Nasze projekty
Alina Petrowa-Wasilewicz

Ja zostaję

Jaki jest sens pozostania we wspólnocie, której członkowie, duchowni i ich przełożeni, nieraz ciężko grzeszą. Dlaczego zostaję? 

Reklama

Wychodzę z Kościoła – p. Sławomir Jastrzębowski, długoletni naczelny „Super Expressu” napisał felieton o swoim odejściu z Kościoła. Pokrótce opisał historię wiary syna robotniczej rodziny, pobożnej matki, ministranta i lektora, w którym doświadczył tyle dobra – mocy słowa, gdzie zakochał się w Biblii, doświadczył świętości i sacrum, których z niczym nie można porównać, bo są tylko w Kościele. Pisał o poczuciu jedności, czystości, najlepszej z sił, najlepszej części w człowieku, sakramentach, wspólnocie i o jej zarządcach – księżach.

Tak naprawdę felieton jest o zarządcach, którzy są wszystkiemu winni, ale w głębszej perspektywie o wierze, która została poddana próbie i tej próbie nie sprostała. Gdyż zarządcy są aroganccy, bo przez kilka dni kancelaria parafialna jest nieczynna i nikt nie wyjaśnia wiernym, czemu tak się dzieje, zaś ksiądz, który przygotowuje jego dzieci do Komunii, odstaje poziomem intelektualnym od zgromadzonych w kościele, należących do klasy średniej, dobrze sytuowanych, rodziców. To autor mógłby jeszcze przeboleć, ale pisze też o faktach porażających, gdy pracując w Super Expressie już jako młody dziennikarz opisywał przypadek księdza – pedofila i jego bezkarność, gdyż przełożony – biskup przenosił go z parafii do parafii. A później tych przypadków było coraz więcej, morze przypadków, coraz więcej rys pojawiało się na witrażu, Kościół przestał być miejscem, gdzie jest bezpiecznie i z sensem.   

I na koniec zdania, odbierające wszelką nadzieję, wprost zabójcze, a takie słowa istnieją: „W naszym życiu nie ma wielkich dramatów, wcale nie jesteśmy samotni. Mamy rodziny, przyjaciół, znajomych i telefony do ludzi, którzy wszystko mogą. Świetnie sobie radzimy. Kupujemy drogie ubrania, zegarki i zagraniczne wycieczki. Wcale nie jesteśmy samotni. Jesteśmy solą tej ziemi. Po prostu okradziono nas z Sacrum i Boga. Jesteśmy najbardziej samotni na świecie. Dziesiątki milionów Europejczyków. Ci którzy… Ze smutkiem i zawstydzeni, pojedynczo wychodziliśmy z kościoła. Nie wrócimy. Nie ma w nas buntu, nie ma pogardy dla was i nie ma przebaczenia. Tę część naszych serc, odpowiedzialną na przebaczenie, ukradliście nam z Sacrum i z Bogiem. Witraże zgasły”.

Reklama

Straszne słowa. Ale ten fragment, tak jak cały tekst, jest świadectwem o tym, że autor był w Kościele tylko jako biorca i konsument, że jako świecki widział klasyczny podział na „my” i „wy” i że ten podział nigdy nie został zasypany, bo Kościół jest rzeczywiście wspólnotą. Gdyż dopóki było dobrze, bezpiecznie, dopóki były uniesienia, a księża na wysokim poziomie intelektualnym (nawiasem mówiąc to współcześni Jezusowi docenci, faryzeusze i uczeni w Piśmie, całkowicie się pomylili, nie potrafili odczytać rzeczywistości i zrozumieć tego, co było oczywiste dla prostaczków), gdy jest szacunek do „konsumenta” i usługi na wysokim poziomie, wszystko jest dobrze. Problem zaczyna się wówczas, gdy wierny zderza się z księżowskim grzechem. Nieraz potocznym, czyli brakiem szacunku, innym razem śmiertelnym, gdy ksiądz krzywdzi dziecko, a przełożony go kryje.

Co wówczas robi? Ucieka rzucając najcięższe oskarżenia, pisze znakomity felieton, a jego odejście nie jest ciche, będzie bardzo głośne.

Moja odpowiedź nie jest tylko polemiką. Jest próbą odpowiedzi na pytanie, jaki jest sens pozostania we wspólnocie, w której jej członkowie, duchowni i ich przełożeni, nieraz ciężko grzeszą. Dlaczego zostaję? 

Reklama

Zostaję ze względów towarzyskich. Ze względu na towarzystwo Jezusa Chrystusa, ponieważ tylko Kościół jest wspólnotą, która w pełni przechowuje tę „najcudowniejszą naukę na świecie”, prawdę o Nim, o Jego śmierci i Zmartwychwstaniu”, a przez Eucharystię daje największą bliskość i zjednoczenie z Nim. Nie ma wspanialszej opowieści i aby ją przechować i przekazać dalej nie zniekształcając, trzeba walczyć o jej „nośniki”. I to już bardzo ważny powód, jeśli nie podstawowy, aby jej strażnik był wspierany.

Kościół to także miejsce nawrócenia i przemienienia, nadziei, że nawet najgorsi grzesznicy – pedofile mogą się odmienić pokutując i próbując wyjść z czarnej doliny.

Gdy Jan Paweł II był w 1991 r. w Polsce z gorzkimi rekolekcjami, apelował, aby kruchego naczynia, jakim jest Kościół, nie niszczyć, ale to naczynie naprawiać. Ale żeby tak się stało, każdy musi sobie uświadomić, że Kościół to ja, Kościół to my, to kapłani gorliwi, ale też niewydarzeni, a także upadli. I wziąć za współbraci odpowiedzialność, przyjąć ten krzyż pamiętając, że my także bardzo potrzebujemy przebaczenia i jest to szczególne miejsce, w którym nasz grzech zostanie przebaczony. I działać, choćby w tak minimalnym zakresie jak dyżury w kancelarii parafialnej lub opracowanie katechezy dla rodziców ramię w ramię z niezbyt lotnym księdzem.

Reklama

Do kogo pójdziemy? – mówi św. Piotr Pana Jezusa, gdy uczniowie usłyszeli pytanie, czy oni też chcą Go opuścić.

Zostaję, bo przeczuwam, mam pewność, że nie ma gdzie iść, bo poza przestrzenią Boga panuje pustka i chaos. W „Annie Kareninie” stary ksiądz, zetknąwszy się z niewiarą przygotowującemu się do małżeństwa jednemu z głównych bohaterów, mówi: Co powiesz kiedyś swojemu synowi? – Że jest efektem przypadku, chaosu, czy że stworzył go miłujący Bóg? Czym jest ta pustka, doświadcza cytowany przez red. Jastrzębowskiego bohater powieści „Serotonina” Michela Houellebecqa. Labrouste żyje w świecie bez duchowości, więzi, korzeni i sensu. Wyrafinowana konsumpcja i seks w końcu okazują się złudnym erzacem nieistniejącego raju. Ślepą uliczką, która na początku drogi tak zwodziła.

Bardzo sceptycznie odnoszę się do wizji i objawień prywatnych. Ale utkwił mi w pamięci artykuł o francuskim księdzu – mistyku, który miał wizję Francji przyszłości. Opustoszałe tereny, pożoga, a nad tym wszystkim głos szatana, który mów: Nic nie mają. Eucharystii nie mają, nabożeństw nie mają, procesji nie mają. Nic nie mają. Te odejścia to marsz ku nicości, bo nic – najbliżsi, pieniądze, koneksje, prestiż – nie są w stanie tej pustki wypełnić.   

Zostaję także z powodów pragmatycznych. Bo to sprzeciw wobec pustki. Także kulturowej. Europa porzuciła wiarę nie z powodu księży – pedofilów i kościelnych hipokrytów (zgorszenie z pewnością było powodem wielu odejść, ale równolegle działali przecież wielcy święci), ale dlatego, że masowo uległa złudnym wizjom o szybszym i bardziej dostępnym raju, w którym nie ma Boga, raju innym niż ten, obiecywanym przez Chrystusa. Snucie tych wizji to długotrwały proces, idący w parze z niszczeniem myślenia, podkopywaniem fundamentów.

Zostaję, bo mam pewność, że te wyjścia będą miały bardzo wymierne konsekwencje – śmierci naszej kultury, w której toczy się wojna, a jej efektem jest odebranie człowiekowi wolności. Liberalna lewica, budując nowy, wspaniały świat, coraz bardziej człowieka zniewala, bo demokracja bez wartości, o czym mówił dekady temu Jan Paweł II, przeradza się po cichu w dyktaturę. I tylko chrześcijańska wizja człowieka jest w stanie tej dyktaturze się przeciwstawić, stworzyć odpowiedni system immunologiczny. Gdyż kultura bez kontaktu z autentycznym sacrum także umiera. Pozostanie, podjęcie modlitwy i posługi myślenia, to rodzaj obrony naszej cywilizacji, zapewnienia jej dopływu tlenu, żywotności, dostępu do korzeni. Tej szczególnej, wyjątkowej cywilizacji, zbudowanej na najpiękniejszej opowieści na świecie.

I na koniec. Nic i nikt nie jest w stanie uśmiercić nam duszy, jeśli my się jakoś na to nie zgodzimy, jeśli nie zaniedbamy naszego wewnętrznego życia i nie będziemy błagać o łaskę wytrwałości. I jeśli ograniczymy się do potępienia brata, który wymagał ratunku.

Ja zostaję.

 

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite