Wykorzystanie seksualne trzeba nazwać zbrodnią

- Wykorzystanie seksualne dziecka zawsze jest dewastacją psychiki, czymś, co rujnuje psychikę na długie lata i zostawia ślad na całe życie - mówi prof. Krzysztof Siuda-Krajewski, który poprowadzi w Krakowie grupę wsparcia dla osób skrzywdzonych seksualnie.

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Agnieszka Huf: Czy zdarza się, że pacjent, przychodzący do Pana gabinetu, mówi wprost, że w dzieciństwie został wykorzystany seksualnie?

prof. Krzysztof Krajewski-Siuda: Tak, zdarzają się takie sytuacje. To oczywiście nie jest tak, że ktoś przychodzi, siada i od razu mówi o traumie – osoba, która doświadczyła wykorzystania w dzieciństwie, dopiero w chwili gdy poczuje się bezpiecznie, ujawnia okoliczności tego zdarzenia.

 

A czy bywa odwrotnie – sytuacja jest przez kogoś tak wyparta, że zupełnie nie pamięta swojego zranienia?

Tak, tak też bywa, ponieważ psychika dziecka w różny sposób próbuje sobie poradzić z traumą – jednym ze sposobów jest wyparcie, wymazanie takiego doświadczenia. Nie zawsze się to udaje. Często osoby skrzywdzone muszą wkładać dużo energii psychicznej, którą mogłyby spożytkować w inny sposób, żeby nieść ten sekret i nie ujawniać go. Natomiast zdarza się, że coś, co było pokryte niepamięcią, w szczególnych okolicznościach wraca, zostaje odgrzebane – psychika zaczyna bardziej szczegółowo przetwarzać to doświadczenie.

 

Dramat tej zbrodni – bo wykorzystanie trzeba nazwać zbrodnią – polega na tym, że dziecko z reguły przeżywa to doświadczenie z poczuciem winy. To poczucie winy jest oczywiście absolutnie nieadekwatne, ale wynika z tego, że sytuacja wykorzystania wiąże się z różnymi emocjami.

Często zdarza się, że osoby, które ukrywały swoją krzywdę i dopiero po latach decydują się mówić, są oskarżane o kłamstwo. Wiele osób nie potrafi zrozumieć, czemu ofiary decydują się ujawnić prawdę po latach od doznanej traumy. Czy może Pan wyjaśnić, co kieruje ludźmi, którzy po wielu latach decydują się przyznać, że zostały skrzywdzone w dzieciństwie?

Przyczyny mogą być bardzo różne, ale wyobraźmy sobie dziecko, które doświadcza wykorzystania seksualnego – komu ono ma opowiedzieć o tej historii? Rodzicom? – to często jest obarczone lękiem, że rodzice nie zrozumieją, nie uwierzą. Szczególnie, jeśli mamy do czynienia z rodziną niedojrzałą religijnie, dla której ksiądz jest półbogiem. Bywa też tak, że ksiądz-sprawca próbuje się zaprzyjaźnić z rodziną, wybiera ofiarę i staje się przyjacielem jej domu. W ten sposób zyskuje dostęp do dziecka, któremu wtedy jest jeszcze trudniej powiedzieć rodzicom, że ich przyjaciel je wykorzystuje. Poza tym dramat tej zbrodni – bo wykorzystanie trzeba nazwać zbrodnią – polega na tym, że dziecko z reguły przeżywa to doświadczenie z poczuciem winy. To poczucie winy jest oczywiście absolutnie nieadekwatne, ale wynika z tego, że sytuacja wykorzystania wiąże się z różnymi emocjami, także z doświadczeniem przyjemności. Wtedy dziecko, które nie rozumie, co się z nim dzieje, próbuje uniknąć tego poczucia winy i poczucia wstydu, ukrywa to, co się stało. A komu, oprócz rodziców, dziecko mogłoby ujawnić ten dramat – innemu księdzu? Kiedy to zaufanie do ludzi Kościoła zostało tak zmiażdżone? Rówieśnikom? Jak oni mieliby pomóc? Więc dziecko z reguły zostaje samo z tym doświadczeniem. A kiedy już osiąga dorosłość, to próbuje zapomnieć, ułożyć swoje życie, zakłada rodzinę – ujawnienie traumy wiąże się z lękiem, że mogłoby to zniszczyć szczęście, które udało się z takim trudem zbudować.

Trzeba jeszcze powiedzieć o lęku przed samym sprawcą, który jest osobą często już wysoko postawioną – pojawia się lęk przed zemstą. Jest jeszcze zjawisko, o którym w Polsce się nie mówi, nie mamy ujawnionych przypadków, ale na Zachodzie bywają sytuacje, w których mamy do czynienia ze zbrodnią wykorzystania seksualnego dziecka przez grupę księży, więc jest lęk przed grupą przestępczą. To wszystko sprawia, że o swojej krzywdzie mówią tylko osoby silne, dzielne, a robią to dopiero wtedy, kiedy poczują się już bezpiecznie.

 

 

Do tego dochodzi pewnie lęk przed ostracyzmem społecznym, szczególnie silny w małych społecznościach…

Część duchownych buduje strategię komunikacji wskazującą, że wszystko, co ich dotyka, jest atakiem na wiarę, na Boga, na Kościół. Ten rodzaj myślenia, który jest propagowany – a tak naprawdę jest obroną przed lękiem – często wiąże się z ostracyzmem wobec kogoś, kto chce pokazać jakąś nieprawidłowość w systemie. Szczególnie dzieje się to w małych społecznościach – sąsiedzi wytykają ofiarę palcami, nazywając wrogiem Kościoła. To przerażające zjawisko i warto o tym mówić, żeby wychodzić z tego mechanizmu, uświadamiając sobie, jaka jest głębsza istota tego ostracyzmu. A za tym wytykaniem palcami kryje się ogromny lęk. A przecież chrześcijaństwo nie jest o lęku – jest o przezwyciężaniu lęku! W Biblii mamy 365 razy powiedziane „nie lękaj się”.

 

Co może być czynnikiem, który sprawi, że ofiara zacznie walczyć o sprawiedliwość względem siebie?

Na pewno fakt, że mówi się o tym zjawisku – przecież 10 lat temu to był temat tabu, dziś mówi się o tym więcej. Po filmach Sekielskich miałem bardzo dużo pracy, bo mówienie o wykorzystaniu seksualnym powoduje, że osoby skrzywdzone ośmielają się ujawniać te traumę, co – jeśli dokonuje się w bezpiecznych warunkach – przynosi katharsis, ulgę, że w końcu mogą komuś o tym powiedzieć.

 

Czy są jakieś cechy charakterystyczne osobowości ofiar?

Nie powinniśmy używać słowa „ofiara”, bo ono nie pomaga. Ja mówię „osoby zranione”, ponieważ słowo „ofiara” obsadza tę osobę w konkretnej pozycji. W procesie terapeutycznym chcemy, żeby osoba skrzywdzona skonfrontowała się z tym doświadczeniem i pomyślała o sobie jako o ofierze, celu agresji seksualnej, ale robimy to po to, żeby mogła wyjść z tej pozycji.

 

Wykorzystanie seksualne dziecka zawsze jest dewastacją psychiki, czymś, co rujnuje psychikę na długie lata i zostawia ślad na całe życie

Czy zatem osoby zranione mają jakieś cechy wspólne? Czy zbrodnia wykorzystania na każdego wpływa inaczej?

Trudno o generalizację, każdy przypadek jest inny a trauma może mieć różny zakres. Każdy z nas ma inną konstrukcję psychiczną i inaczej reaguje na zdarzenia, nie tylko na krzywdę seksualną. Dla jednej osoby trauma – i nie mówię tylko o traumie wykorzystywania – może być tak obrobiona przez psychikę, że ta sobie dobrze radzi. Zdarza się, że osoby pochodzące z rodzin bardzo zaburzonych są emocjonalnie dojrzałe i świetnie funkcjonują. A inni, doświadczeni – wydawałoby się – prostą traumą (do których nie zalicza się oczywiście wykorzystanie!), mając słabszą konstrukcję psychiczną, będą mieli duże trudności. Ale wykorzystanie seksualne dziecka zawsze jest dewastacją psychiki, czymś, co rujnuje psychikę na długie lata i zostawia ślad na całe życie. Oczywiście dzięki terapii taka osoba może to zranienie jakoś w sobie opracować, nauczyć się z tym żyć, ale nie jest tak, że to nie pozostawia śladu. A czasem zranienie jest na tyle głębokie, że wpływa na całe życie – znam z praktyki wiele osób, które nie są w stanie zbudować relacji z drugą osobą, założyć rodziny, choć bardzo tego pragną.

Często bywa tak, że przychodzi do mnie ktoś po czterdziestce, mówi o traumie i o swoim nieudanym życiu. Ten wiek to czas pewnego bilansu życia – patrzmy w tył, zastanawiamy się, co nam się udało a co nie. I taka osoba widzi, że nie ułożyła sobie życia i cierpi z tego powodu ogromnie. A nawet, jeśli ktoś zbuduje rodzinę, to często przeżywa bardzo poważne trudności w relacjach. Trudno o generalizację, bo każdy przypadek jest inny, ale może chodzić na przykład o niemożność przeżywania przyjemności seksualnej, problem z otwarciem się na drugiego człowieka, zaufania, wejścia w zależność emocjonalną. Boją się, bo jako dzieci zaufali i zostali zranieni.

Zdarza się, że osoby skrzywdzone dużo myślą o sprawach seksualnych, odbierają to jako obsesję seksualną – zwłaszcza, jeśli ta seksualność nie jest realizowana, osoba nie jest w związku. Bywa, że mają problem z tożsamością – kim jestem, co mam w życiu robić, są emocjonalnie chwiejne. Czasem pojawia się autoagresja, nienawiść wobec siebie, zaburzenia depresyjne, myśli samobójcze – duże spektrum konsekwencji, które wymagają pomocy terapeutycznej czy psychiatrycznej. Trauma wykorzystania wiąże się z dewastacją psychiki, dlatego mówimy, że to jest zbrodnia. Jeśli ktoś próbuje bagatelizować to wydarzenie, to sam się do tej zbrodni przyczynia. Co ważne – wszystko, o czym mówię, tyczy się osób skrzywdzonych seksualnie niezależnie od  tego, czy sprawcą jest osoba duchowna, czy ktoś z otoczenia, nauczyciel, krewny.

 

Zmierzenie się z traumą jest ważne, żeby jej dalej nie przekazywać.

A czy zdarza się tak, że ktoś ma świadomość, że jest ofiarą wykorzystania, ale nie widzi potrzeby skorzystania z pomocy? Czy warto wtedy mimo wszystko skonsultować się ze specjalistą, czy zaufać swoim odczuciom?

Bywa, że osoba, która doświadczyła traumy, żyje w zaprzeczeniu i nie umie się skonfrontować z krzywdą, broni się przed doświadczeniem trudnych emocji. Ale to zaprzeczenie jest zniekształceniem rzeczywistości, lepiej się skonfrontować z tym doświadczeniem, żeby wyjść z pozycji bycia ofiarą i zacząć żyć. Bo jeśli ktoś zaprzecza swojej krzywdzie, to nie leczy tej rany. A skonfrontować się z tym doświadczeniem trzeba z jednego względu. Richard Rohr, franciszkanin, jest autorem stwierdzenia, że cierpienie, które nie podlega transformacji, ulega transmisji. I to dotyczy każdego bolesnego wydarzenia, nie tylko wykorzystania seksualnego: jeśli nie zmierzymy się ze swoimi trudnymi doświadczeniami, to będziemy je przenosić – być może nieświadomie – dalej, na przykład następnym pokoleniom czy komuś w otoczeniu. W przypadku wykorzystania to zjawisko w najgorszym wydaniu polega na tym, że ofiara wykorzystania może sama stać się sprawcą wykorzystania. W środowisku duchowieństwa ma to czasem taki wymiar, że osoba, która została wykorzystana przez księdza, po latach, na skutek psychologicznego mechanizmu identyfikacji z agresorem, sama zostaje księdzem i jako kapłan wykorzystuje inne osoby. Tak samo dzieje się z klerykami –  znamy przypadek abp. Paetza, który wykorzystywał kleryków, ale sam wcześniej był ofiarą wykorzystania w seminarium duchowym. Zmierzenie się z traumą jest ważne, żeby jej dalej nie przekazywać.

 

W Krakowie w lutym rozpoczyna swoje działanie grupa wsparcia dla osób skrzywdzonych seksualnie – na czym będzie polegało jej działanie?

Ściślej mówiąc to będą dwie grupy – osobna dla kobiet i dla mężczyzn, ze względu na różną seksualność. Grupa kobieca jest częściowo ukonstytuowana, choć są jeszcze miejsca, ale w grupie męskiej jest mało chętnych – mężczyźni się nie zgłaszają.

 

Z czego to wynika?

Ja myślę, że przyczyn jest kilka – z tego, że mężczyznom jest trudniej mówić o swoich przeżyciach, mają inny sposób przeżywania seksualności A w przypadku wykorzystania chłopca przez kapłana mężczyzna jest agresorem wobec innego mężczyzny, co wiąże się z dużym upokorzeniem.

 

 

Jak będzie funkcjonowała ta grupa?

To będzie grupa wsparcia, a nie grupa terapeutyczna – wymiar godzin i setting, czyli warunki pracy nie spełniają warunków grupy terapeutycznej. W planie jest 10 spotkań – raz w miesiącu przez 3 godziny, spotkania w obecności terapeuty – lub terapeutki w przypadku grupy kobiecej. Uczestnicy będą mieli możliwość wypowiedzenia swojego bólu, cierpienia, jak i podzielenia się tym, jak sobie radzą z tą traumą i doświadczenia, że nie są sami z tym strasznym przeżyciem. Przystąpienie do grupy będzie się wiązało z jedną lub dwiema konsultacjami z osobą prowadzącą grupę, w moim przypadku będą to też konsultacje psychiatryczne, bo osoba, która doświadczyła krzywdy seksualnej może się borykać z depresją, zaburzeniami snu czy innymi problemami, które mogą wymagać wsparcia farmakologicznego, aby poprawić jakość życia tej osoby. Oprócz tego mamy w programie zapewnioną pomoc prawną – jeśli okaże się, że jakiś przypadek nie został zgłoszony, to będziemy mogli to skonsultować, osoba zraniona będzie mogła się poradzić, co może zrobić. Budżet projektu przewiduje też superwizję dla prowadzących, czyli relacja terapeutów z uczestnikami będzie nadzorowana przez doświadczonego, certyfikowanego psychoterapeutę – seksuologa, co zapewnia bezpieczeństwo uczestnikom.

Projekt powstał z inicjatywy Fundacji Towarzyszenia Rodzinie, udział w nim jest bezpłatny dla uczestnika a projekt jest otwarty dla osób z całego kraju. Jest finansowany z ramach grantu Fundacji Świętego Józefa. W naszym działaniu ważne jest, że osoba zraniona przez duchownego nie będzie miała kontaktu z księdzem, w projekt zaangażowani są wyłącznie świeccy. Bo choć w diecezjach powołani są delegaci do spraw ochrony, to są najczęściej księża – jeśli ofiara skrzywdzenia ze strony duchownego ma się zgłosić do księdza, który kojarzy się ze sprawcą, to nie jest to dla niej najlepsze rozwiązanie. Natomiast u nas osoba zraniona trafia do świeckich którzy są profesjonalistami, psychoterapeutami.

 

Grupa wsparcia nie zastąpi terapii. Konsultacje wstępne są po to, aby można było z osobą zranioną zastanowić się, jaka forma pomocy byłaby dla niej najlepsza.

Czy spotkania w grupie mają większą wartość niż terapia indywidualna?

Sam program traktujemy jako punkt wyjścia do terapii albo przeciwnie – coś uzupełniającego. Grupa wsparcia nie zastąpi terapii! Konsultacje wstępne są po to, aby można było z osobą zranioną zastanowić się, jaka forma pomocy byłaby dla niej najlepsza. Bo zakładamy, że do tej grupy wsparcia będą się zgłaszały osoby na różnych etapach, niektórzy przeszli już terapię i starają się jakoś funkcjonować, a bywa, że trafiają osoby całkiem na początku drogi uzdrowienia. Sam model grupy będzie korygowany – jeśli okaże się, że 10 spotkań nie wystarcza, to będziemy aplikować o nowy grant i modyfikować projekt. W zależności od tego, jakie będą potrzeby osób zranionych, będziemy dostosowywać oferowaną im pomoc. Ale od czegoś trzeba zacząć. Chcemy zauważyć człowieka – nie samą ranę, ale całego człowieka z jego potrzebami.

 

Co trzeba zrobić, żeby dołączyć do grupy?

Najlepiej wejść na stronę kuuzdrowieniu.pl, na której znajdują się dane kontaktowe i formularz zgłoszeniowy.


Krzysztof Krajewski-Siuda – lekarz, specjalista psychiatra, psychoterapeuta, profesor nadzwyczajny w Katedrze Psychologii Instytutu Nauk o Rodzinie Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Pracuje jako lekarz w ambulatorium Oddziału Klinicznego Psychiatrii Dorosłych, Dzieci i Młodzieży Szpitala Uniwersyteckiego Collegium Medicum UJ w Krakowie.

 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Puste miejsca przy stole. Święta w cieniu żałoby

Z reklam w TV czy billboardów ciągle spoglądają na nas szczęśliwe rodziny przy pięknie zastawionym stole. To wszystko dla osób w żałobie, opłakujących zmarłą mamę, córkę czy męża, jest wyjątkowo ciężkie, bo ciągle przypomina o stracie. Coś jednak można zrobić, by nie pogłębiać cierpienia swojego albo bliskich w żałobie.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Anna Druś: W bardzo wielu rodzinach w ostatnim czasie ktoś zmarł, jeśli nie na COVID, to z powodu innych chorób czy okoliczności. Dlatego wydaje się, że święta Bożego Narodzenia będą szczególnie trudnym czasem dla wielu z nas. Czy da się coś zrobić czy zaplanować, aby lepiej ten czas przetrwać?

Katarzyna Binkiewicz: To będą na pewno inne i dla wielu z nas trudne święta. Nie ma co się od tego odżegnywać, bo w żałobie absolutnie nie chodzi też o to, by nie przeżywać emocji, które do nas przychodzą. By „dobrze” przeżyć żałobę, w sensie adaptacyjnym, trzeba ją właśnie przeżyć; przeżyć to wszystko, co przychodzi razem z nią. Myślę, że w naszej kulturze, szczególnie w mediach, Święta Bożego Narodzenia są najmocniej nas bodźcujące – z reklam w TV czy billboardów ciągle spoglądają na nas szczęśliwe rodziny przy pięknie zastawionym stole, a do ucha sączy się nam komunikat typu „pamiętaj o prezencie dla mamy”, „kup ten telefon dla córki”, „bądźmy blisko siebie”. To wszystko dla osób w żałobie, opłakujących zmarłą mamę, córkę czy męża, jest wyjątkowo trudne, bo ciągle przypomina o stracie. 

 

Ale czy warto odcinać się od tych świątecznych bodźców całkowicie, np. nie oglądając reklam, albo nie chodząc po centrach handlowych? Czy ucieczka pomaga?

Na pewno jest to jakiś pomysł, by minimalizować dopływ takich bodźców, choć moim zdaniem tak czy inaczej nie da się tej świątecznej otoczki zupełnie uniknąć. Ważne jest jednak to, by pomyśleć jak te święta chcielibyśmy przeżyć i czy jesteśmy gotowi wypełnić wszystkie zadania, które wypełnialiśmy do tej pory. Moje doświadczenie pokazuje, że czasami, szczególnie w tym pierwszym, najtrudniejszym roku od straty, wielu osobom pomaga zmiana przestrzeni czyli na przykład wyjazd z najbliższymi. Czasami potrzebujemy zmienić pewne rytuały świąteczne, a czasami nie chcemy, by zmieniało się cokolwiek. W żałobie pojawia się w nas tak wiele emocji, że trudno je czasem w sobie po prostu pomieścić. Ale właśnie to, jak chcielibyśmy przeżyć te święta, czy w domu czy poza nim, jest jedną z wielu kwestii, którą dobrze, żebyśmy w sobie przemyśleli. 

 

To wystarczy?

Żałoba i sposób radzenia sobie to sprawa bardzo indywidualna. Dlatego ja przede wszystkim namawiam do tego, by właśnie pomyśleć o tym, jak ja mogę sobie przeorganizować ten czas, by było mi być może choć trochę lżej. Z kim lub gdzie chciałabym spędzić święta, by było mi łatwiej? Czy jestem w stanie wziąć na siebie wszystkie obowiązki, które dotychczas brałem/brałam w związku z przygotowaniami? Czy są takie rytuały rodzinne czy sytuacje, w których w tym roku nie jestem w stanie albo nie chcę uczestniczyć? Warto sobie na te pytania odpowiedzieć. I przede wszystkim dać sobie zgodę na to, że te święta NIE MUSZĄ być takie jak zawsze. Mogę przeorganizować je w taki sposób, by było mi choć trochę łatwiej.

 

Dla wielu osób pewnie będzie to ciężkie…

Rzeczywiście, czasem osoby w żałobie mają takie poczucie, że nie powinny dezorganizować świąt swoim smutkiem, swoimi myślami. Czują, że powinni przygotować je tak jak zawsze – dla swoich najbliższych – nawet za cenę dużego cierpienia. Tymczasem warto dać sobie swoje wewnętrzne przyzwolenie na to, że te święta nie muszą być takie jak zawsze. Ten świąteczny czas może być taki, jaki czuję, że chciałabym, żeby był, czy taki jaki jestem w stanie przyjąć i przeżyć w tym roku. To czas wyjątkowo trudny i mam prawo czegoś nie chcieć, nie mieć na coś siły. Na pewno warto porozmawiać o tych swoich emocjach czy niepokoju z rodziną. Ważne, żeby wiedzieli, czego nie chcemy, a na czym nam zależy. Jeśli chcemy celebrować świąteczny czas tak jak zawsze, możemy na przykład oddelegować część zadań, jeśli czujemy, że nie mamy tyle siły, by wszystkim im sprostać. Pamiętajmy jednak, że tak jak żałoba jest wyjątkowa dla każdego z nas, tak i każdy z nas w swój indywidualny sposób będzie chciał ją przeżywać. Są osoby, które nie chcą niczego zmieniać w swoich rodzinnych rytuałach świątecznych, są osoby, które chcą z części zrezygnować, są takie, które chcą zmienić tradycje przeżywania tego świątecznego czasu – i to wszystko jest ok. Chciałabym, żeby to wybrzmiało. Ok jest to, co czuję. Mam do tego prawo. Ważne, by o tym pamiętać i oczywiście rozmawiać z najbliższymi o tym, czego potrzebujemy w tym czasie. 

 

No właśnie, w jaki jeszcze sposób bliscy osoby w żałobie mogą jej pomóc w tym czasie?

Zaczęłabym w ogóle od tego, że wielką pomocą będzie nienarzucanie gotowego scenariusza przeżywania świąt osobie osieroconej. Nie naciskanie, że coś musi być tak jak zawsze. Niech te święta będą takie jakie potrzebujemy, a nie takie jakie muszą być. Zadbajmy również o to, by osoba cierpiąca nie została sama, zarówno w wymiarze fizycznym, jak i organizacyjnym. Pomyślmy zawczasu, w czym można jej pomóc, jakie obowiązki przejąć. Można również pomyśleć o takim wymiarze symbolicznym. Każda rodzina ma przecież w święta, szczególnie właśnie w te święta – jakieś swoje małe rytuały, np. że pierogi to zawsze lepi się z mamą, a tata zawsze szedł po choinkę – małe symbole, które powtarzane przez lata stały się dla nas bardzo ważne. W momencie, gdy zaczyna brakować tej osoby, z którą zawsze lepiłem pierogi czy ubierałem choinkę – to zostaje tylko puste miejsce, którego nie da się zapełnić. Wówczas z pomocą może przyjść jakaś nowa symbolika świąteczna. Można na przykład umieścić przy stole wigilijnym zdjęcie tej brakującej osoby, można przy dotychczas zajmowanym przez nią miejscu zapalić świeczkę, przygotować jej ulubione danie, zaśpiewać jej ulubioną kolędę, albo wybrać się na cmentarz na jej grób, w konkretnym dniu. Taki znak nie tylko może pomóc najbardziej przeżywającym tę stratę, ale też stać się rodzinną tradycją w latach następnych. Pamiętajmy jednak, że to wszystko ma sens tylko wtedy, gdy czujemy, że tego potrzebujemy i że to będzie dla nas ważne. Żałoba nie lubi siłowych rozwiązań – tak musi być, bo tak będzie lepiej i koniec. Ma być tak, żeby było nam łatwiej. Symbolika nie ma sensu jeśli ma potęgować cierpienie.  

 

A czy pozwolić osobie osieroconej na zamykanie w swoim cierpieniu? Mam na myśli sytuację, w której słyszymy „dajcie mi wszyscy święty spokój”. Są jakieś granice tego odcinania się od kontaktu, za którymi jest destrukcja? 

Ważne, żebyśmy pamiętali, że niejednokrotnie żałoba i depresją przenikają się. Jestem jednak raczej za tym, by w jakiś nienachalny sposób starać się o sobie przypominać, nie zostawiać zupełnie, a już na pewno nie mówić „zadzwoń jak będziesz czegoś potrzebować”. Incjatywa kontaktu zawsze powinna być po stronie osób wspierających. W żałobie trudno jest czasem po prostu wstać z łóżka, a co dopiero prosić kogoś o pomoc. Warto więc zadzwonić, spytać. Może odwiedzić na chwilę, by połamać się opłatkiem? Wszystko opiera się myślę o taką naszą czujność i uważność na naszych bliskich w żałobie. 

 

Chciałabym też zapytać o wątek dzieci lub nastolatków w rodzinie, w której ktoś niedawno zmarł. Czasami w dzieciach pojawia się lęk na przykład przed babcią, która teraz, po stracie męża, ciągle płacze albo ukochanym dziadkiem, który opowiadał bajki, a teraz się nie odzywa.  Boją się wigilii na której się siedzi i płacze. Jak im pomóc? Jak to zorganizować?

Generalnie towarzyszenie osobie w żałobie jest trudne, ponieważ to jest proces bardzo obciążający emocjonalnie. Trudno jest nam, dorosłym, a co dopiero dzieciom. Lęk w tej sytuacji jest zupełnie zrozumiały, bo w momencie straty cały nastrój rodziny na pewien czas się zmienia. Pewne rytuały zatrzymują się, pojawia się więcej smutku, czasem złości. To rezonuje na wszystkich, bo strata, którą przeżywają, zmienia w pewien sposób tę rodzinę.

 

A jeśli chodzi o dzieci w tym wszystkim?

Najważniejsza jest rozmowa – oczywiście językiem dostosowanym do wieku, by dzieci wiedziały, dlaczego tak jest, dlaczego babcia ciągle płacze. Dzieci boją się tym mocniej, gdy nie rozumieją, co się dzieje. Ponadto, oprócz rozmowy z nimi, ważne, by zorganizować im w święta czas niosący też radość. Powiedzmy: Wigilię spędzamy u babci, tak jak zawsze, ale potem wracamy do domu i robimy sobie pierniczki albo gramy w gry. Ważne, by ta radość świąteczna mogła choćby w mniejszym wymiarze współistnieć z innymi uczuciami, które przeżywamy. 

 

Czyli nie mieć do nich pretensji o nierozumienie sytuacji? Nie karcić „czemu skaczesz, skoro dziadek umarł”?

Nie karcić, a przede wszystkim rozmawiać i tłumaczyć, dlaczego niektóre zachowania mogą być przykre dla babci w żałobie czy opłakującego ciocię wujka. Można poprosić i umówić się, by grające zabawki zostawiły w domu i pobawiły się nimi po Wigilii, biorąc jednak poprawkę na to, że dzieci nie zawsze będą to rozumiały. To przecież zależy także od wieku i etapu rozwojowego. Wszak dziecko może wcale nie rozumieć, że dziadek odszedł na zawsze i nie wróci. A może to głośne zachowanie dziecka jest jakimś sposobem rozładowywania emocji w jego doświadczaniu żałoby? Rozmawiajmy, rozmawiajmy i jeszcze raz rozmawiajmy. Wszystko wraca właśnie do tej uważności, czujności i rozmowy z bliskimi, o tym, czego potrzebujemy. 

 

Rozumiem jednak, że raczej nie oszczędzać im takiej „smutnej wigilii”, nie rezygnować z bycia z osieroconym bliskim na rzecz dobrego samopoczucia dzieci?

To trudne pytanie. Na pewno nie rezygnować „bo tak”, bez rozmowy i pytania. Jestem przeciwna chronieniu dzieci przed rzeczywistością śmierci. Wszystko jednak stosownie do wieku i dojrzałości. Jeśli jednak dziecko się boi i mimo rozmów mówi, że nie chce w danym spotkaniu uczestniczyć, to jestem przeciwna zmuszaniu. Mogłoby to tylko przynieść jeszcze więcej cierpienia dla wszystkich. Pamiętajmy, że dziecko także na swój sposób przeżywa stratę bliskiej osoby. Ono też ma prawo wyrażać swoje emocje, złościć się, chcieć czegoś lub nie. Uszanujmy to. Warto, byśmy zapewnili mu poczucie bezpieczeństwa i nie naciskali. Możemy umówić się na Wigilię z Babcią, a potem sanki i wieczór gier w domu. 

Podążajmy za swoimi potrzebami. Domyślam się, że czasem będzie trudno je wszystkie połączyć, bo każdy w rodzinie doświadcza żałoby na swój sposób. Myślę jednak, że otwarta komunikacja pozwoli “uszyć” te święta na miarę naszych, rodzinnych sił i potrzeb. 

Życzę nam wszystkim w tym czasie tego, czego potrzebujemy najbardziej.

 

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap