Ja zostaję

Jaki jest sens pozostania we wspólnocie, której członkowie, duchowni i ich przełożeni, nieraz ciężko grzeszą. Dlaczego zostaję? 

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wychodzę z Kościoła – p. Sławomir Jastrzębowski, długoletni naczelny „Super Expressu” napisał felieton o swoim odejściu z Kościoła. Pokrótce opisał historię wiary syna robotniczej rodziny, pobożnej matki, ministranta i lektora, w którym doświadczył tyle dobra – mocy słowa, gdzie zakochał się w Biblii, doświadczył świętości i sacrum, których z niczym nie można porównać, bo są tylko w Kościele. Pisał o poczuciu jedności, czystości, najlepszej z sił, najlepszej części w człowieku, sakramentach, wspólnocie i o jej zarządcach – księżach.

Tak naprawdę felieton jest o zarządcach, którzy są wszystkiemu winni, ale w głębszej perspektywie o wierze, która została poddana próbie i tej próbie nie sprostała. Gdyż zarządcy są aroganccy, bo przez kilka dni kancelaria parafialna jest nieczynna i nikt nie wyjaśnia wiernym, czemu tak się dzieje, zaś ksiądz, który przygotowuje jego dzieci do Komunii, odstaje poziomem intelektualnym od zgromadzonych w kościele, należących do klasy średniej, dobrze sytuowanych, rodziców. To autor mógłby jeszcze przeboleć, ale pisze też o faktach porażających, gdy pracując w Super Expressie już jako młody dziennikarz opisywał przypadek księdza – pedofila i jego bezkarność, gdyż przełożony – biskup przenosił go z parafii do parafii. A później tych przypadków było coraz więcej, morze przypadków, coraz więcej rys pojawiało się na witrażu, Kościół przestał być miejscem, gdzie jest bezpiecznie i z sensem.   

I na koniec zdania, odbierające wszelką nadzieję, wprost zabójcze, a takie słowa istnieją: „W naszym życiu nie ma wielkich dramatów, wcale nie jesteśmy samotni. Mamy rodziny, przyjaciół, znajomych i telefony do ludzi, którzy wszystko mogą. Świetnie sobie radzimy. Kupujemy drogie ubrania, zegarki i zagraniczne wycieczki. Wcale nie jesteśmy samotni. Jesteśmy solą tej ziemi. Po prostu okradziono nas z Sacrum i Boga. Jesteśmy najbardziej samotni na świecie. Dziesiątki milionów Europejczyków. Ci którzy… Ze smutkiem i zawstydzeni, pojedynczo wychodziliśmy z kościoła. Nie wrócimy. Nie ma w nas buntu, nie ma pogardy dla was i nie ma przebaczenia. Tę część naszych serc, odpowiedzialną na przebaczenie, ukradliście nam z Sacrum i z Bogiem. Witraże zgasły”.

Straszne słowa. Ale ten fragment, tak jak cały tekst, jest świadectwem o tym, że autor był w Kościele tylko jako biorca i konsument, że jako świecki widział klasyczny podział na „my” i „wy” i że ten podział nigdy nie został zasypany, bo Kościół jest rzeczywiście wspólnotą. Gdyż dopóki było dobrze, bezpiecznie, dopóki były uniesienia, a księża na wysokim poziomie intelektualnym (nawiasem mówiąc to współcześni Jezusowi docenci, faryzeusze i uczeni w Piśmie, całkowicie się pomylili, nie potrafili odczytać rzeczywistości i zrozumieć tego, co było oczywiste dla prostaczków), gdy jest szacunek do „konsumenta” i usługi na wysokim poziomie, wszystko jest dobrze. Problem zaczyna się wówczas, gdy wierny zderza się z księżowskim grzechem. Nieraz potocznym, czyli brakiem szacunku, innym razem śmiertelnym, gdy ksiądz krzywdzi dziecko, a przełożony go kryje.

Co wówczas robi? Ucieka rzucając najcięższe oskarżenia, pisze znakomity felieton, a jego odejście nie jest ciche, będzie bardzo głośne.

Moja odpowiedź nie jest tylko polemiką. Jest próbą odpowiedzi na pytanie, jaki jest sens pozostania we wspólnocie, w której jej członkowie, duchowni i ich przełożeni, nieraz ciężko grzeszą. Dlaczego zostaję? 

Zostaję ze względów towarzyskich. Ze względu na towarzystwo Jezusa Chrystusa, ponieważ tylko Kościół jest wspólnotą, która w pełni przechowuje tę „najcudowniejszą naukę na świecie”, prawdę o Nim, o Jego śmierci i Zmartwychwstaniu”, a przez Eucharystię daje największą bliskość i zjednoczenie z Nim. Nie ma wspanialszej opowieści i aby ją przechować i przekazać dalej nie zniekształcając, trzeba walczyć o jej „nośniki”. I to już bardzo ważny powód, jeśli nie podstawowy, aby jej strażnik był wspierany.

Kościół to także miejsce nawrócenia i przemienienia, nadziei, że nawet najgorsi grzesznicy – pedofile mogą się odmienić pokutując i próbując wyjść z czarnej doliny.

Gdy Jan Paweł II był w 1991 r. w Polsce z gorzkimi rekolekcjami, apelował, aby kruchego naczynia, jakim jest Kościół, nie niszczyć, ale to naczynie naprawiać. Ale żeby tak się stało, każdy musi sobie uświadomić, że Kościół to ja, Kościół to my, to kapłani gorliwi, ale też niewydarzeni, a także upadli. I wziąć za współbraci odpowiedzialność, przyjąć ten krzyż pamiętając, że my także bardzo potrzebujemy przebaczenia i jest to szczególne miejsce, w którym nasz grzech zostanie przebaczony. I działać, choćby w tak minimalnym zakresie jak dyżury w kancelarii parafialnej lub opracowanie katechezy dla rodziców ramię w ramię z niezbyt lotnym księdzem.

 

Do kogo pójdziemy? – mówi św. Piotr Pana Jezusa, gdy uczniowie usłyszeli pytanie, czy oni też chcą Go opuścić.

 

Zostaję, bo przeczuwam, mam pewność, że nie ma gdzie iść, bo poza przestrzenią Boga panuje pustka i chaos. W „Annie Kareninie” stary ksiądz, zetknąwszy się z niewiarą przygotowującemu się do małżeństwa jednemu z głównych bohaterów, mówi: Co powiesz kiedyś swojemu synowi? – Że jest efektem przypadku, chaosu, czy że stworzył go miłujący Bóg? Czym jest ta pustka, doświadcza cytowany przez red. Jastrzębowskiego bohater powieści „Serotonina” Michela Houellebecqa. Labrouste żyje w świecie bez duchowości, więzi, korzeni i sensu. Wyrafinowana konsumpcja i seks w końcu okazują się złudnym erzacem nieistniejącego raju. Ślepą uliczką, która na początku drogi tak zwodziła.

Bardzo sceptycznie odnoszę się do wizji i objawień prywatnych. Ale utkwił mi w pamięci artykuł o francuskim księdzu – mistyku, który miał wizję Francji przyszłości. Opustoszałe tereny, pożoga, a nad tym wszystkim głos szatana, który mów: Nic nie mają. Eucharystii nie mają, nabożeństw nie mają, procesji nie mają. Nic nie mają. Te odejścia to marsz ku nicości, bo nic – najbliżsi, pieniądze, koneksje, prestiż – nie są w stanie tej pustki wypełnić.   

Zostaję także z powodów pragmatycznych. Bo to sprzeciw wobec pustki. Także kulturowej. Europa porzuciła wiarę nie z powodu księży – pedofilów i kościelnych hipokrytów (zgorszenie z pewnością było powodem wielu odejść, ale równolegle działali przecież wielcy święci), ale dlatego, że masowo uległa złudnym wizjom o szybszym i bardziej dostępnym raju, w którym nie ma Boga, raju innym niż ten, obiecywanym przez Chrystusa. Snucie tych wizji to długotrwały proces, idący w parze z niszczeniem myślenia, podkopywaniem fundamentów.

Zostaję, bo mam pewność, że te wyjścia będą miały bardzo wymierne konsekwencje – śmierci naszej kultury, w której toczy się wojna, a jej efektem jest odebranie człowiekowi wolności. Liberalna lewica, budując nowy, wspaniały świat, coraz bardziej człowieka zniewala, bo demokracja bez wartości, o czym mówił dekady temu Jan Paweł II, przeradza się po cichu w dyktaturę. I tylko chrześcijańska wizja człowieka jest w stanie tej dyktaturze się przeciwstawić, stworzyć odpowiedni system immunologiczny. Gdyż kultura bez kontaktu z autentycznym sacrum także umiera. Pozostanie, podjęcie modlitwy i posługi myślenia, to rodzaj obrony naszej cywilizacji, zapewnienia jej dopływu tlenu, żywotności, dostępu do korzeni. Tej szczególnej, wyjątkowej cywilizacji, zbudowanej na najpiękniejszej opowieści na świecie.

I na koniec. Nic i nikt nie jest w stanie uśmiercić nam duszy, jeśli my się jakoś na to nie zgodzimy, jeśli nie zaniedbamy naszego wewnętrznego życia i nie będziemy błagać o łaskę wytrwałości. I jeśli ograniczymy się do potępienia brata, który wymagał ratunku.

Ja zostaję.

 

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Wybory. Bardzo trudne zwycięstwo

Polska odpływa, wraz z młodym pokoleniem, w stronę „nowego świata”.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Andrzej Duda został ponownie wybrany prezydentem Najjaśniejszej. Podzieleni niemal na pół wyborcy – gdyż przewaga zwolenników dotychczasowej głowy państwa to ok. 400 tys. osób – ucieszyli się, odetchnęli z ulgą lub są rozczarowani i rozgoryczeni.

A ja, laik i nie-specjalista, jedynie zwykły obserwator życia politycznego, wyborca urzędującego Prezydenta, słów kilka chcę skierować do tych, którzy się cieszą i przestrzec: zanim zaczniemy się cieszyć, musimy zdać sobie sprawę, że to bardzo trudne zwycięstwo. Gdyż jeśli nie nastąpi po nim mobilizacja i zmiana myślenia o wielu sprawach, szybko może okazać się, że nie uchroni nas przed klęską, nie tylko polityczną.

Z czego należy się cieszyć i za co Bogu dziękować? – Za to, że mimo wszystko większość wyborców opowiedziało się za utrzymaniem stabilnego układu politycznego w trudnych czasach, w dobie pandemii i nadciągającego kryzysu gospodarczego, bardzo trudnej i groźnej sytuacji międzynarodowej, o czym pisał prof. Zbigniew Stawrowski na portalu „Wszystko, co najważniejsze”.

Zanim zaczniemy się cieszyć, musimy zdać sobie sprawę, że to bardzo trudne zwycięstwo. Gdyż jeśli nie nastąpi po nim mobilizacja i zmiana myślenia o wielu sprawach, szybko może okazać się, że nie uchroni nas przed klęską, nie tylko polityczną.

Opowiedziała się także ta krucha większość za pozostaniem w mateczniku naszej europejskiej cywilizacji, zbudowanej na fundamencie chrześcijaństwa, sprzeciwiając się ideologicznym pomysłom przebudowy świata przez nowe ideologie i rewolty, o czym mówił w kazaniu na Jasnej Górze abp Marek Jędraszewski 11 lipca, w czasie pielgrzymki Rodziny Radia Maryja.

Wynik tych wyborów to także szansa na zachowanie dotychczasowych programów socjalnych, na dostrzeganie i solidarność ze słabymi, mieszkańcami wsi i miasteczek, dowartościowanie ich, danie szansy na lepsze życie. A także zrealizowanie ważnych inwestycji, takich jak przekop Mierzei Wiślanej, budowy Via Carpatia, Centralnego Portu Lotniczego.

To także prowadzenie takiej polityki historycznej, która pragnie wskazać należne Polsce miejsce w dziejach – bez uczenia rodaków pogardy dla siebie i bez lęku mówienia o kartach pięknych i godnych naśladowania.

To bardzo pobieżny katalog, ale możemy powiedzieć, że mamy się z czego cieszyć, gdyż prezydent Duda, w miarę swoich uprawnień, gwarantuje realizację tych projektów lub ich utrzymanie.

Ale nie cieszmy się za szybko. Owa ponad połowa wyborców, dzięki której dotychczasowy prezydent ma zagwarantowaną drugą kadencję, to osoby ponad pięćdziesięcioletnie i starsze i nawet nie ma szczególnego znaczenia, że mieszkają w przysłowiowych „małych ośrodkach”, ale istotne jest to, że są to przedstawiciele pokoleń, które odchodzą. A następcy, którzy mają osiemnaście lat i więcej, trzydzieści plus, wybierają konkurenta, człowieka o lewicowych poglądach, popierającego ruch LGBT, wypowiadającego gładkie komunały o „uśmiechniętej Polsce”, bez programu i wizji.

 

 

Znamienne były wiece w wieczór po wyborach – w Pułtusku prezydenta Andrzeja Dudy i warszawski – Rafała Trzaskowskiego i zderzenie dwóch obrazów – gorącej atmosfery i morza biało-czerwonych flag i chłodu, pozbawionego jakichkolwiek symboli wspólnoty w spotkaniu kandydata opozycji. Nie chcę nikogo martwić, ale ta Polska z narodowymi flagami odchodzi, a pozostaną ci młodzi, którzy odpływają coraz bardziej od fundamentu, od tego, co było kotwicą i opoką. I to jest ta najgroźniejsza prawda, którą ujawniają ostatnie wybory – młodzi Polacy dryfują ku lądom, pozbawionym identyfikacji i symboli, nie przeszkadza im knajackie hasło, wysuwane przez uważających się za elitę celebrytów, hasło bez jakiejkolwiek pozytywnej treści, nasączone wyłącznie pogardą.

Nie chcę nikogo martwić, ale ta Polska z narodowymi flagami odchodzi, a pozostaną ci młodzi, którzy odpływają coraz bardziej od fundamentu, od tego, co było kotwicą i opoką.

Dlaczego to robią? – To z pewnością temat do poważnych analiz socjologicznych, nie felieton laika, ale przecież łatwo zauważyć, że Polska także odpływa, wraz z młodym pokoleniem w stronę „nowego świata”, uosabianego przez kandydata opozycji. Czemu tak się dzieje? – Bez badań można wskazać, że to efekt słabości rodzin, edukacji, w dużym stopniu zdominowanej przez edukatorów o lewicowych poglądach, mediów, kultury masowej, a także… słabości i kryzysu Kościoła, który w zbyt wielu wypadkach zamienia się w klub towarzyski, bo traci gorliwość i pasję ewangelizacji, bo ucieka od krzyża.

Smutny to obraz, nie napawa nadzieją, bo instytucje, choćby i realizowały najlepsze programy, przegrają z umysłami obywateli. A to one, te umysły, są najważniejsze, gdyż wbrew temu, co twierdził klasyk marksizmu, to nie materialna baza jest najważniejsza, a serce i umysł człowieka oraz jego wybory i czyny. Zrozumieli to następcy Karola Marksa, dlatego dali sobie spokój z „bazą” i zajęli się, i robią to konsekwentnie od dziesięcioleci, umysłami mas. Niszcząc autorytet rodziny, nasączając edukację swoimi treściami, kulturę masową swoimi wizjami i przesłaniami. I te wybory powinny nam uzmysłowić, jak zaawansowane jest ich zwycięstwo, jak bardzo posunął się proces kulturowej podmiany, także w wychwalanej przez zachodnich konserwatystów Polsce. I powinny być dzwonkiem alarmowym dla wszystkich, przywiązanych do normalnego świata i być przestrogą, że kolejne wybory dostarczą władzę twórcom nowego świata, a będzie to świat chłodny i pozbawiony symboli, jakichkolwiek oznak wspólnoty. A to oznacza, że grozi nam utrata dotychczasowego domu, bezdomność duchowa i kulturowa. Ale największą katastrofą będzie zniszczenie rozumu, zerwanie z racjonalizmem, który stworzył naszą cywilizację, zaś jego efekty widzimy obserwując obalanie pomników, rewizję historii i dzieł sztuki, negowanie faktu bycia kobietą lub mężczyzną.

 

 

Największą katastrofą będzie zniszczenie rozumu, zerwanie z racjonalizmem, który stworzył naszą cywilizację, zaś jego efekty widzimy obserwując obalanie pomników, rewizję historii i dzieł sztuki, negowanie faktu bycia kobietą lub mężczyzną.

Tak więc można dziękować Bogu, a także cieszyć się ze zwycięstwa, ale bardzo umiarkowanie. Ale nie wolno też popadać w czarnowidztwo, bo nic nie jest zdeterminowane i wszystkie, nawet najpotężniejsze siły tego świata, mogą zostać odwrócone. Jak? – Odpowiadam jako laik i nie-specjalista. Sięgam pamięcią w przeszłość i przypominam sobie o bitwach, wygrywanych przez garstkę ludzi. Trzeba ich mieć, trzeba ich przygotować, to bardzo trudne ćwiczenie, przeznaczone dla osób, przekonanych, że normalny świat potrzebuje obrony, dobrego PR-u i opowieści, a także gotowości poświęcenia, wystawienie się na szyderę i zgody na krzyż.

Dlatego przestrzegam – nie ma się z czego za bardzo cieszyć, bo te wyniki to dzwonek alarmowy, który mówi nam, że to koniec żartów, jak powiedział klasyk. Wynik tych wygranych wyborów jest hasłem do mobilizacji i boju. A czasu jest bardzo niewiele. 

 

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap