Nasze projekty
Reklama
Fot. Amor Santo/Cathopic

Siostry zakonne też dotyka depresja. “Moja historia pokazuje, że nie ma sytuacji bez wyjścia” [ŚWIADECTWO]

Myśli samobójcze, bezsens życia, brak siły, aby wstać z łóżka. Nie, to nie historia pogubionego nastolatka, czy uzależnionego człowieka. To doświadczenie siostry zakonnej, która w pewnym momencie swojego życia straciła nie tylko wiarę, ale i sens w cokolwiek. Dziś daje świadectwo, jak Bóg ją uzdrowił i prosi, by szybko nie oceniać osób duchownych jako herosów, bo i ich spotykają różne trudności i zwykła depresja.

Magdalena Siemion: Siostro, jak to możliwe – formacja duchowa, śluby, kierownictwo, 13 lat w zakonie i siostra mówi, że był taki moment, w którym nie wiedziała po co wstawać z łóżka? Jak to się zaczęło?

Siostra: Jesteśmy tylko ludźmi, jak wy świeccy. Sama nie wiem, po prostu z dnia na dzień, przytłoczona obowiązkami zaczęłam odczuwać totalną apatię, niechęć do wszystkiego, kompletny bezsens, zero modlitwy, zero obecności Boga, pojawiały się nawet myśli samobójcze. Teraz z perspektywy wiem, że to, co bardzo zaważyło na moim stanie psychicznym, to pewne wydarzenie z dzieciństwa, pewna trauma, o której nie chcę szerzej mówić, a którą gdzieś podświadomie w sobie ciągle nosiłam, ale nie umiałam tego nazwać.

Cały czas była siostra w apatii, mijały kolejne dni… Co się działo dalej?

Zostałam posłana do pracy za granicę. To była praca fizyczna w kuchni. Na początku było dobrze, lubię pracę w kuchni, nawet myślałam, że wyjazd dobrze mi zrobi, zmienię otoczenie, ale z czasem przyszedł smutek, tęsknota za ojczyzną. Znowu zaczęłam źle się czuć. Dokuczał mi  klimat, inna mentalność, chociaż języka się szybko nauczyłam i nie był on dla mnie przeszkodą, jednak było coś, co sprawiało, że traciłam chęć życia, znowu pojawiły się myśli samobójcze. Działałam jak automat: rano wstać, tylko po to, żeby spełnić swój obowiązek, jak tylko była wolna chwila od razu łóżko i sen.

CZYTAJ: Jej depresja miała swoje imię. Historia Eweliny

Reklama

Nie zgłosiła siostra tego, że się źle czuje? Nikt nie zauważył?

Siostra przełożona coś podejrzewała, widziała, że chodzę poirytowana i smutna, że uciekam w pracę, a jednocześnie nie ma we mnie żadnej radości, tak jak na początku przyjazdu. Poszła nawet ze mną do lekarza psychiatry, bardzo dobrego człowieka, który nie stawiał tylko na leki i terapię medyczną, ale szybko się rozeznał, że to nie miejsce dla mnie i zaproponował, żebym wróciła do kraju.

I co, wróciła siostra?

Tak, wróciłam po 5 latach.

Pięć lat tak się siostra męczyła

W zasadzie najgorsze były ostatnie 3 lata, te pierwsze 2, to był czas wchodzenia w środowisko, nauka języka, zwyczajów itp. Po powrocie rozpoczęłam systematyczną terapię. Jeździłam raz w tygodniu do księdza, który był psychologiem. Chodziłam też do lekarza psychiatry, który przepisał mi też leki… Niby było lepiej. Niby mogłam normalnie funkcjonować, ale coś nie trzymało mi się całości, wewnętrznie czułam, że ja nie jestem taką osobą jak sprzed kilku lat.

Reklama

ZOBACZ: „Mnie to już nic nie pomoże”, czyli czym jest depresja… duchowa?

Siostro, a był w tym wszystkim Pan Jezus?

Dla mnie nie był, nie było modlitwy, albo tyle, co z obowiązku, ale też jakoś nie miałam osoby zaufanej, której mogłabym powiedzieć, wykrzyczeć wszystko…

Myślała siostra o tym, żeby odejść?

Z zakonu? Nigdy! W największych udrękach, nigdy! Nagle dostałam zmianę placówki. Pomyślałam sobie, że to dla mnie szansa. Mówiłam sobie: „Boże, przecież tam zaczęło się moje powołanie. Matko Boża, musisz mi pomóc”. Znowu trafiłam na kuchnię, ale ja kocham pracę w kuchni! Problemem nie była praca, problemem byłam dla siebie ja sama. Samopoczucie było trochę lepsze, kontynuowałam terapię, ale dużo też kamuflowałam, udawałam, że już wszystko ok.

Reklama

A nie było?

Nie do końca. Pewnego dnia poszłam sobie tak po prostu na spacer. Tak prosto przed siebie, trochę bez żadnego sensu i celu. W trakcie spaceru zaczęły mi się odtwarzać różne sytuacje, że miałam myśli samobójcze, że dużo udaję, że wszystko takie pokręcone u mnie. Nagle z naprzeciwka widzę, że idzie jeden z kapłanów, przystaje przy mnie i zadaje mi takie pytanie: Siostrzyczko, dokąd ty zmierzasz? A ja mu odpowiedziałam: idę przed siebie stracić życie. Ale ja tu nie myślałam naprawdę o samobójstwie, tylko chciałam w tym lesie o wszystkim zapomnieć. On się przeraził i pyta mnie: co Ty mówisz? Od razu zaproponował rozmowę ale w wolności -„jeśli zechcesz to służę..”.

Zgodziła się siostra?

Tak, ale byłam pełna lęku, wstydu. Jak ja mu to powiem, że tu z jednej strony niby siostra zakonna, tyle lat w zakonie, uśmiechnięta, „obrotna”, wszystko ogarniająca, a ciągle mająca samobójcze myśli, mająca wszystkiego dosyć? On mnie szybko „rozszyfrował”. Powiedział, że tu jest jakaś grubsza sprawa, że jest coś, co mnie gnębi, nie pozwala iść dalej. Żebym próbowała do tego dojść na adoracji. A ja, „na jakiej adoracji”!? Chłopie! Ja funkcjonowałam, jak robot: wstać i robić. To on wtedy, to za pokutę pół godziny adoracji, jak nie wytrzymam to krócej. Stopniowo miałam sobie wydłużać. Zaproponował również spowiedź raz na tydzień.

CZYTAJ: Kiedy boli dusza. Modlitwy o uzdrowienie z depresji

Pomogło?

Za tydzień poszłam do niego pogadać, to nie była spowiedź, tylko taka szczera rozmowa. Wszystko mi puściło, wszystko wyrzuciłam z siebie, że się boję tej terapii, że mam lęki, że nie wytrzymuję na adoracji. On spokojnie mi doradził, żebym przemodliła to wszystko na adoracji. Znowu. Poszłam. Po jakimś czasie dzwoni telefon, to był ojciec (może mnie sprawdzał). Powiedziałam mu, że jestem na adoracji. On mi mówi, podejdź teraz do tabernakulum dotnij się Go i powiedz to wszystko, co mi mówiłaś, co ci leży na sercu. Podeszłam, zaczęłam tak strasznie głośno płakać, wszystko z siebie wyrzucać przed Panem Bogiem i wtedy wyszła ta sprawa z dzieciństwa. Ja do tej pory nie wiedziałam, że to był jakiś problem, ale był… i wtedy nastąpiło uzdrowienie. Jezus naprawdę dotknął mojego serca. Na drugi dzień zaniosłam temu Ojcu wszystkie swoje leki, twierdząc, że ja ich już nie potrzebuje. Z dnia na dzień przerwałam terapię. Jezus mnie uleczył! Mówię o tym wszystkim, bo chcę dać świadectwo. Jest tyle osób, także duchownych, pogubionych, zatracających swoje powołanie. A jest wyjście: bo jest Jezus Chrystus.

Siostro, może to wszystko było potrzebne, żeby Go odkryć? Doświadczyć Jego miłości?

Tak. Teraz z perspektywy czasu, mówię z wielkim przekonaniem, że wszystko jest po coś, choroba, depresja, myśli samobójcze, chociaż wiemy, że pochodzą od złego, to wszystko dla mnie było drogą do Boga, drogą powrotu, drogą mojego nawrócenia, najpiękniejszą, chociaż bardzo trudną, chociaż miałam w sobie tyle buntu, złości także na Boga, na siebie, na ludzi, tylu ludzi teraz rozumiem, teraz wiem jakim skarbem jest Eucharystia, adoracja Pana Jezusa. Nigdy nie mas sytuacji bez wyjścia i naprawdę jeśli zamykamy drzwi, to Bóg otwiera okno… Chwała Jezusowi. Amen!

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę