video-jav.net

Rozmowa z pomysłodawcą Orszaku Trzech Króli

Święto Epifanii przypomina nam, że Bóg jest gotów przyjąć każdego, że On jest dla wszystkich, także tych, którzy starają się do niego dotrzeć rozumem, a nie wiarą. Tak, jak Trzej Królowie, którzy nie znali Objawienia. Oni są przedstawicielami świata pogańskiego, do którego Chrystus także kieruje swoje zaproszenie - mówi w rozmowie z KAI Piotr Giertych, przewodniczący rady Fundacji Orszak Trzech Króli i pomysłodawca ulicznych jasełek, które już po raz 10. odbywają się w Polsce i na świecie.

Polub nas na Facebooku!

Dorota Abdelmoula (KAI): W tym roku Orszak Trzech Króli wyrusza już po raz 10. Przypomnijmy, jak powstała idea tego wydarzenia, w które włączają się w tym roku aż 644 miejscowości w Polsce?

Piotr Giertych: W 2004 r. w zainicjowanej przez nas szkole dla chłopców „Żagle”, prowadzonej przez Stowarzyszenie „Sternik”, wyznaczyliśmy sobie ambitny cel: przygotujemy tradycyjne polskie jasełka, w których każdy z uczniów, który zechce wystąpić, otrzyma swoją rolę. Wraz ze wzrostem szkoły, gdy liczba uczniów przekroczyła 170, by móc wystawić te jasełka musieliśmy wynająć warszawski Teatr Buffo. Liczba miejsc na widowni okazała się niewystarczająca: chętnych było tak wielu, że wystawialiśmy nasze jasełka dwa razy.

Pamiętam, jak po spektaklu staliśmy na ulicy przed teatrem, zastanawiając się, co robić dalej – bo wiedzieliśmy, że ten projekt będzie się rozrastał. Byliśmy we trzech, Jerzy Stokłosa, dyrektor Teatru Buffo, Piotr Podgórski , dyrektor generalny Stowarzyszenia „Sternik”, i ja, który byłem wicedyrektorem szkoły „Żagle”. Wtedy rzuciłem hasło, żeby zrobić jasełka na ulicy.

Zapaliliśmy się do tego pomysłu i zaczęliśmy szukać kolejnych osób do udziału w projekcie i rok później zorganizowaliśmy uliczne jasełka już pod nazwą Orszak Trzech Króli. Wówczas wszystkimi rycerzami w orszakach byli uczniowie szkoły „Żagle”. Podobnie było w 2010 r., a gdy w 2011 r. Parlament zadecydował, że 6 stycznia będzie dniem wolnym od pracy, dołączyło do nas 17 szkół warszawskich, a także 5 kolejnych polskich miast. I tak lawina ruszyła.

W tej chwili każdego roku przybywa ok. 100 nowych orszaków. Tylko w porównaniu do ubiegłego roku przybyło ich 129. W sumie mamy ich w Polsce 644, dołączają się także inne kraje, głównie za sprawą Polonii, która tęskni za polskimi tradycjami i takim bożym przeżywaniem Świąt. Dlatego uliczne jasełka odbywają się m.in. w Niemczech, Anglii, w Rumunii, Austrii, we Włoszech, na Ukrainie, a także poza Europą, np. w Stanach Zjednoczonych, Ekwadorze, Republice Środkowoafrykańskiej, Rwandzie, czy Republice Demokratycznej Konga. Mamy też wstępne zgłoszenia z Kazachstanu, Turcji, Japonii, Ziemi Świętej – być może i tam się uda zorganizować orszaki w przyszłości.

 

KAI: Poszczególnym orszakom towarzyszy wiele atrakcji, wśród których zarówno dzieci, jak i dorośli odnajdują „coś dla siebie”. A co według Pana jest najcenniejszym elementem tych ulicznych jasełek?

– Ja zawsze podkreślam, że w centrum orszaku jest Jezus Chrystus. Idziemy do szopki, by pokłonić się Królowi. Śpiewamy kolędy i przyznajemy się do tego, że Jezus jest dla nas ważny. Poza tym, od samego początku nasz orszak jest otwarty dla wszystkich: zapraszamy każdego, by pokłonił się Jezusowi i śpiewał z nami kolędy – tak, jak śpiewa się je w wielu polskich domach, nawet w rodzinach oddalonych wiary.

Orszak, to zaproszenie także dla niepraktykujących, by doświadczyli ciepła betlejemskiej Stajenki – otwartej dla każdego. Tym bardziej, że święto Epifanii przypomina nam, że Bóg jest gotów przyjąć każdego, że On jest dla wszystkich, także tych, którzy starają się do niego dotrzeć rozumem, a nie wiarą. Tak, jak Trzej Królowie, którzy nie znali Objawienia. Oni studiowali przyrodę, kosmos i doszli do wniosku, że wydarzyło się coś wyjątkowego: narodziny króla, któremu należy się pokłonić. Są przedstawicielami świata pogańskiego, do którego Chrystus także kieruje swoje zaproszenie!

 

KAI: Hasłem tegorocznego Orszaku Trzech Króli są słowa „Bóg jest dla wszystkich”. Do czego one nas zapraszają?

– Chcemy podkreślić otwarcie się na ludzi spoza kręgu osób wierzących. To wyjście naprzeciw osób wątpiących, słabo wierzących i poszukujących Boga na różne sposoby. Bo Jezus Chrystus ma dla nich zaproszenie.

 

KAI: W Orszaku Trzech Króli udało się Państwu połączyć to głębokie i poważne przesłanie, z atmosferą radosnego świętowania, która przyciąga dzieci, a wraz z nimi: rodziców.

– Te jasełka powstały jako wspólna inicjatywa rodziców i dzieci. W naszej szkole wszyscy byli zaangażowani, aktorami byli i rodzice i dzieci. Mali aktorzy, którzy grali rycerzy i dwórki urośli nam przez te 10 lat. Dziś wielu z nich widzimy na scenach orszakowych już w poważniejszych rolach. To rzeczywiście rodzinna impreza, która jednoczy wszystkich.

Poza tym, każdy kto przychodzi na orszak staje się aktorem, a nie tylko widzem: dostaje koronę, śpiewnik i staje się królem, który wędruje do Prawdziwego Króla, by przed Nim się pokłonić.

 

KAI: Czy wśród tak wielu orszaków, które na przestrzeni lat przeszły przez Polskę jest taki, który Wam, organizatorom, najbardziej zapadł w pamięć?

– Mógłbym opowiedzieć wiele historii, bo orszaki różnią się od siebie: są nacechowane lokalnymi zwyczajami, np. w Zakopanem uczestniczą w nich górale w tradycyjnych strojach, z kolei w Bełchatowie górnicy w mundurach itd. Rok temu chwyciła nas za serce historia Koła Gospodyń Wiejskich z Obidzy na Sądecczyźnie. Pani, która organizowała tam Orszak, musiała wybrać się w podróż do miasta, specjalnie po to, by się z nami skontaktować, ponieważ w ich miejscowości nie ma internetu, ani telefonii komórkowej! W tym roku orszak odbędzie się tam po raz drugi.

Bardzo nam miło, kiedy widzimy, jak kolejne miejscowości się dołączają, wykorzystując lokalne piękno!

 

KAI: Orszak Trzech Króli pozwala też dotrzeć do wielu zapomnianych zwyczajów bożonarodzeniowych i pastorałek, których od lat się nie śpiewa. Która z tych odkrywanych na nowo tradycji jest Panu najbliższa?

– Takim odkryciem jest dla mnie śląski obrzęd „kołysania Dzieciątka”. Ponoć w XVII w. było powszechną tradycją, że kobiety zbierały się razem w domach, by śpiewać kolędy, które są kołysankami. Brały przy tym lalkę, lub żywe dzieciątko, jeśli było w rodzinie, śpiewały mu i podawały je sobie kolejno z wielką czułością. Do dziś przetrwały opisy tego obrzędu, który przypominany jest podczas orszaku na śląsku. To bardzo mocno podkreśla przepiękną rolę kobiet, jaką jest macierzyństwo.

Ponadto w tym roku z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, w naszym śpiewniku umieściliśmy historię powstania poszczególnych kolęd, opracowane przez historyka sztuki, Jacka Kowalskiego. Kolędy te ułożyliśmy chronologicznie – poza otwierającą śpiewnik kolędą „Bóg się rodzi”. W Warszawie, w ramach tych obchodów, chcemy do tej kolędy zatańczyć poloneza – śpiewając 5 tradycyjnych zwrotek oraz trzy, wybrane spośród ponad stu propozycji, nadesłanych do nas w ramach konkursu na kolejne strofy tej pieśni.

 

KAI: Oprócz dbania o tradycje, Fundacja Orszak Trzech Króli odpowiada też na bieżące potrzeby Kościoła – m.in. poprzez organizowane przy okazji kolejnych orszaków kwesty na rzecz potrzebujących. W tym roku ofiary pomogą mieszkańcom Ukrainy. Skąd taki wybór?

– Główną naszą działalnością charytatywną jest pomoc, jakiej fundacja udziela wszystkim orszakom w Polsce. Do nich wszystkich wysyłamy śpiewniki, korony, sztandary, nalepki, gazetki, ubezpieczamy ich, szkolimy, tworzymy bazę wiedzy. Wspieramy też orszaki zagraniczne.

Z kolei zbiórka pieniędzy, którą organizujemy przy okazji orszaku, za każdym razem ma inny temat. Wspieraliśmy m.in. Fundację Dzieło Nowego Tysiąclecia, uczestników Światowych Dni Młodzieży, a w tym roku zbieramy dla placówek edukacyjnych, np. ochronek na Ukrainie i na Litwie oraz jednej placówki w Polsce, gdzie przyjmowani są mieszkańcy tych krajów.

Hasło tegorocznej zbiórki brzmi: „Mędrcy dla Wschodu”. W związku z tym, że w Polsce jest wiele osób z Ukrainy, że na Ukrainie stworzyliśmy cztery orszaki, wraz ze śpiewnikami po ukraińsku – pomyśleliśmy, że musimy pokazać, że i Stajenka i Polska są otwarte dla osób ze Wschodu.

 

KAI: A jakie są dziś marzenia organizatorów Orszaku Trzech Króli, który z kameralnych jasełek w warszawskim teatrze przerodził się w jedną z najbardziej rozpoznawanych współczesnych tradycji bożonarodzeniowych?

– Marzymy o stworzeniu Orszaku Trzech Króli w Betlejem – tam, gdzie przeszedł ten pierwszy orszak. A także w Azji, skąd pochodził jeden z mędrców, a gdzie wciąż brakuje nam orszaków. Chcielibyśmy też rozwijać działalność kulturalną naszej fundacji, która stara się wpływać na kulturę i tworzyć ją wśród rodziców, nauczycieli i dzieci w Polsce.


(KAI) Dorota Abdelmoula / Warszawa

“Nie jest łatwo być chrześcijaninem w Bangladeszu” [WYWIAD]

"Bycie chrześcijaninem w takim kraju jak Bangladesz nie jest łatwe: oznacza skazanie na różnorodne formy dyskryminacji" - podkreśla ks. Paweł Kociołek, salezjanin, misjonarz prowadzący placówkę misyjną w Joypurhat w Bangladeszu. W rozmowie z KAI polski misjonarz mówi m. in. o przygotowaniach do wizyty apostolskiej papieża Franciszka, która odbędzie się w dniach 30 listopada - 2 grudnia, specyfice kraju, sytuacji chrześcijan oraz Kościele katolickim.

Polub nas na Facebooku!

Krzysztof Tomasik (KAI): Do jakiego Bangladeszu przyjeżdża papież Franciszek?

Ks. Paweł Kociołek: Aby dobrze zrozumieć znaczenie wizyty Ojca Świętego w Bangladeszu, trzeba znać kontekst, w jakim żyją tu chrześcijanie. W minionych latach dochodziło do ostrych prześladowań mniejszości religijnych, w tym wyznawców Chrystusa. Choć obecny rząd jest wyczulony na wszelakiego rodzaju próby wykluczeń społecznych i czasami interweniuje w obronie pokrzywdzonych, to trzeba jasno powiedzieć, że prawo to jedno, a życie to drugie i kieruje się swoimi zasadami. Bycie chrześcijaninem w takim kraju jak Bangladesz nie jest łatwe: oznacza skazanie na różnorodne formy dyskryminacji.

Dzięki Bogu obecnie nie jesteśmy przedmiotem krwawych prześladowań, ale praktycznie wszędzie: w pracy, szkole, urzędzie, restauracji chrześcijanin jest traktowany jako druga albo nawet trzecia kategoria człowieka. Dla wielu to bardzo męczące i niezwykle upokarzające. Chrześcijanie często zadają sobie pytania: dlaczego tyle lat nie mogę dostać pracy, czemu w szkole, szczególnie gdy w klasie jest dwóch, trzech uczniów chrześcijan, nauczyciel stale podkreśla wyższość islamu nad chrześcijaństwem? Dlaczego w restauracji posiłek podawany jest „dla swoich” w specjalnie, tylko dla nich, odłożonych miskach?

 

Jak w tej sytuacji wyglądają przygotowania do papieskiej wizyty?

– Wizyta papieża, która będzie przebiegać pod hasłem „Zgoda i pokój”, przede wszystkim umocni tych, którzy wątpią, doda sił tym, którzy czują się przytłoczeni, i zachęci wszystkich chrześcijan do jedności, do bycia świadkiem Jezusa nawet w tak niesprzyjających warunkach. Chrześcijanie bardzo się z niej cieszą. I dobrze pamiętają pielgrzymkę Jana Pawła II z 1986 r. Ze względu na ubóstwo wielu z nich nie będzie w stanie przyjechać do stolicy Bangladeszu Dhaki i osobiście uczestniczyć w spotkaniach z Franciszkiem, ale dużo mówi się o wizycie w środowiskach chrześcijańskich. Z tej okazji we wszystkich kościołach odmawiana jest codziennie specjalna modlitwa za papieża, Bangladesz i dobre owoce pielgrzymki.

 

Czy papieska wizyta obecna jest w bengalskich mediach?

– Na co dzień media, które prawie w 100 proc. należą do muzułmanów, nie mówią wiele o chrześcijaństwie. Jest to raczej temat, którego się nie porusza. Obecnie, tuż przed wizytą Ojca Świętego, sporadycznie pojawiają się w gazetach wzmianki o wizycie papieża. Telewizja państwowa raczej przemilcza ten temat. Natomiast osoba Franciszka pojawia się w mediach społecznościowych w kontekście uchodźców z ludu Rohindża, brutalnie wypędzonych z sąsiedniej Mjanmy. Na terenie Bangladeszu jest ich obecnie ok. 600 tys. Pamięta się słowa papieża, którymi nieraz wsparł prześladowanych Rohindżów. Nieoficjalnie się mówi, że żaden z liderów muzułmańskich nie stanął w ich obronie, tak jak to zrobił zwierzchnik największego Kościoła chrześcijańskiego.

 

W czym tkwi specyfika Bangladeszu?

– Bangladesz to jeden z najbardziej zaludnionych krajów świata, słabo rozwinięty gospodarczo i co się z tym wiąże – o bardzo wysokim poziomie ubóstwa. 80 proc. mieszkańców mieszka na wsiach i trudni się rolnictwem. Główną uprawą jest ryż, dlatego też dominującą część krajobrazu stanowią pola ryżowe. Bangladesz to niewielki kraj. Jego powierzchnia wynosi 144 tys. km kw., czyli mniej niż połowa Polski. A zamieszkuje go prawie 170 mln ludzi.

 

Jakie największe wyzwania stoją dziś przed Bangladeszem?

– Obok przeludnienia i ubóstwa boryka się on z wieloma problemami, które dotykają całe społeczeństwo, a są nimi: praca dzieci i nieletnich, prostytucja, duża przestępczość, analfabetyzm, wyzysk pracowników, niesprawiedliwość społeczna. Często dochodzi do strajków, które paraliżują cały kraj. Innym problemem są bardzo obfite deszcze, jedne z największych w świecie, które co roku nawiedzają Bangladesz. Największa liczba opadów połączonych z cyklonami występuje w okresie monsunowym pomiędzy czerwcem a wrześniem. Wtedy dochodzi do ogromnych powodzi i zniszczeń.

 

Jak scharakteryzowałby Ksiądz Kościół katolicki w Bangladeszu? Kim są katolicy, skąd się wywodzą?

– Kościół jest podzielony na osiem diecezji z 400 tys. wiernych. Chrześcijanie to w absolutnej większości biedni ludzie, żyjący przede wszystkim w wioskach i wywodzący się w 60 proc. z wielu grup etnicznych zamieszkujących różne tereny kraju, m.in. z ludów Garo, Shantal, Mohali i Oraun. Można powiedzieć, że życie wcale ich nie rozpieszcza, a w chrześcijaństwie i Kościele znajdują wsparcie i różnorodną pomoc.

 

Jak są traktowani chrześcijanie na co dzień przez muzułmańskie w większości społeczeństwo?

– Mimo że wspólnota chrześcijan jest bardzo mała, to większość społeczeństwa postrzega ją bardzo pozytywnie. Kościół katolicki prowadzi wiele szkół. Praktycznie przy każdej misji jest placówka edukacyjna. Warto zaznaczyć, że najlepsza szkoła w Bangladeszu jest prowadzona przez księży z założonego w XIX w. przez o. Basile-Antoine Moreau we Francji Zgromadzenia Świętego Krzyża. Kościół prowadzi także wiele szpitali i przychodni zdrowia, w których każdy bez względu na wyznanie znajdzie pomoc. Katolicy są znani i kojarzeni z pomocą charytatywną najbardziej potrzebującym. Jeśli ktoś zada pytanie pierwszemu spotkanemu człowiekowi na ulicy – a zapewne będzie to muzułmanin – z czym kojarzy mu się chrześcijaństwo, to na pewno odpowie, że z dobrymi szkołami i szpitalami. Arcybiskup Dhaki kard. Patrick D’Rozario zwykle mówi, że „Kościół w Bangladeszu jest solą dla naszego narodu. To mała ilość, ale w misce ryżu wystarczy jej szczypta, aby nadać potrawie odpowiedni smak”. Warto zaznaczyć, że oprócz katolików jest wiele różnych mniejszych lub większych Kościołów protestanckich, z którymi nasze relacje są raczej pozytywne.

 

Wcześniej mówił ksiądz o dyskryminacji bengalskich chrześcijan…

– Raz jeszcze podkreślę, Bangladesz to kraj, w którym w ciągu ostatniej dekady sytuacja chrześcijan dramatycznie się pogorszyła. Będący religią państwową islam coraz bardziej się radykalizuje. Jest to zauważalne także przed wizytą papieża. Co prawda wielu ludzi cieszy się z tej wizyty, ale są to głównie chrześcijanie, którzy oczekują wsparcia i pocieszenia. Duża część muzułmanów nie jest zadowolona, pojawia się nawet pytanie: „Po co on tu przyjeżdża?”. Systematycznie narasta islamski fundamentalizm, któremu władze nie są w stanie stawić czoła albo zwyczajnie nie chcą. Arabia Saudyjska zapowiedziała właśnie sfinansowanie w Bangladeszu budowy 560 meczetów. Przeznaczy na to ponad miliard dolarów. Powstaną przy nich sale do nauki, biblioteki i ośrodki kulturalne, by jak mówią ofiarodawcy, upowszechnić prawdziwą znajomość islamu. Problem w tym, że będą promować islam w najbardziej radykalnej postaci wahhabizmu. Pieniądze znad Zatoki Perskiej finansują masowy rozwój szkół koranicznych, a ci, co znają temat, wiedzą, że nie wróży to nic dobrego.

 

Dlaczego wybrał Ksiądz Bangladesz?

– W naszym zgromadzeniu salezjańskim raczej nie wybieramy sobie miejsca pracy i posługi. Każdy, kto wybiera się na misje, oddaje się do dyspozycji przełożonemu i to on, znając potrzeby i sytuację na świecie, posyła misjonarzy w różne miejsca, i tak też było ze mną. Przełożony uznał, że Bangladesz będzie najlepszym miejscem dla mnie i pracuję tu od 2010 r., praktycznie od początku działalności salezjańskiej misji.

 

Na czym polega Wasza praca? Czym możecie się pochwalić?

– Salezjanie w Bangladeszu są obecni od 2009 r. W ciągu ośmiu lat otworzyliśmy trzy misje: w Utrail, Lokhikul i niedawno w Joypurhat. Wszędzie, gdzie jesteśmy, stawiamy przede wszystkim na edukację, widząc w niej „klucz”, który otwiera młodzieży drzwi do lepszego jutra. Nasza misja jest bardzo młoda. Gdy przybyliśmy do Bangladeszu, wszystko trzeba było organizować od zera. Na przykład w Utrail mieszkaliśmy w jednej z sal starego, prawie całkowicie zniszczonego budynku szkoły. W tym niewielkim pomieszczeniu mieliśmy wszystko i robiliśmy wszystko. W Lokhikul po dotarciu na miejsce nie było żadnego budynku oprócz obory, więc trzeba było kilka miesięcy mieszkać „z krowami”, a w Joypurhat pierwszy rok mieszkałem w zakrystii kościoła.

 

Ksiądz pracuje na misji w Joypurhat…

– Tak, w założonej trzy lata temu placówce misyjnej. Prowadzimy tam w niewielkim budynku przerobionym ze starego magazynu internat dla uczniów. Mieszka w nim obecnie dziewięciu chłopców w wieku 16- 19 lat. Prowadzimy dożywianie. Codziennie 50 osób, w większości dzieci, ale także parę samotnych starszych otrzymuje obiad. Prowadzimy popołudniową bezpłatną szkołę dla najbardziej zaniedbanych dzieci, głównie z pobliskich slumsów. Niestety lekcje odbywają się pod gołym niebem, ponieważ nie mamy żadnego budynku. Działa oratorium dla 200 dzieci. Zajęcia odbywają się w każdy piątek.

 

Jak wygląda codzienna ewangelizacja?

– Odbywa się głównie przez odwiedzanie wiosek zamieszkiwanych przez różne plemiona. Są to ludzie bardzo ubodzy, opuszczeni i zostawieni samym sobie. Często proszą nas o pomoc medyczną, zakup lekarstw, wsparcie dla uczących się dzieci, a czasem nawet o pomoc w naprawie rozlatującego się domu. W ramach ewangelizacji wybudowaliśmy także kilka kaplic w oddalonych od misji wioskach.

Cały czas rozbudowujemy infrastrukturę misji. Swoją działalność rozpoczęliśmy od zakupu gruntów. Teren ogrodziliśmy murem, a następnie przerobiliśmy stary magazyn na internat i wybudowaliśmy kościół. Jest to jedyna katolicka świątynia w całym regionie. Wybudowaliśmy też niewielki dom dla posługujących tu salezjanów. Obecnie jest ze mną kleryk (pierwsze nasze lokalne powołanie do kapłaństwa), który odbywa praktykę. W planach mamy budowę centrum młodzieżowego im. św. Jana Pawła II, w którym mają być internat, szkoła i dom zakonny. Finansowania dużej części tego projektu podjął się Salezjański Wolontariat Misyjny „Młodzi Światu” w porozumieniu z Krakowską Inspektorią Salezjanów.

 

W czym zatem i jak najlepiej Kościół w Polsce powinien wspierać katolików w Bangladeszu?

– Pomoc może być różnoraka. Przede wszystkim pomagajmy modlitwą za misjonarzy, misjonarki i tutejszych chrześcijan, którzy żyją w niełatwej dla nich rzeczywistości i jako chrześcijanie doświadczają różnorakich form dyskryminacji.

Niezwykle ważna jest oczywiście pomoc finansowa. Kościół w Bangladeszu bez pomocy z zewnątrz nie jest w stanie funkcjonować i służyć bliźniemu. W parafii w której pracuję niedzielna ofiara na tacę, która jest jedynym jej dochodem, wynosi około 300 taka to jest 2,5 euro. Za taką sumę można kupić 5 kilogramów ryżu. Przypomnę raz jeszcze budujemy i prowadzimy szkoły, finansujemy edukację najuboższym, dożywiamy ich, zajmujemy się pomocą medyczną, na to wszystko potrzebne są środki materialne. Każde wsparcie jakiegokolwiek projektu to wsparcie dla tutejszych chrześcijan i za to już z góry dziękujemy.


Ks. Paweł Kociołek, salezjanin urodził się w 1975 r. Pochodzi z Koniuszowej k. Nowego Sącza, parafii św. Marcina w Mogilnie. Do salezjańskiego nowicjatu wstąpił w 1998 r. Święcenia kapłańskie przyjął w 2007. Pracował w Świętochłowicach w salezjańskim liceum ogólnokształcącym jako nauczyciel katechezy i wychowawca. Ponadto był duszpasterzem młodzieży a wolnym czasie zajmował się wolontariatem misyjnym i pomocą misjonarzom. Na misje do Bangladeszu wyjechał w 2009 r. Obecnie prowadzi placówkę misyjną w Joypurhat.

Rozmawiał Krzysztof Tomasik (KAI)