Fot. helenakmiec.pl

„Mogłaby zostać świętą od chcenia”. Od śmierci Helenki Kmieć mija 5 lat

"Myślę, że mogłaby zostać świętą od chcenia. Moglibyśmy się wtedy modlić za jej wstawiennictwem, żeby nam się chciało tak, jak nam się nie chce, bo jej się zawsze chciało" - mówi Monika Kostka, która w trakcie studiów mieszkała z Helenką w jednym pokoju.

Reklama

Czekałaś na jej powrót do Polski?

Monika Kostka:
Tak. Jej śmierć przyszła nagle, w dalekiej Boliwii. To była dla mnie tak odległa perspektywa, że aż nierealna, niemożliwa do przyjęcia. Helenka obiecała nam, że po powrocie odwiedzi nas w nowym mieszkaniu. Gdyby wróciła, pewnie wspólnie z nami śpiewałaby w lipcu na ślubie naszych przyjaciół ze scholi. Zaczęłam mocno za nią tęsknić od chwili, gdy usłyszałam, co się stało.

W jaki sposób się do niej zwracasz? Modlisz się w jej intencji?

Modlę się w jej intencji. A zwracam się tak po prostu, jak zwracałam się, kiedy była obok. Bywa, że zastanawiam się, jak by postąpiła w danej sytuacji. I odpowiedź jest prosta – z miłością i w miłości do drugiego człowieka. Helenkę cechowała czystość intencji i pokora. Ona szczerze chciała dobrze dla drugiego człowieka, co mi bardzo ułatwia zadanie, gdy zadaję sobie takie pytania.

W jakich okolicznościach dotarła do Ciebie informacja o jej śmierci?

Pierwszą wiadomość otrzymałam wieczorem od Michała Szuścika. Pamiętam, że będąc w szoku, aż wykrzyczałam tę informację. Kolejna wiadomość, ze słowami wsparcia, przyszła od Magdy Kaczor. Pamiętam to ogromne niedowierzanie i szok. I myśl: „To nie mogło się stać”…

Reklama
Reklama

Nie dowierzałaś tym informacjom, ale one się potwierdzały w kolejnych wiadomościach.

Jeszcze tego samego wieczoru otrzymaliśmy – dotyczy to zamkniętej grupy wolontariuszy – na Facebooku informacje od duszpasterzy WMS-u. Oficjalne informacje w mediach zaczęły ukazywać się od następnego dnia. We mnie było ciągłe niedowierzanie i takie pragnienie, żeby to był tylko zły sen, z którego zaraz się wybudzę. Być może zabrzmi to dziwnie, ale dla mnie informacja o śmierci Helenki wiarygodności nabrała dopiero po oficjalnym potwierdzeniu przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Pierwsze myśli, uczucia?

Niedowierzanie. Staranie, aby nic nie czuć. Uciekłam w działania, angażowałam się w sprawy związane z Helenką i wolontariatem. Czułam wielką złość wobec jej mordercy. Potrzebowałam trochę czasu, aby zacząć się za niego modlić, o jego nawrócenie i dla mnie o łaskę przebaczenia. To wszystko przeplatało się z ogromnym smutkiem, którego nie potrafię ubrać w jakiekolwiek słowa.

Czułam wielką złość wobec jej mordercy. Potrzebowałam trochę czasu, aby zacząć się za niego modlić, o jego nawrócenie i dla mnie o łaskę przebaczenia. To wszystko przeplatało się z ogromnym smutkiem, którego nie potrafię ubrać w jakiekolwiek słowa.

Reklama
Reklama

Po śmierci Heleny w mediach pojawiało się wiele informacji o jej aktywności na różnych polach. Dowiedziałaś się czegoś nowego o niej?

O wielu jej zaangażowaniach wiedziałam, aczkolwiek nie wiedziałam do końca o skali tych działań. Przykładem są Światowe Dni Młodzieży. Wiedziałam, że koordynuje działania w rodzinnej parafii. Czułam, że pewnie na niej spoczywa duży ciężar odpowiedzialności, ale ona zawsze stwierdzała skromnie: „To przecież nic takiego”. Taka właśnie była – robiła tyle rzeczy, a wieści o tym docierały do nas po fakcie. Przyznam, że znajomość różnych informacji o Helence wynikała z tego, że byłam trochę wścibska… Na początku naszego wspólnego mieszkania, podczas rozmów,
niektóre historie po prostu z niej wyciągałam, dopytywałam o wiele rzeczy… Z niej ciężko było cokolwiek wyciągnąć, zwłaszcza gdy miała coś dobrego powiedzieć o sobie. Helenka była bardzo skromną dziewczyną. Nie czuła potrzeby, by się chwalić.

W jakich okolicznościach razem zamieszkałyście?

Z Helenką poznałyśmy się w Duszpasterstwie Akademickim „Albertinum”, na moim pierwszym roku studiów magisterskich. Razem działałyśmy w Katolickim Związku Akademickim. Helenka zaciągnęła mnie także do scholi, której była założycielką, bo raz jej wspomniałam, że może bym pośpiewała…To był mój ostatni semestr studiów. Mieszkałam wtedy w akademiku. Na Lutyckiej zwolnił się pokój. Ona spytała niezobowiązująco, czy nie zamieszkałybyśmy razem. To był największy pokój w tym mieszkaniu. Gdy go zobaczyłam, powiedziałam: „Helena, zapomnij”. Ze względu na charakter moich studiów i mojej pracy dyplomowej potrzebowałam miejsca na komputer, duże biurko i sporo przestrzeni. A do tego jestem dość pedantyczna i zależy mi, by otoczenie, w którym żyję, było ładne…

Ktoś powiedział o tym mieszkaniu: „nora”…

To była taka norka. Gdy rano wychodziło się z pokoju, nie trzeba było pić kawy – podłoga w przedpokoju była tak zimna, że ochota na sen sama odchodziła. Było też kilka innych dokuczliwych elementów, które z perspektywy czasu jednak wspominam z uśmiechem.

Reklama

To co Cię skłoniło, żeby jednak tam zamieszkać?

Myślę, że przyjaźń z Helenką i ludzie, dla których Lutycka była także miejscem spotkań. Nie oddałabym tego czasu. Nie mieszkałyśmy razem długo, bo to był dosłownie semestr – od lutego do czerwca. Helena była wtedy dla mnie bardzo wyrozumiała. Dość intensywnie pracowałam nad dyplomem, także w nocy – Helena często musiała zasypiać przy zapalonej lampce. Nigdy nie usłyszałam ani nie odczułam jakiegokolwiek wyrzutu z jej strony.

Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, że jak ona zostanie ogłoszona błogosławioną, to Ty będziesz pewnie jedną z niewielu osób, które mieszkały z błogosławioną w jednym pokoju?

Przyznam, że nie myślałam o tym wcześniej.

Czy w tym wspólnym mieszkaniu było coś, co zahaczało o jakąś niezwykłość?

To nasze wspólne mieszkanie było niezwykle zwykłe. Było dobre. Ja w ogóle lubiłam z nią przebywać. Helenka między zajęciami przybiegała na chwilę do mieszkania i odrywała mnie od projektu. Piłyśmy herbatę bądź jadłyśmy zupę i biegła na kolejne wykłady. Kursowała między uczelnią a szkołą muzyczną, kursem językowym… Wieczorami, kiedy byłyśmy razem w mieszkaniu, było dużo śmiechu, ale i rozmowy. O naszych doświadczeniach, uczuciach, także problemach. Mogłyśmy rozmawiać na różne tematy. Były wspólne Eucharystie, ale i wspólny kurs salsy. W niedzielne popołudnia, przed próbami śpiewu scholi Helenka czesała moje włosy. Ona była ciekawa mnie i mojego życia.

Obserwując ją, widziałam, że żyła intensywnie i bardzo się z tego cieszyła. Nie narzekała. Mogłam na niej polegać.

Obserwując ją, widziałam, że żyła intensywnie i bardzo się z tego cieszyła. Nie narzekała. Mogłam na niej polegać. Przy wspólnych działaniach czułam się bezpiecznie, bo wiedziałam, że jeżeli do czegoś Helena się zobowiąże, zrobi to najlepiej, jak potrafi. Była bardzo pracowita.

Gdy kończyła szkołę muzyczną, po jej występie dyplomowym spotkaliśmy się wszyscy na Lutyckiej. Przyszło wiele osób. Nie wiem, jak myśmy się tam pomieścili… Każdy skrawek podłogi był zajęty… Gdy robiliśmy zdjęcie, Helenka wylądowała na szafie!

Widzieliśmy to zdjęcie.

Ona przyciągała ludzi do siebie. A owo wydarzenie tylko to potwierdzało. Jej się chciało i zarażała tym innych ludzi, także mnie. Nie przez słowa, ale poprzez to, jak żyła.

Wspominałaś o tym, że jako współlokatorka mogłaś nie być łatwa, bo na przykład jesteś pedantyczna. A czy w zachowaniu Heleny coś mogło przeszkadzać?

Czy mi przeszkadzało coś w jej zachowaniu…? Nie, nie przypominam sobie nic takiego.

Mieszkając w jednym pokoju, nie miałyście sytuacji konfliktowych, jakiegoś cichego dnia?

Bywały trudniejsze chwile, ale to jest akurat normalne w relacjach. Każda z nas doświadczała zmęczenia i trudności. Choć to raczej Helenka mi ustępowała. Robiła miejsce. Czasami byłam zazdrosna, z jaką łatwością np. zdawała egzaminy, choć jak sama wcześniej twierdziła, obawiała się, że nie pójdzie jej dobrze.

Ona faktycznie nie wierzyła w to, że pójdzie jej tak dobrze, czy to był rodzaj takiej studenckiej kokieterii?

To nie była kokieteria. Ona miała w sobie dużo pokory i pragnienie, aby robić wszystko jak najlepiej. Myślę, że to powodowało jej obawy. Przykład może prozaiczny i dotyczący innych umiejętności – zdarzało się, że zaraz po uczesaniu moich włosów rozplątywała je, bo było trochę… krzywo.

Jak myślisz, jaką powinni poznać ją ludzie, którzy w ogóle jej nie znali? Co w jej życiu było najważniejsze?

Znałam jedną Helenkę – ona nikogo nie udawała, zawsze była sobą. Chciałabym, żeby ludzie, którzy będą ją poznawać, mieli świadomość, jak ważna jest jej autentyczność. I normalność. Radość z życia. Obserwując jej życie, myślę, że najważniejsza była dla niej relacja z Bogiem i drugim człowiekiem. Bycie tu i teraz dla drugiego człowieka. Prawda. Miłość.

Chciałabym, żeby ludzie, którzy będą ją poznawać, mieli świadomość, jak ważna jest jej autentyczność. I normalność. Radość z życia.

W czym można ją naśladować? Do czego może inspirować?

Do życia w pełni. Do bycia w relacji z Bogiem i innymi ludźmi, we wspólnocie. To, w ilu grupach i kręgach się pojawiała, ilu ludzi spotkała i z iloma nawiązała relację, może świadczyć o tym, że potrafiła przyciągać i być z innymi. Helena pokazywała, jak w relacji nie być nachalną, ale być świadomie, prawdziwie i w wolności. Czyli może nas inspirować do bycia w relacji.

Może nas inspirować do życia sakramentami, do dbałości o życie w łasce uświęcającej. Dla mnie to była bardzo ważna lekcja. Do stawania w prawdzie i dbania o prawdę w swoim życiu. Ona wiedziała, kto jest w jej życiu najważniejszy i jaki jest cel jej życia.

Myślę, że może nas inspirować także do bycia sobą. Do odkrywania tego, co Bóg złożył konkretnie w nas. Jak nas pięknie i na naszą miarę uposażył. Ona ciągle odkrywała coś nowego i wiedziała, co z tym zrobić – oddawała to światu. Ona nam zostawiła pokaźny pakiet inspiracji w prezencie!

I myślę, że mogłaby zostać świętą od chcenia. Moglibyśmy się wtedy modlić za jej wstawiennictwem, żeby nam się chciało tak, jak nam się nie chce, bo jej się zawsze chciało! I tak na koniec chciałabym dodać, że przez jej śmierć doświadczyłam realności nieba, bo nie wyobrażam sobie innego miejsca dla niej.

Trzebnica – Gliwice, październik 2017


Tekst jest fragmentem wywiadu przeprowadzonego przez Ewelinę Gładysz i Przemysława Radzyńskiego, który pochodzi z książki „Helena. Misja możliwa”.

Książkę można zakupić jako cegiełkę (TUTAJ) wspierającą program stypendialny Fundacji dla najbardziej potrzebujących dzieci w Boliwii, Zambii, Meksyku i Tanzanii. Całość przekazanej kwoty trafia właśnie do nich.

Sprzedaż cegiełek prowadzi istniejąca od czerwca 2017 roku Fundacja im. Heleny Kmieć, która zajmuje się m.in. promocją osoby i charyzmatu śp. Heleny Kmieć, wsparciem szkół oraz dzieci i młodzieży w krajach misyjnych, krzewieniem idei misji. Więcej o Fundacji można przeczytać na stronie internetowej.


Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę