ROZMOWY

Lekarstwem jest miłość

O sile miłości, sposobach rozwiązywania kryzysów, towarzyszeniu młodym w wychodzeniu z uzależnień i trudnych sytuacji życiowych, z s. Jolantą Glapką, założycielką fundacji „Pasja Życia”, rozmawia Paweł Kęska.

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Paweł Kęska: Jaką siostra ma w życiu największą pasję?

S. Jolanta Glapka: Chyba największą pasją jest ta, którą mi dał Pan Bóg – miłość Boga i chęci służenia Mu w ludziach. Przez dwadzieścia prawie lat pracowałam z młodymi ludźmi uzależnionymi od narkotyków, od alkoholu, i z innymi uzależnieniami. Bardzo trudne było dla mnie to, że oni tak szybko do tych uzależnień wracali. Wiadomo, nałogi są chorobą i to śmiertelną, nieuleczalną, więc te nawroty bardzo mnie męczyły. Dużo trudu, roczna terapia, a tydzień później, kiedy ma się tyle nadziei, oni dzwonią i już są naćpani…

 

Bezsilność…

Tak. Szkoda ich, są tak wrażliwi, obdarowani przez Boga, a tak po prostu marnują życie.

 

 

W uzależnieniu się może być coś pozytywnego?

W jakim sensie…?

 

W takim, że człowiek musi absolutnie coś ze sobą zrobić i nie ma wiele czasu, bo droga jest albo w górę albo w dół.

No w tym sensie tak, musi dotknąć dna i wtedy może zacząć się leczyć. Nie przyjdzie po pomoc, jeśli mu to nie doskwiera. Przeważnie ludzie przychodzą do nas, kiedy są odsuwani od rodzin bo rodziny nie wytrzymują. Rodzice zamykają drzwi przed dziećmi, żeby poszły się leczyć albo małżonkowie się rozwodzą. Często młodzi mają już poważne konflikty z prawem bo przekraczają społeczne normy. Czasem trafiają do więzień. Szansa leczenia jest czasem ostatnią alternatywą.

 

Kiedy człowiek przychodzi po pomoc i przekracza próg, to co się z nim dalej dzieje?

My mamy pewne procedury, przyjmujemy ludzi trzeźwych, więc sprawdzamy jaki jest jego stan. Gdyby test wykazał, że jednak  mają w sobie ślad narkotyków, to niestety nie możemy go przyjąć…

 

Brutalne

Żeby zacząć pracę trzeba podjąć decyzję świadomie…

 

I co potem?

Potem mamy roczny program złożony z czterech etapów, na każdym podpisujemy taki kontrakt – czyli umowę, której przestrzegamy.

 

Co to za etapy?

Pierwszy etap trwa miesiąc – w tym czasie pacjent się wdraża w życie we wspólnocie, poznaje ludzi, przyjmuje regulamin, akceptuje zasady pobytu. Wtedy też pierwszy raz mówi swój życiorys. Drugi etap trwa od drugiego do szóstego miesiąca. To czas zdobywania umiejętności, dbania o proste rzeczy, takie jak podlewanie kwiatów, czas stopniowego zdobywania zaufania u ludzi i u samego siebie. Trzeci etap trwa od szóstego do dziewiątego miesiąca. To już zaliczenie dużej funkcji, takiej jak na przykład dbanie o dom, gotowanie, inne zajęcia. To poznawanie siebie w grupie, pogłębiona nauka relacji. To też opowieść o rodzinie i pogłębiony życiorys z refleksją czemu zacząłem brać. Czwarty etap to i praca dla społeczności i stopniowy powrót do świata. To szukanie pracy, a nawet jej rozpoczęcie. Mamy też zaprzyjaźnionych pracodawców, którzy kiedy mogą to dają młodym szansę.

 

To jest taki schemat organizacyjny… a wewnętrznie, na czym polega praca nad uzależnieniem?

Ci, którzy wchodzą w proces leczenia, a może u nas przebywać młodzież od 18 roku życia, tworzą społeczność terapeutyczną. W leczeniu uzależnień to najskuteczniejszy sposób. Społeczność ma swoje zasady, swoje zadania i role. Młodzi muszą uzyskiwać od tej społeczności, która w zasadzie jest wspólnotą, akceptację.

 

 

Czemu tak ważna jest akceptacja?

Chodzi o powrót do relacji, do społeczeństwa. Oni tak daleko odchodząc od swoich ról społecznych, przestali być studentami, uczniami, synami, córkami i żyli na własny rachunek skoncentrowani na wielkim egoizmie narkotykowego świata. Ten powrót do społeczeństwa, które reprezentuje ta mała grupa jest dla nich bardzo trudny. Niektórzy już po dwóch tygodniach nie wytrzymują. Szczególnie ci, którzy byli wychowywani bezstresowo i nie mieli stawianych żadnych wymagań a teraz nie uznają żadnych zasad. Dla nich jest nie do pojęcia, że muszą się tu podporządkować jakimś autorytetom, jakimś normom. Więc niejednokrotnie się rozstajemy. Ale są i ci wytrwali, szczególnie ci, którzy byli już w kilku terapiach i są bardziej zdeterminowani. Każdy tutaj ma swoją drogę.

 

Skąd się bierze determinacja?

Właśnie… chciałam wrócić do myśli, że w tym sensie w uzależnieniu jest coś pozytywnego, że człowiek dochodzi do granicy za którą zaczyna widzieć tą destrukcję. To są młodzi ludzie, a już niejednokrotnie chorzy na HIV, czy HCV, mają różne choroby. Przyjmujemy też ich. To dla nich czasem ostatni ratunek.

 

Tworzycie wspólnotę a oni są trudni w relacjach – jak sobie siostra z nimi radzi?

To nie jest łatwe, ale Pan Bóg daje łaskę. Potrzeba dużo cierpliwości bo jest dużo negacji, agresji i odrzucenia. Oni często byli w dzieciństwie odrzuceni, nie doznali miłości, więc bywają bardzo cyniczni. Tym bardziej jak się powołuję na miłość Bożą czy w ogóle mówię coś na temat miłości to spotykam się z twardym oporem.

 

I jakie jest na to lekarstwo?

…akceptacja. Tworzymy zespół i wszyscy terapeuci mają, ośmielę się to powiedzieć, dar od Boga i charyzmę, bo rozumieją tych młodych a tamci to czują. Jesteśmy na ty, budujemy wspólnotę, a oni czują się akceptowani. Oprócz całej wiedzy o chorobie i znajomości programu, mi się wydaje, że ten element terapeutyczny jest najważniejszy. Gdyby nie było tej atmosfery, tych żywych relacji, życzliwości, która jest bezwarunkowa, to ta terapia nie miałaby sensu.

 

Skąd siostra bierze w sobie tą wrażliwość, akceptację?

Myślę, że wrażliwość wyniosłam z domu. Tak teraz sobie myślę. Mój tato był społecznikiem pewnie od niego się nauczyłam wrażliwości na człowieka, pomocy drugiemu. Poszłam na psychologię właśnie po to, żeby pomagać człowiekowi (śmiech).

 

Ja to wszystko rozumiem, ale jak siostrę znam parę lat, to widzę nie tylko altruizm, ale przede wszystkim ogromną miłość…

Dziękuję bardzo (śmiech).

 

Czyli miłość w odpowiedzi na brak miłości…

…na brak miłości i zaufania. To jest podstawowy problem, żeby dziecko, czy młodzież zawsze mogło liczyć na rodziców. Jak rzadko rodzice mówią, że kochają… Nasi pacjenci w programie dwa razy mówią swój życiorys…, no to rzadko który pacjent w życiu słyszał, że jest kochany. To może być poważnym problemem dla rodziców, szczególnie dla ojców, żeby mówić o miłości, żeby w ogóle ujawniać uczucia w relacjach. A to jest szalenie ważne. Przytulić, pogłaskać, klepnąć po ramieniu, razem pójść na ryby, coś razem zrobić z ojcem, zapamiętać tego ojca, że ma czas pograć w piłkę w sobotę. Nasi pacjenci nie mieli takich doświadczeń z rodzicami. Często kiedy kończą terapię, chcą, przygotowują się do tego, żeby powiedzieć ojcu, że go kochają, że chcieliby od niego usłyszeć, że są kochani. My ich jakoś do tego zachęcamy, uczymy, odgrywają scenki, żeby mogli to ujawnić.

 

Czyli zanim człowiek dojrzeje do wszystkich relacji społecznych i będzie budował świat, to najpierw uczy się miłości…

Tak, musi wrócić do źródeł. Kiedy wracamy do źródeł ich życia to coś tam musiało nie grać. Coś skłoniło tego człowieka, żeby sięgnął po narkotyki, żeby szukał, znieczulenia pewnych sfer. Gdyby miał poczucie bezpieczeństwa, akceptacji, to by tego nie musiał robić. Więc jak najbardziej to jest choroba relacji, braku głębszych więzi, braku poczucia bezpieczeństwa. Jest też wiele takich dysfunkcji, które mogą być bardzo głęboko ukryte i wyjdą w pewnym momencie.

 

Czyli uzależnienie jest chorobą relacji… Jak się w terapii na tych relacjach pracuje?

W społeczności terapeutycznej staramy się wracać do relacji, dlatego codziennie wieczorem, na zebraniu większość problemów dotyczy relacji. Ten się pogniewał na tego, ten się pokłócił, a ten nie zrozumiał dobrze, tamten się obraził, no i… (śmiech). Wszystko jest wyjaśniane do pierwszej w nocy, wreszcie wszyscy spokojnie zasypiają, bo sobie wyjaśnili i relacje są w miarę oczyszczone. Na drugi dzień wszystko zaczyna się od nowa, ale nie szkodzi. Po roku ludzie jakoś się dogadują i rozumieją się. Bo często projektujemy, przypisujemy komuś jakieś intencje, a ten w ogólne nie miał tego na myśli – to są problemy komunikacji. One się biorą z rodziny, wracamy więc do takich podstawowych procesów komunikacyjnych – do nauki porozumiewania się, mówienia o swoich uczuciach, żeby móc powiedzieć o tym co się przeżywa, z czym się ma trudności i zostać wysłuchanym.

 

Kim był siostra Józefa Menendez, która jest patronką fundacji „Pasja Życia”?

Siostra Józefa Menendez była mistyczką, jeszcze przed siostrą Faustyną. Pan Jezus mówił do niej o swojej wielkiej miłości. To jest zapisane w książce „Wezwanie do miłości”.

 

I co tam siostra wyczytała?

Wyczytałam o czułej miłości Boga, o delikatności, o niemożliwości patrzenia na człowieka inaczej, jak tylko z miłością. Bóg jest samą miłością i chce po prostu kochać, chce żebyśmy do niego przychodzili. My mamy tysiące problemów i wszystko to wiąże się z naszym rozumem, który komplikuje całą sprawę, a Bóg tylko po prostu czeka. I On błaga i czeka na tą naszą odpowiedź. Pokornie. Uniża się i błaga o naszą wzajemność. Nic więcej, tylko przyjść do Niego i powiedzieć, że jestem, też Cię kocham, chcę żyć z Tobą i chcę żebyś mnie w życiu prowadził, i On będzie przemieniał to wszystko co jest w nas chore. Dlatego jej imieniem nazwałam fundację, ponieważ doświadczyłam tej łaski. Odkąd wprowadziłam ją do zarządu fundacji to sprawy się odmieniły. Ja jestem siostrą zakonną, i moje życie z Chrystusem trwa już tak ponad trzydzieści lat… i myślę, że to On sam mnie kieruje. No bo jak On ma tym ludziom służyć jak nie przez nas. Więc ja staram się po prostu Jemu podobać, żeby On był ze mnie zadowolony, tak bym bardzo tego chciała.

 

Na co siostra ma podpisany kontrakt z Panem Bogiem?

No chyba właśnie na miłość… Na mówienie o tym że On żyje, że jest. Ja tej miłości doświadczam, bliskości, intymności, szczęścia i chcę o tym mówić tym, którzy są w rozpaczy, którzy stracili nadzieję i są poranieni. Chciałabym, żeby usłyszeli o tej miłości, żeby uwierzyli, że jest nadzieja, że coś się może zmienić.

 

Więc stąd ta siła…

Tak. I w naszym domu mieszka Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie. Kiedy skończymy budować kaplicę, będzie u nas wieczysta adoracja 24 godziny na dobę.

 

Miłość Boga do człowieka przekłada się na relacje międzyludzkie.

Bardzo!

 

A jak?

(śmiech) …kiedy człowiek daje, to czuje się szczęśliwy. Szczęście jest większe w dawaniu.

 

I taka siostra właśnie jest.

Dziękuję bardzo. Dzięki Bogu (śmiech).

 


Siostra Jolanta Glapka ze zgromadzenia sióstr Sacre Coeur, założycielka fundacji „Pasja Życia” imienia s. Józefy Mendez, założycielka Młodzieżowego Centrum Rozwoju Artystycznego i Duchowego.


Wywiad Pawła Kęski z s. Jolantą Glapką ukazał się na antenie Radia Warszawa.

 

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Full Power Spirit: Skłaniamy do pytań o siebie

Skłaniamy młodych ludzi do podróży w głąb siebie i pytania o to, co dla nich naprawdę ważne - mówi Mirek “Miras” Kirczuk, lider zespołu Full Power Spirit, realizującego w szkołach projekt pod nazwą “Znajdź pomysł na siebie”.

Mirosław
Kirczuk
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Anna Druś: O co chodzi w projekcie “Znajdź pomysł na siebie”, który realizujecie w szkołach?

Mirek “Miras” Kirczuk: To nasz autorski projekt, w których odwiedzamy szkoły średnie i szkoły ponadpodstawowe na terenie kraju od 15 lat. Odwiedziliśmy ich już grubo ponad 1000. Teraz zaś rozpoczynamy realizację projektu ministerialnego pod tą samą nazwą. W jego ramach poprowadzimy cykl  60 spotkań w szkołach średnich w obrębie 10 województw z 16. Ruszamy od 23 września w trasę, a spotkania zakończą się przed świętami Bożego Narodzenia.

 

Jak w ogóle zrodził ten pomysł 15 lat temu? Co zainspirowało was – zespół grający muzykę chrześcijańską, żeby robić warsztaty z młodzieżą?

Można użyć stwierdzenia, że było to tzw. dzieło przypadku, choć ja akurat w przypadki nie wierzę. Zaczęliśmy dostawać zupełnie nieoczekiwanie zaproszenia na spotkania z młodzieżą w szkołach. Miały to być tzw. koncerty. Wyszliśmy jednak z założenia, że na koncert można pójść wszędzie, koncerty grają wszyscy muzycy, zaś my z tych okazji do spotkań z młodzieżą w szkołach w ich naturalnym środowisku od początku chcieliśmy uczynić taką szansę czy okazję do dania im czegoś więcej niż okazji do słuchania muzyki. Dlatego do piosenek, które mieliśmy w repertuarze zaczęliśmy opowiadać różne historie na bazie świadectwa życia, które łączyły się spójnie z treściami utworów. Potem zaczęliśmy wychodzić z założenia, że można do tego dodać coś jeszcze, wykorzystywać różne narzędzia, różne formy mieszczące się w konwencji spotkania. Do słowa mówionego i do muzyki dorobiliśmy wizualizację. Już wtedy bowiem, te kilkanaście lat temu widzieliśmy, jak bardzo młodzi ludzie są zanurzeni w kulturze obrazkowej. Rzadziej czytają i to obraz stał się dla nich łatwo przyswajalnym nośnikiem treści. Włączyliśmy więc do naszych spotkań projektory.

 

15 lat temu to musiało robić wrażenie!

Rzeczywiście, wtedy jeszcze ekran czy projektor to były wynalazki luksusowe (śmiech) ale używaliśmy ich. Pokazywaliśmy nie tylko teledyski do naszych utworów, ale też mnóstwo tematycznych slajdów, zdjęć, filmów. Ale nie poprzestaliśmy na tym. Kolejnym krokiem w rozwoju tego programu to było wyjście do ludzi poza tym czasem spotkania w szkole: zaczęliśmy nagrywać video bloga, którego traktowaliśmy jako relację ze spotkań. I to także w czasach gdy jeszcze nikt o videoblogach nie słyszał. Dziś to nic szczególnego, wielu ludzi z tego korzysta, ale wtedy robiło wrażenie. Te relacje robimy zresztą do dziś, także planujemy je nagrywać podczas najbliższego projektu, włączając w to również relacje w mediach społecznościowych.

 

W ubiegłym tygodniu spotkaniem w Załubicach rozpoczęliśmy cykl wielkopostnych spotkań pt. „Znajdź pomysł na siebie”…

Opublikowany przez Full Power Spirit Środa, 13 marca 2019

 

Jak wyglądają te wasze spotkania czy warsztaty “Znajdź pomysł na siebie”? O czym mówicie do młodych?

To o czym mówimy oczywiście ewoluowało w ciągu tych 15 lat ponieważ i sami młodzi ludzie się zmieniali. Jasne, w podstawowych dążeniach człowiek jest zawsze taki sam w sensie oczekiwania miłości i akceptacji. Zmienia się natomiast rzeczywistość, która go otacza i to zmienia się dość intensywnie. 15 lat temu ludzie mieli inny świat wokół siebie, nie był tak jak dziś nasiąknięty internetem i wirtualną rzeczywistością. Częściej się spotykali, więcej ze sobą rozmawiali.

 

Nie byli tak uzależnieni od smartfonów…

Nie byli, choć temat wolności, na który my znacząco stawiamy podczas spotkań zarówno wtedy jak i dziś, jest aktualny. Wtedy jednak mówiąc o wolności skupialiśmy się na alkoholu, papierosach, czy później dopalaczach, dziś – duży nacisk kładziemy na telefon, na internet, na media społecznościowe. Na to, żeby w tym życiu i świecie gdzie żyjemy nie zatracić siebie samego. Nie założyć sobie na szyję pętli, od której będzie nam ciężko uciec a która odbierze nam swobodę dokonywania wyborów.

 

Jak wyglądają dziś te warsztaty?

Jest to stu-minutowe spotkanie, w którym zapraszamy ludzi w podróż dookoła świata – ale nie w sensie geograficznym, a raczej społecznym czy osobistym. Nie moralizujemy nawet gdy rozmawiamy o tematach trudnych czy wymagających. Nie stawiamy siebie w roli mędrców, którzy już wszystko w życiu przeżyli, a raczej stawiamy prowokacyjne pytania i wspólnie szukamy na nie odpowiedzi, skłaniając nie tylko słuchacza ale i siebie do podróży wgłąb siebie. Skłaniamy do pytania siebie co dla mnie ważne, co jest moim życiowym priorytetem. Stawiamy na słowo “szczęście”, bo jest ono bliskie każdemu człowiekowi. Jeśli zapytać 1000 osób czy chcą być szczęśliwi to zakładam, że jeśli nawet ktoś nie do końca będą rozumieli czym to szczęście dla nich jest – żaden nie powie, że chce być nieszczęśliwy. Szczęście utożsamiamy z wolnością, autoakceptacją i miłością – trzema wartościami, które każdemu człowiekowi bez względu na wiek i czasy w których żyje – są bliskie. Staramy się je w życiu zdobyć za wszelką cenę, choć Pan Bóg chce nam tę potrzebę zaspokoić zupełnie za darmo.

 

Elementami tego spotkania są też wydarzenia artystyczne?

Program, który trwa 100 minut zawiera w sobie różne formy przekazywania treści: skecze, konkursy, pokazy, staramy się żeby to było dosyć dynamiczne i staramy się generalnie funkcjonować z uśmiechem na twarzy, nawet gdy rozmawiamy o trudnych rzeczach czy gdy stawiamy trudne pytania. Ma to taką formę, w której może bezpośrednio nie angażujemy słuchacza, nie oczekujemy że będzie odpowiadał na pytania. Raczej stajemy się narratorami prowadzącymi przez tę podróż dookoła świata, zachęcają do aktywnej konfrontacji z pytaniami od których nie warto uciekać.

 

 

Jakie są reakcje młodzieży? Czy teraz reagują na to inaczej niż np. 10 lat temu?

Pamiętam zwłaszcza dużo takich spektakularnych reakcji, które zawsze mi dodawały otuchy czy zapału do działania, zwłaszcza gdy po ludzku go brakowało. Pamiętam takiego maila, z czasów gdy nie było jeszcze mediów społecznościowych, którego napisała do nas pewna dziewczyna. Wyznała, że ma za sobą dwie próby samobójcze i na naszych zajęciach ujrzała dla siebie pewne światełko. Że chce teraz zawalczyć o siebie, bo wie że życie może być piękne. Uświadomiła to sobie na nowo. Gdy wracam pamięcią do tego maila to bardziej mi się chce niż nie chce. Ale to tylko jeden z przykładów. Reakcje młodych obserwuję też dzięki naszym profilom w mediach społecznościowych. Już sama liczba 30 tys. osób, która kliknęła ‘lubię to” przy naszym profilu na Facebooku jest jakaś pozytywną reakcją. Jest odpowiedzią dla nas, że warto. Jeśli ktoś klika “Lubię to”, zostawia kawałek siebie w tej wirtualnej przestrzeni, to jest dla nas dowodem, że to co robimy i z czym przychodzimy może być dla nich ważne czy mogą chcieć się z tym utożsamiać.

 

Rozmawiają z wami po takich spotkaniach? Utrzymujecie kontakt?

Sami zachęcamy żeby się do nas odzywali po zajęciach, i rzeczywiście dostajemy pytania, czasem też rozmawiamy. Nie zostawiamy pytań bez reakcji i staramy się być do ich dyspozycji.

 

O czym mówią, o co pytają?

Czasem są to poważne rozmowy, a czasem zwykłe “dziękuję”, albo “dobrze, że jesteście”. Doceniamy to bardzo, bo mamy obecnie czasy, gdy ludzie – także młodzi – nie są zbyt wylewni, raczej są zamknięci w sobie, nie dzielą się na zewnątrz swoimi przeżyciami czy emocjami. Realny uśmiech wolą zastąpić znakiem “:)” a realny smutek okazać poprzez “:(“ .

 

Jakie są wasze jeszcze spostrzeżenia dotyczące tych młodych słuchaczy? Coś odróżnia tych obecnych od tych 15 lat temu, czy może jakaś cecha powtarza się bez względu na pokolenie?

Zaskakuje mnie w pewien sposób już sama ich chęć zmierzenia się z treściami, z którymi do nich przychodzimy. Zaskakuje mnie, bo to jest trudne w tym trudnym dla komunikacji międzyludzkiej świecie. Żyjemy w czasach, gdy natłok informacji które docierają do nas każdego dnia jest ogromny i w tym tyglu wielu słów, zdjęć, obrazów jest trudno znaleźć przestrzeń na wchodzenie w coś głębiej. Trudno zdobyć się na coś więcej niż tylko powierzchowne przeglądanie zdjęć, przesuwanie palcem po ekranie telefonu. Dlatego doceniam już samo to, że udaje nam się w tych spotkaniach doprowadzić do sytuacji, gdy ktoś słucha tego z czym do niego przychodzimy. A jeśli słucha to ma szansę coś dla siebie z tego zabrać, nawet jeśli nie okaże od razu hurra optymizmu – bo taki jest dziś społeczny zwyczaj. To bardzo sobie cenię. Wiem, że jeśli nawet po nas czegoś nie widać, nawet jeśli od czegoś uciekamy, w czymś się zamykamy – to ciągle na maksa szukamy w życiu i potrzebujemy: miłości, akceptacji, uznania i szacunku. A jeśli w jakiś sposób świat zaczyna tę potrzebę zaspokajać czy ktoś komu na to pozwalamy, to od razu jakość naszego życia się zmienia i poprawia.

 

Jak szkoły mogą się zgłaszać do waszego projektu?

W aktualnie realizowanym projekcie biorą udział szkoły, do których to my wyszliśmy z inicjatywą. Na bazie tych niemal 15 lat naszej działalności poznaliśmy bowiem świetnych ludzi pracujących z młodzieżą i dziećmi w szkołach: dyrektorów, wychowawców, pedagogów, więc traktowaliśmy ten obecny projekt jako szansę na przykład na powrót do miejsca w którym kiedyś byliśmy, w którym nie było łatwo i w którym warto działać dalej. Postawiliśmy również na różnorodność w wyborze szkół. Trafimy zarówno do renomowanych liceów jak i do owianych złą sławą szkół zawodowych. Czasem też było tak, że to nasi przyjaciele czy znajomi rozsiani po całym kraju, słysząc że robimy ten projekt zgłosili “swoje” szkoły do nas, wcześniej oczywiście pytając dyrekcję i rodziców, czy chcą takiego spotkania. 

 

Rozmawiała: Anna Druś

 

Mirosław Kirczuk

Zobacz inne artykuły tego autora >

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Mirosław
Kirczuk
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap