic lepszego go w życiu nie spotkało. Fascynuje go tradycja monastyczna, dominikański charyzmat oraz wędrowne i żebracze kaznodziejstwo. Przejechał autostopem ponad 25 tys. kilometrów odwiedzając siedemnaście krajów. Lubi deszcz, swoich braci, suszone figi oraz paragwajską yerba mate. Myśli porządkuje w klasztornej kaplicy. Autor jednej książki z obrazkami. Od czasu wstąpienia do zakonu dominikanów nic lepszego go w życiu nie spotkało. Fascynuje go tradycja monastyczna, dominikański charyzmat oraz wędrowne i żebracze kaznodziejstwo. Przejechał autostopem ponad 25 tys. kilometrów odwiedzając siedemnaście krajów. Lubi deszcz, swoich braci, suszone figi oraz paragwajską yerba mate. Myśli porządkuje w klasztornej kaplicy. Autor jednej książki z obrazkami.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Krzysztof Pałys OP
Krzysztof
Pałys OP
zobacz artykuly tego autora >

“Jedz, módl się i… pragnij!”

Przyznam się od razu: kompulsywne liczenie kalorii, bezmyślne pochłanianie czekolady i niekończące się dywagacje w damskim gronie, co jest gorsze: być mała i gruba, czy duża i gruba – te zjawiska, powiem oględnie, nie są mi całkiem obce. Dokonawszy tego coming outu, dodam wszelako, że duchowa strona egzystencji też mnie zajmuje.

Katarzyna Węglarczyk
Katarzyna
Węglarczyk
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

“Stworzona by pragnąć. Tęsknoty kobiecej duszy”

Nie bez nuty zaciekawienia (choć wiadomo – z pewną nieśmiałością) sięgnęłam zatem po bestseller Lysy Terkeurst Stworzona, by pragnąć, reklamowany hasłem Jedz, módl się i… pragnij!.

Muszę zaznaczyć, że nie jest to prezentacja nowej diety ani zasad zdrowego odżywania się; wbrew moim oczekiwaniom nie jest to też poradnik o samoakceptacji ani zmaganiu się z kompleksami. Jest to książka dla kobiet, które z jedzenia uczyniły swojego bożka (dlaczego tylko dla kobiet, to pozostaje zagadką, ale przyjęłam to jako fakt), napisana z pozycji osoby wierzącej, i to wiarę swoją traktującej bardzo serio. Jeśli to doprecyzować, wiele rzeczy staje się jasne. A tak postawiony problem – wart zgłębienia.

Polski odbiorca, czy raczej odbiorczyni, może mieć jednak z tym dziełem – arcyamerykańskim i protestanckim z ducha – zasadniczą trudność, płynącą z jego dwóch cech. Pierwsza to bezceremonialne połączenie dwóch porządków, tradycyjnie ujmowanych oddzielnie: spraw ducha i spraw ciała, sacrumprofanum – które w oczach wielu może się wydać nieporozumieniem, zahaczającym wręcz o profanację. Przekonanie autorki, że Pana Boga niesłychanie interesuje, co mamy na talerzu, a połowa Ewangelii traktuje o problemie jedzenia, uruchamia w nas odruch sprzeciwu, jakieś zawołanie: nie no, weź, przestań. Po drugie, mamy tu styl typowy dla poradnika, czy raczej literatury motywacyjnej: są pytania do przemyślenia, jest żarcik, anegdota, trochę zwierzeń i dziarskie nastawienie na sukces, innymi słowy amerykańskie alleluja i do przodu. Te dwie cechy dają mieszankę miejscami trudną do strawienia nawet dla życzliwego czytelnika. Kusi cię, by napchać się chipsami? Proszę, oto stosowny cytat z Biblii, którym chlaśniesz pokusę na odlew… Trochę zgrzyta.

A jednak pozostałam właśnie czytelnikiem życzliwym, ponieważ Lysa nie wydaje się nastawiona na reklamowanie przepisu na idealne życie. Przede wszystkim dzieli się swoją własną historią – i to sprawiło, że dałam jej kredyt zaufania.

Jedzenie jako źródło pociechy zastąpiło mi Boga – przyznaje odważnie. I niewątpliwie, opisując swoje zmagania w tym zakresie, zwraca uwagę na wiele istotnych problemów. Na to, że nasza cielesność ma też wymiar duchowy, że to nie są całkiem rozłączne porządki. Że to, co jem, ma też wartość moralną – z wielu względów, tak w kontekście szacunku do otaczającego mnie świata, jak i do siebie samej. Że Bóg chce być Panem całego naszego życia, chce ogarnąć każdą jego sferę, choć my wolelibyśmy Go zapędzić do kościelnej kruchty i najlepiej pozamykać okna, żeby nie rozglądał się zbytnio po meandrach naszych życiowych wyborów. Że jedzenie może stać się narkotykiem, który – dając chwilowe zaspokojenie czy zapomnienie – na dłuższą metę niczego nie rozwiązuje, wpędza tylko w błędne koło pożądania i poczucia winy. Że wiele możemy nim zagłuszać. I że zdrowa asceza (czy po prostu ewangeliczne ubóstwo?) może być sposobem na wewnętrzną wolność.

Są w tej książce momenty wielkie, przebłyski natchnienia, jak na przykład wtedy, gdy autorka zadaje pytanie, czy i na ile definiujemy się przez konsumpcję. Albo gdy opisuje wielki głód, z którym żyjemy – głód czegoś znacznie więcej niż kotlet czy ciastko. Gdy zwraca uwagę, że obsesyjne łaknienie bywa zastępcze wobec innych niespełnionych pragnień – zajadamy wszak często pustkę, bezsens, brak miłości. Gdy pisze o znalezieniu dobrego „punktu widokowego” na własną historię, dzięki któremu to, co było w niej raną, przestanie nas niszczyć. Szkoda jednak, że nie pogłębia tych wątków, że koncentruje się tylko na zjawiskach, nie pytając o źródła – bądź jedynie się po tych źródłach, trafnie przecież wskazanych, prześlizguje.

Chciałabym być dobrze zrozumiana: ta książka mnie nie gorszy ani nie oburza, ani też nie śmieszy. Nie uważam jej także za niepożyteczną. Nie ma co udawać, że przedstawione w niej problemy nie istnieją, ani odbierać im wagi i powagi. I jeszcze raz powtórzę, że próbę mariażu przyziemnej tematyki z perspektywą wiary uważam za dobrą. Nie mogę się jednak pozbyć uwierającego wrażenia, że coś tu nie gra, że tak do końca autorka nie wie – albo nie mówi wyraźnie – po co pisze. Na wstępie zaznacza, że w pewnym momencie życia odkryła, iż aby naprawdę zatroszczyć się o swoje zdrowie, potrzebuje głębszej motywacji niż tylko zrzucenie iluś kilogramów, by wcisnąć się w dżinsy. Tę motywację znalazła w pełnieniu woli Bożej. Tak oto walka z nadmiernym jedzeniem stała się dla niej przygodą duchową, w której wielką rolę odgrywa samodyscyplina. Jest tu jednak ryzyko pewnego uproszczenia, by nie powiedzieć: manipulacji. Ostatecznie bowiem ciągle chodzi o to, żeby schudnąć. Cała ta idea posłuszeństwa Bogu, który pragnie mojego zdrowia i umiaru, wydaje się służebna wobec tego celu.

Nie odmawiam Lysie głębszych intencji, wierzę w nie, jednak wciąż wyczuwam tę niespójność. Jakby nie mogła się zdecydować, czy pisać o duchowej podróży, czy jednak o odchudzaniu. I może dlatego tytuł Stworzona, by pragnąć wydaje się ciut naciągany – bo w gruncie rzeczy nie dowiadujemy się wiele o tym pierwotnym pragnieniu, do którego zostałyśmy stworzone, i o tej Bożej woli, którą mamy pełnić, wolne od obciążeń – prócz enigmatycznego zapewnienia, że są to rzeczy wyższe. I może dlatego też entuzjastyczne zdania typu „chudnę dla Jezusa” – mimo całej mojej życzliwości – jednak rażą.

Katarzyna Węglarczyk

Katarzyna Węglarczyk

Zapraszam na mój blog: https://www.stacja7.pl/author/Katarzyna+W%C4%99glarczyk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Katarzyna Węglarczyk
Katarzyna
Węglarczyk
zobacz artykuly tego autora >