video-jav.net
RODZINA

Wczesna Komunia Święta. Co dzieci z tego zrozumieją?

Nie ze wszystkich moich pomysłów wychowawczych jestem dumna. Wiele rzeczy chciałabym zmienić. Ale są i takie, których słuszności jestem absolutnie pewna, a jedną z gich jest posłanie trojga naszych dzieci do wczesnej Komunii Świętej.

Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Baranki młode

Nie ze wszystkich moich pomysłów wychowawczych jestem dumna. Wiele rzeczy chciałabym zmienić, poprawić, z perspektywy czasu wiem, że mogliśmy postąpić inaczej – wszyscy rodzice wiedzą, o czym mówię. Jest też na szczęście konkretny pakiecik decyzji, których słuszności jestem absolutnie pewna, i jedną z nich jest posłanie trojga naszych dzieci do wczesnej Komunii Świętej (dwie najmłodsze jeszcze za małe). Dwoje przygotowaliśmy indywidualnie, z pomocą zaprzyjaźnionego wikarego krakowskiej parafii (synek miał niespełna siedem lat, córka skończone sześć). Z trzecim korzystaliśmy z cudnego programu przygotowań komunijnych dla dzieci z edukacji domowej, opracowanego przez Olę Sawicką i ojca Przemka Ciesielskiego OP. Każda Msza komunijna wyglądała zupełnie inaczej – skupiony i szczęśliwy F. przyjmował Pana Jezusa w Wielki Czwartek, w zapełnionym kościele. Malutka, bielutka Ł. biegła do ołtarza w ciepły dzień czerwcowy, na kameralnej Mszy tylko dla niej i jej gości. A nasz J., szczerbaty zadymiarz, maszerował w czterdziestoosobowej grupie uradowanych „Baranków”, z których najmniejsi nie skończyli jeszcze sześciu lat.

 

Dlaczego?

Dlaczego to robimy? Bo jesteśmy przekonani, że małe dzieci też potrzebują wsparcia Łaski.  Bo pragną bliskiej i osobistej relacji z Panem Bogiem. Bo mają wspaniałą intuicję wiary i zadają pytania godne mistyków. Bo lepiej je umocnić do mierzenia się z pokusami tego świata na samym początku świadomego życia, żeby rosły już karmione Ciałem Pańskim i w jakiś sposób – z Niego były budowane.

Robimy to też po to, żeby zapewnić naszym dzieciom piękne, spokojne doświadczenie pierwszej Spowiedzi. Bez nerwowych kolejeczek, karteczek, rubryczek. Nie etap do odfajkowania na parę tygodni przed Komunią i potem do powtórzenia w przeddzień (swoją drogą, jak się tłumaczy tym dzieciom po pierwszej Spowiedzi a przed drugą, że nie mogą iść po Pana Jezusa na najbliższej Mszy św? Przecież mogłyby!) Nie stres i broń Boże nie trauma.

Starsi spowiadali się bezpośrednio przed Mszą komunijną, pamiętam zwłaszcza wracającą od konfesjonału Ł, maleńką, ubraną na biało, roześmianą blondyneczkę – i idącego tuż za nią wielkiego, czarnobrodego i odzianego w czarną sutannę księdza Łukasza, z którego widać było tylko białe zęby. Tak sobie szli i się radowali.

Ale tak zupełnie na świeżo mam w pamięci dreszcz mistyczny przy tegorocznej Spowiedzi naszego J. Najświętszy Sakrament na ołtarzu, w tle spokojny śpiew adoracyjny, w prezbiterium dwaj Ojcowie Dominikanie. Klęczeliśmy w nawie głównej, całymi rodzinami. Dzieci podchodziły do spowiedników, siadały obok nich, chowały się w cieniu ołtarza. Po rozgrzeszeniu Ojcowie podnosili je, przytulali i odprowadzali albo odnosili na rękach do rodziców, a rodzice nakładali białą szatę, przygotowaną dla Zaproszonych na Ucztę. Klęczałam i patrzyłam, jak mały, ubrany w ciemne kolory synek siedzi obok białego zakonnika, opowiada z powagą i obaj machają sobie odruchowo stopą. A potem Ojciec przyniósł mi go, roześmiany – obraz Boga Miłosiernego, który się nie posiada z radości, że człowiek do niego wrócił. Nakładałam białą szatę i sobie myślałam, że te niecałe siedem lat wcześniej oddano mi na ręce syneczka ochrzczonego, a teraz przyniesiono takiego odświeżonego po spowiedzi – oto chrześcijanin przywrócony do ustawień fabrycznych. Znowu cały na biało.

To nie jest tak, że na takie doświadczenia zasługują tylko wyjątkowe dzieci z wyjątkowo świątobliwych rodzin wyłonionych w specjalnym konkursie. Czy coś. Każde dziecko zasługuje na dobre, radosne i głębokie przeżycie pierwszej Spowiedzi i Komunii. To jest fundament życia chrześcijańskiego, to ma być początek zaangażowanego uczestnictwa w życiu religijnym, a nie koniec (… jak już człowiek wypełni te wszystkie rubryczki z Różańca, Drogi Krzyżowej, Rorat i czego tam jeszcze, to w nagrodę pójdzie do Komunii i już nie będzie musiał więcej na to wszystko uczęszczać, aż do Bierzmowania…).

 

Czy to trudne?

Czy przygotowanie dziecka do wczesnej Komunii jest trudne? Nie bardziej niż normalne wychowanie w katolickim domu. Zasadniczo robimy to co zwykle, chodzimy do kościoła, modlimy się, rozmawiamy dużo i odpowiadamy na pytania. Wykorzystujemy okazje, takie „korytarze transferowe” zainteresowania jakimś tematem, do hojnego szuflowania wiedzy religijnej, ale katechizmu na pamięć nie zakuwamy. Efekty są, z Bożą pomocą, widoczne. Tak w ogóle to uważam, że przygotowań, takich specjalnych – spotkań, konferencji i rekolekcji – potrzebują przede wszystkim rodzice, bo to oni są głównymi „tubami” Dobrej Nowiny dla swoich dzieci, i często przydałyby im się narzędzia skutecznego przekazywania wiedzy religijnej i doświadczenia wiary. Zastosują je skuteczniej niż jakikolwiek katecheta. Myślę sobie po cichutku, że naprawdę warto zrewidować przyjęty od lat w polskim Kościele system masowych przygotowań rocznikowych. Będzie to trudne, ale konieczne – i bezcenne dla przyszłości całej wspólnoty wierzących.

 

Tytułowe pytanie to Argument Argumentów, Gruba Berta i Wunderwaffe, wyciągana w dyskusjach przez rozmaite osoby postronne (niestety również duchowne): CO TE DZIECI Z TEGO ROZUMIEJĄ?

Odpowiadam: a ciocia/pani/ksiądz – co z tego rozumie? Bo ja nie rozumiem. Ja tylko wierzę. Nasze dzieci, z całą siłą swoich niespaskudzonych serduszek, też wierzą.

Marcelina Metera

Marcelina Metera

Żona, matka pięciorga, po godzinach tłumaczka i redaktorka. Nieuleczalna entuzjastka pracy społecznej, dużo gada i szybko czyta

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >
RODZINA

Pierwsza Komunia? Zróbmy ją świadomie

Z pierwszą Komunią Świętą jest prawdopodobnie tak, jak z całym życiem wiary: trzeba je przeżywać świadomie, szukać miejsc które nas dobrze prowadzą, nie poddawać się przypadkowi zakładając że jakoś to będzie. Dlatego warto przemyśleć indywidualne przygotowanie dziecka do tego sakramentu, poza schematem „klasa razem”.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Pozwólcie, że opowiem naszą historię.

Moja 10-letnia córka, która w ubiegłym roku po raz pierwszy przyjęła Komunię św., nie należy do naturalnie religijnych osób. Nigdy nie lubiła chodzić do kościoła, zawsze traktowała to jako przykry obowiązek. Sprawy nie ułatwiały zdiagnozowane u niej przez psychologów zaburzenia skupienia uwagi, bardzo utrudniające życie w szkole i czyniące wielkim wyczynem wytrwanie na Mszy św. Na niewiele zdało się zabieranie jej do kościołów z dobrym duszpasterstwem dzieci, wspólne czytanie Pisma św., słuchanie fajnej religijnej muzyki, opowiadanie o Panu Bogu i moich doświadczeniach szukania Go. Kocha Go, szuka na swój dziecięcy sposób, ale Eucharystia nie była naturalnym miejscem, gdzie Go znajduje.

Czułam, że jeśli sprawę jej przygotowania do Pierwszej Komunii Św. pozostawię jedynie katechetce i księdzu w parafii, do której należy jej przepełniona szkoła (1500 uczniów, 14 klas trzecich w jednym roczniku), prawdopodobnie skażę ją na scenariusz przerobiony już w wielu pokoleniach: byle do Pierwszej Komunii, potem coraz dalej od Pana Boga, aż do utraty wiary we wczesnej młodości.

Czego chciałam uniknąć? Przede wszystkim odciągania uwagi mojej córki od sedna tej uroczystości. Wiedziałam, że biała sukienka, koleżanki szkolne w ławce, czekający na zewnątrz tłum gości przybyłych tu dla niej, perspektywa przyjęcia no i – nie oszukujmy się – prezentów sprawi, że łatwiej jej będzie „przetrwać” tę „nudną” zwykle Mszę św., ale nie będzie miała w głowie spotkania z Jezusem, w które trzeba się wsłuchać i wmyśleć. On przecież nie krzyczy, ale mówi cicho. Chciałam dać jej szansę cokolwiek z Jego słów w zgiełku pierwszokomunijnego zamieszania usłyszeć.

Przez kilka poprzedzających to wydarzenie lat szukałam więc rozwiązania tej trudnej sytuacji. Alternatywę dla tradycyjnego modelu znalazłam dość niedaleko, w parafii sąsiedniej oddalonej od nas 10 minut drogi samochodem. Dwa lata wcześniej byłam tam świadkiem dość nietypowej Pierwszej Komunii mojego chrześniaka: pierwsza w pełni przeżywana przez dzieci Eucharystia jest tam zwykłą niedzielną Mszą św., bez uroczystej oprawy, wystroju oraz gości, za to z dziećmi w pięknych strojach podchodzących do Sakramentu wraz ze swoimi rodzicami. Po takiej „prywatnej” Pierwszej Komunii następuje zwyczajny Biały Tydzień, na zakończenie którego odbywa się „tradycyjna” w formie uroczystość czyli Msza św. z udziałem gości, recytowaniem wierszyków, podziękowaniami, zdjęciami i rodzinnymi przyjęciami. To rozwiązanie proboszcz oferuje tylko grupie chętnych rodziców i dzieci, nie narzuca go większości, a odbywa się ono w kwietniu, zanim parafialny „młyn pierwszokomunijny” jeszcze się zacznie.

Zgłoszenie mojej córki do udziału w takiej formie Pierwszej Komunii św. zaczęłam od… rozmowy z nią. Chciałam jej wytłumaczyć szczerze dlaczego chciałabym, aby nie przeżywała przygotowań ze swoją klasą i sprawdzić, jak się w tym czuje. Nie była niechętna. Proboszcza owej alternatywnej parafii już znała, lubiła jeździć tam na Mszę („choć organista strasznie tam fałszuje, mamo”), choć trochę żałowała że nie będzie w tej grupie dzieci nikogo znała. Zgodziła się.

Potem była moja szczera rozmowa z proboszczem „alternatywnej” parafii oraz z proboszczem naszej parafii rodzimej. Obaj księża z pełnym zrozumieniem przyjęli moje motywy i bez problemu wyrazili zgodę na przygotowywanie się mojej córki do przyjęcia pierwszej Komunii nieco dalej od domu.

Jeździliśmy więc przez cały rok szkolny na Eucharystię trochę dalej, ale ominęły nas „szkolne” Msze św. gdzie dzieci są zajęte głównie sobą i plotkami (bo się świetnie znają!), długie rodzicielskie debaty nad krojem sukienek i alb, zebrania o rodzaju kwiatów do kościoła i wyborze najlepszego fotografa, próby ustawienia dzieci w tygodniu poprzedzającym uroczystość oraz wielka grupowa spowiedź „dzień przed”.

Rozwiązanie alternatywne polegało m.in. również na tym, że pierwszą spowiedź dzieci przeżyły 3 tygodnie przed Pierwszą Komunią, w zupełnym spokoju i dość niewielkiej grupie. Dla zaakcentowania mojej córce tego, co się właśnie stało kupiłam jej wówczas olbrzymią białą różę, a w samochodzie w drodze powrotnej śpiewałyśmy „Niebo jest w sercu mym”. Wtedy też mi przyznała, że „jest teraz najszczęśliwsza na świecie”.

Jak sytuację przyjęła dalsza rodzina, gdy dowiedziała się, że zapraszamy ich do towarzyszenia naszej córce dopiero na koniec Białego Tygodnia? Nikt się nie obraził, choć nie wszystkim podobało się takie rozwiązanie.

W dniu Pierwszej Komunii św. dzieci były poprzydzielane do każdej parafialnej Mszy św., gdzie uczestniczyły w niej siedząc w ławce z rodzicami. Nie tworzyły samodzielnie zwartej grupy chłopców i dziewczynek, bo było ich ok. 10 na każdej godzinie. Także z rodzicami podchodziły do Stołu Pańskiego. Tego dnia nie czytały czytań (to wzięliśmy na siebie my – rodzice), nie wręczały kwiatów, nie pozowały do zdjęć, nie robiły niczego, co odwróciłoby ich uwagę od wyjątkowej chwili spotkania z Jezusem po raz pierwszy w życiu. Po powrocie do domu zdjęły odświętne stroje i przeżywały piękną niedzielę ze swoimi rodzicami.

Uroczystość blokująca liczbą gości drogi dojazdowe do kościoła odbyła się siódmego dnia, w sobotę. Wtedy też dzieci czytały czytania, śpiewały psalm, niosły dary, pilnowały szyku w rzędzie podchodzących do ołtarza i dawały się podziwiać wzruszonym babciom i ciociom. Także wtedy spadły na nie owe mityczne prezenty.

Jak wspominam ten czas z perspektywy już roku pełnego uczestnictwa mojej córki w Mszy św.? Pamiętam, że nigdy wcześniej nie widziałam jej tak skupionej i rozmodlonej. Zauważyłam, że była jakby zdumiona tym całym zamieszaniem, które nastąpiło na finał uroczystości – jakby ta zewnętrzność była czymś niepasującym do wewnętrznego charakteru tego święta.

Czy polecam, żeby wszyscy wybierali przygotowanie do Pierwszej Komunii poza parafią i poza własną szkołą? Na pewno nie. Są różne parafie, różne szkoły i różne dzieci. Natomiast polecam wybierać to przygotowanie dla dzieci świadomie, tak jak sami świadomie szukamy dobrych spowiedników, dobrych rekolekcjonistów i dobrych książek. A przynajmniej tak starannie, jak wybieramy pierwszokomunijne zaproszenia, buty do sukienek czy alb lub choćby zestaw dań podczas rodzinnego przyjęcia.

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >