Czy wystarczy tydzień, by odmienić swoje małżeństwo?

Kurs tańca, warsztaty o zaufaniu, spotkanie z psychologiem i gra terenowa. To niektóre z propozycji Tygodnia Małżeństwa, który ruszy już 7 lutego w Krakowie. O tym, komu jest on dedykowany, dlaczego pracę nad małżeństwem warto zacząć jeszcze przed ślubem oraz czy jeden tydzień wystarczy, by zmienić coś na lepsze w małżeństwie opowiada Michał Gazda z Fundacji Przestrzeń Dobra - jeden z organizatorów wydarzenia.

Otylia Sałek
Otylia
Sałek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Co sprawiło że postanowiliście zorganizować Tydzień Małżeństwa po raz drugi?

W zeszłorocznej edycji wzięło udział prawie 500 uczestników. Ankieta ewaluacyjna pokazała, że parom się to bardzo podobało i chcą więcej…

 

…że tydzień to za mało…

… i są chętni, by w takich inicjatywach brać udział. To było jednym z głównych motorów, by zorganizować drugą edycję. A po drugie – sami uważamy, że dla małżeństwa warto inwestować swój czas.

 

Co napisali uczestnicy w ankietach, co dla nich było największą wartością?

Większość osób zwracała uwagę właśnie na to – czas. Że Tydzień Małżeństwa był czasem spędzonym razem, wartościowym, że mogli popracować nad związkiem. Przyznawali też, że wcześniej nie organizowali dla siebie takiego czasu, a Tydzień Małżeństwa ich do tego niejako przymusił i też zmotywował. Poza tym był bardzo pozytywny odbiór treści, jakie się pojawiły na spotkaniach – zwłaszcza merytorycznych, które dały narzędzia i inspirację do pracy nad związkiem na co dzień. Moim zdaniem czas, jaki małżonkowie poświęcają dla budowania swojego związku, swojego małżeństwa, jest nieoceniony.

 

Tydzień Małżeństwa w Krakowie jest częścią większej inicjatywy.

Tak, Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa odbywa się już od ponad dwudziestu lat, a w Polsce – od sześciu i jest to inicjatywa oddolna. W Krakowie po raz pierwszy miał miejsce w roku 2020. Pierwszym miastem, jakie podjęło się organizacji tego tygodnia, był Gdańsk i do dziś to Gdańsk koordynuje niejako wydarzenia w całej Polsce, czy wspiera promocję w poszczególnych miastach. My też komunikujemy się między sobą i dzielimy się pomysłami, zależnie od różnych doświadczeń.

 

Program, jaki przygotowaliście na Tydzień Małżeństwa w Krakowie, jest bardzo bogaty. Na ile uda się go zrealizować, biorąc pod uwagę obecne obostrzenia?

Wytyczne, mimo naszych nadziei, niestety się nie zmieniły, więc musieliśmy dopasować do nich formę wielu z wydarzeń. Jednak większość spotkań odbędzie się – oczywiście online. Nawet kurs tańca! On odbędzie się hybrydowo – w szkole tańca będzie mogła pojawić się część par, a pozostałych zapraszamy na zdalny kurs. Nie uda się natomiast zorganizować balu karnawałowego i odwołaliśmy także spacer po Krakowie. Gra terenowa odbędzie się stacjonarnie, z zachowaniem wszystkich obostrzeń, aby było całkowicie bezpiecznie. Oczywiście ograniczeniem będzie też limit osób w kościele na Mszy świętej, która zakończy obchody Tygodnia Małżeństwa. Jednak i ta Msza będzie transmitowana.

 

Czyli można wziąć udział w krakowskiej edycji Tygodnia Małżeństwa nawet nie mieszkając w Krakowie.

Jak najbardziej, bardzo serdecznie zapraszamy!

 

Jakie małżeństwa warto zachęcić do udziału w nim?

Wydarzenie jest powszechne. Jesteśmy otwarci dla wszystkich. Spotkania, które organizujemy, nie są tylko dla małżeństw katolickich czy np. z określonym stażem. Każdy może wziąć udział – w ubiegłym roku mieliśmy parę, która była 44 lata po ślubie, ale były też małżeństwa zaledwie kilkumiesięczne. Nikogo jednak nie pytaliśmy o przynależność do Kościoła czy do wspólnot, choć nie ukrywamy, że jako organizatorzy jesteśmy osobami wierzącymi.

 

A które z wydarzeń Pan osobiście polecałby uczestnikom Tygodnia Małżeństwa?

Zdecydowanie Randka małżeńska i warsztaty o budowaniu zaufania. Randka małżeńska podpowie „36 pytań do ponownego zakochania”, a warsztaty o budowaniu zaufania oparty jest na badaniach dr Brene Brown, która wskazała jego 7 składowych, m.in. stawianie granic, zakładanie dobrej intencji, dochowywanie tajemnic czy branie odpowiedzialności za swoje błędy.

 

Jak można zobaczyć w programie, Tydzień Małżeństwa proponuje spotkanie nie tylko dla małżonków.

Tak. W tym roku po raz pierwszy robimy wydarzenie dla narzeczonych. Ono będzie poprzedzać cały Tydzień Małżeństwa. Narzeczeńskie przygotowanie do małżeństwa jest bardzo ważne. To spotkanie będzie okazją, by poruszyć ważne tematy, które często umykają w przygotowaniu do ślubu. Młodzi zawierają związek małżeński nie wiedząc o sobie niektórych rzeczy, a potem one wychodzą i mogą być trudniejsze do przepracowania. Niektóre kwestie warto przegadać przed ślubem, to może być duża pomoc na późniejszych etapach rozwoju małżeństwa. Spotkanie poprowadzą państwo Poprawowie, którzy mają duże doświadczenie w pomocy i doradztwie parom małżeńskich. Przychodzą one z różnymi problemami i na tej podstawie opracowano program spotkania dla narzeczonych.

 

A czy w Tygodniu Małżeństwa może wziąć udział tylko jedno z małżonków?

W kursie tańca czy randce małżeńskiej nie da się wziąć udziału samemu. A pozostałe spotkania będą owocniejsze, gdy małżonkowie oboje ich wysłuchają i oboje będą chcieli pracować nad związkiem. Poza tym to, co jest wielką wartością Tygodnia Małżeństwa, to właśnie czas spędzony we dwoje – o tym już mówiliśmy. Spotkania odbywać się będą w takiej porze, że może uda się już położyć dzieci do spania, warto postarać się o taki szczególny czas dla dwojga.

 

Czy Tydzień wystarczy, by zmienić coś na lepsze w małżeństwie?

Nie wiemy, czy Tydzień wystarczy, bo każde małżeństwo jest na innym etapie i potrzebuje czegoś innego – dla kogoś najbardziej wartościowy będzie wykład czy warsztat z psychologiem, a dla innych romantyczny i kreatywny czas na randce czy kursie tańca. Mamy jednak nadzieję, że Tydzień Małżeństwa będzie dobrym punktem wyjścia do zmiany lub zastanowienia się we dwoje, co można zrobić, żeby budować szczęście w swoim związku.

 

WEŹ UDZIAŁ W TYGODNIU MAŁŻEŃSTWA!

ZOBACZ PROGRAM WYDARZEŃ

 

Otylia Sałek

Otylia Sałek

Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania śpiewaczka, z Bożego (jak ufa) zamierzenia redaktor portalu Stacja7.pl. Wielbicielka muzyki liturgicznej, kawy i “Przyjaciół” oraz żywy dowód na to, że da się lubić Warszawę i Kraków jednocześnie.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Otylia Sałek
Otylia
Sałek
zobacz artykuly tego autora >

“To było morderstwo prawne”. Prof. Maksymowicz o śmierci Polaka w Plymouth [ROZMOWA]

Doprowadzano do śmierci pacjenta, zasłaniając się szczytnymi określeniami, jak „godność człowieka”, jednocześnie nie dając szansy na podjęcie próby terapii – ocenił prof. Wojciech Maksymowicz w rozmowie z KAI.

Polub nas na Facebooku!

Prof. Wojciech Maksymowicz, były wiceminister nauki, neurochirurg, dyrektor Kliniki “Budzik” odniósł się do sporu dotyczącego Polaka, odłączonego od aparatury podtrzymującej życie. Mężczyzna zmarł we wtorek w szpitalu w południowo-zachodniej Anglii. Część bliskich pana Sławomira oraz polskie władze do końca walczyli, by mężczyzna mógł być leczony w Polsce. Według szpitala w Plymouth, gdzie przebywał, doszło u niego “do poważnego i trwałego uszkodzenia mózgu”. Pomoc mężczyźnie zaoferowali polscy lekarze z kliniki “Budzik”, jednak brytyjski Sąd Opiekuńczy orzekł, że podtrzymywanie życia mężczyzny nie jest w jego najlepszym interesie.

CZYTAJ WIĘCEJ: Zmarł Polak przebywający w brytyjskim szpitalu w Plymouth

 

Anna Rasińska (KAI): Jak Pan Profesor ocenia sprawę Polaka mieszkającego w Wielkiej Brytanii, który decyzją sądu i szpitala został odłączony od aparatury?

Prof. Wojciech Maksymowicz: Na usta cisną się tylko określenia bardzo jednoznaczne. To bulwersujące, skandaliczne, rządzenie ludzkim losem za pomocą decyzji prawnika. Według mnie było to morderstwo prawne. Doprowadzano do śmierci pacjenta, zasłaniając się szczytnymi określeniami, jak „godność człowieka”, jednocześnie nie dając szansy na podjęcie próby terapii. Mimo, że z oficjalnego komunikatu szpitala niezaprzeczalnie wynika, że szansa istniała.

 

Czy klinika „Budzik” ma pacjentów w podobnym stanie?

Mamy głównie takich pacjentów, na tym polega idea placówki. Zajmujemy się m.in. intensywną neurorehabilitacją pacjentów w śpiączce, chorych z upośledzeniem przytomności po różnych zdarzeniach, np. niedokrwieniu mózgu (tak jak w tym przypadku), po urazach, z powodu zakrztuszenia, upośledzenia wentylacji itp.

 

Czy pacjenci w podobnym stanie wybudzali się?

Tak. Oczywiście jest to najtrudniejszy rodzaj uszkodzeń, które powstają w wyniku długotrwałego niedokrwienia mózgu, po nagłym zatrzymaniu krążenia, ale każdy przypadek jest inny.

Tutaj syn pacjenta zareagował szybko, właściwie wdrażając działania reanimacyjne. Za chwilę przyjechał ambulans i wdrożył działania fachowe. Niedokrwienie nie trwało długo. Chociaż praca serca została przywrócona w wyniku stymulacji elektronicznej dopiero po dłuższym czasie, była prowadzona wentylacja sztuczna, sztuczne oddychanie, masaż serca… Po to właśnie się to robi – żeby dać człowiekowi szansę.

 

Czyli nie jest potrzebny dostęp do dodatkowej dokumentacji medycznej, aby ocenić stan zdrowia pacjenta i jego rokowania?

Oczywiście szczegółowo należy badać pacjenta bezpośrednio i zlecić jeszcze inne, dodatkowe badania, których w Plymouth nie zrobiono. Cześć z nich jednak wykonano. Moi współpracownicy z fundacji Ewy Błaszczyk, na czele z dr. Jackiem Szczygielskim, mieli możliwość zapoznania się z ich wynikami. Brali też udział w wideokonferencji z lekarzami prowadzącymi pacjenta, którzy udostępnili całą dokumentację pozwalającą na określenie wyjściowego stanu zdrowia pacjenta. Po czym wiemy, że stan pacjenta wyraźnie się poprawiał. Z nakazu sądu doszło jednak do odłączenia aparatury podtrzymującej życie, w postaci głównie respiratora. Okazało się jednak, że to nie spowodowało śmierci Polaka. Przeciwnie, była to sposobność, by zobaczyć, że jest on w na tyle nie najgorszym stanie, że sam oddycha. I umarł właściwie sam oddychając.

Z ostatniej obserwacji w przeddzień śmierci tzw. zespołu opieki paliatywnej, wynika, że stan się pogarszał, a przerwy między oddechami były coraz dłuższe. Kiedy to usłyszałem, nie mogłem spać w nocy. Jestem starym lekarzem, który zawsze pracował z chorymi z ciężkimi uszkodzeniami mózgu, ale takiego podejścia, narzuconego wyrokiem sądu, nie jestem w stanie zaakceptować.

ZOBACZ TEŻ: Ewa Błaszczyk o śmierci Polaka w Plymouth: bierna eutanazja w majestacie prawa

 

Czy w tym przypadku doszło do śmierci mózgowej?

Nie, w żadnym momencie nie doszło tu do śmierci mózgowej. Śmierć mózgu to śmierć osobnicza. Kiedy ktoś jest w stanie śmierci mózgowej, po prostu już nie żyje. Te pojęcia są mylone i nadużywane przez osoby, które się na tym nie znają. Stan pacjenta nie miał nic wspólnego ze śmiercią mózgową.

Jeden z publicystów katolickich mówi, że u Polaka pracował tylko pień mózgu. To nie jest prawda. Z badań tomograficznych wynika, że u pacjenta pracowała również część kory mózgowej oraz, że uszkodzeniu uległy głównie tylne części mózgu, natomiast przednie, związane m.in. z myśleniem i psychiką, nie były tak bardzo uszkodzone. Zatem istniała szansa nawet na powrót kontaktu z chorym.

 

Czyli można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z przypadkiem eutanazji, a nie z zaniechaniem uporczywej terapii?

Nie ma tu mowy o zaniechaniu uporczywej terapii. Definicja uporczywej terapii dotyczy zupełnie innych przypadków. To oczywista eutanazja, polegająca na nieudzieleniu pomocy choremu.

Muszę powiedzieć, że to wyjątkowo bestialski rodzaj eutanazji – niepodanie pacjentowi jedzenia i picia. Pracuję również na oddziale covidowym i wielu chorych pod respiratorem nie może przecież samodzielnie sięgnąć po pokarmy, a jednak żyją. Czy w takim razie powinniśmy powiedzieć, że nie będziemy ich utrzymywać przy życiu? Zwłaszcza, że tylko jeden na pięciu przeżyje? Mamy uznać, że się nie opłaca?

W tamtym przypadku szansa była oczywiście mniejsza, ale jednak wciąż była. Jako lekarze musimy trzymać się tej możliwości. W „Budziku” zawsze staramy się wykorzystać nawet najmniejszą szansę.

 

Nie ma tu mowy o zaniechaniu uporczywej terapii. Definicja uporczywej terapii dotyczy zupełnie innych przypadków. To oczywista eutanazja, polegająca na nieudzieleniu pomocy choremu.

A jakie są kryteria uporczywej terapii?

Uporczywa terapia dotyczy sytuacji stosowania metod kosztownych, bardzo skomplikowanych, inwazyjnych, wiążących się z nadmiernym cierpieniem lub naruszeniem godności pacjenta. Podawanie pokarmów nie jest ani inwazyjne, ani kosztowne, ani bardzo obciążające. To zabiegi dotyczące zwykłej pielęgnacji.

Elementem uporczywej terapii może być sztuczne wentylowanie pacjenta respiratorem, ale musi być spełniony jeszcze drugi warunek – pacjent musi cierpieć na chorobę nieuchronnie prowadzącą do śmierci i nie rokować żadnej poprawy w tym zakresie.

Ta sytuacja jest zupełnie inna. Oczywiście doszło do dużego uszkodzenia mózgu. Mogło się ono zakończyć śmiercią, jednak po jakimś czasie chory był już w stanie utrwalonym, tzw. wegetatywnym. Miał żyjący mózg, choć uszkodzony, było to stabilne uszkodzenie. Jeśli takim pacjentom zapewnimy pielęgnację i opiekę, mogą żyć latami. Niewykluczony jest również powrót do kontaktu z otoczeniem. Popełniono rzecz straszną, którą ja nazywam prawnym morderstwem.

Dokonano również manipulacji informacyjnej. Niestety spotykamy się z tym coraz częściej, ponieważ mamy wielu zwolenników „łatwego życia”, dla których najważniejsza jest własna wygoda. Nawet bliscy mogą odejść w sposób kontrolowany, ponieważ taka opieka jest kłopotliwa dla rodziny, lekarzy, instytucji. Trzeba stworzyć specjalne ośrodki rehabilitacyjne itp. Eutanazja stwarza możliwość pozbycia się takiego „kłopotu”.

 

Niestety w dzisiejszych czasach o wszystko musimy pytać sądu. Nawet, gdy chcemy ratować życie pacjentowi. To zaczyna być niepokojące. A przecież czasem trzeba to robić z sekundy na sekundę, nie czekając na czyjś wyrok.

Dlaczego według Pana Profesora brytyjscy lekarze ostatecznie zdecydowali się na odłączenie pacjenta?

Ciężko powiedzieć, być może mają taką procedurę opisaną w postępowaniu. W Polsce chory najpierw trafia na intensywną terapię. Kiedy dochodzi do stabilizacji parametrów życiowych i nie jest już potrzebna intensywna terapia, zmienia miejsce pobytu. Szuka się dla niego miejsca np. w klinice „Budzik” czy oddziałach leczenia śpiączki.

Może brytyjskie procedury zalecają przeniesie pacjenta, ale na tamten świat… Może to właśnie miało miejsce. To już pytanie do sądu. Niestety w dzisiejszych czasach o wszystko musimy pytać sądu. Nawet, gdy chcemy ratować życie pacjentowi. To zaczyna być niepokojące. A przecież czasem trzeba to robić z sekundy na sekundę, nie czekając na czyjś wyrok.

Trzeba być bardzo czujnym, robi się z tej sprawy spór ideologiczno-religijny. I faktycznie głównie redakcje katolickie pytały mnie o zdanie. Przeciwnicy mówią, że to jest sprawa katolików. Pamiętajmy, że prawo ogólne jest wynikiem głosowania w parlamencie. Dlatego musimy być bardzo ostrożni, by większość polskiego społeczeństwa nie zaczęła myśleć na zasadzie „kłopot z głowy” i by te grupy nie wymuszały na nas rozwiązań pod wpływem podobnych głosów.

WIĘCEJ NA TEN TEMAT: Biskupi odnieśli się do śmierci Polaka w Plymouth. “Mamy nadzieję, że nie powtórzy się to w przyszłości”

 

KAI

 

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Copy link
Powered by Social Snap