Nasze projekty

„Byłeś mężem przez duże M”. Wzruszające pożegnanie Wojciecha Wawrzyniaka

"Mieliśmy te same marzenia, takie same plany na najbliższe lata, bo myśleliśmy i odczuwaliśmy świat bardzo podobnie. Wystarczyło czasem jedno spojrzenie – a wiedzieliśmy wszystko. Teraz pozostaje mi powiedzieć: kocham Cię, mój przystojniaku i dziękuję Ci całym sercem za wszystko. Czekaj tam na nas, opiekuj się nami i nigdy nas nie zostawiaj" – napisała Anna Wawrzyniak w liście, który odczytano na pogrzebie jej męża, Wojciecha. Zginął 15 lutego w tragicznym wypadku narciarskim na zboczu Pilska.

Reklama

„Ostatnie dni przynoszą dramatyczne wieści… Wczoraj na pilskim stoku po tragicznym w skutkach zderzeniu z drzewem zmarł Wojciech Wawrzyniak. Był Pomocnikiem Instruktora PZN w bieżącym sezonie podnoszącym kwalifikacje”. Taką wiadomość zamieściło na swoim fanpage’u Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN dzień po śmierci pana Wojciecha. 15 lutego podczas zjazdu stracił panowanie nad nartami i z ogromną siłą uderzył w drzewo. Wezwano śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Mimo reanimacji i wysiłku wielu osób, nie udało się go uratować. Miał 34 lata.

„Mam nadzieję, że śmiga teraz na niebiańskich szlakach!”

W pamięci przyjaciół zapisał się jako dusza towarzystwa i człowiek z sercem na dłoni. „Mam nadzieję, że śmiga teraz na niebiańskich szlakach!” – napisał jeden z nich. „Będziesz na zawsze w naszych sercach!” – zapewnili organizatorzy zrzutki na wsparcie dla rodziny zmarłego. „Jako przyjaciele czujemy się odpowiedzialni za wsparcie najbliższej rodziny Wojtka. Pokażmy, że może na nas liczyć!” – zachęcają do pomocy.

Pogrzeb odbył się 23 lutego w parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Kętach. W 2019 roku w tym samym kościele Ania i Wojtek ślubowali sobie wierność i uczciwość małżeńską. Ich miłość była inspirująca dla tych, którzy ją widzieli. Dla nich samych – zupełnie normalna i prawdziwie szczera. Znali się od dziecka, byli przyjaciółmi. Jak podkreśliła w swoim liście pani Ania – lockdown i zamknięcie w domu ucieszyło ich, bo mogli mieć czas tylko dla siebie. W marcu urodziła się im córeczka, Zuzia.

Reklama

„Chcę wierzyć, że jest w niebie”

Mszy św. przewodniczył proboszcz ks. Jerzy Musiałek. Podkreślił on w czasie pogrzebu, że wobec śmierci śp. Wojciecha „człowiek staje pełen bólu i milczenia, a jednocześnie z wiarą i nadzieją, że ten, który pozostawił żonę i osierocił 11-miesięczną Zuzię dostąpi uczestnictwa w radości nieba”. Zachęcił, by nie przestawać wołać do Boga o miłosierdzie i stanąć z szacunkiem wobec tajemnicy cierpienia.

O modlitwę w intencji rodziny prosi także pani Ania. „Wszystkim ze swojej strony bardzo chce podziękować za modlitwę i jednocześnie nieustannie nadal o nią proszę dla całej rodziny pogrążonej w niewyobrażalnym smutku” – zaapelowała w jednym ze swoich facebookowych wpisów. Zaprzyjaźnionemu księdzu przyznała, że w tym samym dni, kiedy zginął jej mąż, kończyła rekolekcje „Oddanie33”. „Oddałam go Matce Bożej. Myślę, że jest w niebie. Chcę wierzyć, że jest w niebie i że koniec świata nastąpi szybko, żebym mogła być tam z nim” – napisała w wiadomości.

Reklama

 

Za zgodą rodziny publikujemy w całości list żony pana Wojciecha, Anny Rusinek-Wawrzyniak. Został on odczytany na pogrzebie przez jego siostrę.

Mężu.

Reklama

To nie będzie pożegnanie, bo nigdy się z Tobą nie pożegnam.

Chcę wszystkim opowiedzieć, jaki byłeś w swoich 2 życiowych wyjątkowych rolach, męża i ojca.

I może to, co usłyszycie, część z Was dobrze wie, bo może mówił Wam to Wojtuś, a może o części mówiłam Wam ja. Każda ze znajdujących się tu osób zna Cię krócej lub dłużej i każdy zna Cię tak, jak nikt inny.

Jednak to nas Pan Bóg połączył w ten niepowtarzalny sposób – w końcu nie bez przyczyny mówiliśmy te same rzeczy w tym samym czasie, co nas samych często dziwiło jak to jest możliwe.

Wiem dokładnie, jakim tonem i co byś powiedział, co pomyślał w danej chwili. Wiem to, bo odczuwaliśmy świat bardzo podobnie.

Nasza miłosna historia trwa, od kiedy zdaliśmy maturę i jako 18-nastolatkowie zakochaliśmy się w sobie. Było wybuchowo, młodzieńczo i do zwariowania przez 1,5 roku. Potem rozstaliśmy się na 5 lat, żeby w tym czasie zdążyć się ze sobą zaprzyjaźnić i zbudować fundament dojrzałej miłości. To nie było chwilowe zakochanie czy zauroczenie. To była – to jest – miłość, która trwa nieprzerwanie od 8 lat i której owoc trzymam właśnie w ramionach pisząc te słowa.

Byliśmy dla siebie stworzeni. Będąc na naszym ślubie, mogliście poczuć to, co było dla nas ważne i jakie mieliśmy wartości. Szanowaliśmy się wzajemnie i wiedzieliśmy, że nasze dzieciątko będzie wzrastać w rodzinie, która bardzo o to dba.

Jako chłopak, potem narzeczony, aż w końcu tak krótko mąż byłeś kimś, z kim chciałam się zestarzeć, bo wiedziałam, że ta starość będzie bardzo wesoła. Twoje poczucie humoru było nie do podrobienia. Kochali to wszyscy. Byłeś mężczyzną takim dokładnie, jakiego potrzebowałam, jakich na świecie już nie ma. Nie zmieniłabym w Tobie nic – zresztą dobrze o tym wszystkim wiesz. Znałeś swoją wartość i myślę, że wiedząc, jak bardzo Cię kocham, dodawało Ci to tej pewności. Nigdy nie wstydziłeś się mnie przytulać, trzymać za rękę czy mówić pieszczotliwie. Bardzo to lubiliśmy – to było takie nasze. Widzieliście to zapewne nie jeden raz.

Mieliśmy te same marzenia, takie same plany na najbliższe lata, bo myśleliśmy i odczuwaliśmy świat bardzo podobnie. Wystarczyło czasem jedno spojrzenie – a wiedzieliśmy wszystko.

Byłeś wyjątkowym człowiekiem. Miałeś dar zjednywania sobie ludzi. Zawsze uśmiechnięty i pozytywny. Tym mnie zarażałeś. Będąc z Tobą, zmieniłam się bardzo. Dwa uparciuchy, dwa silne charaktery, dwa serca, ale tak naprawdę połączone w jedno. Byliśmy do siebie podobni – a w tym, w czym byłam od Ciebie różna, będę się doskonalić, żeby pokazać Zuzi, jak wyjątkowy był jej tata. Odważny, pewny siebie, bardzo honorowy i zawsze gotowy do bezinteresownej pomocy. Żyłeś tu i teraz i zawsze mi powtarzałeś: „Po co się martwisz na zapas?”.

Żyłeś i działałeś na 100%. Miałeś milion pomysłów na minutę, w których często byłam Twoim głosem rozsądku. Ale to Ty pokazywałeś mi, że trzeba żyć odważnie – i tego będę uczyć nasze Maleństwo. Będzie wiedzieć dokładnie jaki byłeś – wszyscy o to zadbamy. I choć nie będzie Cię tu fizycznie Zuzia będzie dorastać w poczuciu, że ma kochającą mamę i tatę.
A Ty nam w tym pomożesz – jestem o tym przekonana.

Przeszliśmy razem nie jedno. Były momenty bardzo trudne, jednak zawsze trzymałeś mnie za rękę.

Pandemia zamknęła nas w domu i powstawaliśmy na nowo jako rodzice. 17 marca urodziła się nie tylko Zuzia – urodziła się wtedy też mama i urodził się tata. Ostatnio pytałeś mnie, jak sądzę – czy jesteśmy dobrymi rodzicami? Myślę, że najlepszymi jakimi potrafimy być, a Zuzia dawała nam o tym znać będąc codziennie radosną i uśmiechniętą dziewczynką. Uzupełnialiśmy się perfekcyjnie. Nasze życie codzienne było idealnie skonstruowane – każdy wiedział, co ma robić. Byliśmy bardzo szczęśliwi, bo wielokrotnie mówiliśmy sobie o tym. Nasze życie było idealne – czego chcieć więcej: kochająca osoba, zdrowy dzidziuś, mieszkanie, praca. Nie potrzebowaliśmy do szczęścia tłumu znajomych. To ze sobą zawsze czuliśmy się najlepiej. Po tylu latach znajomości, po 8 latach w związku i po zamknięciu 24h w domu – zawsze razem – tak było nam najlepiej.

I chociaż wiele osób mówi mi teraz, że bardzo zazdrościło nam takiej miłości, to dla nas było to takie normalne, takie oczywiste. Takie nasze – pewnie dlatego, że było prawdziwe.

Byłeś mężem przez duże M. Pokazałeś mi jak wygląda szczęście. I pomimo, że założyłeś własną rodzinę, nigdy nie zapomniałeś o swoich rodzicach. To dzięki ich wychowaniu byłeś tak wspaniałym mężem i ojcem. Jako syn i wnuk miałeś duże poczucie odpowiedzialności i pomocy rodzicom i babci. Jako brat zawsze pomocny i dyspozycyjny. A jako przyjaciel – każdy z Was wie doskonale.

Ojcem nie byłeś na pokaz. Cały tym żyłeś!  To Ty trzymałeś Zuzię w ramionach jako pierwszy, to bicie Twojego serca słyszała w pierwszych godzinach po porodzie, to Ty przebierałeś pierwsze pampersy i kąpałeś ją codziennie przez całe 11 miesięcy. Bardzo nam na tym zależało. To był Wasz czas!

To Ty, wracając z pracy, robiłeś nam wieczorne „show” które rozbawiało nie tylko Zuzię, ale także i mnie i Ciebie. Zawsze cała trzęsła się z radości na Twój widok. Wiedziałeś, że jesteś najśmieszniejszym tatą na świecie. Byłeś odpowiedzialny za to dzieciątko i doskonale zdawałeś sobie sprawę z tego, co to znaczy być ojcem. Cieszyłeś się dokładnie tak samo, jak ja, z każdego ząbka, z każdego umorusanego uśmiechu, z każdego, nawet minimalnego postępu. Kochałeś nas do szaleństwa. Było to widać – nie trzeba się było szczególne wpatrywać.

Teraz musisz mnie prowadzić i trzymać nas obie za ręce – całe życie.

Pewnie jeszcze długo będzie mi ciężko uwierzyć w to, że to udźwignę i dam sobie radę. Na takie coś się nie umawialiśmy i nie przygotowałeś mnie na to, jak mam dalej żyć – ale zawsze powtarzałeś mi, że NIGDY MNIE NIE ZOSTAWISZ – i wiem, że dotrzymasz słowa.

Zostawiłeś tu NIE SWOJĄ cząstkę – zostawiłeś tu swoją POŁOWĘ!

I pomimo, że znaliśmy się pół naszego życia, teraz będę odkrywać Cię na nowo – w Zuzi, kiedy będzie pomalutku dorastać i pokazywać mi, w czym jest identyczna jak jej TATKA.

Podarowałeś mi ją w prezencie urodzinowym i po coś się to wszystko zdarzyło. Wiem, że kiedyś wyjaśnisz mi, dlaczego. I najwspanialsze jest to, że to wszystko, co tu opisałam, Ty dobrze wiesz.

A teraz pozostaje mi powiedzieć – kocham Cię, mój przystojniaku i dziękuję Ci całym sercem za wszystko. Czekaj tam na nas, opiekuj się nami i nigdy nas nie zostawiaj.

Ania

Fotografie z archiwum prywatnego rodziny, opublikowane za jej zgodą.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite