video-jav.net
RODZINA

Pierwsza Komunia? Zróbmy ją świadomie

Z pierwszą Komunią Świętą jest prawdopodobnie tak, jak z całym życiem wiary: trzeba je przeżywać świadomie, szukać miejsc które nas dobrze prowadzą, nie poddawać się przypadkowi zakładając że jakoś to będzie. Dlatego warto przemyśleć indywidualne przygotowanie dziecka do tego sakramentu, poza schematem „klasa razem”.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Pozwólcie, że opowiem naszą historię.

Moja 10-letnia córka, która w ubiegłym roku po raz pierwszy przyjęła Komunię św., nie należy do naturalnie religijnych osób. Nigdy nie lubiła chodzić do kościoła, zawsze traktowała to jako przykry obowiązek. Sprawy nie ułatwiały zdiagnozowane u niej przez psychologów zaburzenia skupienia uwagi, bardzo utrudniające życie w szkole i czyniące wielkim wyczynem wytrwanie na Mszy św. Na niewiele zdało się zabieranie jej do kościołów z dobrym duszpasterstwem dzieci, wspólne czytanie Pisma św., słuchanie fajnej religijnej muzyki, opowiadanie o Panu Bogu i moich doświadczeniach szukania Go. Kocha Go, szuka na swój dziecięcy sposób, ale Eucharystia nie była naturalnym miejscem, gdzie Go znajduje.

Czułam, że jeśli sprawę jej przygotowania do Pierwszej Komunii Św. pozostawię jedynie katechetce i księdzu w parafii, do której należy jej przepełniona szkoła (1500 uczniów, 14 klas trzecich w jednym roczniku), prawdopodobnie skażę ją na scenariusz przerobiony już w wielu pokoleniach: byle do Pierwszej Komunii, potem coraz dalej od Pana Boga, aż do utraty wiary we wczesnej młodości.

Czego chciałam uniknąć? Przede wszystkim odciągania uwagi mojej córki od sedna tej uroczystości. Wiedziałam, że biała sukienka, koleżanki szkolne w ławce, czekający na zewnątrz tłum gości przybyłych tu dla niej, perspektywa przyjęcia no i – nie oszukujmy się – prezentów sprawi, że łatwiej jej będzie „przetrwać” tę „nudną” zwykle Mszę św., ale nie będzie miała w głowie spotkania z Jezusem, w które trzeba się wsłuchać i wmyśleć. On przecież nie krzyczy, ale mówi cicho. Chciałam dać jej szansę cokolwiek z Jego słów w zgiełku pierwszokomunijnego zamieszania usłyszeć.

Przez kilka poprzedzających to wydarzenie lat szukałam więc rozwiązania tej trudnej sytuacji. Alternatywę dla tradycyjnego modelu znalazłam dość niedaleko, w parafii sąsiedniej oddalonej od nas 10 minut drogi samochodem. Dwa lata wcześniej byłam tam świadkiem dość nietypowej Pierwszej Komunii mojego chrześniaka: pierwsza w pełni przeżywana przez dzieci Eucharystia jest tam zwykłą niedzielną Mszą św., bez uroczystej oprawy, wystroju oraz gości, za to z dziećmi w pięknych strojach podchodzących do Sakramentu wraz ze swoimi rodzicami. Po takiej „prywatnej” Pierwszej Komunii następuje zwyczajny Biały Tydzień, na zakończenie którego odbywa się „tradycyjna” w formie uroczystość czyli Msza św. z udziałem gości, recytowaniem wierszyków, podziękowaniami, zdjęciami i rodzinnymi przyjęciami. To rozwiązanie proboszcz oferuje tylko grupie chętnych rodziców i dzieci, nie narzuca go większości, a odbywa się ono w kwietniu, zanim parafialny „młyn pierwszokomunijny” jeszcze się zacznie.

Zgłoszenie mojej córki do udziału w takiej formie Pierwszej Komunii św. zaczęłam od… rozmowy z nią. Chciałam jej wytłumaczyć szczerze dlaczego chciałabym, aby nie przeżywała przygotowań ze swoją klasą i sprawdzić, jak się w tym czuje. Nie była niechętna. Proboszcza owej alternatywnej parafii już znała, lubiła jeździć tam na Mszę („choć organista strasznie tam fałszuje, mamo”), choć trochę żałowała że nie będzie w tej grupie dzieci nikogo znała. Zgodziła się.

Potem była moja szczera rozmowa z proboszczem „alternatywnej” parafii oraz z proboszczem naszej parafii rodzimej. Obaj księża z pełnym zrozumieniem przyjęli moje motywy i bez problemu wyrazili zgodę na przygotowywanie się mojej córki do przyjęcia pierwszej Komunii nieco dalej od domu.

Jeździliśmy więc przez cały rok szkolny na Eucharystię trochę dalej, ale ominęły nas „szkolne” Msze św. gdzie dzieci są zajęte głównie sobą i plotkami (bo się świetnie znają!), długie rodzicielskie debaty nad krojem sukienek i alb, zebrania o rodzaju kwiatów do kościoła i wyborze najlepszego fotografa, próby ustawienia dzieci w tygodniu poprzedzającym uroczystość oraz wielka grupowa spowiedź „dzień przed”.

Rozwiązanie alternatywne polegało m.in. również na tym, że pierwszą spowiedź dzieci przeżyły 3 tygodnie przed Pierwszą Komunią, w zupełnym spokoju i dość niewielkiej grupie. Dla zaakcentowania mojej córce tego, co się właśnie stało kupiłam jej wówczas olbrzymią białą różę, a w samochodzie w drodze powrotnej śpiewałyśmy „Niebo jest w sercu mym”. Wtedy też mi przyznała, że „jest teraz najszczęśliwsza na świecie”.

Jak sytuację przyjęła dalsza rodzina, gdy dowiedziała się, że zapraszamy ich do towarzyszenia naszej córce dopiero na koniec Białego Tygodnia? Nikt się nie obraził, choć nie wszystkim podobało się takie rozwiązanie.

W dniu Pierwszej Komunii św. dzieci były poprzydzielane do każdej parafialnej Mszy św., gdzie uczestniczyły w niej siedząc w ławce z rodzicami. Nie tworzyły samodzielnie zwartej grupy chłopców i dziewczynek, bo było ich ok. 10 na każdej godzinie. Także z rodzicami podchodziły do Stołu Pańskiego. Tego dnia nie czytały czytań (to wzięliśmy na siebie my – rodzice), nie wręczały kwiatów, nie pozowały do zdjęć, nie robiły niczego, co odwróciłoby ich uwagę od wyjątkowej chwili spotkania z Jezusem po raz pierwszy w życiu. Po powrocie do domu zdjęły odświętne stroje i przeżywały piękną niedzielę ze swoimi rodzicami.

Uroczystość blokująca liczbą gości drogi dojazdowe do kościoła odbyła się siódmego dnia, w sobotę. Wtedy też dzieci czytały czytania, śpiewały psalm, niosły dary, pilnowały szyku w rzędzie podchodzących do ołtarza i dawały się podziwiać wzruszonym babciom i ciociom. Także wtedy spadły na nie owe mityczne prezenty.

Jak wspominam ten czas z perspektywy już roku pełnego uczestnictwa mojej córki w Mszy św.? Pamiętam, że nigdy wcześniej nie widziałam jej tak skupionej i rozmodlonej. Zauważyłam, że była jakby zdumiona tym całym zamieszaniem, które nastąpiło na finał uroczystości – jakby ta zewnętrzność była czymś niepasującym do wewnętrznego charakteru tego święta.

Czy polecam, żeby wszyscy wybierali przygotowanie do Pierwszej Komunii poza parafią i poza własną szkołą? Na pewno nie. Są różne parafie, różne szkoły i różne dzieci. Natomiast polecam wybierać to przygotowanie dla dzieci świadomie, tak jak sami świadomie szukamy dobrych spowiedników, dobrych rekolekcjonistów i dobrych książek. A przynajmniej tak starannie, jak wybieramy pierwszokomunijne zaproszenia, buty do sukienek czy alb lub choćby zestaw dań podczas rodzinnego przyjęcia.

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Nie ma dobrego czasu na dzieci

A gdyby tak po prostu przestać się bać i zaufać Panu Bogu? A gdyby tak odwrócić optykę i przyjąć, że pojawienie się dziecka wcale nie wywraca naszego świata, ale sprawia, że wszystko wreszcie pomału wraca na swoje miejsce?

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Lubimy ład i porządek. Lubimy przewidywalność i kontrolę. Pewność. Grunt pod nogami. Lubimy nasze małe i większe komforty życiowe. Lubimy plany. Że najpierw ślub, kilka lat na beztroskie szaleństwo we dwoje, dynamiczny rozwój kariery, własne mieszkanie i wreszcie moment, kiedy będziemy gotowi na dziecko. Nawet jeśli czasem ten moment będzie trzeba odsunąć, on z pewnością nadejdzie. Jesteśmy tego pewni. Przecież chcemy mieć dzieci… Tylko dlaczego ściska nas w gardle na samą o nich myśl?

Hedonistyczny świat, w którym żyjemy przekonuje nas jak wielkim poświęceniem jest dziecko. Jak trudno jest utrzymać ten sam poziom komfortu życiowego wraz z jego pojawieniem się na świecie. Jeżeli jednak pomimo wysiłków specjalistów od farmakologii i ikon popkultury, zaczniemy na poważnie myśleć o potomku, od razu wpadamy w szpony kolejnych specjalistów. Tym razem od potężnego przemysłu „około-dziecięcego”. Jeżeli do tej pory musieliśmy zmagać się z lękiem przed dzieckiem, teraz zostajemy wtłoczeni w nowy rodzaj niepokoju – czy starczy nam na wszystko? Na wózek z opcją turbo? Na słoiczki bio? Na kocyk z alg morskich? Na nawilżacz, wyparzacz, laktator, nosidło ergonomiczne, chustę plecioną, drewniane zabawki z eco-atestem, płyty z Mozartem i przedszkole Montessori???? Co nam pozostaje? Możemy uwikłać się w tę potężną spiralę lęku i szeptem powtarzać sobie po każdym zbliżeniu ‘Boże, tylko nie teraz! Boże, jeszcze nie teraz! Jeszcze tylko doktorat, jeszcze awans na senior managera, jeszcze trochę czasu!”. Albo możemy zrobić coś radykalnie innego i przyjąć u progu małżeństwa, że tak na dobrą sprawę nigdy nie będzie dobrego czasu na dziecko. Bo zawsze będzie czegoś za mało. Zawsze moglibyśmy być bardziej gotowi, świadomi, poukładani, mniej egoistyczni.

 

Ale od początku. Najpierw poczęcie. Czasem przeoczone i niezauważone. Czasem wymodlone, wywalczone, niepewne. Potem miesiące ciąży; nie pozbawione pięknych chwil, ale i pełne lęku, niepokoju. Wreszcie poród… i zaczyna się Wielkie Nowe. Na początku próbujemy jeszcze łatać  dwa światy – ten sprzed dziecka i ten z nim na pokładzie. Wszędzie piszą, że to możliwe. Że to kwestia dobrej organizacji, a przecież to akurat zawsze nam wychodziło. Zatem jeszcze wykupujemy karnet na siłownię tuż po połogu, jeszcze rezerwujemy miejsce na wypad majowy ze znajomymi, ale z każdym dniem dociera do nas coraz wyraźniej, że to, co dawne minęło bezpowrotnie. A potem pojawia się zdziwienie. Ogromne zdziwienie, że korporacyjne stresy przed deadlinem przestają robić na nas wrażenie, że kolejny sezon wiosna/lato w sklepach, a nas wcale nie ciągnie, żeby go oglądać. Niby wciąż pamiętamy jak smakuje latte w naszej ukochanej kawiarni na rynku, ale coraz częściej dopada nas dziwne uczucie zażenowania, że kiedyś coś takiego jak kawa na starówce było dla nas ważne.

Jeszcze koledzy kupują dla nas w ciemno bilet na mecz, ale ku zaskoczeniu wszystkich odmawiamy, tłumacząc się niezręcznie wieczorną kąpielą malucha. Co się z nami dzieje? Wśród nieprzespanych nocy, bólu, lęku o każdy oddech, pierwszych kąpieli, pierwszych uśmiechów, pierwszych kroków rodzimy się my –  rodzice. I jeżeli wyrzucimy z głowy i z serca wszystkie te brednie o łączeniu ról, o samorealizacji, o wypełnianiu planów życiowych i osiąganiu kolejnych celów, pomalutku zaczniemy odkrywać, że życie tak naprawdę dopiero się dla nas zaczyna. I że to my dużo bardziej potrzebujemy naszych dzieci, niż one nas. One dostają od nas wikt i opierunek, miłość i czułość, ale my rodzice dostajemy od nich coś o wiele cenniejszego – naszą prawdziwą, wykutą w ogniu codzienności, niezniszczalną tożsamość.

 

 

Kim byłabym gdyby nie moje dzieci? Pewnie nadal pracowałabym dla wielkiej korporacji przekonana, że szczęście wiąże się z obsługą wielomilionowych kontraktów i ołówkowymi spódnicami. A w środku wciąż byłabym tym wystraszonym kurczakiem, który każdą kąśliwą uwagę szefa odchorowywał w kącie, który uginał się pod oskarżycielskim spojrzeniem nieżyczliwego mi świata. Potrzebowałam 4 par oczu, wpatrzonych we mnie z siłą, natężeniem i bezgranicznym zachwytem. Potrzebowałam stać się dla tych małych Nieboraków całym światem, żeby zrozumieć jak wielka jest moja rola, jak niepodważalna jest moja godność. I nikt, naprawdę nikt nie może mnie już zranić do żywego.

Kim byłabym gdyby nie moje dzieci? Pewnie nadal chorowałabym na gigantomanię, albo dla rozrywki żyłabym rozpamiętywaniem przeszłości. Potężna, prawie przez nikogo niezauważana praca mamy; tysiące obiadów, tony dziecięcej odzieży (za małej, za dużej, o wciąż dobrej!) przerzucanej w kółko pomiędzy koszem na pranie, suszarką, komodą/szufladą/szafą, miliony kilometrów z wózkiem głębokim, spacerówką, za łapkę, w chuście, za rowerkiem biegowym (z lekką zadyszką), setki godzin poświęconych na czytanie, na usypianie, na wpatrywanie się w śpiące Maluchy… ściągnęły mnie skutecznie na ziemię. Jestem tu i teraz. Ani nie patrzę w tył, ani nie wybiegam w przód. Nie projektuję już siebie, ani nie zadręczam się tym, co było. Prawdę mówiąc, szkoda mi na to po prostu czasu.

 

 

Kim byłabym gdyby nie moje dzieci? Pewnie nadal mówiłabym „drukowanymi literami” i reagowała przesadną egzaltacją na kazania Mistrza Eckharta. Dzieci nauczyły mnie prostoty, zwyczajności. Nie muszę już udowadniać nikomu jak bardzo jestem oczytana, jak wyszukane mam słownictwo. Jestem, jaka jestem. Całkiem przeciętna, całkiem zwyczajna. Nie zrozumiałam instrukcji obsługi pralki i mój małżonek tarza się ze śmiechu nad moją indolencją technologiczną? Trudno! Nie znam książki, o którą pyta mnie oczytany szwagier? Trudno! Uff, co za ulga!

Kim byłabym gdyby nie moje dzieci? Na pewno nie umiałabym tak ufać Bogu. Rodzicielstwo to nie tylko całowanie różowych stópek i umieranie ze śmiechu na widok natchnionych pląsów pięciolatka. Rodzicielstwo to też głęboki jak otchłań, czarny jak noc strach gdy grypa wpycha dziecko na OIOM. Rodzicielstwo to też krzyk rozpaczy i bezsilności, kiedy pękają kolejne wenflony w malutkim, kilkudniowym ciałku naszego Maleństwa. Rodzicielstwo to też skrajne zmęczenie, frustracja, lęk czy starczy do pierwszego i nerwowe liczenie drobniaków przed kasą. Rodzicielstwo, szczególnie w takiej większej niż przeciętnie wersji, to też upokorzenie. W dniu, w którym usłyszałam kpiącą rozmowę moich sąsiadów o naszej kolejnej ciąży, całkiem przypadkiem (akurat!) przeczytałam słowa papieża Franciszka „Nie ma pokory bez upokorzenia”. Nieżyczliwe słowa bardzo bolą, ale i wyzwalają. Nie jestem już zakładnikiem czyjejś opinii o mnie. Nie zależę już od osądu kogokolwiek, prócz tych, których kocham.

 

 

Kim byłabym gdyby nie moje dzieci? Na pewno nie miałabym takiej relacji z Niebem. Kiedy dzieci przychodzą na świat jedno po drugim, kiedy dzień miesza się przez kilka lat z nocą, naprawdę trudno o siły i skupienie potrzebne chociażby do różańca. Nie wiem ile razy łapałam się na tym, że zamiast Pozdrowienia Anielskiego liczę do dziesięciu, albo podczas czytania Psalmów myślę o tym, kto jutro weźmie dzieci na basen i czy schowałam rosołek do lodówki. Nie wiem ile Mszy św. spędziłam ganiając wkoło kościoła za ledwo trzymającym się na nogach roczniakiem, albo ile rodzinnych modlitw ograniczało się do wielkiego rodzinnego „tuliaka”, bo już naprawdę na nic innego nie starczało siły. A jednak… a jednak w tym wszystkim, w tym wielkim domowym kieracie, niepostrzeżenie Niebo łączy się z ziemią.

Tylko mamie z chorą od dwóch miesięcy czwórką maluchów uchodzi płazem kąśliwa uwaga pod adresem Miriam „Przestań się już błagam tak uśmiechać, w końcu miałaś tylko jedno”. I tylko taka mama, w akcie ostatniej desperacji, potrafi włożyć pod poduszkę gorączkującemu powyżej 40 st od tygodnia dziecku obrazek „Jezu ufam Tobie”, by rano zamiast przyjąć z radością cud uzdrowienia, biegać jak szalona po aptekach, bo chyba się termometr zepsuł! Tak naprawdę w utrzymywanie na powierzchni tego całego roztańczonego cyrku na kółkach zaangażowani są dosłownie wszyscy: „Św. Józefie – większy samochód by się przydał!”, „Św. Antoni! Błagam!!! Gdzie są te klucze???!!!”, „Św. Teresko! Ulecz ją z tych fochów, bo nie ręczę za siebie!”, „O św. Cecylio! Niechże już przestanie tak wyć do księżyca!”, „O Jezu czteroletni! Zrób coś z tym małym buntownikiem, bo za uszy powieszę!”.

 

Pierwsze przykazanie, jakie usłyszał człowiek w Raju („Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” Rdz 1,28) to najlepsze życzenia, jakie można złożyć nowożeńcom. To właśnie jest ta odwrócona optyka, o której wspomniałam na początku. Bóg widząc nas, u progu naszego małżeństwa zdaje się mówić nam jedno: „Nie bójcie się dzieci! To dzięki nim, a nie wbrew nim zdobędziecie świat! To dzięki nim odkryjecie do jak wielkich zadań was powołałem i zobaczycie do czego naprawdę jesteście zdolni”. Więc kiedy ogarnie was panika na widok dwóch kresek na teście ciążowym, weźcie głęboki oddech i spokojnie przerzućcie nogi przez burtę. Właśnie zaczynacie chodzić po wodzie.

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >