Nasze projekty
Reklama
Fot. Archiwum br. Roberta Wieczorka

Rzeczywistość dzieci z obozu uchodźców w Sudanie Południowym. Reportaż br. Roberta Wieczorka

Jedyne zabawki w rękach kilku chłopców, to mini imitacje... karabinów maszynowych. Tym dzieci się bawią, czym żyją ich rodzice. Te zabawki-karabiny to lustrzane odbicie codziennej egzystencji. Żołnierka i rajdy pod bronią w otwartych samochodach terenowych, to najbardziej chyba rzucające się w oczy zajęcie młodych mężczyzn. Co więc ich dzieciom pozostaje w głowie? Co z nich wyrośnie?

Kulisy wizyty Franciszka w Sudanie Południowym oraz rzeczywistość mieszkańców tego kraju opisuje br. Robert Wieczorek

Exodus za ocean

Diakon czytający Ewangelię na centralnej Mszy świętej z Papieżem w Sudanie Południowym okazuje się być… z Bentiu. Mam prawo go jednak nie znać do tej pory, bo przyleciał z Melbourne. George, postawny mężczyzna około pięćdziesiątki ma co opowiadać o swym życiu, gdy później spędzimy razem parę dni na misji. Koleje jego losu mogą być ikoną podobnych mu tysięcy.  

Był tu kiedyś katechistą. Przed kilkunastu laty, jeszcze przed niepodległością, zdecydował się na dramatyczną decyzję: wyjazd za granicę. Ale nie do obozu dla uchodźców do sąsiedniego kraju, lecz o wiele dalej, gdzie będzie się tylko dało. „Nie widziałem tu żadnej przyszłości dla moich dzieci”- krótko umotywował swój wybór. Wyruszyli na północ, by dotrzeć do Egiptu. To najłatwiejszy etap podróży, bo ze względu na wspólną historię, ten kraj nie robi Sudańczykom Południowym specjalnych trudności wizowych. Ale tam utknęli. Egipt wspomina źle. Wynajmowali jakąś klitkę na przemysłowym przedmieściu Kairu. Jako niewykwalifikowany robotnik zdołał przynosić do domu wypłatę odpowiadającą 50 $. Nie sposób za to wyżyć. Już żonie udawało się więcej skompletować w dorywczej pracy przy sprzątaniu mieszkań. Mimo ekstremalnych trudności egzystencjalnych wieczorami uczył katechezy w parafii katolickiej Abbasiya. Podobnych mu losem współziomków zbierało się tam setki. We wspólnocie wierzących znajdował pociechę i niejednokrotnie wsparcie.

Reklama

To bynajmniej nie była Hurgada. Egipt kojarzy się mu jednoznacznie – ze śmiercią córeczki. Zdiagnozowano u niej poważną chorobę serca – potrzeba operacji. Ale za co ją leczyć? George za ten czas nie ustawał w staraniach w ubieganiu się o wyjazd, do któregoś z zachodnich krajów. Gdy początkowo przedstawiał siebie, jako uchodźca na tle prześladowań religijnych (co było realnym doświadczeniem katechisty w Sudanie) muzułmańscy urzędnicy na administracyjnej drodze kompletowania papierów interpretowali to jednoznacznie negatywnie, jako potwarz i czynili smrody. Dossier utknęły w szufladzie na długie miesiące. Dopiero zmiana taktyki przyniosła owoce. Właśnie, paradoksalnie, nieszczęście w postaci choroby córeczki i konieczność szukania leczenia dla niej za granicą, otwarły mu drzwi życzliwości.

Po trzech miesiącach otrzymali pozytywną odpowiedź z ambasady australijskiej! Zanim zdołali wyjechać chore dziecko zmarło nie doczekawszy pomocy. Zostawili jej grób w Egipcie. Jej choroba stała się dla rodziny biletem do lepszego życia jakie zastali po drugiej stronie Oceanu. Przyzwoite locum i wsparcie socjalne na początek, a żona w ostatnim miesiącu ciąży otrzymała wyprawkę przed porodem – o czymś takim nawet wcześniej im się nie śniło. George jest jednoznacznie wdzięczny nowej ojczyźnie za przyjęcie. To było antidotum na lata nędzy zaznanej w czasie tułaczki.

Mieszkają w Melbourne. On, po urządzeniu się znalazł swe miejsce w parafii, a po paru latach został wyświęcony na diakona stałego. Znajomość arabskiego i nuerskiego pomaga mu w lokalnym duszpasterstwie, bo parafianie pochodzą z całego świata. Tamtejszą diasporę jego współplemieńców szacuje na dobre 25 tysięcy. Dzieci tymczasem już studiują i usamodzielniają się. Warunki fizyczne jego wysokiego syna dobrze zapowiadają mu karierę w sporcie.

Reklama

O kraju rodzinnym George nie zapomniał. Bywa tu, jak tylko mu na to sytuacja pozwoli. Przed kilku laty zorganizował wsparcie jego Kościoła w Australii dla projektu budowy szkoły katolickiej w Bentiu. Na tą okazję przysłał kontener ze różnymi sprzętami i masą książek. Niestety zeszło się to z wybuchem nowych walk. Kontener dotarł na miejsce i ocalał znajdując schronienie w obozie dla uchodźców. Sprawa budowy szkoły z prawdziwego zdarzenia spełzła jak dotąd na panewce, bo po niepokojach doszła jeszcze powódź i w jej efekcie izolacja uniemożliwiająca podjęcie jakichkolwiek większych inwestycji.

Fot. Archiwum br. Roberta Wieczorka

Pokolenie zza wałów

Płyniemy łódką, by zobaczyć ruiny domu pierwotnej misji w Yoynyang. Według początkowych planów naszego Biskupa tam mieliśmy się instalować, by przywrócić do życia to miejsce mające historię prawie stu lat. Wszystko jednak sparaliżowała powódź z listopada 2021 roku. Od tej pory cała rozległa okolica jest pod wodą, a ta ani myśli ustąpić. Sama lokalizacja misji została przez pierwszych misjonarzy wybrana mądrze, bo na minimalnym wzniesieniu. Dom i kościół, choć dziś w ruinach, nie są zalane. Pod same drzwi podpłynąć można łódką, a w środku jest sucho.

Reklama

Ale zanim tam dopłyniemy, trzeba nam od przystani przemieszczać się wzdłuż chroniących miasto wałów. A pięciu białych w pirodze to nie lada atrakcja dla grupki wszędobylskich dzieci nad wodą. Towarzyszą nam więc biegnąc po ziemnym nasypie. Zdjęcia robione im z naszej perspektywy wychodzą jak kadry na ekranie z teatru cieni. I co mnie uderza w tej scence: jedyne zabawki w rękach kilku chłopców, to mini imitacje karabinów maszynowych. Podziwiać można drobiazgową wierność detalom w ich wykonaniu. (Gwoli sprawiedliwości, przy lotnisku natknąłem się kiedyś na chłopca z wierną kopią Antonowa, a w mieście po skraju drogi ciągają na sznurkach mini-tracki. No i z masy walających się wszędzie plastikowych torebek, można łatwo sklecić latawce).

Tym dzieci się bawią, czym żyją ich rodzice… Te zabawki-karabiny to lustrzane odbicie codziennej egzystencji. Żołnierka i rajdy pod bronią w otwartych samochodach terenowych, to najbardziej chyba rzucające się w oczy zajęcie młodych mężczyzn. Co więc ich dzieciom pozostaje w głowie? Co z nich wyrośnie?

„…doświadczymy biedy całej

Gdy nam przyjdzie wytłumaczyć

Gdzie czarne jest, a gdzie jest białe (…)

Polepszysz, czy pogorszysz sobą ten świat?

Kimś zostaniesz, czy za kimś w tyle ? (…)

Co ci będzie w duszy grało? (…)

Dom miał będziesz, czy mieszkanie?

Czy przeważy wszystko to

Co ci w genach przekazałem,

Czy to drugie i zostaniesz kapitanem?”

– wieszczył kiedyś Andrzej Poniedzielski w „Pokoleniu zza firanki”.

W tej literackiej wycieczce do Polski pozwolę sobie na zapytanie: A czym bawi się coraz rzadsza populacja dzieci w Kraju nad Wisłą? Moja Mama po oglądaniu zdjęć z Afryki podsumowuje: „Przecież my, w powojennej nędzy, bawiliśmy się tak samo. Kawałek kija, rafka od roweru, albo gałgankowa lalka, jeśli sobie uszyłam…”. Za mojego dzieciństwa dziewczynki krzątały się przy mini kuchenkach czy też marzyły o lalce-dzidziusiu, najlepiej ze smoczkiem i pozytywką imitującą płacz. Nie pomnę kiedy, ale już dawno, te dzidziusie wyrosły na panienki Barbie. A teraz to w ogóle odlot z jakimiś nie-symetrycznymi, nie-ludzkimi, czy nie-binarnymi stworami… Dzisiejsze „zabawki” nie wychowują już koegzystujących z dorosłymi jedynaków do życia w rodzinie, opieki i poświęcenia dla innych, a tym bardziej do macierzyństwa. Co będzie z ”pokoleniem zza ekranu” kolejnej generacji „?-phone’a”? To równie niepokojące pytanie, jak to o przyszłość dzieci z obozu uchodźców w Sudanie Południowym.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę