Małżeństwo z dymem

Malutka śląska parafia. "I jak wam jest?" – zapytał ksiądz stojącą przy ołtarzu parę obchodzącą 50-lecie ślubu. Kobiecina nie zdążyła jeszcze otworzyć ust, gdy mąż szczerze westchnął do mikrofonu: "Oj, ciężko, księże, ciężko…". Nie mam tak długiego małżeńskiego stażu. Zaledwie 15 lat. Ale zgadzam się z przedmówcą.

Marcin Jakimowicz
Marcin
Jakimowicz
zobacz artykuly tego autora >

Przed stu laty (czyli w 1998 roku), kiedy ojciec Augustyn Pelanowski dowiedział się, że zamierzamy z Dorotą wstąpić w związek małżeński uśmiechnął się szelmowsko i powiedział: – No to im się zacznie. Poważnie zaniepokojony zapytałem: – Przepraszam, co się zacznie?, odparował: Małżeństwo jest najlepszą szkołą umierania dla siebie. Nic więcej nie pisnął. Życie dopowiedziało resztę.

Bardzo podoba mi się definicja grzechu, którą usłyszałem od Lecha Dyblika, aktora. – Dotarło do mnie – opowiadał – czym jest unikanie grzechu: to robienie jak najmniejszego dymu swoją osobą.

Małżeństwo z dymem

Zapamiętałem tę intuicję, bo bardzo lubię „robić swoją osobą dym”. Cała nasza rodzina jest w tym bardzo dobra. Tyle, że gdy w M3 zbierze się grupa egoistów (w przypadku Jakimowiczów: 2 dorosłych + 3 dzieci), i każdy zacznie robić to, co lubi najbardziej czyli intensywnie dymić, to już po kilku minutach trzeba solidne przewietrzyć pomieszczenie. Robi się duszno. Chcąc nie chcąc, trzeba stonować, wycofać się, zapomnieć o sobie. To największa lekcja pokory, jaką niezwykle regularnie otrzymuję. A wracając do Pelanowskiego. Dziś rano pisałem do „Gościa” tekst o kryzysie wiary, jak zwykle naiwnie sądząc, że Najwyższy zapomni o zweryfikowaniu moich dziennikarskich wynurzeń. Zacytowałem kilka zdań paulina, które kiedyś nagrałem podczas jednych z jego rekolekcji dla naszej wspólnoty:

„Na widok silnego wiatru Piotr uląkł się i zaczął tonąć. Zaczął tonąć, gdy był najbliżej Jezusa. Nie, gdy był daleko od Niego. Będziesz rozmawiał z Bogiem twarzą w twarz, a w następnej chwili możesz wpaść w otchłań”.

Minęło kilka godzin. Wieczorem razem z żoną i najmłodszym synkiem pojechaliśmy do Chorzowa na modlitwę uwielbienia (dwójkę starszych dzieci sprzedaliśmy cioci). W kościele sporo ludzi, wszystkie ławki zajęte. Zamknąłem oczy, podniosłem jedną rękę do góry, na drugiej trzymałem syna. I uwielbiałem, uwielbiałem, uwielbiałem, aż po kilkudziesięciu minutach Nikodem zaczął ryczeć – i tak sporo wytrzymał. Początkowo szlochał cichutko, ale z minuty na minutę rozkręcał się. Płakał i płakał, a ja mimo zastosowania setek patentów, które zawsze się sprawdzały, pozostawałem coraz bardziej bezradny. Zabijał mnie wzrok siedzących obok mnie „pobożnych i wpływowych niewiast”, które za Chiny nie chciały ze mną przerobić „na własnej skórze” psalmu: Usta dzieci i niemowląt oddają Ci chwałę.

Skapitulowałem, wściekły wycofywałem się powoli – coraz dalej i dalej, aż wylądowałem w przedsionku kościoła. Wystarczyło 15 minut płaczu rocznego malucha, żebym złapał się na tym, iż wzniesione ręce i cały ten Hillsong w wersji górnośląskiej był w moim przypadku jedynie udawaniem, kolejną pobożną maską. W rzeczywistości (pokazał mi to mały Nikodem), byłem przerażająco smutny i pusty, a po piętnastu minutach okazało się, że słowa ojca Pelanowskiego, które zacytowałem wcześniej, nie są żadną głęboko metaforą. Stałem tuż przed Tronem, by po chwili wylądować po uszy w otchłani zwątpienia, zadając sobie najbardziej dramatyczne pytania. Zabolało. Bardzo. Gdybym przyszedł sam, stałbym bezpiecznie ukryty we wznoszącym ręce tłumie.

Acha! Jeszcze jedno muszę dopisać do tego wątku: wychodząc z kościoła, pokłóciłem się z żoną. Tak wygląda modlitwa uwielbienia według Jakimowiczów.

Jestem zły? Nie. Minęły dwa dni i ochłonąłem. Cieszę się, że Bóg obnażył to, co naprawdę kryje się w moim sercu i po raz kolejny dzięki rodzince pokazał, że nie da się nabrać na podniesione pobożnie rączki.

Małżeństwo z dymem

Czy małżeństwo jest sakramentem? Stuprocentową obecnością Jezusa? Oczywiście, że tak. Uczy najtrudniejszej sztuki na świecie: przebaczenia. Naprawdę niewiele brakuje, by nasze urocze pogawędki przy rodzinnym stole zamieniły się w koszmar rodem z „Sierpnia w hrabstwie Osage” (mógłbym zajmować miejsce Meryl Streep).

Znamy na pamięć swoje czułe punkty, potrafimy precyzyjnie użądlić tak, by naprawdę zakłuło. Gdyby nie przebaczenie (akt woli, nie zlepek emocji!) relacje rozsypałyby się w drobny mak.

Dopóki nie miałem żony i dzieci wydawało mi się, że jestem pobożnym facetem mającym jakąś tam relację z Najwyższym. Każdy dzień pokazuje, jak bardzo się myliłem.

Jak bumerang wracają do mnie słowa Jana Pawła II: „miłość jest dawaniem siebie drugiej osobie”. Tu zaczynają się schodki: nie lubię dawać, wolę brać. Garściami.

Dlaczego tak często toniemy? Bo – chwytam intuicje Pelanowskiego – jesteśmy o krok od Jezusa. – Żyjemy w rodzinie jak na Titanicu – opowiadał mi kiedyś Michał Lorenc – Nasz dom jest pełen wielkich namiętności i konfliktów. Przeglądam się w tych słowach jak w lustrze. A jednocześnie w moim życiu jest tak, jak powiedział kiedyś Tomek Budzyński: – Z dnia na dzień coraz bardziej kocham swoją żonę. Jestem coraz bardziej zdumiony tym, że tak długo wytrzymuje moje fochy i humory.

Małżeństwo z dymem

To dzięki rodzince (najpiękniejsza i najtrudniejsza rzecz jaka mnie w życiu spotkała) odkrywam rzeczy, których nie odkryłbym, gdybym zwiał i spakował walizki. Przerażające pokłady pychy. Maski opadają. Nie ma szans na udawanie. Żadnych. Dzieci doskonale wyczuwają, kiedy nasza modlitwa jest zwykłą pańszczyzną, a kiedy szczerym szturmem do nieba.

Franek Kucharczak kolega z redakcji „Gościa” opowiadał, jak ze swoim pięcioletnim Jackiem oglądał program, w którym dziennikarze nabijali się niemiłosiernie z gigantycznej figury Jezusa w Świebodzinie. Chłopakowi zrobiło się przykro. Wziął kartkę i zaczął coś rysować. Tata spojrzał na rysunek: Jezus, w koronie…

A co to jest, tu na dole? – zapytał syna.

Kółka – odparował chłopak.

A po co?

Żeby jeździł, błogosławił i ział ogniem!

Taki jest Jezus, którego doświadczam w naszej rodzince. Przychodzi, błogosławi. Ale i zieje ogniem – ogniem Ducha, który wypala pokłady egoizmu.

Wesprzyj nas
Marcin Jakimowicz

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, od ponad dwudziestu lat modli się we wspólnocie Kościoła.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Jakimowicz
Marcin
Jakimowicz
zobacz artykuly tego autora >

Rodzina, macierz, grunt, opoka

Jest coś pięknego w tym, gdy zbierze się taki mały klan i zacznie gadać swoim niepowtarzalnym subkodem językowym, a jeden typ twarzy – jakiś konkretny pomysł Pana Boga – można zobaczyć w różnych wersjach i realizacjach.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Osoby, czekające na naszej stacyjce na najważniejszy moment odlotu, wiedzą już pewnie o mojej pasji chodzenia po cmentarzach we Wszystkich Świętych i Zaduszki, a teraz dodam także wszelkie chrzty, śluby, pogrzeby, czyli chwile, gdy zbiera się cała rodzina i z ważnego powodu przyjeżdżają ciotki i pociotki z Kanady i Koluszek.

Bo jest coś pięknego w tym, gdy zbierze się taki mały klan i zacznie gadać swoim niepowtarzalnym subkodem językowym, a jeden typ twarzy – jakiś konkretny pomysł Pana Boga – można zobaczyć w różnych wersjach i realizacjach – męskiej i kobiecej i w różnym okresie życia i ta różnica i jedność, ma w sobie siłę i kryje tajemnicę. Jest coś niesamowitego w tym łańcuchu rodzących i rodzonych, matek, ojców i dzieci, powtarzalności unikatów, poczucia przynależności, które jest podstawową potrzebą każdego człowieka.

Rodzina, macierz, grunt, opoka

Na temat fundamentalnej roli tej wspólnoty dla kształtowania człowieka napisano tomy, wypowiedziano jeszcze więcej, ale specjaliści nie są tu konieczni, wystarczy potoczne doświadczenie życiowe. Każdy dorosły pamięta „mapę drogową”, którą otrzymał w dzieciństwie od rodziców i wszystkich osób, które jakoś go kształtowały. Te tysiące wskazówek, przestróg, instrukcji, nadejście chwili, gdy przekaz się komplikuje, staje się bardziej „wypasiony” i starannie zredagowany, ale równolegle wielkie znaczenie mają znaki, niekompletne wypowiedzi, podawane może podświadomie lub podprogowo. Jak by o tym nie mówić, każde dziecko otrzymuje obraz świata, pojęcie o hierarchii i wartościach, wraz ze zdolnością odróżniania, nazywania i wyboru.

Rzecz jasna, są różne szkoły i przekonania, mówi się o formatowaniu, matrycach i koleinach, o kształtowaniu na jedno kopyto, a także o przetrenowaniu czy tresowaniu. Ale we wszystkich kontaktach dorosłych, opiekujących się i wychowujących małe dzieci, jest element wskazówek, choćby ukrytych. W ten sposób powstają owe hermetyczne kody, zrozumiałe wyłącznie dla wtajemniczonych, tak dziedziczy się gesty, intonacje głosu, anegdoty i powiedzonka, namacalne znaki, że prababki wraz z pradziadkami i praciotkami towarzyszą nam potajemnie, kibicują i że jak będzie „po wszystkim” spotkamy tam bliskie osoby. A jednocześnie te kody rodzinne wpisują się w uniwersalny język, który rozumieją wszyscy.

Rodzina, macierz, grunt, opoka

Nadchodzi wreszcie godzina startu, czyli dorosłość.

I to, co będzie dalej, zależy od tego, co dziecko otrzymało. Jakie matryce go formowały, czy ma pod stopami twardy grunt macierzy i ojcowizny, które opuszcza. Odejście z tej ziemi jest naturalne, a także konieczne. Czytałam kiedyś długi wywiad ze znaną działaczką społeczną, która opowiadała o swoich trudnych relacjach z matką, a na koniec stwierdziła, że matkę trzeba znienawidzić. Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy wygłaszają teorie o potrzebie, czy wręcz konieczności, znienawidzenia własnych rodziców. Ale o co chodzi? Spokojnie! Nie ma takiej możliwości żeby wszyscy byli identyczni, bo Pan Bóg najwyraźniej za kołchozami nie przepada i stwarza unikaty, bo chyba pragnie każdego kochać w sposób jedyny. Więc po co te nerwy? Szarpanina i rany?

Z drugiej strony taki postulat od dwóch tysięcy lat brzmi w uszach wszystkich pokoleń wyznawców Pana Jezusa o tym, że ci, którzy chcą być Jego uczniami muszą mieć w nienawiści… tak, tak, ojca i matkę, bo inaczej się nie da pójść na całość… Egzegeci tłumaczą co prawda, że tych słów nie można brać dosłownie, że chodzi o dojrzałość, brak zależności, o pępowinę, która krępuje kroki szukających swojej ścieżki do Boga.

Skłonna jestem przyjąć te wyjaśnienia, ale prawdę rzekłszy, różnie chrześcijanie interpretowali te słowa Pana Jezusa. Chyba najlepiej je zrozumiała św. Teresa z Lisieux, która dziwiła się, że poczucie więzi i miłość do najbliższych trzeba z siebie wykarczować. Po co? Skoro miłość Boga, jak gigantyczna “matrioszka” zawiera i oczyszcza te wszystkie ludzkie miłości. Bo to one dają nam “power” na całe życie.

Jest wiele świadectw ludzi, wspominających, jak w trudnych chwilach słyszeli słowa bliskich i banalne „Nie garb się”, powtarzane tysiące razy przez babcię i niesamowicie irytujące w młodości, pomagały przeżyć załamanie. Te słowa okazywały się rodzajem polisy ubezpieczeniowej na życie, zapewnieniem, że wszystko, co się zdarza, ma cel i sens i że trzeba tylko poczekać aż się rozwidni i rzeczy nabiorą realnych kształtów.

Taki Ignacy Jeż, syn urzędnika sądowego w Katowicach, później biskup i nawet kardynał. Został księdzem, a gdy trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau zupełnie nie uwierzył, że to prawdziwszy obraz świata. Prawdziwe było to, co wpajali mu najbliżsi, a nie to piekło, które chciało go wchłonąć bezdenną rozpaczą.

Rodzina, macierz, grunt, opoka

Spotkałam też w życiu ludzi, którzy zostali pozbawieni tego gruntu. To sieroty wojenne, które zostały oderwane od rodziców i nigdy się nie dowiedzieli, skąd pochodzą i kto jest ich ojcem i matką. Dawali ogłoszenia w prasie, jeździli po regionach, które miały być ich rodzinnymi stronami. Usilnie próbowali przypomnieć sobie twarze bliskich, domy, podwórka, nawet zasłony w oknach. Niektórzy lądowali u wróżbitów, którzy na podstawie horoskopu mieli ustalić datę ich urodzin. Nie ma wątpliwości, potrzeba twardego gruntu, korzeni, jest w człowieku potężna. A odbicie od grząskiej niewiedzy utrudnia dalszy marsz. Nie, nie jest on niemożliwy, ale jest bardzo trudny i nawet najprostszy i najmniej utalentowany człowiek, jednak znający “ojcowiznę” jest uprzywilejowany w porównaniu z człowiekiem bez ziemi.

Pamiętam piosenkę z „Kabaretu Starszych Panów” o rodzinie, która “nie cieszy, nie bawi, gdy jest, lecz kiedy jej nie ma samotnyś jak pies”. Ale tu nie tylko o zwykłą samotność chodzi, a o grunt. O macierz i ojcowiznę, ziemię pojęć, talent odczytywania znaków, odwagę pójścia do przodu. A nawet kontestacji.

Wesprzyj nas
Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >