Pierwsza Komunia w Szpitalu Narodowym

W kaplicy polowej zorganizowanej w Tymczasowym Szpitalu na Stadionie Narodowym w Warszawie odbyła się wczoraj uroczystość Pierwszej Komunii Świętej. Wyjątkowa tym bardziej, że przyjmujący ją pacjent ma 68 lat!

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

O. Maciej Ziębiec, redemptorysta, jest kapelanem w Tymczasowym Szpitalu Narodowym w Warszawie. Jego posługa nie różni się od pracy kapelanów na innych oddziałach – tak, jak wszyscy kapłani odwiedza pacjentów i rozmawia z nimi, spowiada, namaszcza chorych i przynosi im Komunię. Zamiast habitu ma na sobie jednak szczelny kombinezon, maskę i przyłbicę. Aby pacjenci wiedzieli, że podchodzący do nich „kosmita” jest kapłanem, na kombinezon nakleja swoją fotografię.

– Rozmawiam ze wszystkimi: wierzącymi i niewierzącymi. Staram się zahaczyć każdą osobę i zapytać, jak się czuje, co dobrego – opowiada o. Maciej. – Z tym chorym też zaczęło się od zwyczajnych rozmów, zawsze pytałem, czy chciałby przyjąć Komunię świętą. Po którymś  spotkaniu chyba coś w nim pękło – stanął przede mną i powiedział, że on nigdy nie przystąpił do Pierwszej Komunii, ale bardzo chciałby to zrobić – myślał o tym już dużo wcześniej, ale nie wiedział, jak podejść do kapłana, aby poprosić go o sakrament. Zacząłem więc działać!

 

 

Przeszkód nie było

Najpierw trzeba było sprawdzić, czy kandydat do przyjęcia Komunii na pewno jest osobą ochrzczoną. Pacjent podał kapelanowi parafię swojego chrztu, a o. Maciej skontaktował się z proboszczem, żeby sprawdzić zapisy w księgach parafialnych. Okazało się, że wszystko jest w porządku – widnieje adnotacja o chrzcie, nie ma żadnych przeciwskazań do przyjęcia Komunii. Można więc było rozpocząć prawdziwe przygotowania. – W rozmowie z tym człowiekiem widziałem, że otwiera się bardzo na przyjęcie Jezusa. W jego oczach było wypisane ogromne pragnienie, słychać je było w każdym jego słowie, kiedy mówił, że on bardzo chce przyjąć Najświętszy Sakrament. To, że przyszła choroba i Pan Bóg zatrzymał jego życie na kilkanaście dni w naszym szpitalu, okazało się dla niego błogosławieństwem – mógł pomyśleć o tym co najważniejsze i… zmienić swoje życie! Co spowodowało, że się otworzył? Na pewno łaska Boża, ale też i świadectwo innych chorych, którzy przyjmowali Komunię, świadectwo personelu, który się modlił.

 

 

W prezencie modlitewnik i ciasto

W „brudnej” strefie szpitala, czyli w miejscu, gdzie przebywają osoby zakażone, o. Maciej już wcześniej zorganizował kaplicę polową. Nie ma w niej ołtarza, ponieważ nie da się tam odprawić Eucharystii – aby Msza św. była ważna, kapłan musi spożyć Ciało i Krew Chrystusa, a w strefie brudnej personelowi nie wolno zdejmować masek. W kaplicy znajduje się jednak tabernakulum, wiszą też ikony, tworząc atmosferę sprzyjającą modlitwie. I choć przyjęcie Komunii odbyło się poza Mszą świętą, to sama ceremonia odbyła się w sposób uroczysty – z czytaniem Słowa Bożego, modlitwą, wyznaniem wiary. Oczywiście poprzedziła ją pierwsza spowiedź, która była jednocześnie spowiedzią z całego życia, kapelan przeprowadził też krótkie przygotowanie do przyjęcia sakramentów. Po uroczystości pacjent otrzymał pamiątkę komunijną – taką samą, jaką dostają dzieci przyjmujące pierwszy raz Pana Jezusa. W prezencie od kapelana dostał też modlitewnik i Pismo Święte. Odbyło się nawet komunijne przyjęcie!

– Skontaktowałem się ze znajomymi, którzy prowadzą piekarnię i cukiernię i zapytałem, czy mają jakieś ciasta, bo przecież w święta nie da się nic kupić – wspomina o. Maciej. – Udało się: kolega ofiarował mi cały karton ciast! A pacjent chodził potem pomiędzy łóżkami i częstował innych chorych, opowiadając im, że właśnie przyjął Pierwszą Komunię. Personelowi pokazywał pamiątkę, którą dostał. Jakież to było świadectwo! On był taki szczęśliwy, że nie mógł się ze mną rozstać! – cieszy się o. Maciej

 

 

COVID może być błogosławieństwem!

Pacjent, który w szpitalu otrzymał podwójne „nowe życie” w najbliższych dniach opuści placówkę. – Wierzę, że to dla niego piękny początek powrotu do życia wiary – zaznacza o. Ziębiec. – Chory deklarował, że chce naprawdę wrócić do Kościoła, przyjmować Komunię, chodzić na Mszę świętą, jest w nim ogromne pragnienie poukładania pewnych rzeczy. Widzę, że dla wielu COVID jest błogosławieństwem. Czasem ludzie po wielu latach proszą o spowiedź, bo mają wreszcie możliwość się zatrzymać i przemyśleć swoje życie. Ja podsuwam czasem pacjentom książki, modlitewniki, rozdaję różańce, żeby podtrzymać ich na duchu, bo są podłamani, szczególnie szpitalną samotnością. Ten moment Pan Bóg wykorzystuje jednak, żeby dotykać serc! – kończy kapłan, który w najbliższym czasie planuje przygotowanie konferencji dla osób, które pokonały chorobę lub straciły w niej kogoś bliskiego.

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Biegający rektor. Ks. dr Przemysław Kwiatkowski

Tytułu "Rzeźnika" Ksiądz Rektor wciąż nie ma, choć robi średnio 250 km miesięcznie. Mówi, że bieganie do kapłaństwa po prostu pasuje, choć sportowe buty są bardziej odpowiednie do spodenek niż do sutanny. Obok kilometrów jest jeszcze nauczanie św. Jana Pawła II i gitara.

Weronika Kostrzewa
Weronika
Kostrzewa
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ks. dr Przemysław Kwiatkowski – rektor gnieźnieńskiego seminarium – nie biega, aby się oderwać, odciąć od świata. Gdy zdejmuje koloratkę, zakłada sportowe buty i rusza w trasę, „bierze ze sobą” konkretne sprawy, osoby. Odkłada rzeczy, którymi się zajmuje, by lepiej do nich wrócić. To dobry czas na znalezienie rozwiązania. Nie robi tego sam, biegnąc odmawia na palcach różaniec.

 

“Zielone światło”

Ta modlitwa przynosi owoce. Jak przyznaje, cierpliwość nie należy do jego mocnych stron, a przecież jest ona bardzo potrzeba jemu i tym, z którymi żyje na co dzień. Klerycy szybko nauczyli się swojego przełożonego. Zanim pójdą do rektora z informacją, że znów coś poszło nie tak, podpatrują długość paska aktywności fizycznej na jego zegarku albo czekają aż się pojawi to “zielone światło”.

Człowiek, który dziś potrafi przebiec 100 kilometrów po górach, który w ramach przebieżki wyrusza z gnieźnieńskiego Seminarium i odwiedza rodzinną Wrześnię, wielbicielem aktywności fizycznej w szkole nie był. Uczeń Przemek Kwiatkowski, nie tylko uważał, że predyspozycji nie ma, ale miał na to nawet bolesne dowody, skutkujące przymusowym zwolnieniem z WF-u.

 

Bieg po zdrowie 

Skąd zatem u księdza, który w pierwszych latach spędzonych w parafii przytył 20 kg, taka pasja? Wszystko zaczęło się od jasnej wskazówki od lekarza, że czas się ruszyć, zmienić tryb życia. To, co mogło zostać tylko sugestią, w czyn zamienił przyjaciel ks. Przemysława. A kiedy najprostsze buty do biegania zostały kupione, grzechem byłoby nie kontynuować.

Ówczesny wykładowca Instytut Jana Pawła II w Rzymie najpierw krążył tylko wokół uczelni, bo po zaledwie kilku kilometrach czuł, że wyzionie ducha. Bardzo szybko okazało się, że mimo braku kondycji, zawsze wraca zadowolony. Prawdziwe rozbiegał się jednak dopiero jako sekretarz Prymasa Polski. Jak wspomina, to była praca siedząco-jeżdżąca, więc głowa i całe ciało naprawdę domagało się ruchu.

 

 

Chociaż nie o odległości i rekordy tu chodzi, Ksiądz Przemysław pokonuje coraz dłuższe i trudniejsze dystanse. Czasem musi jednak zmienić plany. Tak było z ostatnim Biegiem Rzeźnika. Udało mu się zakwalifikować, ale ostatecznie termin zbiegł się z… procesją na Boże Ciało. Ksiądz-uczestnik czeka więc na kolejną edycję. Licznik pokazuje, że w 2019 roku przebiegł prawie 3 tysiące kilometrów. Po 2020 roku przyjdzie mu odbudować formę, a klerykom może w końcu uda się dogonić rektora.

 

Kwarantanna z Janem Pawłem II 

Pięciokrotną kwarantannę i ostatecznie przechorowany COVID-19 spędził na tłumaczeniu na język włoski tekstów Karola Wojtyły o rodzinie i małżeństwie. To kolejna pasja gnieźnieńskiego rektora. Pytany, czy gdy słyszy oskarżenia pod adresem Świętego, to ma ochotę pisać obronę papieża, odpowiada że nie musi. Po prostu wraca do tego co on zostawił i myśli o tych rodzinach, które zna, a które żyją według nauczania Jana Pawła II, których serca on dotknął. Jak dodaje, one nie tylko spotykają Boga, ale są Jego świadkami. A takiej codziennej misyjności rodziny bardzo potrzebują też duchowni. I jak podkreśla nie ma to być towarzystwo adoracji księdza, tylko ktoś, kto stanie obok, jak człowiek, jak przyjaciel, jako wierzący.

 

fot. Flickr PWSD Gniezno

 

Zdecydowanie nie zgadza się, że pasje wśród księży to nowa moda, czy dziwactwo. Uważa, że bardziej zastanawiające jest dlaczego człowiek pasji nie ma. Trudno wtedy powiedzieć, co daje mu szczęście i w jaki sposób je rozdaje. Swoim seminarzystom często zadaje takie właśnie pytania, nie oczekując “kościółkowych” odpowiedzi. Nie oznacza to jednak, że wszystkie talenty potrafi zauważyć. Tłumaczy, że rektor też wiele spraw przeoczy, a i sam przecież potrzebuje nawrócenia. Śmieje się, że klerycy mogą albo wymodlić kogoś lepszego albo trochę bardziej ociosać tego, który jest. Ważne, żeby wspólnie ciągle uczyć się autentycznie być sobą. Przecież takimi właśnie kocha nas Bóg i nic piękniejszego nie możne nam się przydarzyć. Wymagające jest to nasze człowieczeństwo, ale to przecież pierwsza droga zbawienia własnego i innych.

 

Nieustannie w drodze 

Pytany, czy wyobraża sobie życie bez biegania, odpowiada, że czasem musimy zrezygnować z rzeczy dla nas ważnych. Pasja nie ma być przecież bożkiem. Ale od razu dodaje, że chciałby jak pewien 90-letni ksiądz – do niedawna mieszkający w seminarium – wychodzić na długie spacery dopóki zdrowie pozwoli. Z taką samą myślą patrzy na swojego dziadka, pasjonata majsterkowania, który zawsze potrafił zrobić coś z niczego. Ważne, żeby nieustannie być w drodze.

Na razie jednak, gdy wraca z treningu, odwzajemnia uśmiech na twarzy pana Jerzego – który jeszcze od czasów kleryka Przemka prowadzi w seminarium zajęcia WF-u – i widzi, ile drogi ma za sobą, a ile jeszcze przed. Nie tylko w bieganiu.

 

ZOBACZ TAKŻE: 16 lat w sutannie i 35 za obiektywem. Ks. Mariusz Wedziuk

 

 

Weronika Kostrzewa

Weronika Kostrzewa

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Weronika Kostrzewa
Weronika
Kostrzewa
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap