Fot. graystudiopro1/Freepik

Zniechęcenie, żal, uciekanie od siebie, chęć rozpoczęcia na nowo. Jak radzić sobie z “duchową depresją”?

„Acedia to zniechęcenie. Żal, że pomimo ogromnego wysiłku nasze życie nie wygląda tak, jak miało wyglądać. Acedia to w końcu uciekanie od siebie, które objawia się w myśleniu: «A może zacznę moje życie zupełnie na nowo?» (...) Duch acedii chce, żeby człowiek stracił owoc wysiłku, który włożył do tej pory. Żeby przestał być tym, kim jest: mężem, żoną, księdzem. Żeby złamał słowo, które dał” – wyjaśnia opat tyniecki, Szymon Hiżycki OSB, w rozmowie z Łukaszem Kożuchowskim.

Reklama

Tekst pochodzi z czasopisma idei „Pressje”, wydawanego przez Klub Jagielloński

Łukasz Kożuchowski: Acedię nazywa się czasami duchową depresją. Z takim terminem można się spotkać i w książkowych opracowaniach tematu, i w Internecie. Czy jest to trafne określenie?

Szymon Hiżycki OSB: Określenie duchowa depresja funkcjonuje już w polszczyźnie, przynajmniej w niektórych kręgach. Wiąże się to z książką, którą opublikowało nasze wydawnictwo już dobrych kilkanaście lat temu, autorstwa niemieckiego pustelnika – Gabriela Bungego. Wszyscy wiemy, czym jest depresja, bo albo osobę z tą chorobą znamy, albo sami przez nią przechodziliśmy, albo czytaliśmy lub wiedzieliśmy coś na jej temat. Zastanawiam się, czy jest to właściwy sposób myślenia o acedii. Myślę, że to niezbyt bezpieczne utożsamienie, spłaszczenie tego stanu – redukuje problem, jakim acedia jest w dzisiejszym świecie, i lekceważy go, sprowadza jedynie do depresji. Nie chcę tu oczywiście deprecjonować tej poważnej choroby cywilizacyjnej naszych czasów. Acedia w dużej mierze nie jest tym samym. Czasem przymiotnik „duchowa” nam ucieka i zostaje już tylko „depresja”. Zresztą podobnie było w przypadku różnego rodzaju psychologicznych interpretacji doświadczeń, które opisywał św. Jan od Krzyża – nocy ciemnej. Ludziom wydawało się, że wystarczy cierpieć lub mieć trudniejszy dzień, żeby zaraz można było mówić o nocy ciemnej ducha, nocy zmysłów. W przypadku acedii problem polega nie na wyolbrzymianiu, ale na minimalizowaniu. Podchodzimy do niego zbyt lekceważąco. To kwestia, która jest dużo poważniejsza.

Od czego w takim razie musimy zacząć, żeby dobrze zrozumieć to, czym jest acedia?

Musielibyśmy odwołać się do antropologii Ewagriusza z Pontu [mnicha żyjącego w IV w., jednego z najznamienitszych ojców pustyni – przyp. red.]. Zresztą nie tylko jego, ale i szerzej – Ewagriusz odziedziczył ją z dobrodziejstwem inwentarza po innych ojcach pustyni, także po Piśmie Świętym. To model mówienia o człowieku, który umożliwia i ułatwia omawianie najważniejszego zagadnienia dla ojców, czyli życia duchowego. Gabriel Bunge podkreślał, że duchowość nie jest jakimś przeżyciem, uczuciem czegoś głębszego, to „coś”. W katolickim sensie tego słowa życie duchowe to życie w Bogu. Należy je więc rozumieć jako to, co pochodzi od Ducha Św. W chrześcijańskim rozumieniu jest tym, co stanowi konsekwencję chrztu, Bożej łaski, decyzji człowieka, który chce służyć Bogu i ukierunkowuje na Niego swoje życie. Najistotniejszy jest tu jednak wybór człowieka przez Boga, który daje udział w swoim Boskim życiu. Paradoksalnie często myślimy o naszym wysiłku lub decyzji, a w istocie jest to skutego wszystkiego, co czyni Bóg. 

Reklama
Reklama

Czy mógłby ojciec nieco szerzej zarysować wątek antropologii Ewagriusza?

U Ewagriusza aspekt niewidzialny człowieka (tzn. poza ciałem) składa się z dwóch części: rozumnej i nierozumnej. Część rozumna to ta, która upodabnia nas, jako ludzi, do Boga. Natomiast nierozumna rozpada się na dwa elementy: pożądliwy i popędliwy. Tak się przyjęło w języku polskim, natomiast ten przekład może być mylący– coś, co jest pożądliwe, kojarzy nam się pejoratywnie. Natomiast w części pożądliwej chodzi o to, że człowiek, jako istota żyjąca, jest obdarzony przez Boga zdolnością chcenia. Mogę czegoś chcieć. Mogę pragnąć dobrych i złych rzeczy. Popędliwa część – znowu to źle nam się kojarzy – to zdolność mówienia „nie”, sprzeciwu i walki. Możemy nie chcieć dobrych albo złych rzeczy. Antropologia Ewagriusza jest obca naszej mentalności, bo mamy w głowie wdrukowane od św. Ignacego z Loyoli, żeby zasadniczo działać przeciw (agere contra). Ewagriusz ujmuje to inaczej – działanie przeciw to grzech. Gdy człowiek zachowuje się normalnie, jak powinien, używa całego swojego jestestwa tak, jak został stworzony, działa zgodnie i to wprowadza ład. Grzech stawia wszystko na głowie i sprawia, że człowiek zaprzecza samemu sobie. Nic nie musisz sobie zabierać – mówi Ewagriusz – tylko to, co masz, używaj zgodnie z przeznaczeniem. 

Ewagriusz mówił, że poszczególne części duszy są atakowane przez osiem złych myśli, paradygmatów złego myślenia i interpretowania rzeczywistości. Kształtował je na zasadzie łańcucha. Niektóre jego teksty sugerują, że wszystko zaczyna się od ataku myśli nazywanej przez Ewagriusza łakomstwem

Jak więc pojawiają się w nas takie problemy, jak acedia?

Poszczególne części duszy są atakowane przez różne myśli. To błędne paradygmaty myślenia o rzeczywistości. Ewagriusz wyobrażał sobie człowieka jako pudełko, do którego przez okna zmysłów wpadają różne dane. Trzeba nadać im pewną interpretację według określonego wzorca. Można to robić wedle przykazań Bożych, ale można też wszystko postawić na głowie i według własnego, skrzywionego i nieuporządkowanego widzimisię nadawać sens wydarzeniom. Podajmy przykład: wyglądam na ulicę i widzę, że dwoje ludzi rozmawia. To pewne wrażenie zmysłowe. Jeśli wszystko jest w porządku, to widzę dwoje ludzi, którzy rozmawiają. Może mnie to zainteresuje, podejdę do nich i zagadam, uśmiechnę się lub im pomacham. Jeśli podpowiada mi zła myśl, np. smutku, acedii czy gniewu, zaraz nabiorę przekonania, że mnie obgadują i chcą zrobić coś złego. Nadaję interpretację wyobrażeniu zmysłowemu, które do mnie dotarło.

Reklama
Reklama

Wymienił ojciec trzy rodzaje złych myśli. Czy jest ich więcej?

Ewagriusz mówił, że poszczególne części duszy są atakowane przez osiem złych myśli, paradygmatów złego myślenia i interpretowania rzeczywistości. Kształtował je na zasadzie łańcucha. Niektóre jego teksty sugerują, że wszystko zaczyna się od ataku myśli nazywanej przez Ewagriusza łakomstwem. Jest to (w uproszczeniu) konsumpcyjny stosunek do życia. Człowiek pragnie, żeby wszystko służyło jego przyjemności. Chodzi o spożywanie i zaspokajanie swoich potrzeb bez zastanowienia. Konsekwencją tego jest nieczystość (porneia), czyli używanie ludzi. Porneia kojarzy nam się jednoznacznie ze sferą erotyki, ale u Ewagriusza nieczystość ma też taki odcień, jak w naszym języku, gdy mówimy, że ktoś ma nieczyste zamiary – niekoniecznie chce się z kimś przespać, ale chodzi o traktowanie ludzi przedmiotowo, niepatrzenie na nich w obiektywny sposób. Syntezą obżarstwa i nieczystości jest chciwość – trzecia myśl, która się pojawia. Nasze pożądanie staje się nienasycone. Dobre rzeczy zostają źle wykorzystane. Czy to źle, że człowiek ma nienasycone pragnienia? Przecież został stworzony na Boży obraz i podobieństwo – któż go nasyci, jeśli nie Bóg? Zła myśl sprawia, że człowiek zaczyna sycić się rzeczami stworzonymi – światem, władzą, potęgą, pieniędzmi, potrzebą wielkości i poklasku, jak komu życie się ułożyło. Oczywiście Ewagriusz nie uważa rzeczy samych w sobie za złe – są obojętne. Natomiast jest źle, gdy są źle używane, gdy spychają relację z Bogiem na dalszy plan.

Gdy człowiek znajduje się w szponach demona chciwości, a więc gdy walczy, żeby świat się mu podporządkował, wtedy przychodzi kolejny atak – gniewu. Człowiek nagle zdaje sobie sprawę z tego, że świat nie jest taki, jak mu się wydawało, nie zaspokoi jego pragnień. Ludzie nie są tacy, jakby chciał. I w związku z tym zaczyna reagować agresją, działać w sposób niszczący.

Domyślam się, że w miejsce niemożliwej do zaspokojenia chciwości pojawia się następny demon.

Właśnie tak. Zdaniem Ewagriusza tak działa ludzka dusza – jeden grzech uruchamia drugi. Gdy człowiek znajduje się w szponach demona chciwości, a więc gdy walczy, żeby świat się mu podporządkował, wtedy przychodzi kolejny atak – gniewu. Człowiek nagle zdaje sobie sprawę z tego, że świat nie jest taki, jak mu się wydawało, nie zaspokoi jego pragnień. Ludzie nie są tacy, jakby chciał. I w związku z tym zaczyna reagować agresją, działać w sposób niszczący. Gniew jest też rodzajem chowania urazy, pielęgnowania żalu, odmową wybaczenia. Nie jest w tym ujęciu uczuciem, tylko postawą ducha, sposobem rozstrzygania spraw. Potem, ponieważ nadal człowiek nie zostaje zaspokojony, bo życie jest, jakie jest, mimo gniewu wpada w smutek. To myśl, która nie pojawia się w naszej łacińskiej liście siedmiu grzechów głównych. Gdy gniew jest w tym ujęciu agresją, to smutek wycofaniem się. Postrzegam, że moje życie jest beznadziejne, wszyscy mnie oszukali. Radźcie sobie sami. Syntezą tego wszystkiego, paradygmatów myślenia, zwłaszcza gniewu i smutku, jest acedia. Można ją nazwać pokusą bycia gdzie indziej. Człowiek dochodzi do ściany, końca drogi, którą rozpoczął w towarzystwie demona obżarstwa. Jedynym rozwiązaniem dla niego jest wycofanie się, rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Ludzie się rozwodzą, księża zrzucają sutanny, zakonnice i zakonnicy odchodzą z klasztorów, niektórzy mówią, że całe życie kłamali, a teraz nagle będą żyli w prawdzie. Negują zobowiązania, które jako dorośli przyjęli na siebie 30 lub 40 lat wcześniej, ale mają już dość walki i decydują się na kapitulację.

Reklama

Syntezą gniewu i smutku, jest acedia. Można ją nazwać pokusą bycia gdzie indziej. Człowiek dochodzi do ściany, końca drogi, którą rozpoczął w towarzystwie demona obżarstwa. Jedynym rozwiązaniem dla niego jest wycofanie się, rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Ludzie się rozwodzą, księża zrzucają sutanny, zakonnice i zakonnicy odchodzą z klasztorów 

Przedstawiłem to trochę w rozbudowanej wersji – z antropologią i myślami – ale dobrze, żebyśmy zobaczyli, że acedia jest efektem pewnego procesu. Nie jest tak, że nic się nie dzieje, a potem nagle spada na mnie acedia. To skutek długotrwałej choroby, która toczy duszę człowieka, kwestia nierozwiązania szeregu problemów, jakie do takiego kryzysu prowadzą. Ważne, żeby zdawać sobie z tego sprawę.

Opowiedział ojciec o pewnej genealogii tego zjawiska, ciekawi mnie jednak, czy w naszym życiu istnieją pewne działania albo zaniedbania, które stanowią dobrą pożywkę dla acedii.

Acedia jest efektem pewnego rozczarowania światem. Pokazuje to Ewagriusz. Jest też skutkiem pewnego rozczarowania ludźmi, sobą, a być może nawet Bogiem. W Traktacie o praktyce ascetycznej Ewagriusza jest napisane, że „demon acedii jest najuciążliwszy spośród wszystkich demonów. Nachodzi mnicha około godziny czwartej i osacza jego duszę aż do godziny ósmej”. Czwarta godzina dnia to mniej więcej nasza dziesiąta, a ósma – czternasta. „Najpierw sprawia, że Słońce zdaje się poruszać zbyt wolno lub wręcz nie poruszać się wcale, a dzień dłuży się, jakby miał pięćdziesiąt godzin. Następnie przymusza mnicha, aby ciągle wyglądał przez okno i wybiegał z celi, aby wpatrywać się w Słońce, jak daleko jeszcze do godziny piętnastej” – pisał Ewagriusz. Mnisi o piętnastej jedli. Czyli Słońce – zegarek – wolno się posuwa i zakonnik nie może jeszcze jeść. (śmiech)

 „Albo by rozglądać się, czy któryś z braci nie nadchodzi. Wzbiera w nim wreszcie niechęć do miejsca, w którym mieszka, do takiego życia i do ręcznej pracy. I podsuwa myśl, że zanikła miłość wśród braci i że nie ma nikogo, kto by go kochał. A jeśli jest ktoś, kto w owym dniu zasmucił mnicha, to tym także posługuje się demon, aby zwiększyć jego nienawiść. Sprawia, by rosła w nim tęsknota za innymi miejscami, w których łatwiej znaleźć rzeczy niezbędne do życia i za rzemiosłem, które wymaga mniej wysiłku, a przynosi więcej korzyści. I dodaje, że podobanie się Bogu nie jest zależne od miejsca, wszędzie bowiem – mówi demon – można wielbić Boga. Do tego wszystkiego dołącza wspomnienia bliskich i dawnego życia i ukazuje, jak długi jeszcze żywot go czeka, stawiając jednocześnie przed oczy trudy ascezy. Próbuje różnych sztuczek, aby mnich, porzuciwszy celę, uciekł z placu boju. Żaden inny demon nie podąża za demonem acedii, tak więc po wygranej walce ogarnia duszę uspokojenie i niewysłowiona radość” – pisał Ewagriusz. Powyższy proces moglibyśmy nazwać również zniechęceniem. 

Acedia przychodzi do człowieka utrudzonego, który włożył dużo wysiłku w swoje życie duchowe, w pracę dla rodziny, Kościoła, firmy, ale nie widzi efektów. Zauważa, że w dalszym ciągu jest tak samo, może nawet jeszcze gorzej, i nadal czeka go bardzo dużo pracy. Zaczyna wątpić, czy to wszystko w ogóle ma sens.

Acedia przychodzi do człowieka utrudzonego, który włożył dużo wysiłku w swoje życie duchowe, w pracę dla rodziny, Kościoła, firmy, ale nie widzi efektów. Zauważa, że w dalszym ciągu jest tak samo, może nawet jeszcze gorzej, i nadal czeka go bardzo dużo pracy. Zaczyna wątpić, czy to wszystko w ogóle ma sens. Ewagriusz mówił o tym, kogo atakuje acedia, że „wzbiera w nim nienawiść do miejsca, w którym mieszka, do życia i do ręcznej pracy”, czyli chce, żeby człowiek uciekł z placu boju, porzucił życie monastyczne i przestał zajmować się tym, co robił przez lata. Acedia nie atakuje ludzi, którzy nic nie zrobili albo zrobili mało, chociaż ich pewnie też, ale to w dużej mierze demon ludzi zasłużonych. Ktoś np. latami budował swoje małżeństwo. Nagle okazało się, że nic z tego. Ktoś budował przyjaźń lub pracował i potem czuł się niedoceniony lub nie było widać efektów tych wysiłków. Wtedy człowiek ma pokusę ucieczki, bo uważa, że jego życie nie ma sensu, pomylił się.

Duch acedii chce wygonić mnicha z jego miejsca zamieszkania i praktyk. Nasi czytelnicy w większości są osobami świeckimi. Czy mógłby ojciec uogólnić, dlaczego akurat duch acedii uderza w te miejsca i co chce osiągnąć?

Duch acedii chce, żeby człowiek stracił owoc wysiłku, który włożył do tej pory. Żeby przestał być tym, kim jest – mężem, żoną, księdzem. Żeby złamał słowo, które dał. Zaczynamy mówić o prawie do szczęścia, naszych uczuciach, o nie wiadomo czym. Wierność i lojalność schodzą na drugi plan. Zaczynamy szukać szczęścia za wszelką cenę. Nie kończy się to dobrze.

W Tyńcu zostało wydanych wiele książek dotyczących tematu acedii i dzieł Ewagriusza z Pontu. Czy wynika to z rozpoznania przez ojców wokół siebie szczególnej obecności acedii w życiu duchowym współczesnego człowieka? Jak acedia ma się do kondycji dzisiejszych ludzi?

Przyjechał kiedyś do nas na dłużej pewien człowiek. Pracowałem wtedy w wydawnictwie, byłem po pierwszych ślubach zakonnych. On pomagał w magazynie przy wysyłce książek. Pewnego dnia zastałem go czytającego pierwszy tom Pism ascetycznych Ewagriusza. Czytał o demonie acedii. Stwierdził: „To jest dokładnie o mnie”! Jakby spotkał mędrca, który objaśnił mu wreszcie, co się z nim dzieje. Powiedział: „Do tej pory nie wiedziałem, o co chodzi, to jest to”! Zaczął opowiadać, jak wyglądało jego życie, poszczególne przypadki. Rzeczywiście można było to dopasować. 

Sądzę, że to stan ducha dzisiejszej Europy, cywilizacji łacińskiej, która jest przeżerana przez acedię. Nie tracę nadziei, że jest to też element drogi, którą przechodzimy. Niepokoi mnie, w jaki sposób zredukowaliśmy Ewagriusza do jego koncepcji ośmiu złych myśli, pomijając chociażby jego mistykę związaną z modlitwą i tajemnicą Trójcy Św.

Skoro ojciec rozpoznaje, że faktycznie mamy z acedią problem, to jak ojciec myśli, dlaczego pojawia się ona akurat tu i teraz? Dlaczego nie żaden z wcześniejszych duchów?

Acedia wieńczy pochód złych myśli dotyczących części nierozumnej człowieka. Część rozumna jest atakowana przez próżną chwałę i pychę – przypisywanie sobie zasług, budowanie fałszywego wizerunku siebie i ostatecznie odsuwanie Boga. Natomiast te sześć myśli, o których mówiłem na początku, dotyczą części nierozumnej, tej, byśmy powiedzieli, bardziej zwierzęcej. Myślę, że wszystkie sześć złych myśli dręczy nas dzisiaj. Acedia jest ich zwieńczeniem, natomiast jej konsekwencją jest to, że nasz stosunek do życia stał się konsumpcyjny. Jeżeli taki by nie był, to nie pojawiłaby się też acedia. Za obżarstwem opisywanym przez Ewagriusza kroczy cała reszta. Gdy zmienimy nasz stosunek do świata, który obecnie jest roszczeniowy, acedia zniknie. Człowiek nie będzie szukał szczęścia za wszelką cenę, ale wykonywał to, co do niego należy.

Dziś liczą się przede wszystkim uczucia, każdy ma prawo wyrażać swoje emocje, nie wolno ranić niczyich uczuć, hamować tego, co ktoś czuje. Dzieje się to w taki sposób, że czyjeś emocje mogą nas zdominować lub sterroryzować. W dyskusjach, które się toczą, nie są istotne argumenty, ale właśnie emocje. Ktoś coś czuje, a jak czuje bardzo, może zakrzyczeć wszystkich. Dziś tak wygląda nasza debata publiczna.

To bardzo prowokujące stwierdzenie, ale dziś liczą się przede wszystkim uczucia, każdy ma prawo wyrażać swoje emocje, nie wolno ranić niczyich uczuć, hamować tego, co ktoś czuje. Dzieje się to w taki sposób, że czyjeś emocje mogą nas zdominować lub sterroryzować. W dyskusjach, które się toczą, nie są istotne argumenty, ale właśnie emocje. Ktoś coś czuje, a jak czuje bardzo, może zakrzyczeć wszystkich. Dziś tak wygląda nasza debata publiczna. Emocje są bardzo ważne, odpowiadają za nasz komfort lub dyskomfort. Są jednak bardzo niestabilne. Nie czerpiemy satysfakcji z życia, z tego, że jesteśmy wierni naszym obowiązkom, wręcz się ich wstydzimy. Gdzieś w głębi musi tkwić poczucie szczęścia, spełnienie, zadowolenia. Coś, co naprawdę jest bardzo ulotne i niezależne.

Jak rozumiem, u Ewagriusza i w ogóle w pismach ojców pustyni emocje nie są same w sobie złe i nie powinniśmy się od nich izolować.

Oczywiście, że nie są! Wśród ojców pustyni pewne wątki stoickie są bardzo silne. Ojcowie mówią wyraźnie, że rzeczy dzielą się na dobre, złe i obojętne. Dobra jest cnota, zły jest grzech. Natomiast obojętna jest cała reszta. Nasze decyzje czynią je dobrymi bądź złymi. Z moralnego punktu widzenia emocje są obojętne. Nie są ani dobre, ani złe, również te przykre, np. gniew. Nie można się ani dać im sterroryzować, ani upychać ich w piwnicy. Jedno i drugie kończy się fatalnie.

Z tego, co ojciec mówi, wynika ścisły związek między acedią a poprzedzającymi ją złymi duchami. Czy w takim razie, gdy chcemy uporać się z tym stanem, powinniśmy zacząć raczej od poprzedzających go problemów?

Wedle Jana Kasjana [święty mnich, ojciec pustyni – przyp. red.] uważał, że nigdy nie walczy się wprost z myślą lub wadą, która aktualnie nas trapi, bo wyrasta ona z poprzedniej. Należy odciąć korzeń. Acedia wynika ze smutku, czyli należy przyjrzeć się temu, co było jego przyczyną. Ewagriusz mówił, że to uczucie nierzadko bierze się z niespełnionych pragnień. Trzeba je zobaczyć. Czasem acedia jest następstwem gniewu, czyli frustracji i sprzeciwu wobec ludzi. Uwagi o smutku też bardzo dobrze opisują acedię. 

Nigdy nie walczy się wprost z myślą lub wadą, która aktualnie nas trapi, bo wyrasta ona z poprzedniej. Należy odciąć korzeń. Acedia wynika ze smutku, czyli należy przyjrzeć się temu, co było jego przyczyną. Ewagriusz mówił, że to uczucie nierzadko bierze się z niespełnionych pragnień. Trzeba je zobaczyć. Czasem acedia jest następstwem gniewu, czyli frustracji i sprzeciwu wobec ludzi. Uwagi o smutku też bardzo dobrze opisują acedię. 

„Pewne myśli zbliżają się przypominając duszy dom, rodzinę i dawny sposób życia, a gdy spostrzegają, że ona się nie opiera, lecz poddaje, wówczas pochwyciwszy ją pogrąża ją w smutku, gdyż poprzednie rzeczy już nie istnieją ze względu na obecny sposób życia”. Czyli pokazywanie fatamorgany. On tu mówi o rodzicach czy poprzednim domu, ale człowiek może marzyć o czymkolwiek, co może nawet kiedyś było, ale teraz nie istnieje. „A im łatwiej nieszczęsna dusza poddała się pierwszym myślom, tym bardziej zostaje poniżona i przytłoczona przez drugie” – pisał Ewagriusz. Myślę, że warto pamiętać o ścisłym związku acedii, gniewu i smutku.

Czy istnieją jakieś praktyczne środki zaradcze? Jak powinniśmy pomagać sobie, gdy dotyka nas acedia?

Ewagriusz daje sporo rad, jak sobie z tym radzić. To może nas zaskoczyć, ale napisał tak: „«Umysł błądzący» – a więc tę część rozumną, którą może gnębić próżna chwała lub pycha – pokrzepiają: czytanie duchowe, czuwanie i modlitwa” (to fragment Traktatu o praktyce ascetycznej).

Rozchodzisz się z Bogiem? Masz fałszywy obraz samego siebie? Trzeba czytać, ważne jest studium, twarde nawiązanie do pewnego rodzaju dziedzictwa, czuwanie, czyli odrzucanie snu przez pewną część nocy i lektura psalmów na stojąco, a także modlitwa, czyli nawiązanie bezpośredniego kontaktu z Bogiem.

Nie wiesz, kim jesteś w relacji z Bogiem? Studiuj o Nim i z Nim się spotkaj. Po tym następuje część nierozumna-pożądliwa. Ewagriusz pisał, że „rozpaloną pożądliwość gasi post, trudy i odsunięcie się od świata”, a wzburzoną popędliwość – gniew, smutek i acedię – „uspokaja lektura psalmów, cierpliwość i miłosierdzie. Wszystko to musi mieć swój czas i miarę, to bowiem, co nie zna właściwego czasu ani miary, trwa krótko, a to, co krótkotrwałe przynosi więcej szkody niż pożytku”.

To taka recepta w kilku zdaniach. Co paradoksalne, pożądliwość jest uspokajana przez post, trudy i odsunięcie się od świata (dosł. anachoresis – wycofanie się z terenu zamieszkanego, większa samotność). Świat jest czymś, co mnie wciąga, więc muszę się zdystansować. Post i powstrzymanie się od jedzenia są zaś ściśle związane z jałmużną – wyrazem miłosierdzia. Trudy są tym, co wiąże się z ciężką fizyczną pracą, w ogóle z pracą. Wzburzoną popędliwość łagodzi śpiewanie psalmów, cierpliwość i miłosierdzie. Tak jak w przypadku pożądliwości odsuwamy się, tak w przypadku popędliwości zbliżamy się. Cierpliwość to nawiązywanie z ludźmi głębokich relacji. Jan Kasjan mówił, że „jeśli masz problem z bratem, zjedz z nim posiłek, spróbuj wyjaśnić, co jest między wami”. Śpiewanie psalmów potrzebne jest zaś dlatego, że wszystko, co wiąże się z popędliwością, skutkuje gonitwą myśli, a żeby te nie zabiły, to dobrze wziąć psalmy i recytować je na głos. Wtedy umysł podąża za tekstem. Psalmy mają zawsze wartość terapeutyczną, oczyszczającą. Odcinają nas od złego myślenia. Zostało jeszcze miłosierdzie, czyli dobroć, łagodność wobec ludzi. To pierwsza warstwa rad Ewagriusza.

Druga brzmi następująco: cnotami, które oczyszczają nierozumną i popędliwą część duszy, są męstwo i miłość. To ciekawe, bo często walka z grzechem kojarzy się nam z tym, żebyśmy mówili „nie”. Intuicja ojców jest inna. Nie chodzi o to, żeby mówić „nie”, ale o to, żeby budować cnotę, która jest przeciwstawna danej niecnocie. Jeśli masz problemy z popędliwością – gniewem, smutkiem, acedią – to wkładaj wysiłek, żeby dalej kochać ludzi, Boga, siebie, świat, swoje powołanie, żonę, dzieci, proboszcza, przeora, przełożoną… Odkładam to, jak ta miłość będzie wyglądała, bo to już druga sprawa, ale człowiek nie może zejść z drogi miłości. 

Cnota i męstwo to słowa, które dziś nie kojarzą się z miłością. 

To prawda. Może właśnie tutaj tkwi problem ze współczesnymi relacjami? Ewagriusz utożsamiał jedno z drugim. Żeby myśl ucieczki, dezercji odrzucić od siebie, trzeba mieć w sobie dużo miłości i męstwa, robić wiele, żeby właśnie w tym kierunku to szło. Po trzecie, praca, czyli wykonywanie swoich obowiązków. Demon acedii mówi: „Dezerteruj”! A ja mówię: „Nie”. Obowiązki takie czy inne wykonuję lepiej lub gorzej, tak jak potrafię, nawet jeśli robię to źle, to jednak nie zrezygnuję, przecież się nie poddam. Istnieje koncept, który nie pochodzi wprost od Ewagriusza, ale z jego tradycji. To prosta historia. 

Demon acedii mówi: „Dezerteruj”! A ja mówię: „Nie”. Obowiązki takie czy inne wykonuję lepiej lub gorzej, tak jak potrafię, nawet jeśli robię to źle, to jednak nie zrezygnuję, przecież się nie poddam.

Przychodzi brat do starca i mówi: „Co mam robić? Nie wykonuję żadnej rzeczy godnej mnicha. Moje myśli skaczą z tematu na temat, tylko jem, śpię i piję. Nie robię żadnego postępu”. Starzec odpowiada: „Wszystko to rób, co robisz, tylko z celi się nie oddalaj. Bo to małe, co robisz, i ta pokusa, którą przechodzisz, są jak walka naszego ojca Antoniego na pustyni [chodzi o św. Antoniego Wielkiego, mnicha – przyp. red.]. Jeżeli pozostaniesz wierny i będziesz w celi, znajdziesz się i ty w miejscu Antoniego”. 

Pokusa mówi, że wysiłek nie ma sensu, jest bez znaczenia. Człowiek powinien myśleć inaczej: „Jestem, kim jestem, wiem, co do mnie należy. Jak potrafię, tak robię”. Choć męstwo, wytrwałość, wykonywanie swoich obowiązków i pracy mogą wydawać się nudne lub mało pocieszające, w rzeczywistości są ważne. To właśnie one i wytrwanie na posterunku aż do końca są tym, co acedię leczy.

Pokusa mówi, że wysiłek nie ma sensu, jest bez znaczenia. Człowiek powinien myśleć inaczej: „Jestem, kim jestem, wiem, co do mnie należy. Jak potrafię, tak robię”. Choć męstwo, wytrwałość, wykonywanie swoich obowiązków i pracy mogą wydawać się nudne lub mało pocieszające, w rzeczywistości są ważne. To właśnie one i wytrwanie na posterunku aż do końca są tym, co acedię leczy.

Szymon Hiżycki OSB – polski benedyktyn, od 2015 r. opat klasztoru Benedyktynów w Tyńcu. Doktor teologii i specjalista z zakresu starożytnego monastycyzmu.

Łukasz Kożuchowski – Członek redakcji czasopisma idei „Pressje”. Doktorant historii na Uniwersytecie Warszawskim. 


Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę