video-jav.net
ROZMOWY

Dieta dla ciała, post dla duszy

Wiele osób rozpoczęło ten rok z postanowieniem przejścia na dietę lub generalniej zdrowego odżywiania. Jak do diet można podejść z perspektywy wiary? Czym dieta różni się od postu? Pytamy o to ks. Marka Lisa - duchownego, który prywatnie jest pasjonatem gotowania.

Ks. prof. Marek Lis
Ks. prof. Marek
Lis
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dieta dla ciała, post dla duszy
Wiele osób rozpoczęło ten rok z postanowieniem przejścia na dietę lub generalniej zdrowego odżywiania. Jak do diet można podejść z perspektywy wiary? Czym dieta różni się od postu? Pytamy o to ks. Marka Lisa - duchownego, który prywatnie jest pasjonatem gotowania.

Jak odróżnić post od diety? Czy da się być jednocześnie na diecie i pościć?

Skoro rozmawiamy w perspektywie wiary, najpierw sięgnijmy do Biblii. Nie przypominam sobie byśmy znaleźli tam jakieś wytyczne o diecie. Mamy za to w Starym Testamencie bardzo precyzyjne wskazania rytualne dotyczące tego, co i jak można jeść, które jednak znikają w perspektywie Nowego Testamentu. W Dziejach Apostolskich widzimy św. Piotra, który zastanawia się, czy iść do pogan i dostaje wizję różnego rodzaju nieczystych zwierząt oraz słyszy głos Boga: “uczyniłem to wszystko czystym”. Odtąd dla chrześcijan nie ma już żadnych obostrzeń rytualnych. O samych dietach, we współczesnym rozumieniu, nie ma jednak nadal ani słowa. To zresztą nic dziwnego, bowiem w starożytności i wiele wieków później dla większości ludzi nie istniał problem nadmiaru jedzenia czy konieczności dbania o linię, ale raczej problem niedoboru jedzenia. Co więcej, Biblia, prorok Izajasz porównuje nieraz zbawienie do wystawnej uczty urządzanej przez Pana Boga “z wybornych win” i “tłustych mięs” – co pewnie dziś brzmi zatrważająco, gdy myślimy o poziomie cholesterolu!

 

Za to są w Biblii posty.

Tak, w kontekście niejedzenia w Biblii są właśnie posty. I to raczej jako coś, co towarzyszy wydarzeniom smutnym. Pościł Dawid gdy modlił się o przeżycie swojego syna. Pości Mojżesz, pości Eliasz, pości Judyta, Estera. Ta ostatnia pości przed trudną rozmową z królem, która będzie dotyczyła przetrwania całego narodu. Pości wreszcie Pan Jezus na pustyni, poszczą Jego uczniowie. Nowością jest jednak to, że Pan Jezus nauczając o poście mówi o nim z wezwaniem do radości: “kiedy pościcie nie bądźcie smutni”. I to Pan Jezus podczas swojego 40-dniowego postu wypowiada słynne zdanie “nie samym chlebem żyje człowiek”. Pokazuje w ten sposób post jako postawę człowieka wobec Boga; postawę, jaką człowiek ma przyjąć wobec swojego grzechu, postawę, która wynika ze zrozumienia swojej słabości i grzeszności. Ma być ona wysiłkiem pokazującym mnie samemu, że powinienem ufać nie tylko siłom pochodzącym z ludzkiego pokarmu, nawet z tego najwyborniejszego. Post ma również służyć oczyszczeniu mojego ciała dla wyrażenia pragnienia oczyszczenia mojej duszy. Wynika to ze spostrzeżenia, że czynności związane z trawieniem są ociężałością, obciążeniem, oddalającym mnie od skupienia na samym Bogu. Nie chodzi przy tym o rozumienie jedzenia jako grzechu, bo przecież Biblia nie ma żadnych wątpliwości, że jedzenie jest czymś dobrym, może być przyjemnością, a “wino ma rozweselać”. Decyzja o poszczeniu wynika raczej z tego, by móc lepiej, owocniej, z większą uwagą i ufnością stanąć przed Bogiem.

 

Wspomnianemu przez księdza oczyszczeniu ciała służy również wiele diet. Są nawet posty, które pokrywają się z zaleceniami diet, od razu myślę tu o tzw. poście Daniela tożsamym z dietą dr Dąbrowskiej. Jak to wtedy oddzielić i czy to oddzielić? Czy osoba świadoma tego, że podejmowany przez nią post jednocześnie też służy jej ciału, zaniedbuje czegoś w czystości intencji postnej?

Po kolei. Przede wszystkim dieta jest czymś co służy mojemu ciału. Zwłaszcza, jeśli patrzymy na nią w kontekście współczesnym, gdy jedzeniem niejednokrotnie się trujemy, choćby jedząc za dużo lub niezdrowo. Jest więc bez wątpienia czymś dobrym, potrzebnym mojemu organizmowi. Jednocześnie dieta jest też skoncentrowana na mnie samym, jest przejęciem się mnie o mnie samego. Bo tu mam wałeczki, tu boczek za duży, waga na mnie krzyczy – to jest walka o siebie nastawiona na siebie. Jest więc podkreśleniem, że to chlebem, pokarmem żyje człowiek lub – jak to się dziś często powtarza, “jesteśmy tym, co jemy”, stajemy się tym, co jemy. Tu jednak jej zadanie się kończy. Wychodząc od przysłowia “W zdrowym ciele zdrowy duch” trzeba w kontekście diet zapytać, czy w tym wypielęgnowanym dietą zdrowym ciele “zdrowy duch” nie oznacza wyłącznie dobrego samopoczucia, czegoś więc pogańskiego. Można wręcz zapytać, czy w tym zdrowym ciele będzie jeszcze miejsce dla Boga?

 

 

Jak się jednak mają diety do postów?

Mogą być powiązane, bo stosujemy podobną metodę, czyli jedzenie takich czy innych pokarmów, w określonej ilości. Kiedy jednak podejmujemy post jako taki, to nie robimy tego, by podobać się sobie samemu. Wręcz przeciwnie. Poszcząc podejmujemy przedziwny wysiłek przeciw sobie po to, żeby umieć bardziej podobać się Panu Bogu. To może brzmi troszeczkę heretycko bo przecież my się Panu Bogu i tak podobamy, ale chodzi o odnalezienie w sobie tego, co Panu Bogu się w nas mogłoby nie podobać. Tak się wsłuchać w siebie samego, żeby to zobaczyć. To będzie jednak trudne, gdy w brzuchu bulgocą procesy trawienia, a w głowie szumi od “rozweselającego serce wina”. W takim stanie trudno będzie o Panu Bogu pamiętać, w tej ociężałości ciała zwracać swoją myśl do Pana Boga. Taki wymiar ma właśnie post ścisły w Środę Popielcową – jeden z zaledwie dwóch, do których Kościół nas w ciągu roku zobowiązuje. Chcemy przez post rozpocząć okres wyrzeczeń i wymagań; odrzucić ten “jedzeniowy” ciężar i z odświeżonym spojrzeniem stanąć przed Bogiem. Czy nie przypomina to praktyki wielu osób, by przed długą podróżą za bardzo się nie najadać, aby nie przeszkodzić sobie w skupieniu i nie zmusić do licznych postojów, koniecznych, gdy organizm ma co trawić?

 

Mamy jeszcze drugi ścisły post – ten w Wielki Piątek.

Ten post ma inny wymiar. Służy wyrażeniu smutku z powodu śmierci bliskiej osoby. I też przypomina posty, które naturalnie, bez przymusu praktykujemy w chwilach wielkich emocji. Na przykład gdy ktoś bliski nas porzuca, odchodzi albo umiera. Proszę zobaczyć, co się wtedy z nami dzieje: nie mamy ochoty jeść. Najchętniej zwinęlibyśmy się w kłębek, zamknęli w sobie i głodując przeżywali swój smutek. Taka jest też praktyka wielu osób przed pogrzebami bliskich: nie jedzą. Dopiero gdy już pogrzebią ukochaną osobę, są w stanie usiąść z rodziną i zjeść jakiś posiłek. Gdy kogoś ważnego nagle brakuje – naturalnie nie jemy. Nie jesteśmy w stanie nad tą wyrwą w sercu przejść do porządku dziennego. I naturalną odpowiedzią na takie emocje jest właśnie post, a nie dieta. Post jako postawa wewnętrzna, która mnie oczyszcza, uwalnia, pozwala odświeżyć także umysł, myśl, spojrzenie, pamięć itd.

 

Jak więc najlepiej podejmować posty? Na przykład te w piątki całego roku?

W te dni nie ma nakazu niejedzenia w rozumieniu ścisłym, ale jest zalecenie pozbawienia się przyjemności jedzenia. Jako chrześcijanin pamiętam w te dni o śmierci Pana Jezusa, który za mnie oddaje życie, ale pamiętam o tym po to, żeby tym radośniej świętować niedzielę – dzień Zmartwychwstania. Taki post polegający na tym, żeby nie udzielić sobie czegoś jest połączeniem tej “metody chleba” z którego mogę nie skorzystać (“nie samym chlebem żyje człowiek”), a równocześnie wyrażeniem mojego smutku, mojej żałoby, mojej solidarności z tym który umiera na krzyżu. O takim poście mówił przecież Jezus uczniom: wtedy, gdy zabraknie pośród nich Oblubieńca. Dlatego od lat w Popielec i Wielki Piątek nie jem nic, poszczę „o wodzie”. Myślę, że tym, co się w przypadku piątkowych postów liczy, co jest decydujące i co odróżnia je od diety jest postawa, nastawienie wobec tego, co chcę uzyskać. Jeżeli chcę uzyskać tylko zdrowe ciało i piękną sylwetkę to można powiedzieć, że wtedy owo niejedzenie stanie się podobne do gimnastyki ciała, pójścia na siłownię. Natomiast w przypadku niejedzenia z powodu postu moim celem jest dobre, otwarte stanięcie przed Panem Bogiem. Jeśli nastawiam się, że tego dnia poszczę, to nie muszę się już martwić o jedzenie, mogę sobie pozwolić na luksus odstawienia wszystkiego, co może stać się przeszkodą w myśli, w modlitwie, medytacji, w pokucie. Dorzućmy tu jeszcze aspekt postu istotny przez wiele stuleci czyli jałmużnę. Kazanie na Górze wyraźnie to pokazuje: pościsz? nie smuć się! pościsz? daj jałmużnę. Ale nie, aby się z tym obnosić. Pość i dawaj jałmużnę tak, by cię nikt nie widział. To kolejna różnica względem postawy towarzyszącej diecie. Najczęściej dietę podejmujemy właśnie z powodu pokazania się innym – jako ktoś zdrowszy, szczuplejszy, zadbany. Post ma prowadzić do czegoś innego: do stania się piękniejszym w oczach Boga. Nie własnych, nie drugiego człowieka, ale Boga.

 

 

Poruszył ksiądz wątek postu, jako sposobności do niezabiegania o jedzenie. Ale jak jednak dobrze pościć, gdy zdobywanie jedzenia wiąże się wyłącznie z otwarciem lodówki, a nie poświęcaniem na to czasu, albo gdy niejedzenie mięsa nie jest żadnym wyrzeczeniem? Czy jeśli zjemy w piątek zamiast steka pięknie wysmażonego na masełku łososia to nadal można to uznać za post?

Oczywiście post piątkowy jako wstrzemięźliwość od mięsa był uwarunkowany historycznie, pochodził z czasów, gdy jedzenie mięsa było luksusem. Ale nawet dziś możemy na to spojrzeć w podobny sposób. W obliczu problemów zanieczyszczenia środowiska również można dziś uznać jedzenie mięsa za swoisty wybryk, bo przecież najczęściej wyprodukowanie go, dostarczenie do mojej lodówki wiąże się z obciążeniem planety: emisją CO2, zużyciem prądu, wody itd. Gdy zaś zjemy coś prostego, niech to będą jakieś roślinki, których produkcja nie zanieczyściła środowiska – już jest to wyrzeczeniem. Inną sprawą jest pytanie: kotlecik czy ryba? Poszczę w piątek nie po to, by zastąpić jedno smaczne jedzenie innym smacznym jedzeniem, albo poprawić sylwetkę, ale po to by Panu Bogu powiedzieć oto jestem gotów stanąć przed Tobą. Post więc będzie raczej wtedy, gdy zjemy coś, co pozwala mi przypomnieć, że “nie samym chlebem żyje człowiek”. Będzie wtedy, gdy wybiorę sobie danie, przy którym będę w piątek tęsknił za sobotnim obiadem lub za moim codziennym jedzeniem. Dobrze to realizuje post o chlebie i wodzie, bo przecież nie oznacza on niejedzenia, ale jedzenie, które minimalizuje moją przyjemność przy jednoczesnym nakarmieniu i nawodnieniu organizmu, zaspokojeniu jego podstawowych pokarmowych potrzeb.

 

Jak to więc przełożyć na praktykę? W piątki nie jedzmy smacznie?

Odpowiedź będzie indywidualna, zależna od danej osoby. Na pewno nie chodzi o jedzenie w piątki niesmacznych rzeczy, bo to też byłoby sprzeciwienie się Panu Bogu, który po to nam dał kubki smakowe i doświadczenie smaku, byśmy z nich korzystali. Raczej chodzić będzie o niezwracanie w dni postne przesadnej uwagi na smak, na wykwintność, na rozkosz związaną z jedzeniem. Niech to będzie takie jedzenie, które jak najmniej obciąży moje ciało, mój budżet, naszą planetę, mój czas i uwagę.

 

Czyli na przykład wyczyśćmy lodówkę tego dnia? Dokończmy to, co zostało otwarte żeby się nie zmarnowało?

Na przykład! Ale też niech to będzie jedzenie, które wymaga krótszych zabiegów przygotowawczych, żeby ktoś, kto spędza długie godziny w kuchni mógł zaoszczędzony czas poświęcić Panu Bogu lub pomocy innym. Zróbmy więc do jedzenia coś, co będzie proste, zwyczajne, co nie wymaga zużywania gazu czy prądu na kuchence przez 4 godziny, ale niech to będzie takie jedzenie, które przygotuję w 15 minut. Post od mięsa dobrze spełnia ten wymóg, bo dobry rosół czy pieczeń przygotowuje się długo. Żeby jednak zrobić dobrą zupę rybną wystarczy 15 minut, bo inaczej ta ryba nam się rozpadnie i rozgotuje. Do tego jest to danie nieobciążające organizmu i niewymagające długiego trawienia. Niech to nawet będzie ten łosoś, tylko już może nie na masełku, ale na parze, żeby był lekki i zdrowszy.
Wyznacznikiem postu jest też coś, co jest przeciwieństwem uczty. Po uczcie się spodziewamy pewnej sekwencji dań; po jednym daniu następuje następne i następne, potem deser i tak dalej. Poszcząc – rezygnujemy z tego, zjadamy tyle, by zaspokoić pierwszy głód i by pozostał pewien niedosyt. Nie odpowiadamy na te zachcianki “teraz zjadłbym coś jeszcze, dopełnił”. W piątek raczej świadomie rezygnujemy z czegoś, żeby odczuć brak określonego jedzenia albo napoju, gatunku sera, mięsa czy wędliny. Rezygnuję, by uświadomić sobie, że nie na tym budowane jest moje życie. Tak rozumiany post może nam pokazać drogę w zupełnie innym kierunku. O ile dieta ma mnie udoskonalić, bym był lepszy, sprawniejszy, lżejszy – tak post zupełnie nie zwraca uwagi na mnie samego – choć chudnięcie czy zdrowie może być efektem ubocznym postu. Post ustawia mnie samego w relacji do Pana Boga, którą potrafię wyrazić swoim ciałem.

 

Rozmawiała Anna Druś

Ks. prof. Marek Lis jest filmoznawcą, kierownikiem Katedry Homiletyki, Mediów i Komunikacji Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Opolskiego oraz prywatnie pasjonatem gotowania

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



 

 

Ks. prof. Marek Lis

Ks. prof. Marek Lis

filmoznawca, kierownik Katedry Homiletyki, Mediów i Komunikacji Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Opolskiego

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. prof. Marek Lis
Ks. prof. Marek
Lis
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Jak narodziła się tradycja Orszaku Trzech Króli

W tym roku 6 stycznia Orszak Trzech Króli przejdzie w aż 752 miejscowościach w Polsce. Jak narodziła się tradycja Orszaku? Przypominamy ubiegłoroczną rozmowę z pomysłodawcą wydarzenia Piotrem Giertychem.

Polub nas na Facebooku!

Jak narodziła się tradycja Orszaku Trzech Króli
W tym roku 6 stycznia Orszak Trzech Króli przejdzie w aż 752 miejscowościach w Polsce. Jak narodziła się tradycja Orszaku? Przypominamy ubiegłoroczną rozmowę z pomysłodawcą wydarzenia Piotrem Giertychem.

Dorota Abdelmoula (KAI): W 2018 roku Orszak Trzech Króli wyruszył już po raz 10. Przypomnijmy, jak powstała idea tego wydarzenia, w które w 2019 r. włączają się już 752 miejscowości w Polsce?

Piotr Giertych: W 2004 r. w zainicjowanej przez nas szkole dla chłopców „Żagle”, prowadzonej przez Stowarzyszenie „Sternik”, wyznaczyliśmy sobie ambitny cel: przygotujemy tradycyjne polskie jasełka, w których każdy z uczniów, który zechce wystąpić, otrzyma swoją rolę. Wraz ze wzrostem szkoły, gdy liczba uczniów przekroczyła 170, by móc wystawić te jasełka musieliśmy wynająć warszawski Teatr Buffo. Liczba miejsc na widowni okazała się niewystarczająca: chętnych było tak wielu, że wystawialiśmy nasze jasełka dwa razy.

Pamiętam, jak po spektaklu staliśmy na ulicy przed teatrem, zastanawiając się, co robić dalej – bo wiedzieliśmy, że ten projekt będzie się rozrastał. Byliśmy we trzech, Jerzy Stokłosa, dyrektor Teatru Buffo, Piotr Podgórski , dyrektor generalny Stowarzyszenia „Sternik”, i ja, który byłem wicedyrektorem szkoły „Żagle”. Wtedy rzuciłem hasło, żeby zrobić jasełka na ulicy.

Zapaliliśmy się do tego pomysłu i zaczęliśmy szukać kolejnych osób do udziału w projekcie i rok później zorganizowaliśmy uliczne jasełka już pod nazwą Orszak Trzech Króli. Wówczas wszystkimi rycerzami w orszakach byli uczniowie szkoły „Żagle”. Podobnie było w 2010 r., a gdy w 2011 r. Parlament zadecydował, że 6 stycznia będzie dniem wolnym od pracy, dołączyło do nas 17 szkół warszawskich, a także 5 kolejnych polskich miast. I tak lawina ruszyła.

W tej chwili każdego roku przybywa ok. 100 nowych orszaków. Tylko w porównaniu do ubiegłego roku przybyło ich 129. W sumie mamy ich w Polsce 644, dołączają się także inne kraje, głównie za sprawą Polonii, która tęskni za polskimi tradycjami i takim bożym przeżywaniem Świąt. Dlatego uliczne jasełka odbywają się m.in. w Niemczech, Anglii, w Rumunii, Austrii, we Włoszech, na Ukrainie, a także poza Europą, np. w Stanach Zjednoczonych, Ekwadorze, Republice Środkowoafrykańskiej, Rwandzie, czy Republice Demokratycznej Konga. Mamy też wstępne zgłoszenia z Kazachstanu, Turcji, Japonii, Ziemi Świętej – być może i tam się uda zorganizować orszaki w przyszłości.

 

KAI: Poszczególnym orszakom towarzyszy wiele atrakcji, wśród których zarówno dzieci, jak i dorośli odnajdują „coś dla siebie”. A co według Pana jest najcenniejszym elementem tych ulicznych jasełek?

– Ja zawsze podkreślam, że w centrum orszaku jest Jezus Chrystus. Idziemy do szopki, by pokłonić się Królowi. Śpiewamy kolędy i przyznajemy się do tego, że Jezus jest dla nas ważny. Poza tym, od samego początku nasz orszak jest otwarty dla wszystkich: zapraszamy każdego, by pokłonił się Jezusowi i śpiewał z nami kolędy – tak, jak śpiewa się je w wielu polskich domach, nawet w rodzinach oddalonych wiary.

Orszak, to zaproszenie także dla niepraktykujących, by doświadczyli ciepła betlejemskiej Stajenki – otwartej dla każdego. Tym bardziej, że święto Epifanii przypomina nam, że Bóg jest gotów przyjąć każdego, że On jest dla wszystkich, także tych, którzy starają się do niego dotrzeć rozumem, a nie wiarą. Tak, jak Trzej Królowie, którzy nie znali Objawienia. Oni studiowali przyrodę, kosmos i doszli do wniosku, że wydarzyło się coś wyjątkowego: narodziny króla, któremu należy się pokłonić. Są przedstawicielami świata pogańskiego, do którego Chrystus także kieruje swoje zaproszenie!

 

(…)

KAI: W Orszaku Trzech Króli udało się Państwu połączyć to głębokie i poważne przesłanie, z atmosferą radosnego świętowania, która przyciąga dzieci, a wraz z nimi: rodziców.

– Te jasełka powstały jako wspólna inicjatywa rodziców i dzieci. W naszej szkole wszyscy byli zaangażowani, aktorami byli i rodzice i dzieci. Mali aktorzy, którzy grali rycerzy i dwórki urośli nam przez te 10 lat. Dziś wielu z nich widzimy na scenach orszakowych już w poważniejszych rolach. To rzeczywiście rodzinna impreza, która jednoczy wszystkich.

Poza tym, każdy kto przychodzi na orszak staje się aktorem, a nie tylko widzem: dostaje koronę, śpiewnik i staje się królem, który wędruje do Prawdziwego Króla, by przed Nim się pokłonić.

 

KAI: Czy wśród tak wielu orszaków, które na przestrzeni lat przeszły przez Polskę jest taki, który Wam, organizatorom, najbardziej zapadł w pamięć?

– Mógłbym opowiedzieć wiele historii, bo orszaki różnią się od siebie: są nacechowane lokalnymi zwyczajami, np. w Zakopanem uczestniczą w nich górale w tradycyjnych strojach, z kolei w Bełchatowie górnicy w mundurach itd. Rok temu chwyciła nas za serce historia Koła Gospodyń Wiejskich z Obidzy na Sądecczyźnie. Pani, która organizowała tam Orszak, musiała wybrać się w podróż do miasta, specjalnie po to, by się z nami skontaktować, ponieważ w ich miejscowości nie ma internetu, ani telefonii komórkowej! W tym roku orszak odbędzie się tam po raz drugi.

Bardzo nam miło, kiedy widzimy, jak kolejne miejscowości się dołączają, wykorzystując lokalne piękno!

 

KAI: Orszak Trzech Króli pozwala też dotrzeć do wielu zapomnianych zwyczajów bożonarodzeniowych i pastorałek, których od lat się nie śpiewa. Która z tych odkrywanych na nowo tradycji jest Panu najbliższa?

– Takim odkryciem jest dla mnie śląski obrzęd „kołysania Dzieciątka”. Ponoć w XVII w. było powszechną tradycją, że kobiety zbierały się razem w domach, by śpiewać kolędy, które są kołysankami. Brały przy tym lalkę, lub żywe dzieciątko, jeśli było w rodzinie, śpiewały mu i podawały je sobie kolejno z wielką czułością. Do dziś przetrwały opisy tego obrzędu, który przypominany jest podczas orszaku na śląsku. To bardzo mocno podkreśla przepiękną rolę kobiet, jaką jest macierzyństwo.

Ponadto w tym roku z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, w naszym śpiewniku umieściliśmy historię powstania poszczególnych kolęd, opracowane przez historyka sztuki, Jacka Kowalskiego. Kolędy te ułożyliśmy chronologicznie – poza otwierającą śpiewnik kolędą „Bóg się rodzi”. W Warszawie, w ramach tych obchodów, chcemy do tej kolędy zatańczyć poloneza – śpiewając 5 tradycyjnych zwrotek oraz trzy, wybrane spośród ponad stu propozycji, nadesłanych do nas w ramach konkursu na kolejne strofy tej pieśni.

 

(…)

KAI: A jakie są dziś marzenia organizatorów Orszaku Trzech Króli, który z kameralnych jasełek w warszawskim teatrze przerodził się w jedną z najbardziej rozpoznawanych współczesnych tradycji bożonarodzeniowych?

– Marzymy o stworzeniu Orszaku Trzech Króli w Betlejem – tam, gdzie przeszedł ten pierwszy orszak. A także w Azji, skąd pochodził jeden z mędrców, a gdzie wciąż brakuje nam orszaków. Chcielibyśmy też rozwijać działalność kulturalną naszej fundacji, która stara się wpływać na kulturę i tworzyć ją wśród rodziców, nauczycieli i dzieci w Polsce.


KAI

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



 

 

Share via