video-jav.net
ROZMOWY

Szkoła muzyczna w Afryce? To szansa – nie zabawa

Mieszkańcy Republiki Środkowoafrykańskiej od wielu lat cierpią z powodu wojny domowej, ataków bojówek Seleka, kradzieży i biedy. Tymczasem polski misjonarz postanowił otworzyć szkołę muzyczną z prawdziwego zdarzenia. Z kapucynem Benedyktem Pączką rozmawia Patrycja Michońska-Dynek

Benedykt
Pączka OFMCap
zobacz artykuly tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czy polscy misjonarze w RCA mogą czuć się bezpieczni?

Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony sytuacja powoli się normuje, ale z drugiej – nasze misje wciąż są celem napadów. 2 lutego muzułmańscy rebelianci napadli na naszą misję w Bocarandze. Bocaranga znajduje się w naszej diecezji, tylko 160 km od miejsca, gdzie teraz przebywam. Pracują tam dwaj polscy kapucyni – ojciec Robert i ojciec Tomasz. Do miasta weszła grupa kilkudziesięciu uzbrojonych ludzi. Strzały słychać było przez cztery godziny. Zginęło kilkanaście osób, wielu innych zostało rannych. 6 napastników weszło także na teren misji: zniszczyli bramę, zabrali 5 komputerów, dwa telefony, pieniądze… Chodziło o kradzież i na szczęście nikomu nic się nie stało.

Mieszkańcy Bocarangi byli bezbronni, bezradni i zdani na siebie. Trudno to zrozumieć w kontekście przebywających w pobliżu żołnierzy Unii Europejskiej i sił pokojowych ONZ. Napastnicy zniszczyli dwie anteny telefoniczne i agregaty prądotwórcze, został tylko internet i dzięki temu mogliśmy kontaktować się z naszymi braćmi. Siły pokojowe pojawiły się dopiero następnego dnia. W wielu miejscach kraju sytuacja wciąż jest niespokojna.

 

Pracował ojciec w niewielkiej miejscowości Ngaoundaye, nękanej przez muzułmańskich rebeliantów. Teraz, w Bouar, prowadzi ojciec między innymi lokalną rozgłośnię.  

Tak, mieszkam teraz w zdecydowanie spokojniejszym miejscu. Łatwiej nam wzywać pomoc. U nas jest dowództwo i mamy lepsze kontakty ze stolicą. Bouar jeszcze przed uzyskaniem niepodległości przez RCA było siedzibą żołnierzy francuskich. Było pięknym miastem z wszelkimi udogodnieniami – kinami, basenami, elektrycznością. Niestety wszystko zostało zniszczone, rozkradzione. Na wzgórzu między skałami kapucyni wybudowali spory klasztor, który widać od razu wjeżdżając do miasta.

Są tu dwa licea, gimnazja, szkoły podstawowe, kilka szkół prywatnych. Bouar to także centrum religijne: są tu zakony oraz trzy niższe seminaria – jedno prowadzone przez kapucynów, drugie – przez karmelitów, a trzecie – diecezjalne. Są one uważane za bardzo dobre szkoły. Przyjeżdżają tu chłopcy, którzy chcą zrobić maturę. Siostry zakonne prowadzą szkoły zawodowe dla dziewcząt. Są też licea koedukacyjne.

 

Jaka jest szansa wykształcenia i godnego życia dla afrykańskiego dziecka w Republice Środkowoafrykańskiej?

Szanse mogą mieć tylko ci, którzy mają trochę pieniędzy, bo szkoły są płatne. Dzieciaki z buszu nie mają możliwości wykształcenia: nie mają pieniędzy, nie mogą nigdzie wyjechać, muszą zostać na miejscu. A ludzie nie są w stanie zapłacić nawet 100 zł za cały rok nauki. Przecież do tego dochodzą koszty mieszkania, wyżywienia, ubrania. Niektórzy przychodzą do mnie prosić o pracę, a czasem o coś do jedzenia.

 

1. o. Benedykt Pączka, kapucyn. Foto Sławomir_Dynek CogitoMedia

Fot. Sławomir Dynek/CogitoMedia

Coś się tutaj nie zgadza – wojna domowa i ataki rebeliantów, morderstwa, kradzieże, wszechobecna bieda, brak możliwości podstawowego wykształcenia – a Ojciec postanowił otworzyć szkołę muzyczną? Można to chyba nazwać nawet fanaberią, skoro w Afryce głodują dzieci…

To, co robię, to nie jest zabawa. Chcę tu podkreślić: nie przyjechałem tu, żeby się bawić, tylko po to, żeby zrobić coś dobrego. Kiedy buduję szkołę muzyczną, miejscowi mówią: “Dziękujemy Ci bracie. To jest świetny pomysł”. Przyszedł do mnie ojciec sześcioletnich bliźniąt i powiedział: “Bracie, zawsze chciałem uczyć się muzyki, ale nie miałem takiej możliwości. Moje dzieci będę przywoził tu każdego dnia”. Opinia mieszkańców jest dla mnie bardzo ważna. Tutaj brakuje edukacji. Oczywiście nie zaniedbujemy podstawowych potrzeb i jeśli ktoś będzie głodny – na pewno go nakarmimy. Chciałbym dzieciom w szkole zapewnić ciepłe posiłki, ale najpierw musimy dobrze poznać naszych nowych uczniów. Przecież dopiero zaczynamy. Osobiście wierzę głęboko, że życie tych dzieciaków zmienić może dobra edukacja.

Kilka dni temu rozpoczęliśmy zajęcia w szkole muzycznej. Zakładaliśmy, że przyjmiemy maksymalnie 30 osób. Ale zgłosiło się tyle dzieciaków, że przesłuchaliśmy około 200 i ostatecznie przyjęliśmy 50.  Myślałem, że pierwszego dnia w szkole zjawi się mniej uczniów, ale przyszli prawie wszyscy! Szukamy różnych metod, jak najlepiej prowadzić zajęcia, szukamy nauczycieli. Chcemy stworzyć coś, czego jeszcze tutaj nie ma. Może stanie się to impulsem do tego, żeby o RCA mówiło się więcej na świecie.

 

Czy to jednak dobry pomysł, żeby Afrykańczyków uczyć muzyki? Przecież oni są tacy muzykalni…

Oczywiście – muzykę mają zakodowaną we krwi. Są muzykalni, ale nie są muzykami. Afrykańczycy kochają muzykę, rodzą się z muzyką, mają w sobie to coś, czego niestety nie mogą rozwijać, bo nie mają takich edukacyjnych możliwości. Wczoraj rozpoczęliśmy zajęcia w chórze. Ćwiczyliśmy utwory na trzy głosy – dzieciaki były zachwycone, że wspólny śpiew może tak brzmieć, że można pracować nad głosem. Znam oczywiście te wszystkie opinie, że w RCA jest bieda, nie ma co jeść, nie ma szkół, a ja… robię muzykę. Tak! I chcę to robić, bo chcę im pokazać, że mogą być twórcami. Że mogą napisać piosenkę o pokoju, zaśpiewać ją, powiedzieć ludziom na świecie, że w ich kraju jest wojna i brat zabija brata, że nie ma szacunku dla życia i każdy może je stracić, ale Bóg nas wzywa, żebyśmy byli dobrzy.

 

Wyposażenie i utrzymanie szkoły to ponad 500 tysięcy złotych. W drugą niedzielę Wielkiego Postu rozpoczyna się wielka zbiórka.

Startujemy z niesamowitym pomysłem – pierwszym na świecie. Będziemy pisać w internecie Symfonię Afrykańską. Będzie można kupić nutę, która powędruje na pięciolinię. Za pięć miesięcy dzieci zaśpiewają i zagrają całą symfonię, my ją zarejestrujemy i darczyńcy będą mogli ją usłyszeć. W ten sposób musimy zebrać 533 tysiące złotych. W tym 200 tysięcy złotych na instrumenty. Chcielibyśmy co roku grać dla Afryki, grać nowe symfonie, zaprosić ludzi z całego świata do pomagania, ale też wspólnej zabawy i tworzenia muzyki. Więcej szczegółów poznacie już za kilkanaście dni – na początku Wielkiego Postu!

 

Benedykt Pączka OFMCap

Zobacz inne artykuły tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Benedykt
Pączka OFMCap
zobacz artykuly tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Rzeczy ważne powinny zawsze ważnymi dla człowieka pozostać

Sesje, gorączka przed-egzaminacyjna, podróże, eskapady, ale też najważniejsze sprawy dla młodzieży, czyli rozmowa o studentach i studenckich latach z nowym Metropolitą Krakowskim

abp Marek Jędraszewski
abp Marek
Jędraszewski
zobacz artykuly tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z Ks. Arcybiskupem Markiem Jędraszewskim, nowym Metropolitą Krakowskim, rozmawia Aneta Liberacka

 

Jesteśmy w Krakowie, mieście studenckim. Studenci zaczęli właśnie sesję, mają przed sobą trudny czas. Czy Ksiądz Arcybiskup miał jakieś sposoby, żeby się szybko uczyć? Jak się nie stresować?

Raczej miałem metody, jak stresować studentów na egzaminie. [śmiech]

 

A wcześniej, kiedy stoi się jeszcze po tej drugiej stronie?

Wcześniej to już prawie moja pamięć nie sięga. Trochę czasu minęło od tych chwil. Nie miałem specjalnych metod. Przede wszystkim w Rzymie, na Gregorianie, przed egzaminami trzeba było się uczyć. Bardzo dobre dla studentów było to, wiedziało się dokładnie, o której się wchodzi na egzamin i o której się wychodzi, z precyzją prawdziwie jezuicką. To sprawiało, że wiedziałem, ile trzeba czasu, żeby przejść pieszo, nie stresując się, że autobus może się spóźnić albo się do niego nie wejdzie, też było takie niebezpieczeństwo. Na pieszo było to około dwudziestu pięciu minut z Awentynu na Piazza Pilotta. Starałem się przyjść tak, żeby w ogóle nie dać się złapać przez „giełdę” studencką, tę egzaminacyjną, czyli jakieś cztery, pięć minut przed moim wejściem.  Po prostu zdjąć płaszcz i wejść na egzamin. Muszę powiedzieć, że sprawdziło się to.

 

Wtedy unika się dodatkowego stresu, tej gorączki przed-egzaminacyjnej, tak?

Dokładnie tak.

 

 

A jeśli chodzi o naukę – jakieś sposoby?

Wie Pani, akurat tu też mi trudno powiedzieć, ponieważ metody uczenia są zupełnie inne. Wtedy nie było przecież jeszcze komputerów, nawet w końcu lat siedemdziesiątych. Nie było internetu, nie było osławionej Wikipedii, ze wszystkimi jej plusami i minusami. Przygotowanie do egzaminu, było zupełnie inne, oparte głównie na pracy osobistej. Dzisiaj pewno to się trochę skraca. Dużo łatwiejszy jest dostęp do źródeł, do informacji. A jak sobie teraz poradzić z tym, żeby to nie tylko zapamiętać, ale stworzyć z tego pewną syntezę – no to już chyba zagadka każdego studenta, którą rozgrywa i próbuje rozwiązać  latami. Tutaj raczej potrzebne jest osobiste doświadczenie zdobywane z sesji na sesję.

 

Więc pracowitość to jest taka ponadczasowa potrzebna cecha?

Jeżeli studia traktuje się poważnie, to tak, od tego się nie ucieknie.

 

 

A jakieś studenckie eskapady? Wiemy, że Ksiądz Arcybiskup chodzi po górach, bardzo to lubi, czy jest jakaś przygoda, której nie znamy?

Znów mnie Pani zaskakuje, bo to odległe czasy. Trudno powiedzieć o eskapadach. W latach sześćdziesiątych czy początek osiemdziesiątych wyjazd w góry, w Tatry to oczywiście dla Wielkopolanina było coś naprawdę wspaniałego i wielkiego. Pamiętam takie wakacje: cały wrześniowy tydzień spędzony w Tatrach. Od schroniska do schroniska przez cały tydzień. Czerwone Wierchy już się stawały coraz bardziej czerwone, ludzi na szlakach było coraz mniej. Chodziliśmy właściwie od rana do wieczora i przez noc także. Tatry. Tatry i rozgwieżdżone niebo. To było coś cudownego, zwłaszcza na Hali Gąsienicowej.

 

Osobista godność, wolność powiązana z odpowiedzialnością za drugiego człowieka. Myślę, że w tych trzech sprawach, dla których fundamentem jeszcze jest Pan Bóg i Kościół, mieści się wszystko.

Piękne. W górach także pojawia się takie miłe zmęczenie to też później pomaga pracować psychicznie, przygotowywać się do sesji, do pracy intelektualnej.

W latach sześćdziesiątych człowiek cieszył się zwykłym wyjazdem w góry, bo to było coś wielkiego. Teraz w zasadzie wydaje się, że młodzi ludzie wszystko mają dostępne i trudno trochę o marzenia. Gdyby Ksiądz Arcybiskup miał podać trzy najważniejsze rzeczy, które powinny być w życiu młodego człowieka najbardziej istotne, to co to by było?

Niekoniecznie muszą to być jakieś bardzo odległe marzenia. A rzeczy ważne zawsze powinny ważnymi dla człowieka pozostać. Osobista godność, wolność powiązana z odpowiedzialnością za drugiego człowieka. Myślę, że w tych trzech sprawach, dla których fundamentem jeszcze jest Pan Bóg i Kościół, mieści się wszystko.

 

 

Papież Franciszek podczas Światowych Dni Młodzieży zostawił młodych ludzi z konkretnymi zadaniami: żeby pamiętali o przeszłości, mieli odwagę żyć w teraźniejszości i z nadzieją patrzyli w przyszłość. Czy Ksiądz Arcybiskup chce jakoś młodzież rozliczać z tych zadań?

Jeszcze, żeby pamiętali o dziadkach.

 

Oczywiście.

To jest bardzo ważne, bardzo konkretne. By nie bali się też zejść z kanapy i nałożyć wyczynowych butów…

A gdy chodzi o moje rozliczanie młodych. Oni sami muszą się rozliczać ze sobą i w swoich kręgach rówieśniczych – studenckich czy młodzieżowych, bo to jest chyba najlepszy egzamin. Młodzi wobec siebie potrafią być bardzo i wymagający, i krytyczni, ale też mobilizujący. To jest coś bardzo ważnego. Istotną rzeczą też jest to, żeby mieli przy sobie czy wokół siebie, w najbliższym otoczeniu, mądrych przewodników duchowych. Księży, siostry zakonne, ale także świeckich. Nawiążę tutaj do wspaniałej postaci, jaką w bardzo trudnych czasach, w czasach wojny, znalazł nieoczekiwanie młody człowiek, student Karol Wojtyła w osobie prostego krawca z Dębnik, pana Jana Tyranowskiego

 

Tak, poprzez ludzi, których się spotyka i autorytety można samemu sobie stawiać wymagania…

Słowo „autorytet” jest dzisiaj, niestety, często nadużywane. Bardzo często media kreują tak zwane autorytety. Potem się okazuje, że po miesiącu, po roku, z tych autorytetów nie zostaje nic, więc sztucznie tworzy się kolejne. Nie o takie autorytety chodzi. Chodzi o ludzi, którzy przyciągają swoją wewnętrzną prawością. Niekoniecznie wykształceniem, chociaż dzisiaj ono jest na wyciągnięcie ręki dla każdego – chodzi przede wszystkim o prawość myślenia i działania. To takich ludzi trzeba szukać. To jest ogromne moje życzenie i myślę, że to powinno być także marzeniem młodych: znaleźć w swoim życiu człowieka, na którym można polegać. Który imponuje nie tylko słowami, ale przede wszystkim osobista postawą: jasną, wymagającą – najpierw w odniesieniu do siebie samego, a następnie wobec innych.

 

 

W Łodzi organizował Ksiądz Arcybiskup spotkania, na których można było po prostu zadać dowolne pytanie i Ksiądz Arcybiskup na nie odpowiadał. Czy w Krakowie też są planowane?

Owszem, są. Dzisiaj właśnie w tej sprawie konkretnie już rozmawiałem. Jesteśmy na etapie tworzenia pewnego scenariusza tych spotkań. Nie chodzi o to, żeby „schemat łódzki” automatycznie przenosić na krakowski. Prawdopodobnie będzie to kościół św. Anny, też wspaniale wpisujący się w historię Krakowa akademickiego. Mam nadzieję, że będzie to rozwiązanie dla wszystkich bardzo obiecujące.

 

Wszyscy na to czekamy. Teraz trochę zmienię temat: złośliwi mówią, że bierzmowanie jest uroczystym pożegnaniem młodych ludzi z Kościołem. Czy to w ogóle jest prawda i czy jest jakiś pomysł, co możemy zrobić?

To sformułowanie krąży nie tylko w mediach, ale obawiam się, że próbuje się je niejako wtłoczyć w świadomość młodych bierzmowanych jako pewną normę ich postępowania. Tragiczne jest to stwierdzenie, bo bierzmowanie jest właśnie otwarciem na życie w pełni świadomie, życie w Kościele i dla Kościoła, a przez to także dla świata poprzez świadczenie o Chrystusie.

Tymczasem wbrew najbardziej oczywistej prawdzie dotyczącej bierzmowania pojawia się hasło mówiące o tym, że zamykamy sklepik i otwieramy zupełnie nowy. Pierwsze pytanie jest takie: na ile młodzież (mówiąc ich językiem), kupuje to hasło? Czyli na ile, w jakiej mierze staje się ono programem dalszego ich życia po bierzmowaniu.

Po wtóre, jest to zagadnienie, które się teraz przed nami otwiera w związku z reformą szkolnictwa. Dotychczas w praktyce Kościoła w Polsce bierzmowanie łączyło się z zakończeniem gimnazjum. Przypadało zatem na czas,  kiedy bierzmowany miał szesnaście l at. Teraz podstawówka będzie trwała do klasy ósmej. Jej absolwent będzie młodszy o jeden rok. I kto wie, czy Konferencja Episkopatu Polski nie wskaże, że uzna za stosowne, aby bierzmowania udzielać w ósmej klasie? Na pewno będą też głosy mówiące o tym, że lepiej będzie mimo wszystko – czyli mimo tego niebezpieczeństwa, że ktoś po drodze się zagubi – przesuwać granicę wieku bierzmowanych właśnie w kierunku czasu zbliżonego do uzyskania przez młodych matury lub ukończenia szkół o profilu bardziej zawodowym. Ta sprawa jest otwarta i na pewno będą głosy i za, i przeciw.

Tym, co chciałbym przy tym podkreślić, jest to, że nie wystarczy samo przekazywanie wiedzy o bierzmowaniu w ramach nauczania religii w szkole. Do bierzmowania należy się przygotowywać przede wszystkim w ramach katechizacji parafialnej. A wiem – mówię tu o doświadczeniach nie krakowskich, ale wcześniejszych i w Poznaniu, i w Łodzi – różnie z tym bywało i bywa. Często księża proboszczowie – bo oni są głównie odpowiedzialni za przygotowanie młodych do bierzmowania – byli szczęśliwi, kiedy wszystko „załatwiła” szkoła. A szkoła właśnie nie „załatwiała”. Już pierwsze spotkanie z kandydatami do bierzmowania pozwala biskupowi trafnie ocenić, czy oni zostali właściwie przygotowani do przyjęcia tego sakramentu, czy też znaleźli się w kościele raczej przypadkowo, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, w czym przyszło im akurat uczestniczyć.

 

 

Tak, parafia ma siłę także. Ale przecież wszystko zaczyna się w rodzinie. Z doświadczenia wiem, że z najstarszym synem całą rodziną przygotowywaliśmy się do bierzmowania. W tym roku znów  przygotowujemy się wszyscy, a mamy troje dzieci do bierzmowania…

Niewątpliwie, świadomość i poważne podejście do tego sakramentu w rodzinie też jest bardzo istotne. Cieszę się, że tak to jest, że taka wręcz idealna sytuacja wciąż jest w wielu rodzinach… Ale wiemy, że nie wszystkie takie, niestety, są. Jednakże w każdej parafii, gdzie są grupy duszpasterskie czy różne ruchy związane z życiem Kościoła, pojawia się ogromna szansa, aby włączyły się one w dzieło formowania kandydatów do bierzmowania. W jakiejś mierze mogą one dać młodym to, czego oni nie znajdują we własnych rodzinach.

 

Mam jeszcze pytanie o nas, o dziennikarzy. Zwłaszcza dziennikarzy „internetowych”, zwracających się do młodych ludzi. Czy jakąś radę i zadanie Ksiądz Arcybiskup ma dla nas?

Dla dziennikarzy zawsze pozostanie jeden fundamentalny problem – ich osobistej odpowiedzialności za przekazywaną prawdę. W tej odpowiedzialności jest zawarty również szacunek dla odbiorcy

Prawdę powiedziawszy, za bardzo nie znam dziennikarstwa internetowego, chociaż wiem, że internet jest przyszłością mediów i niezwykle ważnym środkiem wzajemnego komunikowania się. Telewizja, która do niedawna wydawała się wszechwładna, powoli traci władzę nad ludzkimi umysłami na rzecz właśnie internetu i portali społecznościowych. Dla dziennikarzy zawsze pozostanie jeden fundamentalny problem – ich osobistej odpowiedzialności za przekazywaną prawdę. W tej odpowiedzialności jest zawarty również ich szacunek dla odbiorcy. Jeśli natomiast głównym celem jakiegoś medium staje się pragnienie panowania nad umysłami jego odbiorców, to mamy do czynienia z manipulacją, której skutki są opłakane nie tylko dla poszczególnych ludzi, ale i całych społeczeństw.  Dziennikarzom internetowym życzę z całego serca, aby służyli obiektywnej prawdzie i aby przekazując ją, przyczyniali się do pełnego rozwoju tych wszystkich, którzy korzystają z ich pracy.

 

W takim razie w imieniu dziennikarzy, proszę o modlitwę w tej sprawie za nas i bardzo dziękuję za rozmowę.

Dziękuję bardzo, będę się na pewno modlił. Dziękuję bardzo.

 

Dziękuję.

 

 

abp Marek Jędraszewski

abp Marek Jędraszewski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Aneta Liberacka

Aneta Liberacka

Redaktor naczelny portalu Stacja7.pl, prezes Fundacji Medialnej 7. Z wykształcenia matematyk, doświadczenie zawodowe jako manager zdobywała w takich miejscach jak Comarch, czy HP, prowadząc projekty w Europie, Ameryce Środkowej i krajach arabskich. Mama czwórki dzieci, chętnie zabierająca głos w sprawach: kobiet, dzieci, rodziny, edukacji. Bliska jej sercu jest nauka społeczna Jana Pawła II. Na Stacji 7 od kilku lat prowadzi cykl "Rozmowy z Janem Pawłem II" oraz podejmuje tematy społeczne.

Zobacz inne artykuły tego autora >
abp Marek Jędraszewski
abp Marek
Jędraszewski
zobacz artykuly tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >