Nasza katedra płonie

Świat wartości chrześcijańskich umiera na naszych oczach, wypala się jak kolejne katedry we Francji, a my nie wiemy kompletnie, co z tym począć. Uciekać, czy gasić pożar?

Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Moja przyjaciółka Alina Petrowa napisała na Stacji7 tekst pt. Ja zostaję, który był odpowiedzią na deklarację Sławomira Jastrzębowskiego, że on “wychodzi z Kościoła”. Niezwykle bolesna wymiana zdań przyczyniła się jednak do tego, że rozgorzała bardzo ważna dyskusja: czy jest sens zostawać w takim Kościele, w którym obok pięknych postaw ludzi zdarzają się zachowania skandaliczne, bolesne, przestępcze.

Z tej dyskusji wyłoniło się wiele pytań:

Czym tak naprawdę jest Kościół? Co jest naszym krzyżem? Do kogo zgłaszać krytykę? Jaki mamy wpływ na to, by było lepiej? Co każdy z nas może zrobić? Dlaczego biskupi milczą? Czy każdy ma ratować tylko siebie, czy to nie grzech zaniechania?

Każdemu z nas wyrywa się serce, boli rozgorączkowana głowa, szarpią się nerwy i jednocześnie czujemy niemoc. Przecież każdy czuje, że robi się coraz trudniej, że nasz świat wartości chrześcijańskich umiera na naszych oczach, wypala się jak kolejne katedry we Francji, a my nie wiemy kompletnie co z tym począć. Uciekać czy gasić pożar? 

 

Każdy zachodzi w głowę, jak to się stało, że mamy społeczeństwo, które łatwiej przekonać, że tolerancja i miłość bliźniego to szacunek do wyboru płci a trudniej do tego, że świętością jest godność i życie najsłabszych: nienarodzonych, schorowanych, starych.

Jak to się stało?

Oczywiście, że lata zaniedbań duszpasterskich, zaniedbań wiary, nauki, mylenia przez niektórych księży i hierarchów roli namiestnika Chrystusa z rolą przywódcy i rządcy przyczyniły się także do tego stanu rzeczy.

Przyczyn tego, że nasza “katedra płonie”, upatrywałabym jednak o wiele dalej i znacznie szerzej. Tak naprawdę, kiedy świat porwał nas w wir dobrobytu, wszyscy zaczęliśmy tańczyć ten chocholi taniec i tańczyliśmy go tak długo, aż obudziliśmy się w świecie, w którym nowe pokolenie nie rozumie naszych wartości. 

Każdy zachodzi w głowę, jak to się stało, że mamy społeczeństwo, które łatwiej przekonać do tego, że tolerancja i miłość bliźniego to szacunek do wyboru płci a trudniej do tego, że świętością jest godność i życie najsłabszych: nienarodzonych, schorowanych, starych. Podzieliliśmy się na dwa zwalczające się plemiona i chyba sami już zapomnieliśmy, o co się kłócimy.

 

Czego nie zrobiliśmy?

Wszystko dlatego, że nie potrafiliśmy młodemu pokoleniu przekazać Pana Boga, a i sami gdzieś po drodze Go zgubiliśmy. Nie potrafiliśmy przekazać piękna Jego miłości, troski, przebaczenia. Przekazać szacunku do drugiego człowieka, którego Jezus uczył nas we wszystkich swoich przypowieściach, błogosławieństwach i swojej postawie. Przekazać umiejętności pokonywania trudności i cierpień, które wpisane są w życie. Przekazać piękna Krzyża, który jest jedyną drogą do zbawienia, do nadziei, do prawdziwego życia. Nie przekazaliśmy nowemu pokoleniu prawdziwego sensu istnienia – jedynej drogi do Prawdy i Życia, do Jezusa.

 

Zawiniliśmy wszyscy, gotując sobie świat, w którym liczy się siła, spryt, zabezpieczenie materialnych potrzeb, wygoda, a gdzieś daleko, daleko w tyle został drugi człowiek, zwłaszcza ten, z którym się różnimy. 

Kto zawinił?

Zawiniły rodziny, które ofiarując własnym dzieciom “wszystko”, zapomniały ofiarować Najważniejszego – Boga. Nawoływania Jana Pawła II o to, by bardziej “być” niż “mieć”, dawno gdzieś uciekły w niepamięć. Próśb Prymasa Wyszyńskiego, by szukać tego, co nas łączy, a nie tego, co dzieli, w tej zaciekłości całkiem już nie pamiętamy. Ciągle krzyczymy: ale oni, tamci, inni, my byśmy się poprawili, ale niech też oni się poprawią…

Zawinili niektórzy księża i biskupi, którzy nam nie pomogli w kształtowaniu nowego pokolenia a jeszcze bardziej ci, którzy zbrukali nasz Kościół okropnymi czynami i ich tuszowaniem. 

Zawiniła edukacja, która systematycznie odchodzi od piękna, kultury, literatury, rozbudzania wrażliwości a staje się systemem testów, punktów i osiągów, czym ani uczy ani tym bardziej wychowuje. 

Zawinili mężczyźni, którzy coraz bardziej skupieni na sobie zapomnieli, że są wychowawcami narodu, obrońcami rodzin, godności kobiet, nauczycielami szacunku dzieci, nauczycielami modlitwy, wzorem do naśladowania.

Zawiniły kobiety, które tak się zapamiętały w walce o równouprawnienie, że zapomniały o dziedzictwie swoich poprzedniczek, które za tę równość oddawały życie, ale ta równość nie oznaczała zapomnienia, kim jest kobieta, jaka jest jej rola w świecie i jakie najcenniejsze atrybuty.

Zawinił rozwój technologiczny, który odwrócił naszą uwagę od źródeł, od fundamentów i poszliśmy drogą relacji wirtualnych, pseudo-społeczności, nowinek technicznych, seriali, gier, możliwości… zostawiając gdzieś daleko w historii relacje międzyludzkie, prawdziwe emocje, uczucia, troskę, litość, miłość, miłosierdzie.

Zawiniliśmy wszyscy, gotując sobie świat, w którym liczy się siła, spryt, zabezpieczenie materialnych potrzeb, wygoda, a gdzieś daleko, daleko w tyle został drugi człowiek, zwłaszcza ten, z którym się różnimy. Choć wydaje nam się, że jesteśmy tak czuli, bo przecież wpłacamy datki na różne organizacje, “adoptujemy” dzieci gdzieś tam na innych kontynentach, “adoptujemy” zwierzęta (sic!)… Uspokajamy swoje sumienie… Właśnie, a może to o tyle dobrze, że świadczy o tym, że jeszcze, gdzieś tam głęboko je mamy. Sumienie, które się gubi w ferworze tego świata tak jak my i szuka fundamentów na których mogłoby się odbudować.

 

Potrzeba nam wiary. Potrzeba wierzących księży i biskupów, potrzeba wierzących rodzin. Musimy się obudzić i zacząć wierzyć Bogu.

Jedynym fundamentem, na którym możemy się odbudować, jest Chrystus.

Nasz Kościół żyje. Ciągle jesteśmy wspólnotą. Jesteśmy wspólnotą modlitwy i wspólnej wiary. Przecież wszyscy nawzajem za siebie odpowiadamy. Wystarczy poczytać Dzienniczek Siostry Faustyny, by wiedzieć, jak wielkie znaczenie mamy dla siebie nawzajem. 

Potrzeba nam wiary. Potrzeba wierzących księży i biskupów, potrzeba wierzących rodzin. Musimy się obudzić i zacząć wierzyć Bogu.

Mamy siebie – ludzi wierzących. Mamy sprawiedliwych księży, którzy znaleźli się w sytuacji jeszcze bardziej tragicznej niż nasza. Fałszywie oskarżani, wrzucani do jednego worka z przestępcami, już nie liczą na odbudowę sponiewieranych autorytetów, liczą na wspólnotę wiernych, na to, że razem uda się pociągnąć nas wszystkich w stronę Chrystusa.

Nie rezygnujmy z modlitwy, nie rezygnujmy z Kościoła, nie rezygnujmy z Pana Boga. Gdy Jezus pyta “czy i wy chcecie odejść?”, możemy odpowiedzieć jak wtedy apostołowie – “Panie, do kogo pójdziemy”? 

Eucharystia jest cudem, w którym możemy brać udział codziennie, modlitwa jest taką więzią, której nie znajdziemy nigdzie. Chrystus i Jego Słowo zawarte w Ewangeliach, jest jedynym drogowskazem, który może pokazać nam drogę do drugiego człowieka i do nas samych. Nie rezygnujmy z tego, co dla nas najlepsze. Nie rezygnujmy z Chrystusa.

Proszę, zostańmy w Kościele. Przecież mamy tylko Pana Boga i siebie. “Do kogo pójdziemy?”

 

Aneta Liberacka

Aneta Liberacka

Redaktor naczelny portalu Stacja7.pl, prezes Fundacji Medialnej 7. Z wykształcenia matematyk, doświadczenie zawodowe jako manager zdobywała w takich miejscach jak Comarch, czy HP, prowadząc projekty w Europie, Ameryce Środkowej i krajach arabskich. Mama czwórki dzieci, chętnie zabierająca głos w sprawach: kobiet, dzieci, rodziny, edukacji. Bliska jej sercu jest nauka społeczna Jana Pawła II. Na Stacji 7 od kilku lat prowadzi cykl “Rozmowy z Janem Pawłem II” oraz podejmuje tematy społeczne.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Sławomir Sowiński: Recepta na jedność

Powinniśmy myśleć nie tyle nad całkowitym zasypaniem podziałów czy wyrugowaniem różnic między nami, ale nad takim ich postrzeganiem, które służy rozwojowi państwa, a nie pogłębia nieufności i wzajemnego stygmatyzowania się różnych grup społecznych.

Sławomir Sowiński
Sławomir
Sowiński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

1. Na bok trzeba moim zdaniem odłożyć wszelkie poszukiwania jakiejś cudownej „złotej nici”, czyli jednej skutecznej akcji, wspólnego zrywu, gestu, czy serii gestów, którymi trwale da się „pozszywać” nasze społeczeństwo, tworząc z niego wielką wspólnotę zgadzających się ze sobą, i dobrze rozumiejących się ludzi.  

 

Rozwijając tę myśl:

Po pierwsze, trzeba bowiem pamiętać, że obraz dwu podzielonych 10-milionowych „plemion” jaki malują niektórzy po II turze wyborów prezydenckich, jest nazbyt uproszczony.

Na podstawie wyników I tury wyborów prezydenckich, znacznie bliższych rzeczywistości społecznej, powiedzieć raczej możemy, że na 30 mln dorosłych Polaków: ok. 10 mln, z różnych powodów mniej interesuje się polityką, ok. 8,5 mln jest zwolennikami „dobrej zmiany”, grubo ponad 6 mln jest przeciwnikami rządów Zjednoczonej Prawicy, a ok. 4,5 mln wyborców (tak interpretuje głos bardzo różnych elektoratów Szymona Hołowni, Krzysztofa Bosaka i Władysława Kosiniaka Kamysza) spór polityczny między PiS a PO uważa za coraz bardziej anachroniczny.

Dzieli nas nie jedno wielkie, ale klika mniejszych pęknięć. I dlatego potrzebujemy nie jednego, ale kliku różnych permanentnych działań, na rzecz budowania wspólnoty.

W tym sensie, ten nasz społeczno-polityczny pejzaż jest dość złożony. Dzieli nas nie jedno wielkie, ale klika mniejszych pęknięć. I dlatego potrzebujemy nie jednego, ale kliku różnych permanentnych działań, na rzecz budowania wspólnoty.

 

Po drugie, trzeba też przypomnieć, że w dużym, nowoczesnym społeczeństwie jakie tworzymy, różne podziały czy konflikty (nawet te trwałe) są czymś najzupełniej normalnym, a czasem nawet korzystnym, bo pozwalają artykułować potrzeby i przekonania różnych grup społecznych, bo mobilizują wyborców i polityków, bo wskazują realne problemy i potrzebę ich rozwiązania.

W tym sensie, powinniśmy myśleć nie tyle nad całkowitym zasypaniem podziałów czy wyrugowaniem różnic między nami, ale nad takim ich postrzeganiem, które służy rozwojowi państwa, a nie pogłębia nieufności i wzajemnego stygmatyzowania się różnych grup społecznych.

 

Po trzecie, pamiętać też trzeba, że polityczne zmagania są cechą charakterystyczną demokratycznej polityki. Stąd oczekiwanie, że politycy przestaną ze sobą rywalizować, byłoby oczekiwaniem ich politycznej abdykacji.

W tym sensie, powinniśmy myśleć nie tyle o zażegnaniu konfliktów politycznych, co o zaniechaniu polityki „zarządzania poprzez konflikt”. „Zarządzania”, które konflikt czyni celem a nie środkiem politycznego działania, a nas wyborców zamyka w wielkich politycznych „bańkach”, między którymi ustawia się „krzywe polityczne zwierciadła” utrudniające możliwość spojrzenia z życzliwością na wyborców innego obozu politycznego.  

W tym sensie ważne jest także, by naturalnego sporu demokratycznego (o władzę, zaspokajanie potrzeb, czy różne interesy) nie nasycać zbyt pochopnie wartościami moralnymi. Dopóki bowiem spieramy się o władzę czy interesy, kompromis jest cenną wartością. Jeśli jednak ten sam polityczny spór prezentuje się w kategoriach moralnych, każdy kompromis rodzi podejrzenie o zdradę.

 

2. To, co dla uzdrowienia polskiej różnorodności robić można już teraz, to ochrona miejsc, w których nasza wspólnota żyje i odradza się w sposób naturalny.

W Kościele powinniśmy doświadczać, że niezależnie od różnic politycznych, jesteśmy wspólnotą uczniów Chrystusa.

Myślę tu o rodzinach, w których mamy obowiązek co dzień komunikować sobie, że niezależnie od tego, kto na kogo głosuje, jesteśmy sobie bliscy.

Myślę o miejscach pracy i codziennego funkcjonowania społecznego, które nie powinny być zawłaszczone przez polityczną rywalizację.

Myślę o uniwersytetach i sferze kultury, które powinny pozostać przestrzenią wolności i budowania wspólnoty duchowej.

Myślę wreszcie o Kościele, w którym doświadczać powinniśmy, że niezależnie od różnic politycznych, jesteśmy wspólnotą uczniów Chrystusa. I który – szczególnie w czasie rządów prawicy – powinien podkreślać swą polityczną autonomię, pokazując granicę każdej, także konserwatywnej, polityki.

 

3. Trudno jednak myśleć o uzdrowieniu polskiej różnorodności i racjonalizowaniu naszych konfliktów, bez działań bardziej strukturalnych.

Bardzo ważne jest zatrzymanie procesu politycznego zamykania nas obywateli, w coraz mniej nierozumiejących się „politycznych bańkach”

Po pierwsze, myślę tu o zatrzymania upartyjniania państwa. Niezależnie od tego kiedy proces ten się zaczął, i kto ponosi za niego odpowiedzialność, utożsamianie (albo utożsamiania się) rządzącej partii z państwem sprawia, że część obywateli czuje się wykluczona. Dlatego, bez odbudowy społecznego respektu dla niezależnych instytucji państwa, trudno myśleć o budowaniu wspólnoty.

Po drugie, bardzo ważne jest zatrzymanie procesu politycznego zamykania nas obywateli, w coraz mniej nierozumiejących się „politycznych bańkach”. A to wymaga – moim zdaniem – zasadniczych zmian w mediach publicznych, tak aby mogły one stać się przestrzenią wzajemnego dialogu różnych grup społecznych.

 

Sławomir Sowiński

Sławomir Sowiński

Politolog, doktor habilitowany nauk społecznych w zakresie nauk o polityce, nauczyciel akademicki Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie (UKSW), komentator polityczny.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Sławomir Sowiński
Sławomir
Sowiński
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap